Bloog Wirtualna Polska
Są 1 120 044 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

XX Mroźne noce

sobota, 04 sierpnia 2012 21:37

1

 - Kiedy Sedolf wróci z Lofotów, jak się ociepli, po wiosennym jarmarku... - Reijo Kesaniemi wciąż się wahał. Ida, Sedolf, Knut, Anjo i Helena przysłuchiwa­li mu się w milczeniu. - Wtedy pojadę do Finlandii.

Spojrzeli na niego wszyscy poza Heleną. Helena wolałaby nie słyszeć słów Reijo. Jakiś głos podpowia­dał jej, że to przez nią, ale wolałaby i jemu nie dawać wiary. Zbyt często ulegała podszeptom, które nigdy nie przyniosły jej nic dobrego.

Pozostali nie okazali zdziwienia. Dobrze wiedzie­li, że Reijo tęskni za Mają i niepokoi się o jej los. Zda­rzało się, że za pośrednictwem jakiegoś kupca czy przygodnego wędrowca docierał do nich list znad od­ległej Zatoki Botnickiej, pisany na czerpanym papie­rze i zalakowany szlachecką pieczęcią. Głos Mai za­mknięty w literach, w słowach stawianych z coraz większą biegłością. Ledwie go rozpoznawali.

O, tak, wiedzieli, że Reijo tęskni za nią, i nie sprze­ciwiali się jego planom.

I żadne z nich poza Heleną nie doszukiwało się w zamierzeniach Reijo niczego szczególnego. Helena zaś umarłaby raczej, niż zdradziłaby się ze swymi po­dejrzeniami. Mogłaby przez przypadek podsunąć mu pomysł, którego wcale nie rozważał.

Rok tysiąc siedemset czterdziesty dziewiąty miał się ku końcowi. Rodzinie na cyplu w głębi fiordu Lyngen przyniósł wiele cierpienia.

Wiele cierpienia, ale i promyk słońca, cień nadziei na przyszłość. Cierpienie zresztą wpisane było w losy rodu Alatalo, szczęście zaś rzadko mu sprzyjało. Teraz jednak powiał przychylny wiatr. Knutowi i Anjo po­wodziło się niezgorzej. Knut polubił pracę na roli i do­glądanie inwentarza. Mały Karl był żywy jak srebro i radosny jak promyk słońca. Szło mu na drugi rok.

Rodzina na cyplu powiększyła się. Ida wyszła za Sedolfa podczas jarmarku. Tworzyli szczęśliwą parę, związaną głęboką miłością. W lutym oba maleństwa Idy miały skończyć rok.

Maja żyła w Finlandii w innym świecie, którym im wszystkim, nawet Reijo, zdawał się nierzeczywisty. Reijo pragnął wprawdzie tego co najlepsze dla swej przybranej córki, ukochanej dziewczynki, która przeobraziła się w kobietę, nigdy jednakże nie ośmie­liłby się pragnąć tak wielkiego bogactwa. Tylko He­lena znała takie życie. Ale Helena milczała.

Pojawiła się wśród nich zbita, poznaczona ranami od noża, ale pod staranną opieką Anjo rozkwitła. He­lena Hallencrantz, niewysoka, krucha i piękna, roz­jaśniała swą obecnością skromne izby domostwa. Nie robiła wiele, zresztą nie potrafiła wykonywać czyn­ności, które składały się na codzienność w Ruiji, a sztuka konwersacji, haftu i tańca nie była w cenie na dalekiej północy. Miała jednak otwarty, chłonny umysł i pogodną naturę.

Nie sposób było nie lubić tej dziewczyny, nie spo­sób odmówić opieki. Choćby po to jedynie, by wy­wołać promienny uśmiech na jej twarzy.

Osiemnastoletnia Helena, ani wdowa, ani mężat­ka, zbudowała sobie pośród nich swój własny świat. Reijo zdawał sobie sprawę, że będzie musiał ją roz­czarować. Wiedział, że dziewczyna marzy, by zostać z nimi. Nieustannie powtarzała wyuczoną formułkę o spalonych mostach.

Współczuli jej, pragnęli przygarnąć ją do siebie, ale Reijo żył dostatecznie długo, by wyobrazić sobie ból ro­dziców, który bierze się z niepewności o losy dziecka.

I nie wierzył już, że można spalić za sobą wszyst­kie mosty, zatrzeć wszelkie ślady i rozpocząć nowe życie, nie tracąc jakiejś cząstki samego siebie. Po spa­lonych mostach pozostaje choć popiół.

Nie da się uciec przed bólem, który tkwi w sercu. Sam próżno próbował.

Reijo wybierał się do Finlandii z nastaniem wiosny i zamierzał odwieźć Helenę do domu. W końcu bę­dzie musiał jej o tym powiedzieć.

W domku na cyplu krzątano się pracowicie. Ida pa­kowała rybacki worek Sedolfa. Sedolf nie uważał, by małżeński stan dawał mu prawo do próżnowania. Młodzi mieszkali z Reijo, ale to nie mogło trwać wiecznie, Sedolf miał swoją dumę. To, że kilka poko­leń zamieszkiwało pod jednym dachem, nie było wprawdzie niczym niezwyczajnym, ale Reijo różnił się znacznie wiekiem od sędziwych dziadków.

Sedolf dobrze rozumiał Idę, która uparcie twier­dziła, że Reijo zasługuje na nową szansę od losu, a tej nie dostanie, mając na utrzymaniu córkę, zięcia i dwoje wnucząt.

Zamierzał zarobić dość pieniędzy, by kupić własny dom. Wiedział, że Reijo pożyczyłby mu potrzebną sumę bez wahania, gdyby tylko go o to poprosił.

Zresztą Reijo sam o tym wspomniał, kiedy młodzi się pobrali. Kiedyś, powiedział, dał Mai własny dom, w podarku weselnym, tak się wyraził. Teraz chciał uczynić to samo dla Idy. W końcu była jego jedyną rodzoną córką.

Wyznaczył nawet kawałek ziemi i zaofiarował swą pomoc przy wznoszeniu zabudowań. Na ciesielstwie znal się lepiej niż ktokolwiek w okolicy.

Ida gotowa była przyjąć propozycję, ale Sedolf się sprzeciwił, licząc na zrozumienie Reijo. Zamierzał sam zapracować na dom dla własnej rodziny. Reijo uczynił dość, przyjmując ich pod swój dach.

- Chętnie spotkałabym się z Mają - szepnęła za­myślona Ida.

Zazwyczaj nie zniżała głosu do szeptu, więc wszy­scy ze zdziwieniem poszukali jej wzrokiem. Knut przypomniał sobie, że kiedyś obiecał Idzie wyprawę do Tornedalen. Przemknęła mu przez głowę zatrwa­żająca myśl, iż może nigdy nie spełni tego pragnie­nia. Dolina wydawała się tak odległa. A spotkanie z Mają zupełnie nieprawdopodobne, nie przez wzgląd na odległość, a raczej na zmianę, która zaszła w siostrze. Choć może źle ją osądzali?

- Nie możesz jechać. - Reijo rozstrzygnął sprawę jednym krótkim zdaniem.

Ida wiedziała o tym doskonale, ale w jej oczach po­jawił się smutek, a kąciki ust opadły. Chciała ukryć rozczarowanie, lecz wyraz twarzy aż nadto zdradzał stan ducha.

- W Suomi nie ma czego szukać - orzekła twardo Helena, zaciskając usta. Nie patrzyła na nikogo i nie sposób było orzec, czy zwraca się do Idy czy do Re­ijo. - Ci, co niczego nie mają, i tam są biedni. Zamoż­niejsi zaś próżno gonią za szczęściem. Nie ma tam czego szukać - powtórzyła. - Nie tęsknię za Finlan­dią. Dla mnie mogłaby nie istnieć.

- Gorzkie słowa - stwierdził ostrożnie Reijo, szuka­jąc wzroku dziewczyny. Dojrzał w jej spojrzeniu coś więcej niż młodzieńczy upór. Jakiś ból, którym dotąd się nie podzieliła. Którym może nie chciała się dzielić.

To było jej życie, jej przeszłość. Sama musiała zde­cydować, kogo dopuścić do tajemnicy.

- Wypowiedziałam je szczerze - dodała. - Gdyby twoje oczy widziały to, co moje, a twoje uszy usłysza­ły, com ja słyszała, zdumiałbyś się moją łagodnością.

Reijo przyglądał się jej długo. Dziewczyna mówi­ła z przejęciem, które wydałoby się Reijo przesadne, gdyby szło o kogoś innego.

Finowie odznaczali się większą porywczością niż chłodny i wstrzemięźliwy naród zamieszkujący pobrzeża fiordów. W żyłach Heleny płynęła gorąca krew.

Pośród ludzi równych jej urodzeniem panowanie nad uczuciami uważano za zaletę, zwłaszcza jeśli cho­dziło o kobiety. Dziewczyna przyswoiła sobie tę umiejętność, ale nie do końca, wciąż miała w sobie coś z dzikiego ptaka. Nosiła w sercu ból, którym nie chciała dzielić się z nikim.

Ten ogień, który ją trawił, stanowił pewien dysonans w naturze Heleny, wciąż przecież bardziej dziecka niż kobiety. Reijo tak właśnie ją traktował, wszak była młodsza od Idy. Żyła odgrodzona od niebezpieczeństw, ale i w jej świecie nie brakowało zła, intryg i zdrady...

Wciąż przytłaczało ją brzemię wspomnień. Reijo za­stanawiał się, ile czasu upłynie, zanim zdoła się od nich uwolnić. Może całe życie. Tyle czasu nie miał. Tyle cza­su nie miała reszta jego rodziny. Jego wpływ na Hele­nę malał wraz z powrotem dziewczyny do równowagi.

Teraz zwracała się do Anjo i Idy, z rzadka tylko szukając ojcowskiego oparcia, które mógł jej zaofia­rować. Upłynie jeszcze parę miesięcy i nastanie wio­sna. Wtedy przeprowadzi ją przez mosty, które uzna­ła za spalone. Zawiezie ją do Suomi. Do domu.

Helena była taka młoda, sama nie wiedziała, cze­go chce. Młodzi ludzie są jak nieociosany kamień. Wierzą niezachwianie, że duma to najważniejsza rzecz pod słońcem.

Została wychowana do życia, które Reijo znał z po­bieżnego oglądu. To, co zobaczył, utwierdzało go w przekonaniu, że trzeba nieludzkiej siły, by rezygno­wać z dostatku. Helenie zdawało się, że jest dość silna, ale prędzej czy później zacznie tęsknić. I ból powróci.

Ida również przyglądała się Helenie. Badawczo i sta­rannie, tak jak miała w zwyczaju, tak jak czyniła to Raija. Nic nie mogło umknąć przed jej wzrokiem. Na­uczyła się już jednak panować nad językiem. Ujrzała to, co Reijo, ale oboje zachowali wyniki swych obser­wacji dla siebie. Z niezwykłą łagodnością wyrzekła:

- Nikt nie mówi, że masz jechać, Heleno. Nikt z nas nie zmusi cię do wyjazdu.

Powiodła wzrokiem po siedzących.

Dobry Boże, ten wzrok zmiękczyłby najbardziej zatwardziałe serce.

Reijo wyczuł, że na nim dłużej zatrzymała spojrze­nie. Ich związek przekraczał czasem ramy zażyłości, jaka zazwyczaj łączy ojca z córką, rozumieli się aż na­zbyt dobrze. Tym razem Reijo ukrył twarz pod ma­ską. Przyjdzie jeszcze chwila, kiedy będzie musiał roz­czarować swą ukochaną jedynaczkę.

Jeszcze jedna para oczu zawisła na nim spojrzeniem. Równie przenikliwym i badawczym jak spojrzenie Idy. Para szarych oczu, które miały powód, by mu nie ufać.

Reijo wytrzymał wzrok Heleny. Patrzył na nią pew­nie i bez wahania, jakby chciał powiedzieć, że nigdy jej nie skrzywdzi.

I wcale nie miał takiego zamiaru. Osiemnastoletnia dziewczyna nie wie jeszcze, co dla niej najlepsze.

- Wszyscy pragniemy twego szczęścia - rzekł jedy­nie, pocieszając się w duchu, że nie kłamie.

Helena opuściła głowę. Czyżby dosłyszała ukryty podtekst w jego słowach? Poza nią nikt niczego nie za­uważył, tak mu się przynajmniej zdawało, ale Helena miała wyczulony słuch. W jej kręgach z gier słownych uczyniono prawdziwą sztukę.

Sytuacja była nieomal komiczna. On, czterdziesto­dwuletni nieomal mężczyzna, bał się zdemaskowania przez dzierlatkę!

W życiu nieraz dopadał go strach, nigdy dotąd jed­nak z powodu tak niewinnej istoty jak Helena.

- W Finlandii mieszka ktoś, kogo kocham - dodał, nie patrząc na nikogo. - To, rzecz jasna, wielka różnica.

Helena wzdrygnęła się, a może tylko tak mu się zda­wało. Postępował nie do końca uczciwie, grając na uczuciach dziewczyny, ale pozostało mu niewiele cza­su na to, by przywieść ją do opamiętania.

- Ja nie mam tam nikogo - powtórzyła dziewczyna, wysuwając dumnie podbródek. Musiało ją to wiele kosztować. Nieustannie powtarzała te same słowa, jakby na silę usiłowała je uprawdopodobnić.

Jaka szkoda, że urodziła się szlachcianką! Łączyła w sobie tyle przymiotów. Powinna była przyjść na świat w szarej chacie z bali krytej torfowym dachem. Mogłaby być jedną z nich, Alatalo, potrafiła bowiem nosić się z równą im dumą.

Nie wracali już w rozmowie do Finlandii. Chętnie wymieniliby się uwagami na temat Mai, ale przez wzgląd na Helenę porzucili ten zamiar. Lepiej mil­czeć, jeśli wspomnienia sprawiają komuś ból.

Rozeszli się do własnych zajęć. Dom Reijo znów opustoszał. Za każdym razem przeżywał to równie mocno, pożegnania wywoływały kłujący ból w piersi.

Zbyt mocno ich kochał. Zbyt często doświadczał straty. Opuszczali go z własnej woli lub przez zrzą­dzenie losu. Nigdy jednak nie przestał ich kochać.

Elise. Mattiego. Mai.

I Raiji - jej zniknięcie przeżył najdotkliwiej.

Wszyscy, których darzył uczuciem, odchodzili. Nie potrafił już rozstrzygnąć, czy traktować to w ka­tegoriach zwycięstwa czy porażki.

Wiedział jednak, co jest najgorsze. Co kładzie się ciężarem na piersi, ściska za gardło. Pojmował, dla­czego budzi się w nocy, zlany zimnym potem. Znał imię tego przeklętego kompana, który targał go za włosy i przenikał boleścią wszystkie mięśnie.

Samotność.

Pośród ludzi otaczających go miłością, wśród śmiechu, codziennej krzątaniny i radosnej dziecięcej paplaniny pozostawał bezgranicznie samotny.

Brakowało mu zażyłości z drugim człowiekiem, z kimś równym sobie, powiernikiem myśli. Dzieci nie wystarczą, wiedział o tym dobrze. Potrzebował przy­jaźni, bezbrzeżnej jak morze, w którego wodach sło­wa i myśli mieszają się tak, że nie sposób odróżnić, od kogo pochodzą.

Pragnął prawdziwej przyjaźni. Głębokiej, wiecz­nej, leczącej duszę.

Już jej nie miał, utracił tyle razy.

Kalle, Mikkal, Raija - przeżył ich wszystkich. Ma­ja, z którą dzielił tak wiele, znalazła się poza nawia­sem jego życia. W tym wypadku tak właśnie powin­no pozostać. Czasami przyjaźń przybiera złe formy, dla jednej ze stron lub dla obu.

Maja odnalazła swoje miejsce.

Reijo został sam.

Wstał raptownie i podszedł do drzwi. Pod okapem przy schodach wisiał płat suszonego mięsa. Trzeba się czymś zająć, kiedy myśli tłoczą się nachalnie, uciec przed spojrzeniami młodych. Wcale nie uważał się za starca, wciąż jeszcze był głodny życia, wciąż jeszcze tliły się w nim chłopięce marzenia.

Reijo nie zastanawiał się, co czyni. Nie zdawał so­bie sprawy, co kiedyś ujrzały oczy Heleny. Nie po­siadł jej wspomnień i strachu, nie miał tych samych ran na duszy. Pamiętał, w jakim znaleźli ją stanie, ale wszystkie kobiety, które znał, potrafiły wyprostować kark i odpowiedzieć ciosem na cios.

Obtarł klingę noża o spodnie, zanim wbił ją w po­łeć mięsa.

Co później pamiętał? Kąciki ust wygięte w dół w grymasie bólu. Pobielałe wargi, błysk zaciśniętych zębów. Ściągnięte brwi, zwężone szparki oczu. Potrząsnęła głową, spojrzała na Reijo i zobaczyła coś więcej. Dostrzegł to we wzroku dziewczyny, który szukał czegoś w półmroku poza słabym kręgiem światła rzucanym przez lampę.

Ból.

Potem rzuciła się do drzwi.

Helena. W cienkiej bluzce, spódnicy wybiegła w li­stopadowy chłód, na przenikliwy wiatr z północy. Mroźne szpilki, bolesny pocałunek zimy na skórze, przebijały lekkie odzienie. Bólem zwalczała ból.

Reijo nie poruszył się przez dłuższą chwilę. Sie­dział, przenosząc wzrok z własnych dłoni na udziec barani. Nóż wciąż tkwił w mięsie, nie zdążył jeszcze odkroić ani kawałka. Anjo zerwała się z miejsca. Ida znalazła się w drzwiach przed nią, była równie lekko ubrana jak Helena.

Dopiero wtedy Reijo pojął przyczynę dziwnego za­chowania dziewczyny, zobaczył całą scenę jej oczami. I zaczął sklejać okruchy jej życia. Wstał, wyciągnął nóż i wetknął go do pochwy. Czuł na sobie wyczeku­jący wzrok, nawet Knut i Sedolf patrzyli na niego. Obaj byli dorośli i potrafili podejmować decyzje. Te­raz wyglądali na bezradnych.

Jak większość młodych mężczyzn tracili pewność siebie, gdy należało stawić czoło kobiecym uczuciom.

Reijo miał w tym względzie niejakie doświadcze­nie i dość lat, by nie obawiać się ośmieszenia.

Chwycił swoją kurtę i płaszcz Heleny. Ida przytrzy­mała mu drzwi, a Reijo poklepał córkę po policzku.

W jej wzroku kryła się wdzięczność.

- Zajmę się tym - powiedział zdecydowanym gło­sem, choć wcale nie czuł zbytniej pewności. Człowiek zwykle pokazuje światu nieprawdziwy obraz siebie, z wiekiem zamalowuje go kolejnymi warstwami.

Reijo rozwiązywał problemy. Wszyscy tego wła­śnie od niego oczekiwali, a on robił, co do niego na­leżało. Czasami z dobrym rezultatem.

Helena ukryła się za ścianą sauny. Reijo wiedział, gdzie jej szukać. Dziewczyna nie urodziła się nad mo­rzem, więc nie zeszła nad brzeg. Ida tak właśnie by uczyniła.

Cienie świerków nie sięgały za dom, ale ściana z ba­li i skalisty pagórek skrywały to miejsce w półmro­ku. Zresztą dzień chylił się już ku zachodowi.

Helena opierała się o zimną ścianę z rękami złożo­nymi na piersiach. Jej ramionami wstrząsały spazmy płaczu.

Reijo owinął dziewczynę płaszczem i stanął tak, by osłonić ją od wiatru. W zapadającym zmierzchu nie potrafił uchwycić jej wzroku. Chwytał jedynie błysk białek, co świadczyło o tym, że rzucała mu co chwi­la ukradkowe spojrzenia.

- Nie uciekasz teraz przede mną? - spytał ciepło. Nie miał trudności, by nadać głosowi takie brzmie­nie, kiedy rozmawiał z Heleną.

Odpowiedziała mu szlochem.

- Sądzę, że przestraszyłaś się ruchu, który uczyni­łem - dodał cicho. - Przecież nie noża, bo dotąd to­lerowałaś jego widok. Nosimy noże na co dzień, nie zwracałaś na to uwagi, Heleno. To ten ruch...

- Obtarłeś go o udo - pisnęła. Tysiące mężczyzn powtarza ten sam gest. Brudne ostrze noża obciera się o udo. Albo o rękaw kurty. Nóż jest męską bronią.

Wciąż płakała obrócona do niego plecami. Nawet w ciemności nie odważyła się stanąć z nim twarzą w twarz, przerażona nagłą eksplozją własnych uczuć. Reijo domyślał się, że w dzieciństwie trzymano ją w ostrej dyscyplinie.

Helena była damą i poczucie godności nie pozwa­lało jej na zachowania niegodne osoby szlachetnie uro­dzonej. Duma, zauważył, krępowała ją niczym ciasny gorset. Poznał ją dobrze, nauczył się rozpoznawać róż­ne strony natury tej dziewczyny, tak jak kaprysy i na­wyki własnej córki. Ida jednak była przy nim przez ca­łe dorosłe życie. Helena przez krótką chwilę.

Panował przenikliwy ziąb. Znać było, że jesień odeszła w przeszłość jakiś czas temu. Ludzie wpraw­dzie nie wierzyli w nastanie zimy, zanim trzy razy nie odgarnęli śniegu ze ścieżki do obory, ale późny listopad trudno określić innym mianem.

Reijo położył dłoń na ramieniu dziewczyny. Sku­liła się pod dotknięciem jego ręki, zesztywniała, ale przestała płakać. Połknęła łzy.

- Jeśli chcesz z kimś porozmawiać, Heleno, to je­steśmy na twoje wezwanie. - Zwracał się do niej takim samym ciepłym tonem, jakiego używał w rozmowach z wnuczętami. Nie tym szorstkim, zdecydowanym głosem, jakim rozmawiał z mężczyznami, czy lekko ironicznym, którym zdarzało mu się konwersować z Idą czy Anjo. Helena przypomniała sobie w nagłym przebłysku puzderko z kosztownościami, które po­rzuciła przed wyjazdem. Curt zbił ją z tego powodu. Nie mogła zabrać ze sobą świecidełek. Rodzinne skar­by nie powinny przepaść w obcym kraju. Należały bardziej do rodu niż do niej.

Reijo kojarzył się jej ze szlachetnym kamieniem, szlifowanym w niezliczone fasety, świecącym coraz to innym blaskiem w zależności od tego, z której strony skierować na niego wzrok.

Zielone oczy...

Dwa szmaragdy...

Tego nie mogła mu powiedzieć... Mężczyźni nie potrafią zrozumieć, że kobiety bawią się takimi my­ślami. Poza tym nad fiordami nie wiedziano zapew­ne, co to szmaragdy.

Zawstydziła ją ta myśl. A niby skąd mieli wiedzieć?

Mogłaby wpleść jakieś wyjaśnienie. Mogłaby uśmiechnąć się do Reijo i powiedzieć, że ma oczy jak szmaragdy. Jak drogocenne kamienie.

Kobiety nie mówiły mężczyznom takich rzeczy. Przynajmniej nie kobiety jej stanu. Ida mogłaby wy­rzec takie słowa do ukochanego. Ale Helena nie by­ła Idą.

Natłok myśli. Powiedział, że są na jej wezwanie. Jakby sama tego nie wiedziała. Nie potrafiła jednak rozmawiać o przeszłości. Chyba że w taki sposób. Okruchy wspomnień wyrywane w chwilach rozhuś­tanych emocji, skrwawione słowa na czubku języka. Słowa, które chowała w sobie, lecz nie zaprzeczała im, jeśli wypowiadały je inne usta. Reijo był mądry.

Zamknęła oczy i znów szybko je otworzyła. Nie mogła znieść obrazu, który się pojawiał pod powie­kami, Reijo wycierający nóż o udo, tak jak...

Inny obraz. Ten sam gest.

Skąd o tym wiedział? Reijo był zbyt mądry.

Wciąż trzymał dłoń na ramieniu Heleny w cie­płym, uspokajającym geście i ta dłoń była jak jedyna nić łącząca ją z innym człowiekiem. Czuła się osa­motniona jak wyspa bez portów i mostów.

W ciemności i na wietrze, z dala od ludzkich spoj­rzeń Helena rzuciła się w ramiona Reijo, objęła go za szyję i przywarła doń. Płakała, póki oczom nie za­brakło łez.

Nie sądziła, że kiedykolwiek odważy się okazać ty­le ufności drugiemu człowiekowi. I nie przypuszcza­ła, że kiedykolwiek spotka się z takim szacunkiem.

Nie zadrwił z niej, nie odtrącił. Trzymał w obję­ciach i nie wyrzekł ani jednego słowa. Był na jej we­zwanie, tak jak obiecał.

Reijo zawsze dotrzymywał obietnic.

Skąd więc brał się ten strach, kiedy był blisko? Dla­czego dostrzegała w jego wzroku coś, czego nie chcia­ła widzieć?

Nie odważyła się napomknąć o tym Idzie, bo ta mogła ją źle zrozumieć. Uznać, że w zachowaniu Re­ijo jest coś nieprzystojnego. A przecież nie było!

Helena zapłonęła na samą myśl. Nie godzi się tak myśleć o Reijo.

Zbyt wielki to człowiek, by przypisywać mu nie­czyste intencje.

- Czujesz się lepiej? - spytał łagodnie. Nikt dotąd nie zwracał się do niej w taki sposób i Helena w na­głym przebłysku pozazdrościła Idzie ojca. Jej własny odnosił się do niej zupełnie inaczej w te rzadkie chwi­le, kiedy pojawiał się w domu.

- Lepiej? - odrzekła gorzko. - Czy kiedykolwiek będzie lepiej?

- Musisz tyle wyrzucić z siebie - powiedział mięk­ko - i musisz zrobić to po swojemu. Minie wiele czasu i nieraz jeszcze zapłaczesz. Ale z każdym wyzna­niem poczujesz się lepiej.

Helena otarła łzy i uwolniła się z objęć Reijo. Nie mogła oprzeć się zdziwieniu, że on wciąż znajduje właściwe słowa.

- Dziękuję - szepnęła i rzuciła mu ukradkowe spoj­rzenie. Nie zobaczyła nic poza profilem, odrobinę ciemniejszym niż mrok wokół niego. Czupryna Re­ijo łapała światło gwiazd. Helena pobiegła do domu, teraz dopiero czując, jak ziąb przeszywa jej ciało. Nie mogła zostać z Reijo ani sekundy dłużej. Nie ruszył za nią. Wiatr szarpnął skrajem jej spódnicy, jakby za­praszał Helenę do tańca.

Weszła do nagrzanej izby, zmarznięta, z czerwo­nymi obwódkami wokół oczu. Napotkała ostrożne uśmiechy, które rozkwitły jak kwiaty na jej powita­nie. Trwali przy niej, tak jak obiecał Reijo. A on sam oszczędził dziewczynie upokorzenia. Nie wciągnął jej do izby z szyderczym grymasem na twarzy.

Serce Heleny wezbrało ciepłem. Zdjęła płaszcz i zbliżyła dłonie do ognia. Usłyszała głos Knuta, któ­ry nakłaniał Anjo do pójścia do domu. Trzeba było oporządzić zwierzęta.

Reijo wszedł do szopy. Zapalił lampę i umocował ją u powały. Wiatr gwizdał przez szpary w ścianach.

- Musisz przestać ojcować im wszystkim - mruk­nął do siebie. - Jesteś mężczyzną. Wciąż przegrywasz i za każdym razem czujesz się równie podle.

Słyszał, jak Knut zaprzęga konia i odjeżdża z An­jo. Nie wyszedł, by się z nimi pożegnać. Nie wszystko można ukryć w ciemności.

2

Miał na imię Patrik i przeszłość zbyt skompliko­waną, by o niej opowiadać. Był Szwedem i skończył dwadzieścia lat.

Coś ciągnęło go na morze. Albo nic, zależy od punktu widzenia. W jego ojczyźnie nastały lepsze cza­sy, a kraj rozkwitał pod panowaniem Fryderyka I. Tak przynajmniej twierdzono, ale Patrik tego nie do­strzegał. Poza tym nieufnie odnosił się do władców, którzy obiecywali pokój. Prędzej czy później wy­buchnie wojna, w której i król szwedzki zapragnie za­znać chwały i rozbudować swą potęgę. Szwecja utra­ciła wiele ziem na rzecz Rosji przez ostatnie lata. Co prawda chodziło o terytorium Finlandii, ale takie po­rażki drażniły dumę każdego panującego. Patrik był młody i nie zamierzał zakończyć życia na polu bitew­nym, nie wiedząc nawet, o co walczy. Przede wszyst­kim z tego względu ruszył ku północnemu wybrzeżu. Ten kierunek był równie dobry jak każdy inny. Naj­ważniejsze, że ruszył w drogę, zerwał z przeszłością. W istocie niewiele wiązało go z tą ziemią, więc nie przyszło mu to z wielkim trudem. Tęsknota za ojczy­zną zdawała się pustym słowem, żartem nieomal. Wieczorami przy ognisku zanosił się ironicznym śmiechem na wspomnienie Szwecji.

Patrik lubił się śmiać. A pomysł, by osiąść w rym górzystym kraju, Norwegii, zdawał się całkiem do rzeczy.

Gorsi niż on wędrowali w tych latach na północ. Słyszał różne plotki. Traktami wiodącymi ku fior­dom ciągnęła rzesza nikczemników.

I cóż z tego?

Kto dał mu prawo sądu?

Czyż i inni nie mogli zacząć życia od nowa?

Na odpoczynek wybrał miejsce, w którym ktoś przed nim palił już ognisko. Zawsze tak robił, a ten zwyczaj brał się z wrodzonej mu łagodności. Mija sporo czasu, zanim natura zdoła wygoić rany zadane jej przez człowieka. Czemu miałby palić nowy skra­wek ziemi i zadawać mu cierpienie, skoro mógł roz­niecić ogień w starym popiele?

Tutaj mógłby osiąść. Widział wokół rozliczne śla­dy ludzkiej działalności i zastanawiał się, skąd się tu wzięły, skoro nikogo nie spotkał. Nie znalazł odpo­wiedzi. Znalazł za to srebrny guzik z wzorem na wierzchu i uszkiem do przyszycia. Dziwny guzik, w życiu takiego nie widział. Patrik schował go jak naj­droższy skarb. Pochodził z ubogiej rodziny i nigdy dotąd nie posiadał nic cennego. To, że nowy kraj roz­siewał srebro pod jego stopami, uznał za nadzwyczaj gościnny gest. Może przyda się tu na coś?

Szwecja zawsze stawiała żądania, nigdy nie dając niczego w zamian. Patrik znalazł namacalny dowód, że decyzja o wyjeździe była słuszna.

Droga zabrała mu więcej czasu, niż się spodziewał. Jeszcze na szwedzkiej ziemi musiał pozbyć się konia. Wciąż bawiło go wspomnienie tej transakcji, bo udało mu się przechytrzyć kupującego. Obawiał się, że szkapa długo nie pociągnie. Otrzymał zapłatę o bla­dym świcie, a pokazał chłopu zwierzę późną nocą, kiedy prosił go o nocleg. Korzystną cenę osiągnął czę­ściowo dzięki stanowi nietrzeźwości, w którym znaj­dował się jego gospodarz. Patrik nie żałował konia. Było to uparte bydlę, którego żadnym sposobem nie potrafił zmusić do pracy. Najgorsze z całego inwen­tarza w zagrodzie, w której służył. Dlatego, odcho­dząc, zabrał je ze sobą.

Miał wrażenie, że los kieruje jego krokami, wybie­ra czas i miejsce, jakby z małych kawałków budował układankę, której treści i rozmiarów Patrik nawet się nie domyślał. Pierwszą istotą, którą napotkał w no­wym kraju, była kobieta. Zobaczył ją od tyłu; nachy­lona w dziwacznej pozie nad uskokiem drogi usiło­wała wyprząc konia. Jedno koło wozu zsunęło się z gościńca i pociągnęło w dół cały zaprzęg. Zwierzę zaparło się przednimi kończynami i prychało przera­żone. Kobieta przeklinała je grubymi słowami, a Patrik przysłuchiwał się jej z zachwytem. W życiu nie słyszał niczego podobnego z ust niewiasty.

- Mogę pomóc? - zapytał. Koń od dawna śledził go szeroko rozwartymi brunatnymi ślepiami, ale lek­ceważył jego obecność, jakby uznając, że ze strony człowieka nie grozi mu większe niebezpieczeństwo.

- Leimo, stój spokojnie, do diabła... Dziewczyna okazała znacznie większe zaskoczenie niż zwierzę. To wtedy właśnie Patrik doznał uczucia, że jego poczynaniami kieruje los.

Cóż innego jak nie los sprawił, że ona właśnie sta­nęła mu na drodze? Czy to nie los zepchnął koło z traktu właśnie tego dnia? Z pewnością przejeżdża­ła tędy wielokrotnie, nie doznawszy najmniejszego uszczerbku. Patrik uznał, że w tym nieoczekiwanym zdarzeniu tkwi jakiś głębszy sens.

- Oczywiście, że możesz pomóc - prychnęła. - Nie stój jak słup soli, do diaska! Wyprzęgaj konia! - Przy­trzymywała zwierzę, przemawiała do niego i uspoka­jająco poklepywała po grzywie.

Patrik był silniejszy od dziewczyny. Uwolnił ko­nia i wepchnął wóz na drogę, po czym razem ponow­nie zaprzęgli zwierzę.

Patrik poklepał je, przesunął palcami po białej grzywie. Koń prezentował się znacznie lepiej niż ten, którego pozbył się w Szwecji.

- Nie pochodzisz z Finlandii - stwierdziła dziew­czyna, mrużąc oczy.

Patrik potrząsnął głową. Uśmiechnął się, szeroko rozsuwając szczęki pokryte wielodniowym zarostem. W jego twarzy dominowały usta właśnie i lekko spłaszczony nos, tak że rzadko kto zwracał uwagę na niebieskie oczy. Gdyby nie zaczątki brody, można go było wziąć za niedorostka.

- Patrik Jonsson - przedstawił się. - Jeszcze parę dni temu byłem Szwedem, od niedawna uznaję się za Norwega. Nie sądzisz, panienko, że ten kraj potrze­buje mężczyzn jak ja? Silnych i gotowych wyciągnąć pomocną dłoń w potrzebie?

Uśmiechnęła się niewyraźnie. Patrik nie pojmował, że ktoś może wyglądać tak zachwycająco w zwykły, nieświąteczny dzień.

- Sama w takim miejscu? - nie mógł się nadziwić. - Czy to nie nazbyt niebezpieczne dla młodej kobiety?

Roześmiała się perliście.

- Jadę po skóry do brata.

Patrik przypomniał sobie, że niedawno minął ja­kieś zabudowania.

- Czy pozwolisz przyłączyć się zdrożonemu wę­drowcowi? - zapytał. - Brakuje mi kontaktu z ludźmi.

- Możesz dołączyć do mnie - przystała. - Knut nie­raz gościł u siebie przybyszów zza granicy. Znajdzie się jakiś kąt dla ciebie. A więc masz na imię Patrik?

Przytaknął, wybaczając dziewczynie, że zapomniała nazwisko. Skąd miała wiedzieć, że to spotkanie było zrządzeniem losu? Jeszcze zdąży zapaść jej w pamięć.

- Tak, Patrik - rzucił swobodnie. - A ty?

- Ida - odrzekła. - Wskakuj na kozioł, Patriku. Szwedów jeszcze nie gościliśmy pod naszym dachem.

Na podwórzu przed domem Knuta i Anjo stał ja­kiś wóz. Ida uniosła brwi w zdziwieniu, bo wizyty należały do rzadkości o tej porze roku. Pojawienie się Patrika w chwili, kiedy najbardziej potrzebowa­ła pomocy, wydało się jej wystarczająco niezwykłym wydarzeniem, obecność jakichś nieznajomych w za­grodzie brata miała wręcz niepokojący wymiar. Bóg jeden wie, po co przybyli.

- Po pańsku mieszka ten twój brat - ocenił Patrik, zeskakując z wozu, zanim ściągnęła lejce.

Ida nie miała czasu odpowiedzieć. Zebrała suknie, by ich nie zmoczyć o oszronioną ziemię, i pospieszy­ła do wejścia. Szron był na swój sposób urzekający. Pokrywał wszystko delikatnym welonem, jakby zima nie miała serca kłaść dywanu ze śniegu na to, co pięk­ne. Jakby zwlekała, rozkoszując się barwami jesieni.

Ida bez pukania weszła do środka. Patrik zaś nie należał do ludzi, którzy wstydliwie trzymają się na uboczu, i podążył za dziewczyną.

Ogromną kuchnię Anjo wypełniał zapach pieczone­go chleba, ale w powietrzu wisiało coś jeszcze. Anjo stała wsparta ramieniem o drzwi do izby i przyłożyw­szy do nich ucho, nasłuchiwała odgłosów z wewnątrz. Karl trzymał się matczynego fartucha, ssąc kciuk, na­wet po nim znać było niepokój. Helena siedziała sku­lona na kuchennej ławie, przerażona bardziej niż w chwili, gdy po raz ostatni widziała męża.

Ida stanęła na środku kuchni. Patrik zamknął drzwi za sobą.

- Co się dzieje? - spytała, przenosząc wzrok z An­jo na Helenę. - Gdzie jest Knut?

- Poborcy podatkowi - szepnęła Anjo. Za cicho, więc powtórzyła te dwa słowa jeszcze kilkakrotnie. - Doszły ich plotki, że Knut ma złoto - dodała, nie zważając na obecność Patrika.

- Głupio postąpił, pomagając ludziom - wyrwało się Idzie. Knut użył złota, by wesprzeć pobratymców, kiedy pożar strawił pół wioski. - Pomaganie innym nigdy nie przynosi nic dobrego - dodała z rozczaro­waniem. - Wyobrażamy sobie, że zawiść nie istnieje, ale wasz dostatek musiał być solą w oku dla wielu. Skąd w ludziach tyle podłości? - Opadła ciężko na ła­wę koło Heleny. - Co im powiedział?

- Przyznał, że ma trochę kruszcu - odrzekła Anjo. Pobladła, nasłuchiwała odgłosów zza drzwi, nie prze­rywając wymiany zdań z Idą. W końcu jej wzrok spo­czął na Patriku.

- Któż to zacz?

- Szwed - wyjaśniła Ida i w krótkich słowach opisała wypadek z wozem i nieoczekiwane pojawienie się Patrika. - Pomyślałam, że przygarniecie go na ja­kiś czas. U nas na cyplu przydałaby się para dodat­kowych rąk do pracy, ale pod nieobecność Sedolfa wolę nie wystawiać się na języki. Ludzie wciąż pa­miętają moją matkę - dodała z westchnieniem. - W ciemne jesienne wieczory nie mają nic innego do roboty, jak odkurzać stare wspomnienia. Patrik dal­by pożywkę dla nowych plotek.

Anjo uśmiechnęła się. Ida potrafiła być bezlitosna w swoich ocenach.

- Nie najlepszy wybrałeś dzień - odezwała się cie­pło do przybysza - ale witamy cię w naszych progach. Pozostaje mieć nadzieję, że ludzie nie zaczną gadać o tobie i Helenie. Helena jest Finką, ale zaliczamy ją do rodziny. Przed czym uciekłeś?

Patrik usiadł na zydlu przy stole, tak by móc wi­dzieć obie urodziwe dziewczyny. Na jasnowłose jak Helena napatrzył się dość w swoim krótkim życiu. Takie jak Ida, o włosach barwy ognia i oczach rzuca­jących błyskawice, spotykał znacznie rzadziej. Jedno pytanie nie dawało mu spokoju: kim jest Sedolf?

- Przed niczym nie uciekam - odrzekł beztrosko. - Przybywam, by ofiarować swoje usługi temu krajowi. Czyż Norwegia nie powinna być mi wdzięczna?

Anjo uśmiechnęła się mimowolnie.

- Potrafisz mnie rozbawić - powiedziała. - To, że przybywasz w taki dzień, nie jest może dziełem przy­padku.

Zza ściany dochodziły strzępy rozmowy, ostre, twarde głosy nieznajomych i stanowcze odpowiedzi Knuta. Bliscy nie mogli mu pomóc. Musiał sam decydować, walczyć o wolność i przyszłość rodziny.

Ida podciągnęła kolana pod brodę. Dobrze wie­działa, ile Knut poświęcił, by zdobyć spuściznę po oj­cu, i jak bardzo ryzykował, ukrywając ją w tajemni­cy. To, że posiadł więcej ziemi niż ludzie żyjący tu od pokoleń, wydawało się wystarczająco podejrzane. Jeszcze większe zadziwienie wywoływał fakt, iż po­trafił się dzielić z potrzebującymi. Takie wieści roz­chodziły się szybko.

I nic dziwnego. Ludzie gadali, jedni powodowani za­wiścią, inni czystą bezmyślnością, a poborcy podatko­wi mieli oczy i uszy szeroko otwarte. Kiedyś usiłowali dobrać się do ojca, ale Reijo okazał się sprytniejszy. Ze skarbu ukrytego w ścianie sauny korzystał w ostatecz­ności, na co dzień sprawiał wrażenie człowieka, który w życiu nie miał bryłki złotego kruszcu w rękach.

Ida obrzuciła przybysza przeciągłym spojrzeniem. Skąd pewność, że jest Szwedem?

Patrik wyczuł wzrok dziewczyny na sobie i pod­niósł oczy. Dostrzegła w nich to coś, czego nie chcia­ła już widzieć w spojrzeniu żadnego mężczyzny po­za Sedolfem. Dobrze im było ze sobą. Być może nie wyraziła tego wystarczająco jasno, ale liczyła na to, że nieznajomy młodzieniec właściwie pojął jej słowa.

I z pewnością był Szwedem. Ufała, że zjawił się przypadkiem, a nie na zlecenie poborców, którzy wiedzieli, że jest siostrą Knuta. Urzędnicy królewscy potrafili się posługiwać wymyślnymi fortelami, ale tym razem Ida nie wyczuwała zagrożenia. Zza ściany dochodził ją spokojny głos brata. Nie znała go dotąd od tej strony, zmienił się nie do poznania po powro­cie z Finnmarku. Ida kochała go bardzo, ale nie sposób wiedzieć wszystkiego o tym, kogo darzy się uczu­ciem.

Anjo odskoczyła gwałtownie od drzwi, które otworzyły się z trzaskiem. Karl wyglądał ostrożnie zza fałdów matczynej spódnicy. W szeroko rozwar­tych oczach chłopca czaił się strach. Co zapamięta z tej wizyty? Dwóch mężczyzn ubranych w czarne stroje podróżne. Ida zastanawiała się, gdzie spędzili poprzednią noc. Gdyby zjawili się tego samego dnia, lądem czy morzem, w domku na cyplu niechybnie dostrzeżono by ich przybycie.

Nie pokazali twarzy, Ida zapamiętała tylko głos jednego z nich:

- Masz jeden dzień, Knucie synu Karla. Wrócimy tu jutro i przewrócimy dom do góry nogami, jeśli od­mówisz współpracy. Albo zabierzemy cały inwentarz, wybór należy do ciebie. Dla opornych pozostaje twierdza. W tym względzie macie rodzinne tradycje...

Ida zapamiętała ten władczy ton i choć nie ujrzała twarzy urzędnika, poznałaby go po głosie. Knut poja­wił się w kuchni. Był blady, krople potu wystąpiły mu na czoło. Zapewne nie uszło to uwagi przybyszów.

- Ci przeklęci poborcy zjawiają się zawsze nie w porę - wychrypiał i objął Anjo. Karl wcisnął się między rodziców i złapał oboje kurczowo za nogi, przerażony ciszą, która nagle zapadła, i tym, że zu­pełnie nie zwracali na niego uwagi.

- Ktoś musiał donieść im o tobie... Knut pokiwał głową i pocałował Anjo w czoło, nie zauważając pozostałych.

Patrik odwrócił głowę. Spodziewał się kogoś star­szego, a ten mężczyzna nieznacznie tylko przewyższał go wiekiem. Za to jego żona miała znacznie wię­cej lat wypisanych na twarzy. Niewyobrażalne. Knut był wyraźnie młodszy od swojej żony, lecz wygląda­ło na to, że ją kocha. Pomimo wszystko...

- Mamy gościa - szepnęła Anjo. Dopiero wtedy Knut dostrzegł młodzieńca.

- Zagubiona owieczka - dodała Ida. - Znalazłam ją, ale nie mogę przygarnąć. Ludzie powiedzą, że wzię­łam sobie kochanka, kiedy mąż ruszył na Lofoty.

Knut przywitał się z Patrikiem i tych kilka chwil starczyło, by ocenić nieznajomego. Spodobało mu się to, co zobaczył. Uczciwe, otwarte spojrzenie, buń­czuczna mina, typowa dla kogoś, kto zobaczył nie­wiele świata. Wesołe iskierki w oczach. Nawet to, że Patrik nie odrywał wzroku od Idy, nie nastroiło doń Knuta negatywnie. Wolno patrzeć na ładne dziewczę­ta, nawet jeśli są zamężne.

- Poborcy podatkowi wszędzie tacy sami - stwier­dził Patrik. Stracił pewność siebie. Knut, choć niewie­le starszy, onieśmielał go. Wyglądał na człowieka, którego niełatwo zbić z pantałyku.

- Schowałeś wszystko w jednym miejscu? - zdzi­wiła się Ida.

Knut zdecydował się zaufać nieznajomemu. Przed Heleną nie musiał niczego ukrywać, wiedziała wy­starczająco dużo. Zresztą traktował ją nieomal jak członka rodziny.

Potrząsnął głową.

- Trzymasz wszystko w domu? - Nie.

- Większość?

- Całkiem sporo.

- Może zadowoliłoby to poborców? - zamyśliła się Anjo.

- Nie mam zamiaru oddawać im aż tak wiele - sprzeciwił się Knut. - Wydarłem to złoto górze goły­mi rękami.

- Czy czegoś ci brak? - spytała cicho Anjo i spoj­rzała na męża. Miała nadzieję, że pozostał tym sa­mym człowiekiem, który zwykł wznosić wzrok ku niebu, jakby pragnął przespacerować się po łuku tę­czy. - Twojej żonie niewiele potrzeba do szczęścia. Nic ponad to, co mamy. Możemy żyć jak inni.

Tylko Anjo mogła przemówić Knutowi do rozsądku.

- Skąd bierzecie pewność, że to prawdziwi poborcy? - zastanawiała się Ida. - Może to zwykli złodzieje?

- A poborcy nie są zwykłymi złodziejami? - rzucił zgryźliwie Patrik. Doprawdy, jego spotkanie z Nor­wegią przybierało niezwykły obrót i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że nic nie dzieje się przypadkiem. Los tak chciał, szeptał mu jakiś głos.

- Nie powinienem mieszać Reijo do tego - sapnął Knut, a jego wzrok spoczął ciężko na siostrze. - Mu­szę się go jednak poradzić, zanim uczynię następny krok. Coś mi mówi, że wrócą. Królewscy nigdy nie rezygnuję.

- Sprowadzę tatkę - oświadczyła Ida bez namysłu. Choć drobna i krucha, miała w sobie więcej siły i energii niż większość ludzi.

Patrik zerwał się z miejsca.

- Chętnie się rozejrzę po okolicy. Ci dwaj wyglą­dali podejrzanie.

- Nie sądzę, byś mógł wzbudzić przerażenie w kimkolwiek - orzekła powściągliwie Ida, obdarzając młodzieńca przeciągłym spojrzeniem. - Możesz jednak wybrać się ze mną.

Ujechali spory kawałek, zanim odezwała się po­nownie. Patrik siedział obok niej na wąskim koźle.

- Miły z ciebie chłopak, Patriku - zaczęła - i nie wątpię, że złamałeś niejedno dziewczęce serce. Spra­wiłbyś mi jednak radość, patrząc na mnie innym wzrokiem. Mówiłam dotąd półsłówkami, teraz wyło­żę kawę na ławę: Jestem mężatką, szczęśliwą mężat­ką. Mam dwoje dzieci. Nie należysz do mężczyzn w moim typie i nie znajdzie się dla ciebie miejsce w moim życiu. Mówię to, byś nie błądził w mgle nie­pewności. Mam wszystko, czego mi trzeba. Gdybym zechciała mieć więcej, i tak nie znajdziesz się na li­ście. A więc... - Ida zaczerpnęła powietrza. - Jeśli mo­je słowa nie trafiają w próżnię, nie widzę przeszkód, byśmy zostali przyjaciółmi.

Patrik zaniemówił na chwilę, ale szybko się otrzą­snął. Choć przemowa dziewczyny wprawiła go w osłupienie, nie mógł ukryć uczucia podziwu. Ida była jak wicher, który niespodziewanie zwala z nóg.

- Życie jest pełne rozczarowań - wyrzekł w koń­cu, śmiejąc się. Wyznawał zasadę, że porażki łatwiej znosić z uśmiechem na ustach. - Więc musiałaś mło­do wyjść za mąż?

- Po raz drugi - wyjaśniła pospiesznie, pobladłszy lekko. Zacisnęła dłonie na lejcach. - Moje dzieci uro­dziły się równocześnie.

Patrik powstrzymał żartobliwą uwagę, która cisnę­ła mu się na usta. Ktoś, kto wychodzi powtórnie za mąż, musiał przeżyć bolesną stratę. Nie zamierzał po­większać cierpienia Idy.

- Jesteś po prostu taka piękna - dodał niezdarnie, wywołując uśmiech na twarzy dziewczyny. - Chyba można mi wybaczyć, że zakochuję się w pierwszej pannie, którą spotykam w nowym kraju.

- Wybaczę, jeśli równie szybko ci to przejdzie.

- Więc uznaję, że już to uczyniłaś - odrzekł z cza­rującym chłopięcym uśmiechem. W głębi duszy nie był jednak takim chłopcem, na jakiego wyglądał.

- Bardzo bogaty jest twój brat? - spytał, kiedy w od­dali ujrzeli skrawek morza. Patrik był kilka razy nad Zatoką Botnicką i ten widok nie odebrał mu tchu w piersiach, brakowało mu rozmachu. To zapewne je­den z tych północnych fiordów, o których słyszał od wędrowców. - Gdzie tutaj można znaleźć złoto?

Ida roześmiała się.

- Jest na tyle bogaty, by odczuć stratę majątku. Złoto znalazł. Cała historia przypomina bajkę. Nie spotkałam nigdy nikogo, kto by miał tyle szczęścia...

Ida nie wspomniała ani słowem o Reijo. Nie za­mierzała wtajemniczać nieznajomego we wszystkie szczegóły ich życia rodzinnego.

Patrik nigdy nie przypuszczał, że królewscy po­borcy zechcą oskubać człowieka tylko za to, że uda­ło mu się wyrwać ziemi garstkę skarbów. Marzył za to wielokrotnie o tym, by samemu wzbogacić się w ten sposób, bez zbytniego wysiłku.

Nie musieli opowiadać Reijo o urzędnikach. Ci lu­dzie wiedzieli dobrze, gdzie kierować kroki.

Dotarli na cypel przed Idą i Patrikiem. Przez gło­wę Idy przemknęła niepokojąca myśl. Jeśli zobaczą pusty wóz, domyśla się, po co wróciła.

Może zabronią Reijo rozmowy z Knutem? Wolno im?

Ida nie wiedziała, ale coś jej podpowiadało, że lu­dzie króla mogą wszystko. Zwłaszcza wobec bieda­ków, którzy nie znają się na prawie, przynajmniej nie na tyle, by przeciwstawić się poleceniom tych, któ­rzy mienią się jego egzekutorami.

- Nie odzywaj się, póki nie poproszę cię o pomoc - westchnęła Ida. - Kto wie, może i tobie coś skapnie. Knut zawsze nagradza tych, którzy go wspierają.

Patrik nabierał coraz mocniejszego przekonania, że jego krokami kieruje przeznaczenie.

Reijo poczęstował przybyszów kawą. Ida poczuła ten zapach i rozzłościła się. Sama nie podałaby po­borcom ani szklanki wody.

- Przyprowadziłam Patrika - oznajmiła ojcu, pa­trząc na niego znacząco. W ogóle nie zwracała uwa­gi na mężczyzn w czerni.

Reijo obrócił spokojne spojrzenie na młodzieńca i udał, że zna go od dawna.

- Co słychać u ojca? - spytał. - Minęło z dziesięć lat, kiedy widziałem go po raz ostatni. Wtedy byłeś jeszcze małym chłopcem.

- Wszystko dobrze - odrzekł Patrik i uśmiechnął się krzywo. Ida była doprawdy niezwykle podobna do Reijo. Z miejsca go polubił.

- Spotkałaś już tych panów? - spytał Reijo, prze­nosząc wzrok z córki na poborców.

Spojrzała na nich jeden raz i skinęła głową.

- Więc są przekonani, że i ty masz złoto? - syknę­ła z nienawiścią w oczach.

Reijo roześmiał się serdecznie.

- Pokazałem im dom. Na ich przekonania nic nie po­radzę. Zapłaciłem tyle, ile królowi i kościołowi się należy. Jestem uczciwym, ciężko pracującym człowiekiem.

- Ja też niczego nie skrywam pod siennikiem - do­dała Ida zjadliwie.

- Sprawdziliśmy - odrzekł chrapliwie jeden z męż­czyzn. - Pozostaje mieć nadzieję, że twój brat wyka­że równie wiele rozsądku. Poprosiliśmy ojca, by z nim pomówił...

Ida spojrzała mimowolnie na mówiącego. U takie­go człowieka pamięta się głos, nie wygląd, pomyślała. I zmieniła zdanie, kiedy ujrzała ostry profil nieznajo­mego, pociągłą, wąską twarz i lekko skrzywiony nos, jasne włosy, oczy szare i pełne życia. Nie pasowały do głosu, tonu zimnej obojętności, tak charaktery­stycznego dla urzędników królewskich. Zapamięta i wygląd, taka twarz łatwo zapada w pamięć.

- Nie przyszło wam do głowy, że i Knut jest uczci­wy? - spytała wyzywająco, wysuwając podbródek.

Poborcy uśmiechnęli się. Gdyby takie słowa wy­rzekł mężczyzna, zostałby niechybnie ukarany. Ida nie pomyślała o tym. Nie wiedziała, że wybaczono jej tylko dlatego, że jest kobietą. Piękną kobietą.

- Nie poprzestajemy na domysłach. - Usłyszała ten sam chrapliwy głos. Widać jego właściciel zawsze prowadził rozmowę. Może po to, by przestraszyć dłużników. W głosie mężczyzny pobrzmiewały zło­wieszcze nutki, choć nie musiał posługiwać się otwar­tymi groźbami. - Wykonujemy rozkazy. Potrafimy sprawdzić, kto kieruje się uczciwością, a kto nie. Nie mieszamy w to uczuć. Umiemy dojść prawdy.

Nie przekonał Idy, ale spojrzenie, jakie posłał dziew­czynie, przyprawiło ją o ciarki. Po raz pierwszy w ży­ciu poczuła, że włoski jeżą się jej na karku.

Poborcy dopili kawę, pożegnali się i opuścili dom. W izbie zapanowała głucha cisza. Ida otworzyła drzwi do swego pokoju. Dzieci spały.

- A więc masz na imię Patrik - stwierdził Reijo. - Nie sądziłem, że moja córka potrafi kłamać na zawo­łanie...

Patrik wymienił uścisk dłoni z Reijo i opowiedział w krótkich słowach o sobie.

- Ktoś, komu przytrafia się taka historia, musi do­szukiwać się w niej ukrytego znaczenia - orzekł Re­ijo, nie zdając sobie sprawy, że trafia w samo sedno.

- Może zrządzenia losu? - spytał niewinnie Patrik. Reijo zaśmiał się cicho.

3

 - A więc Knut ci zaufał? - spytał Reijo po raz ko­lejny. Minęło parę godzin od chwili, kiedy Szwed przekroczył próg jego domu. - Swego czasu potrafił w mig ocenić ludzi. Pozostaje nam wierzyć, że nie stracił tej umiejętności...

Patrik dobrze wiedział, iż gdyby zawiódł Reijo, musiałby prostą drogą wracać do Szwecji. Ojciec Idy był miły, ale nie pobłażliwy.

- Lepiej będzie dla Heleny, jeśli się z nimi ponow­nie nie spotka - myślał głośno Reijo. Czuł się odpo­wiedzialny za dziewczynę.

- Knut powinien zatkać im czymś usta - oświad­czyła Ida.

Reijo skinął głową.

- Postąpił nierozsądnie, osiedlając się w rodzinnej wsi. Gdyby wybrał sobie inne miejsce, nie intereso­wałby się nim żaden poborca. Tylko że Knut zawsze kierował się głosem serca, a jego serce kazało mu za­mieszkać tutaj...

Słowa ojca podziałały na Idę jak mroźny wiatr, do­tykały jej bowiem w równym stopniu jak Knuta. Ona też tęskniła za światem, ale strach przed nieznanym okazywał się silniejszy.

W przypadku kobiet nie miało to zresztą wielkiego znaczenia. Kobiety zostawały w rodzinnym domu lub szły tam, dokąd wiódł je mąż. W porównaniu z innymi Ida i tak zobaczyła kawałek świata, ale nie odczuwała satysfakcji.

Ida bowiem nigdy nie porównywała się z innymi kobietami i uznawała to za rzecz naturalną. Ida po­równywała się z mężczyznami. Może pod wpływem ojca, który nie pokazał jej wyraźnych granic.

- Chyba wiem, gdzie Knut ukrył swoją część zło­ta - oświadczył Reijo, unosząc kąciki ust w lekkim uśmiechu. - W miejscu znacznie bezpieczniejszym niż moje. A mojego poborcy nie odkryli...

Patrik przestraszył się, że usłyszą, jak mocno bije mu serce. Rzeczywistość przerastała najśmielsze sny.

- Zapewne obserwują dom Knuta i Anjo. Uśmiech Reijo zniknął. Uwaga Idy była trafna.

- Knut nie może ruszyć się z domu, ale sądzę, że mogę pojechać tam z Patrikiem, nie wzbudzając ni­czyich podejrzeń. Przywieziemy Helenę, żeby ci ulży­ła w obowiązkach. No i skóry, których zapomniałaś.

Ida żałowała, że nie ma Sedolfa. Na wspomnienie męża poczuła falę ciepła w całym ciele. Miły, dobry, urodziwy Sedolf. Brązowe oczy, które w mig odczyty­wały każde jej pragnienie, wesołe spojrzenie, pod któ­rym topniała jak wiosenny śnieg. Spokojny głos, żar­tobliwe słowa... Sedolf opanował wszystkie jej myśli, wkradł się do jej serca i zabłądził w niezliczonych ko­rytarzach, z których nie potrafiła go wygnać. Później pozamykała wszystkie drzwi, by nie mógł się wykraść. Tyle właśnie dla niej znaczył. Tyle i jeszcze troszkę więcej, ale tego więcej nie potrafiła już ubrać w słowa.

Byłaby spokojniejsza, mając go u swego boku. Czuła jakiś niepokój, nie strach, lecz coś, czego nie umia­ła bliżej określić. Złoto nie przynosi szczęścia.

Machinalnie podniosła dłoń do szyi. Wciąż nosiła ptaszka, dar Ailo. Złotego ptaszka na złotym łańcusz­ku. Chciała wierzyć, że nie spoczywa na nim żadne przekleństwo. Jej skrzydlaty przyjaciel nie błyszczał złowrogim blaskiem.

Ida została w domu, a Reijo i przybysz ze Szwecji wyruszyli do Knuta. Ojciec wrócił po jakimś czasie w towarzystwie Heleny.

Wieczór dłużył się niemiłosiernie. Sen nie nadchodził.

Myśli Idy biegły do Knuta i do Anjo. Myślała o ich szczęśliwym związku, o cierpieniu Knuta, o cenie, któ­rą zapłacił za swój skarb. Królewscy poborcy nie zwa­żali na cierpienie. Władzy nie kupi się cierpieniem. Nie można ukrywać skarbów. Dlaczego jednak należy dzielić się nimi z kimś, kto posiadł znacznie większą fortunę? Niepokorne myśli. Ida zastanawiała się, czy poborcy byli jedynie ślepymi wykonawcami poleceń królewskich. Zapewne. A jednak czyż nikogo nie ota­czali troską? Nie pragnęli zapewnić godziwego życia ukochanej kobiecie?

Nie znali bólu po utracie tego, co zdobywa się cięż­ką pracą? Pracą dla tych, których darzy się miłością?

Może potrafili zapomnieć o uczuciach, choć wła­śnie tego Ida nie umiała sobie wyobrazić.

Tej nocy dzieliła łóżko z Heleną. W ciemności wy­mieniały się uwagami. Jak miło prowadzić taką roz­mowę z drugą kobietą, spokojną, cichą rozmowę na skraju snu. Elise i Maja robiły to samo, pomyślała Ida. Ona była wtedy zbyt mała, by dzielić siostrzaną wspólnotę. Dopiero Knut stał się jej powiernikiem.

Później Ailo, no i Sedolf. Taka nocna rozmowa nie miała wiele wspólnego z pogawędką rozchichotanych przyjaciółek spacerujących ramię w ramię. Inaczej ga­wędzi się z kimś, kto dzieli te same pragnienia...

- Uważasz, że jest przystojny? - spytała Helena. Ida wzdrygnęła się, sądziła, że przyjaciółka zdążyła już zasnąć.

- Przystojny? - powtórzyła. Przypomniała sobie twarz poborcy podatkowego. Tego słowa by nie użyła.

- Patrik, ten Szwed... Podoba ci się?

- Nie - odrzekła Ida bez namysłu. - A tobie?

- Jest taki młody - szepnęła Helena i zadrżała. Patrik był starszy od niej. - Ty mu się podobasz - dodała.

- Wiem. Oświadczyłam mu, że nie ma na co liczyć.

- Tak powiedziałaś? - Helena usiadła na łóżku, usi­łując dostrzec twarz Idy w ciemności.

- Lepiej żeby od razu wiedział i nie robił sobie płon­nych nadziei. Po co mi inni, skoro mam Sedolfa?

- Ja bym się nie odważyła.

- A miałaś okazję? - chciała wiedzieć Ida. Czyżby ktoś czynił Helenie niedwuznaczne propozycje?

Dziewczyna roześmiała się cicho, by nie zbudzić dzieci. To był śmiech przez łzy.

- Nie, Ido, choć tak byłoby może lepiej. O kim po­myślałaś? - spytała ostrożnie, jakby rzeczywiście chciała coś ukryć. - Nie widuję nikogo poza Knutem i Reijo. Czasem jeszcze spotykam Emila i Larsa, kom­panów Knuta. Który z nich byłby dla mnie odpo­wiedni? Nie ośmielą się nawet spojrzeć na mnie, a ja też nic w nich nie widzę...

- Strasznie się puszysz - syknęła Ida.

- Nie miałam takiego zamiaru. Naprawdę nic dla mnie nie znaczą i nic mnie w nich nie pociąga. No, może poza... Sedolfem. On ma coś w sobie...

- Zauważyłam - odrzekła rozbawiona Ida. - Rzucę się na ciebie z pazurami, jeśli się do niego zbliżysz...

Zachichotała w poduszkę, ujrzawszy, jak Helena się czerwieni.

- Patrik to przynajmniej nowa twarz - dodała He­lena po chwili. - Odnoszę wrażenie, że Reijo ma mnie dość. Chyba chce odesłać mnie do domu.

Ida nie spodziewała się tych słów.

- Napomknął o tym? - spytała z nagłym przestra­chem, który przysłonił lęk o Knuta i o to, co przy­niesie kolejny dzień.

- Nie musiał - pisnęła Helena, żałując, że zdradzi­ła się ze swoimi przypuszczeniami. Dręczyły ją od dawna i w tej chwili zwierzeń nie potrafiła się po­wstrzymać. - Wiem - dodała. - Po prostu wiem. Wy­daje mu się, że tu nie pasuję. Że nie wypełniam mo­ich obowiązków...

- Nie jesteś nam ciężarem - oznajmiła Ida, akcen­tując każdą sylabę. - Tacie nic do tego. Nie miesz­kasz u nas, tylko u Knuta, więc jedynie on mógłby cię odesłać. A Anjo na to nie pozwoli. Tato nie ma nic do gadania!

- A jednak słuchacie każdego jego słowa - wyrwa­ło się Helenie. Przypomniała sobie, jak Reijo wcho­dzi do kuchni Anjo i Knuta i z łagodną stanowczo­ścią oznajmia, że Helena powinna wrócić z nim na cypel. Jak wysłuchuje, co mówi Knut o swoich za­mierzeniach, i podsuwa rady, a Knut akceptuje je bez zastrzeżeń. Tak, słuchali go we wszystkim. W osta­teczności to Reijo podejmował decyzje.

- Traktuje mnie jak dziecko, któremu należy się opieka. A ja jestem zamężną kobietą. Bóg jeden wie, gdzie przebywa mój mąż, ale to niczego nie zmienia. Mój stan cywilny daje mi jakąś godność, pozycję, a Reijo traktuje mnie jak małą dziewczynkę. Rumie­nię się, jeśli popełnię błąd, jąkam, bo czuję się nie­pewnie w jego towarzystwie. Tak właśnie postępował mój ojciec. Uzależnił mnie od siebie.

- Zawsze jesteśmy od kogoś zależni. Nie sądzisz? Helena nie odpowiedziała. Nie potrafiła uwolnić się od niepokoju, który wzbudzał w niej Reijo. Jak­by była pod nieustannym nadzorem.

- Tato troszczy się o ciebie - uznała Ida. Wiedzia­ła, jak bronić ojca. - Jeśli popełnia jakiś błąd, to ten właśnie, że zbyt łatwo obdarza ludzi miłością. A wte­dy troszczy się o nich, czuje się za nich odpowiedzial­ny. Dlatego masz wrażenie, że traktuje cię jak córkę. Nie sądzę, by czynił to w złych zamiarach.

Ida wbiła wzrok w ciemność, wsłuchując się w równy oddech śpiących dzieci. Dobrze wiedziała, że obudziłby ją każdy niepokojący szmer. Miała ten sam dar opiekuńczości co Reijo, z tą jedną różnicą, że on obejmował nim wiele osób. Dla wszystkich znajdował miejsce w swoim sercu. Idzie podobała się myśl, że miłość bliźniego odziedziczyła po ojcu.

- Tato jest przystojny, Heleno - odezwała się znów głosem przepojonym czułością. - Kiedy by­łam młodsza, podkochiwały się w nim wszystkie moje koleżanki. Możesz to sobie wyobrazić? Wte­dy się wstydziłam, teraz uważam, że powinnam być dumna. Tatko jest przystojny. I bardzo sprawny jak na kogoś po czterdziestce. Gdyby los był sprawiedliwszy, obdarzyłby go kochającą żoną i stadkiem dzieci.

- Po czterdziestce? - wyrwało się Helenie. Znała wiek Reijo, ale dopiero w ustach Idy liczba zabrzmia­ła niepokojąco. Usiłowała przypomnieć sobie ludzi w takim wieku, których znała w przeszłości, i wzdry­gnęła się. Żaden z nich w niczym nie przypominał oj­ca Idy.

- Powinnyśmy złapać trochę snu, zanim maleń­stwa się obudzą.

Helena pokiwała głową w ciemności, ale Ida nie dostrzegła tego gestu. Myśli Heleny też były niewi­doczne. W przeciwnym razie przyprawiłyby Idę o dodatkowe zmartwienia.

Tak bardzo przypominała ojca - troszczyła się o ludzi.

Reijo myślał o kobietach w swoim życiu, a te my­śli odpędzały sen. Nie lubił, kiedy go dopadały. Chciał mieć kontrolę nad własnym losem. Odzyskał ją dopiero po zniknięciu Raiji.

I wciąż ją sprawował, a powód był prosty. Od tam­tej chwili nie pozwolił żadnej kobiecie przekroczyć progu swego serca.

Tamte dwie, które wpuścił do środka, były na swój sposób czarownicami. Nie tymi złymi, opętanymi przez diabła. Słowo „czarownica” Reijo wymawiał z mi­łością i czułością, w jego ustach brzmiało jak zaszczyt­ny tytuł. Bezimienna, rudowłosa dziewczyna z Bergen. Ta, którą utopiono. Ta, którą kochał. I Raija.

Zawsze Raija.

Uczucia jak koło młyńskie starły go na proch i pozostawiły równie zdumionym jak i ją. Dał się im po­rwać, w swej bezradności zdany na los, Boga, przy­padek...

Sam nie wiedział na co.

O Raiji myślał najczęściej, stanowiła bowiem naj­ważniejszą cząstkę jego życia.

Tę drugą ledwie pamiętał. Jedynie rysy twarzy, a i te pewnie ubarwił przez lata. Pamięć mężczyzny nie jest godna zaufania. Zwłaszcza jeśli mężczyzna pragnie ukryć coś, w czym brał udział.

Raiji nie potrafił zapomnieć. Widywał ją codzien­nie. Jako małą dziewczynkę, biegającą radośnie mię­dzy drzewami, wiecznie roześmianą. Jako młodą żo­nę, niosącą cebry z wodą. Pamiętał zmarszczkę, objaw zatroskania, pojawiającą się między łukowatymi brwiami. Zakryte żałobą oczy tamtego listopadowego dnia, kiedy Mikkal padł trafiony pociskiem. Upór i zdecydowanie w tych samych oczach, kiedy wiózł dziewczynę na rosyjski statek.

Niezliczone wspomnienia. Nie nazwane wspo­mnienia.

Oblicza Raiji nigdy nie zapomniał.

Mimowolnie dotknął dłońmi własnej twarzy. Czas i surowy klimat północy pokryły ją zmarszczkami, zwłaszcza wokół oczu i ust. Mówiły o tym, że ich właściciel jest skory do śmiechu. Te pomiędzy brwia­mi i w poprzek czoła nie wyżłobiły wyraźnych śla­dów. Zresztą cóż to ma za znaczenie?

Raija nie zdążyła się zestarzeć. To dziwne. Wy­obrażał sobie, że zostałaby urokliwą staruszką, kru­chą, delikatną damą o płomiennych oczach, noszą­cą się dumniej niż za młodu. Jej włosy pojaśniałyby, może nawet pokryły siwizną. Los chciał inaczej.

Nie potrafił przyzwyczaić się do tego, że nie mo­że rozmawiać z nią w myślach. Czynił tak przez dłu­gie lata. Znał Raiję na tyle dobrze, że wiedział, jakich spodziewać się odpowiedzi. Od chwili gdy Jewgienij opowiedział mu o jej śmierci, przestał zwracać się do niej w ten sposób.

Czasami jednak zapominał. Rozpoczynał wyima­ginowaną pogawędkę, by w środku zdania zdać so­bie sprawę, że...

Oszukiwał się, gadał sam z sobą.

W myślach.

Maja...

Reijo owinął się szczelniej pledem. Boże, wspo­mnienie Mai wciąż przynosiło mu ból.

Całe szczęście, że wyjechała do Finlandii. Tak na­prawdę w jego życiu były trzy czarownice.

I z tych trzech najłatwiej przyszło mu kochać Raiję.

Dziewczyna z Bergen to stara blizna, która raz po raz dawała znać o sobie. Maja to otwarta rana. Nie mógł postąpić inaczej. Istnieją uczucia, które należy tłumić w zarodku. Są słowa, których nie wolno wy­mawiać.

Bardzo ją zranił. Minęły lata, zanim zdecydowała się mu wybaczyć.

Otwarte rany...

Zwykłe kobiety nie zdołały obudzić w nim żad­nych uczuć, ani tych dobrych, ani złych. Jakaś tajem­nicza siła ciągnęła go ku tym, które dają miłość po­mieszaną z cierpieniem.

Z wiekiem zaczęło go to nużyć. Marzył o spokoj­nym, zwykłym szczęściu, o bezpiecznym, nudnym związku. Namiętność zostawił za sobą. Nie miał już na nią siły.

Nie musiał udowadniać sobie, że jest mężczyzną. Trzy czarownice nie kochają się w jednym człowie­ku bez powodu. Było w nim coś, czego zwykli ludzie nie dostrzegali. Reijo nie dbał jednak o osąd zwy­kłych ludzi...

Potrzebował łagodnej letniej bryzy. Lub spokojne­go jesiennego wietrzyka unoszącego pożółkłe liście. Tymczasem w uszach szumiały mu roześmiane wio­senne wiatry, choć zbliżała się najczarniejsza noc ro­ku, środek ciemnej zimy.

Kręcił się długo, zanim zasnął. Prześladowały go rozliczne pary oczu.

Nawet te, w które nie chciał zaglądać...

4

Nadszedł niedobry poranek po złej nocy. Zbudzi­li się, zanim zaczęło świtać, i kręcili się bez celu po domu.

Nic nie wiedzieli, nic nie widzieli. W myślach snu­li najczarniejsze przewidywania.

Niebo wciąż było ciemne na wschodzie, kiedy przybiegła Anjo, niosąc w ramionach Karla. Miała na sobie kurtkę Knuta, która sięgała jej nieomal do ko­lan. Popłakując, przekroczyła próg. Reijo wziął od niej chłopca.

Ida objęła bratową, zanim ta odzyskała oddech. Nie musieli zadawać żadnych pytań.

- Muszę wracać - sapnęła Anjo. - Przyniosłam tyl­ko małego, bo u nas nie ma teraz dla niego miejsca...

- Co robią? - zapytał ostro Reijo.

- Rozbierają dom na kawałki. - Anjo była tak roz­trzęsiona, że uwierzyli jej bez wahania.

- Sądziłam, że to tylko groźba - zdziwiła się Ida. - Czcza pogróżka. Nie sądziłam, że jest na tyle głupi...

- Ten milczek wydaje polecenia - przerwała jej An­jo. - Sprowadzili paru pomocników z osady. Teraz przynajmniej wiemy, kto jest przeciw nam. Kto nie może znieść myśli, że mamy...

Zabrakło jej oddechu. Anjo płakała nie tyle z żalu, co z irytacji. Miała głębokie poczucie własnej warto­ści. Nie zdobyła jej dzięki złotu Knuta.

Chciało się jej krzyczeć. Knut wyobrażał sobie, że zdobędzie poważanie, bogacąc się. Bogactwem jed­nak trudno zdobyć prawdziwy szacunek. Jej dobry mąż obudził się nagle z pięknego snu i zrozumiał, że popełnił błąd.

- Nie powinnam zostawiać Knuta, moje miejsce jest u jego boku. Nie mogłam jednak pozwolić na to, by mały Karl stał się świadkiem poczynań tych dra­ni. Patrik towarzyszy Knutowi. Muszę wracać do nich jak najszybciej...

Reijo zdjął chłopcu wierzchnie odzienie, poklepał malca po policzkach, przemawiając doń spokojnym głosem. Karl uśmiechnął się. Reijo otaczał go nie­zmierną czułością, a chłopiec odpłacał się dziadkowi prawdziwym przywiązaniem. To, że nie był jego prawdziwym dziadkiem, nie miało żadnego znacze­nia. Reijo kochał Karla całym sercem, a to liczy się bardziej niż więzy krwi.

- Pojadę z tobą, Anjo.

- Ja też - oznajmiła twardo Ida.

Ojciec spojrzał na córkę. Przez dłuższą chwilę mo­cowali się wzrokiem, potem Reijo wolno potrząsnął głową.

- Nie możesz zostawić Heleny samej z dziećmi - powiedział zdecydowanie, jakby uznał, że tymi sło­wami rozstrzyga sprawę.

- Nie trzeba ich już karmić piersią - odrzekła nie­winnie Ida.

Pomoc przyszła z nieoczekiwanej strony.

- Nie jestem już dzieckiem, Reijo - odezwała się Helena - choć tak mnie traktujesz. Jestem dorosłą ko­bietą i można mi powierzyć opiekę nad dziećmi bez obawy, że stanie się coś złego...

Reijo narzucił kurtkę, założył czapkę i ruszył do wyjścia, łapiąc po drodze rękawice.

- Zaprzęgnę konia. Kto nie będzie gotowy, kiedy skończę, zostaje w domu.

Ida uśmiechnęła się. Mrugnęła do Heleny, ale wy­raz oczu przyjaciółki pozostał nieprzenikniony. An­jo też obserwowała jej zachowanie. W przeciwień­stwie do Idy pojęła, co kryje się we wzroku Heleny, ale nie powiedziała ani słowa. Nie należała do ludzi, którzy spieszą się potępiać czy oceniać innych.

Ida była już gotowa, kiedy ojciec podprowadził wóz. Obrzucił ją chłodnym spojrzeniem, ale nic nie powiedział. Milczenie miało czasami większy wpływ na Idę niż słowne pojedynki.

Knut rąbał drzewo. Stał plecami do domu i z całą mocą uderzał w pniaki, jakby widział w nich królew­skich urzędników.

Anjo zeskoczyła z wozu, zanim Reijo ściągnął lej­ce, i podbiegła do męża. Mała kobieta objęła barczy­stego, wysokiego mężczyznę, który zgiął kark.

Siekiera wypadła mu z rąk. Otoczył ramionami drobną postać w czerni, która stanowiła jego oparcie na tej ziemi. Wsparł głowę na jej ramieniu i tak trwa­li złączeni. Ida odwróciła się ze łzami w oczach. Na­gła tęsknota za Sedolfem ścisnęła jej serce.

Reijo wszedł do środka, a Ida pospieszyła za nim, unosząc suknie. Ojciec stawiał wielkie kroki, jakby chciał oderwać się od córki, ale ona nie zwracała na to uwagi. Knut był jej bratem. Ta sprawa i jej dotyczyła.

Anjo nie przesadziła. Poborcy metodycznie rozbie­rali dom na kawałki. W miejscach, gdzie brakowało podpiwniczenia, zerwali podłogę. Meble, przedmiot dumy Anjo, zrzucili bezładnie w kącie, nie zastanawia­jąc się, ile są warte, nie bacząc na to, czy je uszkodzą.

Oczy Idy powilgotniały. Kilka łez stoczyło się po po­liczkach dziewczyny, ale zdołała zapanować nad pła­czem. Nie zamierzała okazywać słabości przy obcych.

Patrik stał oparty o framugę drzwi prowadzących do izby. Ręce złożył na piersiach. Był tylko nieznajomym, który przez zrządzenie losu znalazł się w środku wyda­rzeń, ale i jego twarz wykrzywiał grymas bólu. Dom Knuta i Anjo był jak z bajki, nie widział dotąd nic pięk­niejszego. On, chłopak ze wsi, nie wyobrażał sobie na­wet, że można mieszkać w taki sposób. Marzenia przy­bierały inny kształt, kiedy siedział w tej pięknej izbie.

A teraz legły w gruzach.

Przepuścił Reijo i uczynił ruch, jakby chciał za­trzymać Idę. Nie powinna była przyjeżdżać. To nie­odpowiednie miejsce dla kobiet.

Ida nie dała się powstrzymać. Położyła drobną dłoń na ramieniu Patrika i odsunęła go na bok, prze­ślizgnęła się do środka i stanęła pośrodku zdemolo­wanego pokoju.

Rozejrzała się wokół i bezwiednie uchwyciła się oj­cowskiego ramienia. Reijo złapał jej dłoń. Oboje po­trzebowali wsparcia, ojciec i córka.

- Nie spodziewałem się tu ciebie, Emilu - wyrzekł ponuro Reijo.

Emil spojrzał na mówiącego i zaczerwienił się.

Ida potrząsnęła głową. Nie mogła uwierzyć w to, co widzi.

Emil! Dlaczego właśnie on?

Obiecali sobie przyjaźń, zawarli rozejm.

- Czasami opłaca się wziąć sprawy w swoje ręce - odrzekł sucho Emil, ale rumieniec nie schodził mu z twarzy. Nie odważył się spojrzeć na Idę, cały czas kierował wzrok na Reijo.

Przyprowadził ze sobą parobków, którzy zazwy­czaj pomagali mu w pracy na roli. Ida zrozumiała sło­wa Anjo, teraz wiedzieli już, kto w osadzie źle im ży­czy. Knut musiał odebrać to jak policzek. Zaliczał Emila do przyjaciół.

A ten pokazał mu inne oblicze.

- Sądziłem, że Knut dał wam to, co się należy - rzekł Reijo.

- Takiej udzieliłeś mu rady? - spytał mężczyzna o chrapliwym głosie.

Ida obróciła wzrok na niego. A więc nie był przy­wódcą, ale emanowała od niego jakaś niezwykła siła. Prędzej czy później zdobędzie znaczniejsze stanowi­sko, jak tylko nabierze lat i doświadczenia.

- Takiej udzieliłem mu rady - odrzekł Reijo z nieza­chwianym spokojem, który znamionuje nielicznych. Nie nosił tytułów szlacheckich, nie miał popleczników. Sam dawał odpór. W przypadku mężczyzn takich jak Reijo to wystarczy.

- Uważamy, że ma więcej. Ida przełknęła słowa, które z największą ochotą rzuciłaby w twarz temu wyniosłemu, zimnemu czło­wiekowi. Była gotowa udusić go gołymi rękami...

Zdołała zapanować nad sobą, ale gniew wciąż ści­skał jej gardło.

- Mój brat nie kłamie - syknęła.

Wreszcie Emil odważył się spojrzeć na dziewczy­nę. Przerwał zajęcie. Mimo palącego wstydu poczuł podziw dla Idy. Wszystko potoczyłoby się inaczej, gdyby go nie odtrąciła.

Ida uwolniła się z objęć ojca i postąpiła krok do przo­du. Rozstawiła szeroko nogi i wsparła się pod boki, wy­sunąwszy wyzywająco podbródek. Zimnym wzrokiem omiotła znajomych parobków i mężczyzn w czerni.

- Nie lepiej było wam wyruszyć na Lofoty, zamiast zrywać podłogę w obcym domu? - zapytała, a potem zwróciła się do jasnowłosego poborcy. Drugiego świadomie lekceważyła, choć znała jego funkcję. Nie mogła znieść jego twarzy, wolała patrzeć na kogoś, kto ma przyjemne oblicze. Nawet poborcy podatko­wi bywają przystojni. - Knut postąpił głupio, milcząc tak długo, ale mój brat nie kłamie. Ręczę za niego. Złośliwie niszczycie jego własność.

- Ma więcej - rzucił zawzięcie Emil.

- Przemawia przez ciebie zgorzknienie, Emilu - od­rzekła, nie odrywając wzroku od urzędnika królewskie­go. - Dlaczego jesteś zgorzkniały? - dodała łagodniej, a na czole Emila pojawiła się zmarszczka zwątpienia. - Sądzę, że nie popędziłbyś ze swymi wątpliwościami do urzędników, gdybym wyszła za ciebie. Dwa razy jednak wybrałam innego mężczyznę. Uważasz się za lepszego od Ailo i Sedolfa? Jeśli pałasz chęcią zemsty, czemu nie obrócisz jej ku mnie i memu mężowi? Nie mamy wprawdzie złota, ale znalazłbyś inny powód... Knut nie wyrządził ci krzywdy, zawsze był ci przyjacielem.

- Nie macie też ziemi - rzucił Emil. - Nic nie ma­cie. Ziemia Knuta graniczy z moją.

Ida zrozumiała, do czego zmierza.

- Boże jedyny, Emilu, jak można być tak małost­kowym? Sądzisz, że ty, mały, podły człowiek, prze­pędzisz Knuta z wioski? On jest wart dziesięciu ta­kich jak ty. Mógłbyś posiąść ziemię stąd do gór, a jeszcze nie dorósłbyś mu do pięt.

Emil nic nie odpowiedział. Jasnowłosy poborca spojrzał na niego innym wzrokiem.

Ida wstrzymała oddech. Urzędnicy królewscy to przecież zwykli ludzie. Pod maską wyniosłości skry­wali zapewne jakieś uczucia.

- Znaleźliście coś? - spytała dumnie, popatrując na nich po kolei. Jej zielone oczy rzucały błyskawice, na­wet nie starała się ukryć wzgardy. - Harowaliście ca­ły ranek i nie natrafiliście choć na małą bryłkę złote­go kruszcu?

Zapadła głucha cisza.

- Zupełnie nic? - Ida potrząsnęła głową, wydęła usta i cmoknęła. - No cóż, to duży dom, ma wiele pomieszczeń, ścian i podłóg. Nie zapomnijcie o przy­budówkach i oborze. Zwłaszcza o oborze. W kupie gnoju można ukryć niezliczone skarby. Będziecie cią­gnąć losy, kto pierwszy do niej wskoczy? Jest jeszcze drewutnia. Tak mi przykro, Knut zgromadził mnó­stwo drewna na zimę. Trzeba wszystko wynieść. Za­pewniam was, drewutnia to doskonała kryjówka dla...

- Zamknij się, kobieto! A więc milczek potrafił mówić.

- Pani Bakken dla ciebie - wycedziła Ida. - To nieobyczajnie zwracać się do nieznajomej kobiety, żony innego mężczyzny, takimi słowami. Można ją jedy­nie poprosić, by powstrzymała się od uwag.

- Ido... - zaczął ostrzegawczo Reijo.

Ida udała, że nie słyszy.

- Nie dbam o obyczaje - odrzekł poborca. - Jeśli się nie zamkniesz, zaciągnę cię do innej izby w tym dużym domu i inaczej z tobą porozmawiam.

- Gwałtem rozwiązujecie problemy? - Ida nawet nie mrugnęła. - Nie uczą was myśleć?

W ułamku sekundy znalazł się przy dziewczynie. Silne dłonie chwyciły ją za ramiona i potrząsnęły gwałtownie. Mężczyzna obnażył zęby w pogardli­wym uśmiechu. Miał cuchnący oddech.

- Zamknij się - syknął. Oczy wszystkich obecnych zwróciły się w ich stronę. Poborca zdawał sobie z te­go sprawę, Ida zresztą też. Nie zdołał jej przestraszyć. Gniew tłumił wszelkie inne odczucia. - Zamknij się, kobieto! Pani Bakken! Z ciebie też możemy ściągnąć daninę.

Ta jawna groźba nie dotarła do Idy. Dziewczyna miała wrażenie, że dotyczy kogoś innego. To nie ona znalazła się w żelaznym uścisku tego wstrętnego męż­czyzny. Jakaś inna Ida.

Reijo nie wytrzymał.

- Nie traktuj mojej córki w ten sposób... Poborca roześmiał się w odpowiedzi.

- Wystarczy - odezwał się chrapliwy głos. - Już wy­starczy, Kasper!

Mężczyzna puścił Idę i w tej samej chwili dostrzegł błysk metalu w wycięciu sukni.

- Może naprawdę masz coś, co się nam należy - powiedział i jego ręka powędrowała do szyi Idy. Chwycił wisiorek i zważył go w palcach. Oczy mu się zwęziły. - Chyba mamy do czynienia ze szlachtą, Sture - rzucił. - Spotkałeś kiedy żonę rybaka, która obnosi się ze złotą ozdobą na szyi? - Pociągnął za łań­cuszek, jakby usiłował zerwać zapięcie. Ida poczuła palący ucisk na karku i w tej samej chwili rękę Ka­spra przycisnęła dłoń drugiego z poborców. Mężczy­zna zwolnił uchwyt, a wisiorek schował się za czerń materiału. Złoty ptaszek uciekł.

- Dość. - Jasnowłosy mężczyzna ułożył usta w kształt tego słowa, ale nie wyrzekł go głośno. Nie mógł strofować kogoś, kto był wyższy rangą. Mógł jedynie powstrzymać go przed popełnieniem kolej­nego głupstwa. - Jesteś zmęczony, Kasprze - oznaj­mił lekko. - Masz za sobą nieprzespaną noc, a piwo warzą tu mocne. Nie jesteśmy rozbójnikami, moja pani - dodał, przenosząc wzrok na Idę. - Ni kruka­mi, które porywają wszystko, co się świeci. - Obrzu­cił wzrokiem wisiorek na szyi Idy. - Piękna ozdoba. Ten ptaszek niesie zapewne wiele wspomnień na swych skrzydłach?

Ida skinęła głową.

- To ostatni dar, jaki otrzymałam od mojego pierw­szego męża...

- Fina z gór - powiedział cicho jeden z parobków Emila.

- Umarł u mojej siostry - ciągnęła Ida - w Finlan­dii. Moja siostra jest żoną barona Runefelta z Tor­nio. - Nie powiedziała całej prawdy, William nie miał prawa do tytułu przed śmiercią ojca. Poza tym czuła lekki niesmak, że zasłania się siostrą.

Chciała zademonstrować im swą siłę. Nie musiała wspominać o Mai, a jednak to uczyniła.

By pokazać im, gdzie ich miejsce. Większość ludzi w osadzie nie wiedziała, że Maja wyszła za tak znacznego człowieka. Teraz wieść rozniesie się wzdłuż fior­du lotem błyskawicy.

Poza tym ta historia stawiała całą sprawę w innym świetle, wyjaśniała pochodzenie drogocennej ozdoby u żony rybaka i złotego kruszcu u zwykłego chłopa.

Ida wolałaby raczej stracić jedną dłoń niż oddać Ailowego ptaszka.

- Piękny podarek - oświadczył poborca o imieniu Sture. - Rozumiem, że jesteś z niego dumna. Chroń go.

Czy to ostrzeżenie? Ida nie wiedziała. Na takich ludziach jak poborca Sture trudno się wyrozumieć.

- Nie możesz zabronić nam wykonywania obo­wiązków - dodał - choć ten widok sprawia ci przy­krość. Zapewniam cię, że nie rozbierzemy domu na kawałki. Musimy jednak upewnić się, że nic w nim nie ukryto. Rozumiesz? Wyrażam się dość jasno?

Ida skinęła głową. Poborca wyrażał się nadzwyczaj jasno. Będzie szukał złota do upadłego, ale przynaj­mniej oszczędzi konstrukcję domu.

Zrozumiała też, dlaczego Knut tak zajadle rąbie drewno. Miała ochotę na to samo. Zająć się czymś, zacisnąć zęby, by powstrzymać chęć krzyku.

- W takim razie nie przeszkadzamy - powiedziała lodowatym głosem. - Niektórym nie sposób przemó­wić do rozsądku. - Zamilkła na chwilę, po czym spy­tała: - Mogę wziąć rzeczy dla dziecka? Wasze poszu­kiwania zajmą sporo czasu, a mały potrzebuje bielizny na zmianę. Jeśli uważacie, że chcę was wywieść w po­le, niech któryś pójdzie ze mną. Obawiam się jednak, że nie wyczaruję złota z dziecięcych szmatek.

- Możesz - zdecydował Sture, nawet nie patrząc na swojego przełożonego. - Pójdę z tobą.

- Patrik też - wtrącił się Reijo. Nie dowierzał męż­czyźnie.

Ida ruszyła w górę schodów w towarzystwie kró­lewskiego poborcy i młodego Szweda. Ta sytuacja wydała się jej równie absurdalna, co komiczna.

Grzebała w skrzyni Anjo, czując na sobie badawczy wzrok ich obu. Znalazła rzeczy Karla i na wszelki wy­padek wyszukała coś dla Anjo. Poborca przejrzał do­kładnie każdą sztukę garderoby, zanim pozwolił jej za­winąć wszystko w szal.

Ida nie powiedziała ani słowa. Znalazłszy się na dole, zajrzała po raz ostatni do izby. Mężczyźni zrywali pod­łogę pod ścianą, na której wisiał wianek ślubny Anjo.

Ida poszukała wzrokiem jasnowłosego poborcy.

- Pomożesz mi zdjąć wianek?

Sture wzruszył ramionami. Odczepił wianek i kła­niając się sztywno, złożył go na dłoniach dziewczyny. W kącikach ust błąkał mu się ironiczny uśmieszek.

- Bardzo proszę, ślicznotko. Ty też latem stawałaś na ślubnym kobiercu?

Ida potrząsnęła głową.

- Nie - odrzekła. - W obu wypadkach miałam śnieg we włosach.

- Taka piękna kobieta zasłużyła na to, by wychodzić za mąż pod słonecznym letnim niebem - powiedział.

Ida nie wiedziała, czy żartuje, czy mówi poważnie. Wzruszyła ramionami i, omiatając suknią podłogę, ruszyła do drzwi. Patrik mógł przysiąc, że słyszy szum skrzydeł złotego ptaszka.

Reijo był zły na córkę.

- Nie możemy ich tak traktować - rzekł znużony. - Stoi za nimi prawo, wykonują jedynie swoje obowiązki, choć i wśród urzędników królewskich można zna­leźć parszywe owce. Miałaś szczęście, Ido. Jeden z nich okazał się całkiem przyzwoity...

Ida nie odrzekła ojcu. Podeszła wprost do Anjo, która oczekiwała ich na schodach do spiżarni, i poło­żyła na jej dłoniach zasuszony wianek.

- Choć to udało mi się uratować - szepnęła, uśmie­chając się blado.

- Ale z nimi potańcowała! - Patrik nie mógł wyjść z podziwu.

Knut objął ją ramieniem. Miał twarz ściągniętą smut­kiem i podkrążone oczy, ale zdołał się uśmiechnąć.

- Cóżeś takiego zrobiła, siostrzyczko? - spytał z re­zygnacją.

- Odważyła się na wiele, by dać upust złości - wy­jaśnił szorstko Reijo. - Nie powinienem był brać Idy ze sobą. Jest zbyt wybuchowa, a ja nigdy nie zdołałem nauczyć jej dobrych manier. Powinnaś mieć matkę.

- Powinnam być mężczyzną - odcięła się. Spojrzała na brata, zajrzała w te oczy tak podobne do jej wła­snych, a teraz równie bezradne. Objęła go, oparła gło­wę o niego, zagryzła zęby i nie zapłakała. Nie umiała jednak ukryć rozżalenia.

- Co teraz będzie, Knut? - spytała. - Już nie spusz­czą cię z oka.

- Przeklęty kruszec - wykrzywił się Knut. - Nasza matka coś o tym wiedziała. Nic dobrego nie wynik­nie z moich marzeń, z mojego spadku. Może lepiej zrezygnować z niego...

Tyle że żadne z dzieci Raiji łatwo nie rezygnowa­ło z walki, nie potrafiło pogodzić się z porażką. Knut sam nie wiedział, czy zdoła...

- Oddałeś im wszystko, co trzymałeś w domu? - spytała Ida tak cicho, że tylko brat ją usłyszał.

Skinął głową.

- Na pewno? - domagała się potwierdzenia.

- Nic nie zostało - powtórzył Knut. - Nie potrafię ich jednak o tym przekonać. Jak tam w środku? Niedobrze?

Ida przytaknęła.

- Jakoś przetrzymamy - stwierdził jej brat, które­mu właśnie niszczono dom.

Dziewczyna puściła go.

- Mówisz to tak spokojnie? - zdziwiła się. - Nie masz ochoty ich pozabijać?

Knut pokiwał głową i odsunął kosmyk włosów, który opadł jej na czoło. Uśmiechnął się z wyrozu­miałością.

- I co bym tym osiągnął? To byłoby desperackie posunięcie.

- Nie zostaniesz tutaj - oświadczyła Ida, głaszcząc brata po policzku. Kochała tego uparciucha, brała na siebie jego zmartwienia. - Jedź z nami na cypel. Nie dręcz się, Knut. Niech robią to, co muszą, i tak cze­ka ich rozczarowanie.

- Anjo może jechać - odrzekł. - Moje miejsce jest tutaj. Nic nie znajdą. W końcu odejdą.

- A moje miejsce jest przy Knucie - dodała Anjo. W tej kobiecie Knut znalazł prawdziwą opokę. Była silna i dumna. I bardzo go kochała.

- Ida powinna wrócić do domu - stwierdził Reijo. Jego słowom brakowało jednak stanowczości, kryła się w nich raczej jakaś obawa. - Niech zabierze ze so­bą Patrika. Przynajmniej dziewczęta nie będą pozba­wione męskiego towarzystwa.

Ku własnemu zdziwieniu Ida poczuła rozbawienie. Nic nie mogła na to poradzić, zaniosła się śmiechem aż do łez.

- Pozbawione męskiego towarzystwa? - wystękała w końcu, patrząc na ojca załzawionymi oczyma. Ten śmiech był też swego rodzaju reakcją na to, czego by­ła świadkiem.

Reijo również uniósł lekko kąciki ust.

- Poniosło cię, Ido. Dobrze wiesz, choć się do te­go nie przyznasz. Jesteś jeszcze młoda i na tyle pięk­na, że ci to uchodzi płazem. Musisz się jednak na­uczyć trzymać język za zębami.

- Póki się nie zestarzeję? - spytała niewinnie.

- Całe nieszczęście w tym, że zbytnio mnie przy­pominasz.

Patrik nie miał nic przeciwko temu, by wrócić z Idą na cypel. Spacer u boku dziewczyny sprawiał mu przyjemność. Wsłuchiwał się w rytm jej kroków, całym sobą czuł jej obecność. Powinien był wcześniej opuścić strony rodzinne... Choć zapewne i tak nie spojrzałaby na niego. Dwa razy wychodziła za mąż. Ten trzeci, ten, który doniósł na Knuta, również nie od macochy. Nagła zmiana w zachowaniu Idy wobec jednego z poborców też nie uszła uwagi Patrika. Uważał, że większość kobiet cierpi na tę zadziwiają­cą przypadłość, która każe im ulegać silnym mężczy­znom. O dziwo, uprzejmość nie popłaca, jeśli chce się zrobić wrażenie na niewieście.

- Więc twoja siostra wyszła za barona Runefelta? On jest chyba dużo starszy od niej?

- Znasz to nazwisko? - zdziwiła się Ida i znów na­brała podejrzeń. Patrik raz zachowywał się jak rozbrykany chłopiec, a raz mówił rzeczy, które wpra­wiały ją w zdumienie.

- Zapomniałaś, skąd pochodzę? - uśmiechnął się. - Tornedalen to część Szwecji. Mówią tam wprawdzie innym językiem, ale prowincja należy do korony. Mo­je rodzinne strony leżą niedaleko, po drugiej stronie rzeki. A wzdłuż rzeki wiadomości rozchodzą się w mig.

- Maja jest żoną jego syna - wyjaśniła Ida. Patrik gwizdnął z podziwu, ale nie zapytał, w jaki sposób biedna dziewczyna znad północnych fiordów zdobyła sobie takiego oblubieńca. Uznał po prostu, że w tej rodzinie wszystko jest możliwe.

- Sprytnie to rozegrałaś. Zaniemówili z wrażenia, słysząc twoje słowa. Twój ojciec ma chyba rację, py­skata z ciebie osóbka.

Ida wzruszyła ramionami. Nie potrafiła gniewać się na Patrika. Patrik mógłby być jej bratem, kimś, czyje docinki nie bolą. Nie stanowił zagrożenia.

- Dlaczego przybyłeś do Norwegii? Źle ci było w domu?

Znowu wracała do przeszłości. Patrik Jonsson nie chciał tego czynić.

Dla niego prawdziwe życie zaczęło się wtedy, kie­dy przekroczył granicę gdzieś w bliżej nieokreślonym miejscu na płaskowyżu. Sam nie wiedział, kiedy to na­stąpiło. Nikt nie znał przebiegu granic. Wielmożowie w obu państwach posługiwali się różnymi mapami i na większości z nich znaleźć można było ogromne obszary ziemi niczyjej. Patrik Jonsson nie mógł więc dokładnie określić chwili, kiedy postawił stopę na norweskim terytorium, ale pamiętał dzień. Dzień, w którym zaczęło się nowe życie.

- Czy zawsze musi być jakiś powód? - odpowie­dział pytaniem. - Ufałabyś mi bardziej, gdybym wy­znał, że kradłem, gwałciłem i mordowałem?

Ida uśmiechnęła się i spojrzała na młodzieńca z ukosa. On też uniósł kąciki ust i zmrużył oczy z rozbawienia. Na starość zrobią mu się z tej przy­czyny ładne zmarszczki.

- W to nigdy bym nie uwierzyła. Nie byłbyś w sta­nie uczynić niczego złego.

- Nie.

- Więc dlaczego? Tutaj wcale nie jest lepiej.

Odrzucił głowę i zaśmiał się nerwowo. Potem schy­lił się, zebrał garść śniegu i uformowawszy ją w kulkę, cisnął w czubek najbliższej sosny. Dwie przerażone sroki, czarno - białe plamki, pomknęły w szare niebo, napełniając powietrze chrapliwym krzykiem.

- Nie lepiej? I ty to mówisz? Nosisz złotego ptasz­ka na szyi, obrzucasz wyzwiskami królewskich po­borców i twierdzisz, że u was nie jest lepiej?

- Nasza rodzina różni się od innych - odrzekła Ida z zawstydzeniem, choć szczerze. - Większość ludzi ży­je inaczej, Patriku. Wielu będzie marznąć dzisiejszego wieczora, wielu położy się wcześniej tylko po to, by się rozgrzać i zaoszczędzić oliwy do lamp. Wielu wy­biło inwentarz, zostając na zimę z jedną krową, by mieć odrobinę mleka dla dzieci i masła na świąteczny dzień. Wiele kobiet nie jada nic poza rybami i marzy, by rybacy wrócili z Lofotów z przyzwoitym poło­wem, który wystarczy na spłatę długów. Inne tracą swoje liche domostwa, bo morze zabiera ich mężów...

- Nigdy nie zostanę rybakiem - stwierdził zdecy­dowanie.

Ida niemal chciała potargać go za włosy, potrzą­snąć nim tak, by przejrzał na oczy. Przybywał tu młody i pełen życia. Zostawiał za sobą wszystko, ca­łą przeszłość. I ludzi: rodzinę, krewnych, przyjaciół. Przybywał do kraju, w którym mówiono podobnym językiem. Nic więcej. Tutaj był sam i nie miał żad­nego wyboru. Mieszkańcy pobrzeży wąskich fior­dów nie mieli wyboru. Dziewczęta wychodziły za mąż i zostawały żonami i matkami, nie przestając być córkami. Opiekowały się starymi rodzicami i prowadziły własne domostwo. Chłopcy łowili ry­by lub pracowali na roli. Niektórzy znajdowali do­datkowe zajęcie wieczorami w słabym blasku lampy po ciężkim dniu, ale mało kto czerpał z tego dodat­kowe dochody. A tu przybywa młodzieniec, który nie posiada nic, i twierdzi, że nie zostanie rybakiem.

- Nie masz ziemi, przyjacielu - powiedziała Ida. - Możesz ją odziedziczyć, wydzierżawić lub kupić. Czasami wygrać w karty. Sądzę jednak, że jesteś zbyt biedny, by zasiąść do gry, by stawić czoło komuś, kto zechce zaryzykować swoją własność.

- Nie wątpisz jednak, że jestem wyśmienitym gra­czem - wyszczerzył zęby w uśmiechu.

Ida dopuszczała taką ewentualność.

- Masz dwa wyjścia - ciągnęła - jeśli chcesz być na swoim. Albo zostajesz rybakiem, albo pracujesz na roli. W obu przypadkach musisz zaciągnąć długi. Po­zostaje jeszcze jedna możliwość: najmij się u kogoś do pracy.

- Już lepiej ruszyć na morze - uznał lekko. Wciąż traktował życie jak dobrą zabawę. To, co przywiodło go do Ruiji, nie zabiło przynajmniej entuzjazmu. - Reijo może nauczyć mnie niejednego. Nie boję się zmoczyć nóg.

Ida wzniosła oczy do nieba. Patrik naprawdę nie miał pojęcia o niczym.

- Już byłem parobkiem - uciął. - Wystarczy. Od­tąd już sam będę sobie panem.

Tu go boli, pomyślała Ida. Może dlatego uciekł.

Podążali ścieżką na cypel. Stąpali ostrożnie, bo po­krył ją lód.

Nikt nie szedł tą drogą od chwili, kiedy przemie­rzali ją rano. Ida stwierdziła to z wielką ulgą.

5

Helena miała ręce pełne roboty. Rozpuściła włosy, jasne loki rozsypały się wokół okrągłej twarzy. Nie wyglądała wcale na zmęczoną, wręcz przeciwnie - praca dodała jej uroku. Patrik zdumiał się. Właściwie dotąd nie uważał dziewczyny za piękną. Teraz mu­siał zmienić zdanie, nawet jeśli Helena nie wytrzy­mywała porównania z Idą.

- Znaleźli złoto? - spytała Helena. Ida potrząsnęła głową.

- Chcieli obłożyć podatkiem Idę - podjął temat Patrik, Ida bowiem nie była skora do dalszych ko­mentarzy. - Jeden z poborców omal nie zerwał jej wi­siorka z szyi.

Helena spojrzała pytająco na Idę, która właśnie zdejmowała chustę. Dziewczyna wciąż czuła mrowie­nie na karku, ale nagle własne dokonania wydały się jej niegodne uwagi. Nie uczyniła nic wielkiego, po prostu zwymyślała urzędników.

- Wpadłam w gniew - wyjaśniła krótko. Jej palce bezwiednie chwyciły skrzydło ptaszka, potarła nim o policzek.

Helena otworzyła szeroko oczy. Puściła Karla, chłopiec ześlizgnął się z jej kolan na podłogę. Wsta­ła i zrobiła parę kroków w kierunku Idy.

- Od dawna masz tego ptaszka? - spytała.

- Ailo zrobił go dla mnie - odrzekła Ida. - Reijo wró­cił z nim z Finlandii. Maja mi go przysłała.

- Żona Williama Runefelta. - Helena stanęła tuż obok Idy i z bliska przyjrzała się ozdobie. Piękna ro­bota, potrafiła to docenić. Ptaszek wyglądał jak żywy.

- Odlał go?

- Nie mam pojęcia. Wiem jedynie, że zrobił go Ailo. To ostatni podarek, jaki od niego dostałam. Se­dolf uznał, że powinnam go nosić.

Musnęła wargami ptaszka.

Ailo wciąż miał własne miejsce w sercu Idy. Nigdy nie porównywała go z Sedolfem, nie potrafiła powie­dzieć, którego kocha bardziej. Miłość trudno zmie­rzyć. Przychodzi o różnej porze, w różny sposób. Ida nie była już tą samą dziewczyną co kiedyś. Wszystko się zmienia, choć rzadko kto potrafi to dostrzec.

- Pamiętam go - powiedziała z zamyśleniem Hele­na. - Tego mężczyznę. Sam miał takiego ptaszka.

Ida wstrzymała oddech. Potem złapała ręce Hele­ny i ścisnęła je mocno.

- Tyle że był rzeźbiony w... kości? Ida skinęła głową.

- I zawieszony na skórzanym rzemyczku, dwukrot­nie owiniętym wokół jego szyi...

Skąd Helena mogła to wiedzieć?

- Łatwo zapamiętuję to, co zobaczę - wyjaśniła gorzko dziewczyna. - I to, co słyszę. Czasami trudno mi unieść ten ciężar.

- Widziałaś go? - szepnęła Ida. - Widziałaś Ailo? Gdzie?

- Planowali napaść na statek - wyjaśniła dziewczy­na. - Królewski proch dla buntowników, tak mówił Curt. Spotkali się w jednej z naszych posiadłości, w Jetnim domku nad morzem. Nie widzieli mnie. Miałam powody, by się ukrywać. Curt także. Ale ich widziałam. Jego też. Różnił się od pozostałych, nosił się z godnością. Aż dziw, że nie skojarzyłam go z two­im Ailo...

- Brał w tym udział - powiedziała Ida. - Wtedy właśnie zginął.

Teraz Helena się zdziwiła. Poprawiła suknię ner­wowym gestem. Patrik dojrzał zwątpienie w oczach dziewczyny.

- Zeszłego lata - dodała Ida. - Ailo zginął zeszłego lata.

Helena potrząsnęła głową. Jej szare oczy pociem­niały.

- Wielu zginęło, to prawda. Curt wyszedł cało z opresji, chyba nawet nie postawił nogi na pokła­dzie. Ale tamten, mężczyzna z kościanym ptaszkiem na szyi, nie zginął...

Ida zacisnęła dłoń na ozdobie. Spiczaste skrzydeł­ka wbijały się jej w skórę.

Dlaczego Helena nie wspomniała o tym wcześniej?

Pewnie nie dostrzegła związku tamtych wydarzeń z teraźniejszością...

- Curt wspominał o nim. Mówił, że został strasz­liwie poparzony. Rozpoznali go po ozdobie na szyi...

Ida zachwiała się. Patrik podtrzymał dziewczynę. Był zmieszany, ta sprawa w ogóle go nie dotyczyła. Ida wpiła się palcami w rękaw kurtki młodzieńca, wsparła głowę na jego ramieniu.

Poczuła bezsilność i zwątpienie.

Poparzony?

Tak bardzo, że nie mogli go rozpoznać. Tylko po kościanej ozdobie na rzemyku...

Ogień w snach. Ogień noaidy. Naznaczony przez Roto, tak powiedział.

Śmiertelnie naznaczony, tak zrozumiała.

Poparzony...

Roto przynosił różne cierpienia, nie tylko śmierć. Wtedy przyjęli najgorszą ewentualność.

Noaida napotkał przeszkodę nie do pokonania. Ida pomyślała o Mai, ale natychmiast odrzuciła te przy­puszczenia. Teraz powróciły ze zdwojoną siłą.

Maja dla nikogo nie uczyniłaby więcej niż dla bra­ta. Ailo cieszył się u niej specjalnymi względami. Oso­ba ojca łączyła ich nierozerwalną więzią.

Maja powiedziała, że Ailo nie żyje.

A jednak nie zginął w chwili, którą mu przepowie­działa. Dlaczego więc skłamała?

Idę też dręczył wtedy niepokój, nie mogła pozbyć się wrażenia, że coś się nie zgadza... Sama wszak nic nie poczuła, a była przecież córką Raiji. Powinna by­ła poczuć!

- Musiał umrzeć niedługo potem. - Z oddali do­biegł ją głos Heleny. - Jeśli Curt mówił prawdę, to Ailo miał zbyt rozległe obrażenia, by przeżyć. Chy­ba że zdarzył się cud.

Ida milczała.

Mógł się zdarzyć. Helena nie wiedziała o niezwy­kłych zdolnościach Mai. Maja potrafiła sprawiać cuda.

Dla Ailo uczyniłaby wszystko... Zwątpienie wgry­zło się w serce Idy. Poczuła, że siedzi w klatce, a lu­dzie podchodzą i plują na nią. Uczyniła bowiem coś strasznego i należy się jej kara.

Sedolf...

Niemy krzyk na dnie duszy. Powinien być przy niej. Właśnie teraz potrzebowała jego rozsądku, trzeźwości i pociechy.

Jego też to dotyczyło. Jeśli taka jest prawda, jeśli wszystkie nici, które misternie powiązała, rozpłaczą się, wtedy Sedolf nie będzie jej mężem.

Może Maja zrobiła to celowo?

Może Ailo?

Tylko po co?

„Naznaczony przez Roto, naznaczony przez Ro­to...” Nieustannie słyszała tamten głos. To wystarcza­jąca przyczyna.

Czy ozdoba od Mai była prawdziwym darem? A nie po prostu pustym gestem?

Myśli biegły w złym kierunku. W nieznane, w ciem­ność, w którą tylko Maja odważyła się wkroczyć. Tam, dokąd Ida nie chciała podążyć, choć była córką Raiji.

- Niepotrzebnie opowiedziałam ci tę historię - za­smuciła się Helena. Objęła Idę, gładziła ją po wło­sach, odwdzięczając się za pociechę, którą przyjaciół­ka niosła jej w ciężkich chwilach.

Patrik odsunął się z zakłopotaniem i szybko zna­lazł sobie inne zajęcie. Okazał się znakomitym wierz­chowcem dla Karla.

- Miałam prawo wiedzieć - odrzekła ostro Ida. Wy­rzut w głosie nie był skierowany do Heleny, tylko do Mai. Maja okłamała ją w najważniejszej sprawie w jej życiu. - On był moim mężem...

Ida wpatrywała się w Helenę z przestrachem. W jej ciemnych źrenicach odnalazła odbicie własnych, zdjętych bezradnością oczu.

- Może... - szepnęła. Rozumiały się bez zbędnych słów.

- Ciężko żyć - wyrzekła w końcu Helena - i nie wiedzieć.

Ida pojęła. Wielokrotnie prosiła Helenę, by ta zapo­mniała o Curcie. Zapomnieć, jak to łatwo powiedzieć. Helena nie miała powodów kochać Curta, ale wszak był kiedyś jej mężem. Może wciąż jest, może żyje.

Zapomnij i zacznij nowe życie, powtarzała Ida.

Czy można zapomnieć? Czy można pozbyć się wątpliwości?

Sama rozpoczęła nowe życie. Odepchnęła zwątpie­nie na bok, a teraz powróciło ze zdwojoną siłą.

- Zapewne nie żyje - powiedziała Helena.

- Może...

Najgorzej nie mieć pewności... Sedolf, nigdy bardziej cię nie potrzebowałam! Sedolf wróci dopiero za dwa miesiące. Musiała wziąć ten ciężar na własne barki.

Żyjesz, Ailo? Myśl Idy pomknęła w przestrzeń. Jakby go szukała.

I Ida zaczęła zastanawiać się, którego kocha bardziej. Którego wybrałoby serce, gdyby stanęło przed takim wyborem. Gdyby obaj zjawili się przed jej obliczem...

Nie umiałaby wybrać...

Dręczyły ją myśli, które nigdy dotąd nie postały jej w głowie. Chciała krzyczeć, ale nie zdołała wydobyć z siebie nic poza szeptem.

- Nie sądziłam, że kiedykolwiek będę życzyć Ailo śmierci. A teraz tego właśnie pragnę, Heleno!

- Jemu nie sprawi to różnicy - odrzekła Helena. - On nie żyje. Może wiadomość o śmierci przekazano ci w niezręczny sposób? Wiesz, w takiej chwili...

- Uważasz więc, że mój ojciec wyraził się niejasno? - spytała Ida.

Helena zaczerwieniła się i spuściła wzrok. Miała dość tej rozmowy, żałowała, że w ogóle ją zaczęła.

Reijo i Anjo przyszli pod wieczór. Widać było po nich wyczerpanie i napięcie.

- Niczego nie znaleźli - oznajmił Reijo. - Chcieli na­wet wyprowadzić inwentarz z obory, ale Emil się sprzeciwił. Dobrze, że choć zwierzętom okazuje serce.

- Wyjeżdżają? - spytała Helena.

- Skąd mamy wiedzieć? - odrzekła Anjo.

Ida nie odezwała się. Jej myśli wciąż krążyły wo­kół sprawy, która odsuwała w cień wszystko, nawet to, że Knut stracił połowę majątku.

- Co z tobą? - spytał Reijo, kiedy córka nie zasia­dła z nimi do posiłku.

- Nic - mruknęła wymijająco.

Reijo spojrzał na Helenę, potem na Patrika. Obo­je odpowiedzieli mu uniesieniem brwi i rozbieganym wzrokiem.

Wiedzieli, ale milczeli. Reijo zaniepokoił się.

- Wreszcie dotarło do mnie, jak głupio się zacho­wałam - rzuciła lekko Ida. Zbyt lekko. I zbyt szybko przyznała się do błędów, to było do niej niepodob­ne. - Niepotrzebnie dolewałam oliwy do ognia - do­dała, by uwiarygodnić poprzednie słowa.

Coś było nie w porządku, ale Ida milczała. Hele­na też. Co najdziwniejsze, nawet Patrik nie wydawał się skory do zwierzeń.

- Knut przyjdzie? - spytała Ida, unikając wzroku ojca. Będzie czas na to, by zapytać go jeszcze raz, w spokoju i bez łez. Poprosić, by powtórzył słowo w słowo to, co Maja opowiedziała mu o Ailo. Wtedy podzieli się z nim swoim wątpliwościami, powtórzy historię Heleny. Będzie na to czas. A na razie Hele­na i Patrik obiecali milczeć.

- Knut przysiągł sobie, że nikt nie zmusi go do opuszczenia własnego domu - odpowiedział Rei] o. - Zaczął nawet robić porządki...

- A Emil zaofiarował się z pomocą - dodała Anjo. Ida zdumiała się równie mocno jak pozostali. Nie sposób zrozumieć postępowania Emila.

- Knut nie da sobie sam rady - zmartwiła się Ida. Wiedziała, że brat odmówi pomocy. Jeśli Emil chce zmyć plamę na honorze, musi poszukać innego spo­sobu. Knut nie poda mu mydła ani wody.

- Ja wracam - oznajmił Reijo. - Patrik może pójść ze mną. Dopóki wszyscy sądzą, że tu jesteśmy, nic wam nie grozi.

- Gdzie schował resztę złota? - zastanawiała się głośno Ida.

Reijo uśmiechnął się chytrze.

- Myślę, że sam ci to powie, moja Ido. Choć po­winnaś się domyślić, wszak wiesz, że ma miękkie ser­ce. I wiesz, jak bardzo lubi rozpamiętywać przeszłość, jak bardzo pragnie powiązać ją z teraźniejszością w jedną całość...

Ida potrząsnęła głową.

- Może jestem głupia, ale nie pojmuję.

- Zrozumiesz, kiedy ci powie - uśmiechnęła się Anjo.

Anjo też zauważyła niezwykłe zachowanie dziew­czyny. Nawet nie próbowała odgadnąć, co jest jego przyczyną. Wystarczyło jej własnych kłopotów.

Reijo postanowił rozmówić się z Heleną. Z Idą działo się coś niedobrego, dostrzegał to w jej wzro­ku. Musiał wiedzieć, miał do tego prawo. Była jego córką, a ojcem zostaje się na całe życie.

Wykorzystał okazję, kiedy Ida i Anjo kładły dzie­ci, a Patrik obrządzał inwentarz. Chłopak sam się pro­sił o tę robotę. Wyznał z uśmiechem, że zna się na tym i chce choć w ten sposób okazać się przydatny.

- Coś się wydarzyło - rozpoczął Reijo, siadając przy stole. Helena schyliła głowę, skuliła ramiona, skurczy­ła się. Robiła tak już wcześniej. Reijo nieraz widział, jak Helena chowa się w sobie jak ślimak w skorupie.

Zwłaszcza podczas rozmowy z nim. Wbrew włas­nej woli wywoływał u dziewczyny uczucie zagrożenia.

Reijo ściszył głos. Ściany były cienkie, a nie chciał, by córka ich usłyszała.

- Ida nie zachowuje się tak bez powodu.

Helena zacisnęła dłonie na blacie stołu i bezwied­nie przygryzła wargę. Ten gest bezradności obudził w Reijo ciepłe uczucia.

Wstał szybko. Jeszcze stać mnie na zdecydowanie, pomyślał z gorzką ironią. Z upływem lat coraz więcej myśli miało gorzki smak. Reijo nie pobłażał sobie.

Położył ręce na ramionach dziewczyny, a ona wstydliwie spuściła wzrok. Rzęsy rzucały złotawe cienie na jej policzki.

- Przecież nie chodzi o to, co zdarzyło się u Knu­ta - stwierdził bez wahania. Dobrze znał córkę. - Nie dusiłaby tego w sobie tak długo. Coś zaszło między wami dwiema lub Patrikiem.

- Nie pytaj - wykrztusiła z trudem Helena. - Nie pytaj, Reijo. Opowie ci, kiedy będzie gotowa.

- Więc jednak ma jakiś powód? Podniosła wzrok. Znów zagryzła wargę, wygląda­ło na to, że zaraz się rozpłacze.

- Nic wam nie grozi? Potrząsnęła głową tak zdecydowanie, że puściły ostatnie sploty warkocza. Włosy opadły miękko wo­kół twarzy, układając się w loczki nad czołem. Wy­glądała uroczo.

Czas zatrzymał się. Dłonie Reijo uniosły się z ra­mion dziewczyny, powędrowały w górę...

Opamiętał się. Wcisnął ręce do kieszeni i odwrócił się gwałtownie. Zatrzymał się przed małym lufcikiem i wbił wzrok w ciemność.

Usłyszał jej oddech, potem lekkie kroki.

Zamknął na moment oczy, nie chcąc widzieć jej twarzy, ale to nic nie pomogło. W szybie pojawiło się odbicie Heleny.

- To przeze mnie - powiedziała. Przez ułamek sekundy Reijo nie wiedział, o czym dziewczyna mówi.

- Przeze mnie - powtórzyła. - Opowiedziałam Idzie historię, która przywołała złe wspomnienia.

- Nie powtórzysz mi jej? - spytał, zaciskając dło­nie w kieszeniach. - Nie powtórzysz mi tej historii?

Helena potrząsnęła głową. Reijo zobaczył ten gest w oknie i odwrócił się.

- To dotyczy Idy, nie mnie. Patrik nie domyśla się, o co chodzi, więc nie ma sensu go pytać...

Reijo miał taki zamiar.

- Jesteście tutaj bezpieczne? Nie powinnaś wyja­wić mi jakichś szczegółów?

Ponownie potrząsnęła głową i znów jej twarz spowiła złotawa poświata. Tego złota nie można obło­żyć podatkiem.

Tylko to złoto warto posiadać...

Bezbożne myśli! Bezbożne myśli, napomniał sam siebie. Wcale ich nie chciał, przypadkiem przemknę­ły przez głowę.

Jak łatwo oszukiwać samego siebie! Znacznie pro­ściej niż innych.

Rozumiała, co się w nim dzieje? Tym gorzej. Tym bardziej godzien jest potępienia.

- Nic nam tutaj nie grozi - szepnęła. - U ciebie za­wsze będziemy bezpieczne. Ida. I ja... - dodała.

Reijo udał, że nie zauważa wahania w jej głosie. Niedawno przecież oświadczyła mu, że nie jest już dzieckiem, tylko kobietą. Zupełnie jakby o tym nie wiedział.

- To dobrze - odrzekł. Narzucił kurtkę, ciesząc się, że znalazł zajęcie dla dłoni. Niezdarnie począł zapi­nać guziki. Szło mu nieskładnie, przez chwilę bał się, że dziewczyna zaofiaruje się z pomocą. Chwycił czapkę i ruszył do wyjścia. Nie nałożył rękawic, wy­jaśnił Helenie, że idzie pomóc Patrikowi. Dziewczy­nie trudno było w to uwierzyć, bo Reijo nie miał na sobie ubrania roboczego. A jednak poszedł do obo­ry. Rękawic nie potrzebował, ciepło bijące od zwie­rząt nagrzało pomieszczenie.

Patrik dobrze się sprawił.

- Znasz się na robocie - pochwalił go Reijo. - Je­steś synem chłopa?

Patrik wybuchnął śmiechem.

- Dobre sobie - wykrztusił. - Nie, nie jestem sy­nem chłopa. Byłem parobkiem. Gospodarz, u którego pracowałem, nie miał synów. Córek zresztą też nie. Nie wyznał całej prawdy, Reijo czuł to przez „skó­rę. Większość ludzi ukrywa jakieś tajemnice. Trzeba to zaakceptować albo być gotowym samemu obna­żyć duszę.

- Mógłbyś zostać u Knuta i Anjo - zaproponował. - Żadne z nich nie nazwałoby cię parobkiem, traktowa­liby cię jak kogoś z rodziny. Zaręczam, lepiej nie mógł­byś trafić.

- Nie po to przybyłem do Norwegii, by najmować się do pracy na roli - pokręcił głową młodzieniec, po­klepując krowę. - Ida wyjaśniła mi już, że nie mam wielkiego wyboru. Zabrałbyś mnie ze sobą na fiord? Poduczyłbym się trochę i może wiosną popłynął z ry­bakami na morze.

- Rzecz jasna, jeśli wstawię się za tobą? - spytał do­myślnie Reijo.

Patrik roześmiał się, nie po raz pierwszy tego dnia. Był doprawdy pełen radości życia, przynajmniej ta­kie sprawiał wrażenie.

- Zostaje nam zawsze Sedolf - dodał Reijo. - Są­dzę, że już niedługo sprawi sobie własną łódź. Wie, czego chce, woli pracować na swoim. Jesteście do sie­bie podobni, Patriku. On też zaczynał jako parobek, ale od początku stawiał sobie wyższe cele. I ma dość siły, by je osiągnąć.

Patrik nie potrafił sobie wyobrazić pracy pod ko­mendą męża Idy.

Choć z drugiej strony praca to praca. A Idy i tak tam nie będzie.

- Możesz pływać ze mną, będziesz jednak miesz­kać u Knuta i Anjo. Nie życzę sobie, by ludzie zaczęli plotkować o mojej córce, rozumiemy się?

Patrik skinął głową. Czyżby ojciec Idy przejrzał go na wylot? Niemożliwe, nikt nie potrafi czytać cu­dzych myśli. Lepiej jednak nie ryzykować.

Patrik wierzył, że los znów poda mu rękę. Dotąd wszak okazał się niezwykle sprzyjający.

Kobiety zostały z dziećmi. Zasiadły wokół stołu. Ogień buzował w piecu. Dokładały nowe szczapy, śmiejąc się z własnej rozrzutności.

- Lampa nam niepotrzebna - uznała Helena i zdmuchnęła mały płomyk.

Mimo to nie nastała ciemność. Przez małe okien­ko, na którym nikt nie zaciągnął firanek, widać było niebo płonące barwami czerwieni i fioletu. Wszyst­kie trzy przystawiły nosy do szyby, która natych­miast pokryła się parą ich oddechów. Otarły ją. Zo­rza polarna słała im pozdrowienia.

- Jak czerwone wino - szepnęła żałośnie Helena. - Jest tak piękna, że łzy same cisną mi się do oczu.

Ida pokiwała głową, ale się nie odezwała. Nie chciała dzielić z nikim ciężaru, który leżał jej na pier­siach. Zorza towarzyszyła jej, odkąd sięgała pamięcią. Pierwsza odeszła od okna. Przysunęła krzesło Reijo do pieca i zwinęła się w nim jak kotka. Wbiła wzrok w płomienie.

Anjo i Helena wymieniły znaczące spojrzenia i bez zbędnych słów wycofały się z izby.

Ida została sama. Siedziała długo, pieszczotliwie omiatana jasnymi smugami światła.

Myśli nie układały się w logiczną całość. Ida czuła jedynie, że przepełnia ją ciepło, bezimienne i pozbawione treści, lecz dobre. Kiedy w domu zaległa cisza, dziewczyna wstała bezszelestnie i wyszła, stąpając po właściwych deskach. Tych, które nie skrzypią.

Noc wciąż była widna.

Rozświetlona zorzą północy.

Zorza oznacza mróz.

Zasznurowała reniferowe botki i zarzuciła na siebie ciepły wełniany kaftan. Owinęła szyję grubym szalem i naciągnęła kaptur na głowę, starannie mocując za­pinki. Kaftan był może zbyt odświętny na nocne spa­cery brzegiem morza, ale Ida nie zwykła przejmować się takimi drobiazgami. Wzięła rękawice do ręki.

Wiedziała, jak otworzyć drzwi, by nie wydały naj­mniejszego dźwięku. Wyszła w noc.

W noc rozjaśnioną zorzą o barwie czerwonego wina.

6

Ida zawsze szła nad morze, kiedy opadały ją chmurne myśli. Szum fal niósł pociechę lub przynaj­mniej ukojenie. Była sama, wokół niej ciągnęła się rozległa przestrzeń, z jednej strony bezpieczny ląd, z drugiej fiord, kapryśne i tajemnicze morze.

Kamienie nad brzegiem były śliskie. Ida stawiała ostrożne kroki. Niebo zbladło, ale zorza wciąż mia­ła dość siły, by oświetlać dziewczynie drogę.

Dopiero znalazłszy się przy szopie ze sprzętem ry­backim, Ida odważyła się spojrzeć w górę. Zadarła głowę, przyglądając się smugom światła na firma­mencie. Wszystkie noce mogłyby być równie piękne, nie powinny jednakże stanowić tła dla ponurych przemyśleń. Ida nie potrafiła lać łez w obliczu pięk­na. A teraz chciała płakać.

Albo uciec.

Tylko że jej korzenie tkwiły w zmarzniętej ziemi nad brzegiem fiordu. Nie umiałaby zerwać tych wię­zów, nie tracąc cząstki samej siebie.

Skrzyżowała ramiona na piersiach. Nie marzła, choć mróz trzymał mocno. Nawet najlżejszy po­dmuch wiatru nie mącił lustrzanej powierzchni wo­dy. Czuła ukłucia zimna na policzkach, ale grube warstwy odzienia nie przepuszczały go do środka.

Samotna.

Samotna, obarczona ciężarem niepewności, której nikt nie mógł zdjąć z jej barków.

Zwątpienie.

Zwątpienie, które zżerało jej duszę. I gorycz, żal do Mai.

Strach.

Strach przed nienazwanym. Język nie wymówiłby nawet tego słowa.

Ida czuła dotyk złotej ozdoby na skórze. Metalo­we skrzydełka nagrzały się jej ciepłem. Złoty ptaszek, jedyne oparcie. I dzieci.

Bogu dzięki, że są takie małe i nic nie zrozumieją. Będzie je chronić niezależnie od okoliczności.

Maja nie mogłaby skłamać w tak ważnej sprawie. Dlaczego więc nie powiedziała Reijo całej prawdy?

Ida wędrowała brzegiem morza. Stopy dziewczyny bezbłędnie znajdowały kolejny kamień, przemierzała tę drogę wielokrotnie. Noc pociemniała, mróz przy­gasił fioletowe płomienie, które przybrały barwę żół­ci. Niebo odbijało się w nieruchomej tafli fiordu.

Ida ujrzała własne myśli, ludzi, którzy je zamiesz­kiwali. Nogi same ją niosły, nieświadoma niczego wo­kół siebie pogrążyła się w świecie marzeń.

Na niebie zostały słabe jasne smugi, jak ślady nart nad horyzontem od grzebienia gór na wschodzie do wysokich wierzchołków na zachodzie. Gwiazdy, drobne plamki światła, znaczyły miejsca, w których podniebny narciarz podpierał się kijkiem.

Zrobiło się ciemniej, czerń zastąpiła granat, mróz stężał.

Zbyt długo stała w jednym miejscu. Policzki i czubek nosa szczypały ją boleśnie. Mroźna noc zapowia­dała nadejście zimy.

Ida ruszyła ku pobliskim szopom rybackim, czar­ny cień w czarną noc. Nie zauważyła innego cienia, którego nie powinno tam być.

Dostrzegła jego obecność, kiedy nie zdążył się schować za ścianę szopy. Źle postawił stopę na ka­mieniu i ciszę przeciął głuchy odgłos.

- Jest tam kto? - Ida otrzeźwiała na dźwięk wła­snego głosu. - Do diabła, pokaż się!

I w duchu pomodliła się, by ten ktoś nie miał złych zamiarów. Wszak była całkowicie bezbronna.

Wyszedł z mroku, wciąż jednak był tylko niewy­raźną plamą w ciemności.

Ida wiedziała, kto to.

- Niczego tu nie znajdziesz - powiedziała cierpko. - Niczego, co by można umieścić w królewskim skarb­cu. Lub własnym.

Zbliżał się do niej krok po kroku. Nosił skórzaną czapkę i płaszcz sięgający niemal do kolan. Jasne fu­tro, zapewne wilcze, stosowne do godności poborcy.

- Powinnaś być w domu - powiedział, a Ida mo­mentalnie zauważyła zmianę w jego głosie. Inaczej wymawiał słowa, jakby pospieszniej, nadawał im in­ną barwę. - Tu nie jest bezpiecznie, zwłaszcza dla ciebie.

- Od razu sobie tak pomyślałam, widząc, jak prze­mykasz ukradkiem - odrzekła. Cały czas zwracała się do poborcy na ty, jakby nie potrafiła się zmusić do okazania mu większego szacunku.

- Ja ci nie zagrażam - oświadczył. O dziwo, Ida mu ufała. Rzeczywiście, dla niej nie stanowił zagrożenia.

- Co tu robisz? - spytała. Miała w zwyczaju nie owijać rzeczy w bawełnę.

- Pilnuję, byś mogła spać spokojnie - odpowiedział.

- Co takiego?

Ida podeszła bliżej, by zajrzeć mu w twarz. Musia­ła zobaczyć jego oczy, by mu uwierzyć.

- Popiliśmy, kiedy... skończyliśmy u twego brata - wyjaśnił zwięźle i bez zażenowania. Po prostu wyko­nał swoją pracę. - Kasper nie ma doświadczenia z ko­bietami takimi jak ty. Różne pomysły przychodzą mu do głowy. Nawet Emil, twój przyjaciel, się prze­raził, ale on nie jest w stanie powstrzymać Kaspra. Ja potrafię. Dlatego tutaj czuwam. Na wszelki wypadek.

To działo się naprawdę. Ida nie śniła.

- Dlaczego? - spytała. - Czemu troszczysz się o mnie? Wcale mnie nie znasz!

- Taką jak ty spotyka się raz w życiu - odrzekł z lekkim uśmiechem. Ida zdążyła już przyzwyczaić się do ciemności i widziała rysy twarzy poborcy.

Na jego twarzy malowała się powaga. Ida nie znala­zła powodów, by nie wierzyć słowom tego człowieka.

- A tacy jak Kasper nie mają prawa cię dotknąć - dokończył. Trudno było uznać to za pełne wyjaśnie­nie, ale wyraźnie zamierzał na nim poprzestać.

- Widziałeś zorzę? - spytała machinalnie Ida. Mu­siałby być ślepcem, by jej nie dojrzeć, ale Ida nie zna­lazła w tej chwili innego tematu do rozmowy. A bar­dzo chciała ją podtrzymać. Widziała tego człowieka może po raz ostatni w życiu. Był jakby z innej rzeczy­wistości, w której zapominała o strachu i zwątpieniu.

- Zachwycająca - przyznał, a w jego głosie pojawi­ła się nutka rozmarzenia, której Ida by się po nim nie spodziewała. - Tam, skąd pochodzę, jej nie widać - dodał szybko, jakby pragnął zatrzymać magię chwili.

- A skąd jesteś? Po co jej to wiedzieć?

- Z okolic Trondheim. Z małej wioski na wybrzeżu.

Rozumiała go coraz lepiej. Zaczęła pojmować, dla­czego wykonuje rozkazy. I dlaczego jest inny niż po­zostali urzędnicy.

Nie pochodził z możnego rodu, ale mierzył wyso­ko. Ida nie wątpiła ani przez chwilę, że ten mężczyzna może osiągnąć cel, jaki przed sobą postawił. Niektórzy sięgają po gwiazdy i dostają je. Inni parzą sobie dłonie.

Potrafił zachować godność człowieczą, wykonując podły zawód. To świadczyło o jego sile.

Nie zapytała, dlaczego został poborcą. Nie musia­ła znać powodów. I tak zresztą nie spotkają się już nigdy.

- Raduję się, że nie znaleźliśmy więcej złota u twe­go brata...

- Bo nie ma więcej - odrzekła pospiesznie, chcąc ukryć nieszczerość. Tym razem brał jej słowa serio. - Nie chcę o tym mówić - dodała. - Knut jest doro­sły. Sam odpowiada za siebie. Nie ponosi odpowie­dzialności za ojca. Ani za młodszą siostrę...

- Mówiłem szczerze. Nie jesteśmy wyprani z uczuć. Popatrzył na Idę z ukosa. Jego twarz tchnęła szcze­rością.

- Łatwiej mi zrozumieć ciebie niż Emila. Nie poj­muję, dlaczego to uczynił.

- Ludzie bywają podli - odrzekł. - Nie doświad­czyłaś tego wcześniej? - I zaraz dodał: - No tak, wi­dzisz tylko dobroć w człowieku. Znasz ciemne strony ludzkiego charakteru, ale nie spodziewasz się od­kryć ich u bliskich.

- Może masz rację - przyznała głucho. Jej myśli po­biegły na południe, do Mai... Otrząsnęła się z nich, wróciła do rzeczywistości, do mroźnej północnej no­cy. - Tak dobrze mnie znasz? - roześmiała się. - Nie wszyscy potrafią przejrzeć mnie na wylot. Czasami sama zastanawiam się nad sobą i nie potrafię określić, jaka jestem.

- Obcy dostrzegają więcej. - We wzroku mężczy­zny kryła się czułość. Całe szczęście, że w mroku Ida nie widziała go zbyt wyraźnie. - Marzniesz? - spytał z zatroskaniem. - Powinnaś wrócić do łóżka. Jesteś cienko ubrana...

Ida potrząsnęła głową.

- Pozory mylą - uśmiechnęła się. - Dobrze znoszę zimno.

- Wyobrażałem sobie ciebie w wianku we włosach - wyznał niespodziewanie. - W czerwcowym słońcu. My­liłem się. Z kryształkami śniegu bardziej ci do twarzy. - Potrząsnął głową. - Nie słuchaj mnie. Plotę trzy po trzy. Idź się położyć.

- Nie jestem zmęczona. Krążą mi różne myśli po głowie, a chcę się ich pozbyć. Tutaj na powietrzu znajduję spokój.

Rozmawiali jakby obok siebie. Umieszczeni jedno­cześnie w tej samej przestrzeni oglądali ją z różnych stron. Malowali różnymi odcieniami pasteli.

- Odejdziesz?

- Tak. I już nie wrócę.

- Nigdy?

- Nigdy.

Przytupywał z lekka. Wyraźnie marzł w swoich skórzanych trzewikach, które nie trzymały ciepła tak jak reniferowe botki. Lata spędzone na tych ziemiach nauczyły Lapończyków więcej niż przybysze z połu­dnia, ufni w potęgę cywilizacji.

Ida zastanawiała się, czy zachowa go w pamięci. Jak długo będzie w stanie przywołać obraz tej twa­rzy, tak różnej od tych, które widywała na co dzień?

Zapomni go, kiedy przyjdzie czas uporządkować własne życie. W tej chwili był dla niej ważny.

A on? Czy on ją zapamięta?

Nie chciała wiedzieć.

- W moich stronach też mamy kamieniste plaże. Spodobałyby ci się.

- Lubię morze - odpowiedziała. - Kiedyś omal się nie utopiłam, ale i tak lubię morze.

- Więc coś nas łączy... W ciszy, która zapadła, dał się słyszeć szum fal.

I ich oddechy, regularne jak rytm morza.

- Nie musisz o mnie nic wiedzieć - urwał i odwró­cił się do dziewczyny plecami. Ida zobaczyła jego bar­czyste ramiona i jasne loki wystające spod czapki. - Nie powinnaś. Wracaj do domu.

Powtórzył te słowa po raz kolejny. Czegoś się oba­wiał? Ida dawno już przestała stawiać sobie takie py­tania. Jej młodość trwała krótko.

Dlaczego nie ma tu Sedolfa?

- Ty też. To najzimniejsza noc do tej pory. I naj­dłuższa.

- Wyważę drzwi do szopy, jak będzie trzeba... - po­wiedział z cierpkim uśmiechem. - Potrafię. Uprze­dzając twoje pytania, uczono nas tego...

- Nie mogę zabrać cię do domu - pisnęła. - Nie zrozumieliby.

- Co tu rozumieć? - zdziwił się. Stał teraz zwróco­ny do dziewczyny, ale twarz skrywał w cieniu szopy. Ida nie mogła dostrzec, co wyrażały jego oczy.

Za to on widział ją wyraźnie. A Ida zdawała sobie sprawę, że nie potrafi skrywać uczuć. Umiała blefować w razie potrzeby, wymyślać usprawiedliwienia. Czasami jednak w tych najbardziej ulotnych chwi­lach życia nie mogła zdobyć się na kłamstwo.

- Co rozumieć? - Usłyszała swój własny głos. - Coś dzieje się między nami. Mam takie przeczucie.

Nie potrafiłaby wytłumaczyć mu, że jest córką ko­biety, która dostrzegała to, co ukryte. Nie odważyła­by się wyjawić, iż sama rejestruje odcienie nastrojów i uczuć równie namacalnie jak rzeczy, których doty­ka dłonią.

- To ta noc - odezwał się. - A może nie. Zwróci­łem uwagę na ciebie za pierwszym razem. Wtedy nie wiedziałaś...

- I nie chcę wiedzieć - przerwała mu, ale przecież sama zaczęła tę grę. Jak ptak, który trzepocze się, by złapać pierwszy podmuch wiatru, a potem zrywa się do lotu i oddala się głuchy na wszelkie wołania. Wsłu­chuje się jedynie w szum własnych skrzydeł, skupio­ny tylko na tym, by machnąć nimi kolejny raz.

Nie wiedziała, dokąd zaleci, ale dała się unieść wia­trowi.

- Zapamiętałaś mnie.

Skinęła głową i ruszyła przed siebie, po raz pierw­szy od chwili, gdy zaczęli rozmowę. Cała zesztywnia­ła, lecz nie była zmarznięta. Stawiała stopy na śliskich kamieniach pokrytych lekką warstewką śniegu, czu­ła ich nierówną powierzchnię pod podeszwą botków. Wiedziała, dokąd zmierza, ciemność nocy bowiem rozjaśniały gwiazdy. Wiedziała, co robi. Uciekała.

Mężczyzna dołączył do niej. W jego cieniu czuła się taka drobna. Futro sprawiało, że wydawał się jesz­cze potężniejszy, skórzana czapka dodawała mu wzrostu.

- Zapamiętałam - przyznała się, bezwiednie prze­dłużając tę magiczną chwilę. - Najpierw twój glos...

- A potem?

- Nie wiem - odrzekła szczerze. - Coś nieuchwyt­nego...

Skinął głową i wsunął dłonie w kieszenie płaszcza.

- Nieuchwytnego - powtórzył, chłonąc ją wzro­kiem. - Gdybyś urodziła się w innym miejscu, w skromnej wiosce na południe stąd...

- Na to nie mogę nic poradzić - uśmiechnęła się. - Na południu nie ma Finów. Kto miałby mnie urodzić?

- Powikłane myśli - stwierdził. - Nie będę ich snuć dalej. Uwierzysz mi, jeśli powiem, że jestem chłodno myślącym człowiekiem?

Pokiwała głową.

- Taką jak ty spotyka się raz w życiu. Więc ten je­den jedyny raz można oddać się nieziszczalnym ma­rzeniom.

- Kiedyś osiągniesz znaczną pozycję, prawda? - spytała, wywołując uśmiech na jego twarzy.

- Nie wiem, czy jestem do tego stworzony.

- Ale nie spoczniesz w drodze - dodała Ida. - Więc cóż z tego, żebym urodziła się w twojej wiosce? Za­uważyłbyś mnie. Może nawet... - Odwróciła wzrok.

- No tak. Nie powstrzymałabym cię. Porzuciłbyś wszystko, co ci przeszkadza w drodze do celu.

- Skąd mnie tak dobrze znasz? - zadał takie samo pytanie jak Ida parę chwil wcześniej. I uczynił to rów­nie głuchym tonem. - Przynajmniej cię zapamiętam - dodał. - Można bawić się myślami, jeśli nie czynią nikomu krzywdy.

- Nikomu poza nami samymi - szepnęła. Powinna odejść. Pobiec do domu, zawrzeć drzwi, zaciągnąć zasłony.

- Nie dostałaś nigdy dachówką w głowę? - spytał. Zdziwiony wzrok dziewczyny powiedział mu, że nie rozumie jego słów. Nad fiordami nie kryto do­mów dachówkami.

- Poczułem, jakby dach się na mnie osunął, kiedy ujrzałem cię pierwszy raz. - Mówił z taką żarliwością, że trudno było zwątpić w szczerość wyznania. - Je­stem tylko człowiekiem. Widzisz poborcę podatko­wego, który plądruje dom twego ukochanego brata. Jestem jednak człowiekiem. Nazywam się Sture Olavson Moen. Dostrzeż mnie, Ido! Wiem, że tak masz na imię...

- Widzę mężczyznę... Wargi miała zsiniałe. Z zimna. Ze strachu. Ale głos brzmiał przejrzyście, myśli były klarowne. Może to wina zorzy polarnej? Dobre sobie... zwal wszystko na zorzę! Równie dobrze można księżyc obarczać odpo­wiedzialnością za pierwszy pocałunek!

Więc dlatego wyszła w tę noc? By to właśnie przeżyć?

Ida nie udzieliła sobie odpowiedzi. Oddała się uczuciom.

- Nie wiem, czy chciałbym mieć taką żonę jak ty - westchnął. - Nie potrafię zapomnieć, że jesteś żo­ną innego.

Ida oparła się o ścianę szopy. Stal tak blisko, że mo­gła go dotknąć, ale ramiona ciążyły jej niepomiernie. Zniszczyłaby nastrój. Tę misterną sieć, którą tkali...

- Kochasz go? - Pytanie padło jak wystrzał. Jak smagnięcie biczem. Równie bolesne.

- Kogo? - spytała i zobaczyła twarz Ailo. I twarz Sedolfa.

Gdzie jesteś, Sedolf?

- Męża... Znowu te dwie twarze. Mogła odpowiedzieć, że straciła pewność, która z nich należy do jej męża. Nic mu jednak do jej życia. Dzieliła z nim wyłącznie tę chwilę.

- Tak - odrzekła. - Kocham go. To była prawda, to zawsze była prawda. Przypa­dło jej w udziale morze miłości.

Znowu westchnął, tym razem ciężej, boleśniej...

- I nie masz kochanka? - zdziwił się. - Powiedzia­łaś, że porzuciłbym wszystko, co przeszkadza mi w drodze na szczyt. To prawda, do tej pory tak my­ślałem. Teraz widzę jednak, że w moim domu braku­je ścian...

- Nie odbuduję ich.

- Nie proszę cię o to.

Byli tak bezlitośnie szczerzy wobec siebie. Na ta­ką szczerość stać tylko dwoje obcych sobie ludzi.

W nieznajomym można na pierwszy rzut oka roz­poznać bratnią duszę. Można uznać, że los prowadzi nas różnymi ścieżkami.

I udawać, że wszystko ma swój sens...

To przekraczało zdolność pojmowania. Ida nie do­stała dachówką w głowę, cały czas jednak plątała się w niciach losu jak w lepkiej pajęczynie, którą pająk osnuwa nic nie przeczuwające owady.

Różniła się od nich. Zawsze udawało się jej wyplą­tać. Nie potrafiła jednak uciec. Spadała na ziemię.

Stał tak blisko. Wysoki, dostojny, tak odmienny od mężczyzn z jej otoczenia. Pełen tajemnic, których ni­gdy nie pozna. Zajdzie daleko w życiu, ale ona nigdy się tego nie dowie. On będzie się tylko domyślać, jak biegną kolejne dni jej życia. Powiązała ich delikatna nić porozumienia, z której nie da się utkać mocnej sieci.

Życie kierowało ich w różne strony. On wyjedzie i nigdy nie wróci. Ona przyjmie to z ulgą, boi się bo­wiem tego, co stanowi istotę jego istnienia.

Ona zostanie. Takie jest jej przeznaczenie.

Stał tak blisko, że mogła go dotknąć...

Wysunęła ręce spod ciepłego kaftana. Zdjęła grube wełniane rękawice i rzuciła je na kamienie.

To była jedyna okazja, by go dotknąć. Poczuć je­go skórę pod czubkami palców.

Dłoń na gładkim policzku. A więc należał do tych mężczyzn, którzy golą się codziennie. Sedolf zwykł chodzić z kilkudniowym zarostem. Teraz pewnie za­puścił brodę, skoro nie czuł na sobie karcącego wzro­ku żony.

Poborca chwycił dłoń Idy, przycisnął sobie do twa­rzy. Drugą ręką dotknął jej ostrożnie, przesunął pal­cami po zarysie brwi i ust. Potem gwałtownie cofnął dłoń, jakby się oparzył.

A w chwilę później przycisnął Idę do siebie. Uto­nęła w miękkim wilczym futrze.

Nie zawahał się. We wszystkim, co robił, okazy­wał zdecydowanie.

Ida poddała się nastrojowi chwili. Ta ucieczka od rzeczywistości musiała skończyć się upadkiem, ale dziewczyna parła ślepo naprzód.

On nic nie powiedział. Ona milczała. Nie było usprawiedliwienia, każde z nich miało okazję, by się wycofać. Oboje dążyli w tym samym kierunku, choć żadne z nich tego nie pragnęło.

Ida podniosła twarz i dotknęła wargami policzka mężczyzny, a później jego ust. I to ona nadała temu pocałunkowi miękkości, bo on żądał więcej, niż da­wał. To ona musiała pokazać mu czułość i delikat­ność tej pieszczoty...

Mogli uniknąć takiego zakończenia. Pewnie uznali­by się za lepszych ludzi, gdyby zdołali się powstrzymać.

I mieliby wątpliwości.

A teraz wiedzieli już, co byłoby dalej, i oderwali się od siebie. Dłonie utonęły w rękawicach, które zdą­żyły zgubić ciepło. Które nie będą ich grzać przez ja­kiś czas.

- Teraz pójdziesz do domu - powiedział. Ida roz­poznała ten głos, którym wydawał polecenia. - Już nic więcej nie przytrafi się tej nocy. Jesteś zbyt do­bra, by dotykał cię ktoś taki jak ja.

- Dobrze, że wyjeżdżasz - wyszeptała. Sedolf, gdzie jesteś?

- Dobrze, że jest zimno - poprawił ją. - W letnim słońcu nie byłbym taki przyzwoity...

Ida spojrzała na niego, jakby chciała utrwalić w pa­mięci rysy tej twarzy.

- Byłbyś - zapewniła go. - Nie należysz do mężczyzn, którzy ślepo ulegają żądzy. Wiesz, że można się powstrzymać. Można odmówić...

- Ty też - uśmiechnął się tajemniczo. - Wymienili­śmy pocałunek, ale żadne z nas nie było gotowe na więcej. Uwierz mi, nie jestem łasy na cudzą własność...

- Piękne słowa w ustach poborcy! - zachichotała. - Idę do domu. Ty też wracaj. Nic nam się nie stanie...

- W domu są tylko kobiety i dzieci. - Napotkał zdziwiony wzrok dziewczyny. - Widziałem, jak wy­jeżdżali. Zostanę tutaj, Ido. Tylko tyle mogę zrobić dla marzeń.

Spojrzała na niego ostatni raz. Nie zamierzała przeciwstawiać się takiej stanowczości.

- Zegnaj, Sture Moen - powiedziała.

I byli już tylko cieniami w nocy, aż oboje pochło­nęła ciemność. Zorza polarna nie zostawiła na niebie najmniejszego śladu, kiedy Ida biegła do domu.

Usiłowała uciec, ale to nie było właściwe rozwią­zanie. Nie potrafiła oprzeć swego życia na kłamstwie. Sedolf, powtarzała w duchu. Sedolf...

7

Helena nie przyznała się Idzie, że wie o jej nocnej wyprawie i potajemnym spotkaniu. Słyszała, jak przy­jaciółka wychodzi. Pospiesznie założyła buty, narzu­ciła na siebie płaszcz i ukryta w sosnowym lasku za domem, obserwowała Idę. Widziała postać przemyka­jącą między szopami rybaków. Drżąc z zimna, zosta­ła w ukryciu na tyle długo, by się zorientować, że Idzie nie grozi żadne niebezpieczeństwo ze strony nieznajomego. Można było nieomal pomyśleć, że dziewczyna dobrowolnie wyszła mu na spotkanie.

Ida wróciła późną nocą, równie bezszelestnie jak wyszła, i wślizgnęła się pod kołdrę po swojej stronie łóżka.

Zdawało jej się, że Helena śpi, a ta nie wyprowa­dziła jej z błędu.

Wybrała milczenie. Postanowiła czekać. Nosiła w sobie tyle tajemnic, których nikomu nie wyjawiła. Nie mogła żądać, by ktoś okazał jej większą otwartość.

Ida zaczęła ranek w otępieniu. Sen przyszedł póź­no i zamienił myśli w koszmary, które prześladowa­ły ją całą noc. Obudziła się z trudem, ciało wciąż do­magało się odpoczynku.

Była bardziej zmęczona niż przed pójściem spać.

Anjo postanowiła wrócić do domu. Przed odjaz­dem odciągnęła Helenę na bok.

- Opiekuj się Idą - szepnęła. - Dzieje się z nią coś niedobrego.

Helena nie wyjawiła, co widziała nocą, ale obieca­ła zająć się Idą.

- Jeśli wiesz, o co chodzi - dodała Anjo - opowiedz Reijo. Nie czekaj, aż Ida sama to uczyni. Nie domy­ślam się, co się kryje za jej zachowaniem, ale zaczy­nam się poważnie niepokoić!

Opowiedzieć Reijo?

Helena bardzo tego pragnęła. Nikt inny nie zrozu­miałby jej lepiej, ani Anjo, ani nawet Ida. Tylko Re­ijo potrafił zajrzeć w głąb duszy bliźniego.

Bała się jednak, że wykorzysta te zwierzenia prze­ciwko niej.

Chciał odwieźć ją do domu, do Finlandii. Nawet nie musiał mówić tego głośno, Helena i tak wiedziała.

Mógł to uczynić. Była jeszcze Maja, jego oczko w głowie. Żona Williama Runefelta, co dodatkowo komplikowało sprawę. Gdyby zaczęła opowiadać, jedno zwierzenie pociągnęłoby następne. W końcu wygadałaby się ze wszystkim.

Dobrze, że Tornio leży daleko stąd.

Ida nie odzywała się. Jej wzrok nieustannie uciekał ku fiordowi, jakby spodziewała się gości. Dzień mi­jał, a nikt nie przybywał.

Widziały, jak łódź poborców stawiano na wodzie. Potem żagiel zamienił się w małą plamkę na tle ośnie­żonych gór, które ciągnęły się aż do miejsca, gdzie fiord otwierał się na morze.

Ida miała podkrążone oczy. Helena nie zauważyła jednak, by przyjaciółka płakała.

Widziała ją, jak stoi, podnosząc do twarzy sweter Sedolfa i wdychając jego zapach. Jeśli wciąż w nim tkwił, wszak wcześniej Ida go wyprała i przez parę dni suszyła na żerdziach między zabudowaniami.

Związek Idy i Sedolfa napawał Helenę wzrusze­niem. Tak bardzo się kochali. Jej pierwszy mąż z pew­nością nie żyje!

Choć i on miał w sobie coś. Pamiętała, że wzbu­dził w niej ciekawość, był pierwszym Lapończykiem, któremu mogła przyjrzeć się z bliska. Wniósł do ich letniego domku ekscytujący powiew dzikości.

Sedolf w niczym mu nie ustępował. Helena lubiła Sedolfa, jego spokój, miłą powierzchowność, urok.

Ten drugi nie żyje!

Mogła zapytać Curta, kiedy już było po wszyst­kim, ale w ogóle o tym nie pomyślała. Tamten męż­czyzna zainteresował ją przez chwilę, a potem o nim zapomniała. Poza tym bała się. Curt gotów był po­dejrzewać, że powoduje nią coś innego niż zwykła ciekawość...

A Curt? Czy wciąż żyje?

Czy wciąż fascynuje się nożami?

Wspomnienie ptaszka, słowa, które zgasiły radość Idy, kazały Helenie rozpamiętywać własną prze­szłość. Była w gorszej sytuacji niż Ida. Nie miała żad­nego oparcia w życiu.

Anjo kazała powtórzyć wszystko Reijo.

Boże, to najgorsze, co mogłaby uczynić!

Reijo wrócił do domu ponury. Widać Anjo odby­ła z nim poważną rozmowę. Ida ledwie zauważyła na­strój ojca. Zamknęła się w swoim świecie, nie zważa­jąc na nikogo. Nawet Karl to zauważył.

- Ida chora? - spytał malec z niepokojem. Dziewczyna przytuliła go mocno i pogłaskała po czuprynie, ale jej wzrok był nieobecny.

Helena złapała się na tej samej myśli, którą Ida wy­powiadała po wielokroć. Sedolf, gdzie jesteś?

Ida zebrała brudną bieliznę i poszła do pralni, by ją wygotować. To była ciężka praca. Trzeba nanieść drew, dźwigać cebry z wodą ze studni lub ze stru­mienia, jeśli mróz zdążył skuć studnię lodem. Każ­dego zimowego poranka zaglądano do studni. Wo­da w końcu zamarzała, a lód zwykle nie puszczał przed majem.

- Nie musisz sama brać się za najcięższą robotę. Ida spojrzała na Helenę. Wzrok dziewczyny, kie­dyś tak żywy, pokrywał welon smutku.

- Minie sporo czasu, zanim naprawią szkody w do­mu Knuta. Nie mamy tyle odzienia, co wytworne da­my z fińskiej szlachty...

Ugryzła się w wargę i nie dokończyła. Zawstydzo­na odstawiła kosz z bielizną, podeszła do Heleny i na krótką chwilę przytuliła się do niej.

- Przepraszam - szepnęła ze znużeniem. - Nie chciałam tego powiedzieć. Żadne z nas nie wybierało sobie rodziców. Trzeba zrobić tę robotę, a ty lepiej niż ja poradzisz sobie z dziećmi. Jestem w złym na­stroju i muszę się czymś zająć, by zapomnieć. Lubię się czasem zmęczyć, przynajmniej nie będę musiała z nikim rozmawiać...

- Już dobrze - odrzekła Helena, choć uwaga Idy wciąż ją bolała. Po raz pierwszy ktoś użył tego argu­mentu przeciw niej. Nie spodziewała się, wierzyła niezachwianie, iż traktują ją jak jedną z rodu.

Na dodatek uczyniła to Ida. Jeśli kogokolwiek mogła uznać za zaufaną osobę, to właśnie Idę. Zaufanie tak łatwo utracić.

Helena wykrzywiła się, widząc, jak Ida dźwiga kosz do pralni, zbitej z desek szopy z kominem. Szo­pa była niewielka, ale rozmyślnie nadawano jej takie wymiary - szło o to, by oszczędzić drewna zimową porą. Mieszkańcy osad nad fiordami odznaczali się praktycznością.

Ida mogła się jedynie domyślać, jak nisko upadła fińska szlachcianka. I jak wysoką kiedyś zajmowała pozycję.

Od chwili, kiedy poznała Curta, staczała się w dół. On też zdawał sobie z tego sprawę i dlatego tak nią pogardzał.

Helena wzięła się w garść. Nie powinna oglądać się wstecz. Mosty zostały spalone, dom przestał istnieć. Wystarczy, że Idę dręczą demony przeszłości.

- Gdzie jest Ida? - spytał Reijo, pojawiwszy się w drzwiach. Nie pomyślał nawet o tym, by zdjąć wierzchnie odzienie.

- Pierze - odpowiedziała Helena. Dzieci bawiły się na podłodze. Kulały do siebie motki wełny, żując twarde skórki chleba. Maluchom wyrzynały się zęby.

- Patrik zdecydował się powtórzyć mi wszystko - wyjaśnił Reijo, wieszając kaftan przy drzwiach. Obrzu­cił Helenę badawczym spojrzeniem. - O mężczyźnie z kościanym ptaszkiem, który nie zginął w pożarze statku. O tym, że został uratowany i doznał poparzeń...

- Żałuję, że to powiedziałam. - Helena opuściła wzrok na swoje ręce, czerwone i spękane. A kiedyś miała takie piękne dłonie! - Nie pomyślałam o konsekwencjach - dodała nieomal z płaczem. - To było zdarzenie, do którego nie przywiązywałam większej wagi. Padły wtedy słowa, które nie miały dla mnie znaczenia. Nigdy bym nie wróciła do tamtych chwil, gdyby nie ten ptaszek... Reijo pokiwał głową.

- Więc jesteś pewna? - spytał. - Nie mylisz się? Helena zaprzeczyła zdecydowanie. Nerwowo zaci­skała palce, wbijała paznokcie w skórę.

- Nie sądzisz, że wolałabym się mylić? - spytała. W momentach zdenerwowania traciła całą swą urodę. Wykrzywiała twarz, uciekała oczami. - Nie sposób go zapomnieć. Ten ptaszek był piękny, dokładnie taki sam jak ma Ida. Nosił go na rzemyku dwukrotnie owi­niętym wokół szyi. Zbyt wiele szczegółów się zgadza, to nie może być przypadek.

Reijo ponownie skinął głową. Przypomniał sobie rozmowę z Mają. Wtedy też miał niejasne wrażenie, że jej relacja nie układa się w logiczną całość.

- Ida sądzi więc, że Ailo wciąż żyje? Helena przytaknęła. Potem zaprzeczyła i znów przytaknęła.

- Nie wiem - powiedziała. - Nie zwierzyła mi się. Uważa jednak, że żył dłużej, niż twierdzi żona Wil­liama... żona Williama Runefelta...

- Że też przyszło to na nią akurat teraz - mruknął Reijo. - Nie dość mamy kłopotów... Trzeba pomóc Knutowi. Szkoda, że nie ma Sedolfa. Tylko on potra­fi przemówić jej do rozsądku. Ailo nie kazałby jej się dręczyć, gdyby wciąż żył. Co tej dziewczynie przy­chodzi do głowy?

A jednak sam nie był do końca przekonany, Helena dostrzegła to w jego zachowaniu. Gdzieś znikła je­go niezachwiana pewność siebie. Między brwiami po­jawiła się głęboka zmarszczka.

Dlaczego wątpił? Przecież tam był. Rozmawiał z żoną Runefelta. Ze swoją ulubienicą. Chyba potra­fił odróżnić prawdę od fałszu.

- Znasz Williama Runefelta? - spytał nagle. Helena skinęła głową. Nie zdołała wymówić ani jednego słowa.

- Znałaś go dobrze? Byłaś z nim po imieniu? To chyba niezwyczajne w waszych kręgach?

- Nie było nas wielu - odpowiedziała krótko, sta­rając się zapanować nad głosem. - Curt do nich do­łączył - dodała bez związku. - Do tych, co chcieli wy­zwolić Finlandię...

Więc tu leżała przyczyna ucieczki.

William Runefelt wyjechał do Niemiec. Curt Hal­lencrantz do Norwegii.

Należeli do tego samego obozu.

A Ailo umarł.

Tak przynajmniej można było sądzić.

Maja wiedziała. Jeśli ktokolwiek wiedział, to wła­śnie ona. Nie wyznała mu całej prawdy, kiedy ją od­wiedził. Wtedy jej nie naciskał ze względu na dziec­ko, ale czul, że nie jest z nim do końca szczera.

Nie potrafił jednak wyobrazić sobie, że Maja go okłamuje. Kiedyś ufała mu bezgranicznie. Kiedyś go kochała...

A jednak. Skłamała. A może zataiła coś, co miał prawo wiedzieć.

- Widzę po tobie, że wybierasz się do Finlandii - wyrzekła ciężko. - Już wydałeś na mnie wyrok.

- Wyrok? - zapytał. Dziewczyna przejrzała go. Nie spodziewał się niczego innego, była wszak bystra. Hele­na popatrzyła na niego ze smutkiem i potrząsnęła głową.

- Sądziłeś, że się nie domyślam? - dodała. - Uwa­żasz, że tam moje miejsce. Nie wyjawię ci jednak na­zwiska moich rodziców. Nie dowiesz się, gdzie mnie odwieźć.

- To żadna trudność. Maja mi pomoże. Helena utkwiła wzrok w oczach Reijo. Szmaragdo­we spojrzenie. Straci rezon, kiedy mu o tym powie?

- Masz oczy jak dwa szmaragdy, Reijo. Boże, a jednak się odważyła! Nie domyślał się na­wet, ile ją to kosztowało. Przyjmie te słowa za żart...

- Co też przyszło ci do głowy? Helena zachichotała.

- Musiałam ci to powiedzieć. Twoje oczy są jak dwa szmaragdy. Błyszczące zielonkawe kamienie. Miałam kiedyś cały sznur szmaragdów, ale rzadko go nosiłam. Wstydziłam się. Przydałyby się Idzie, paso­wałyby do jej rudych włosów. I tego zielonego bły­sku w oczach...

Mówiła, co jej ślina na język przyniesie. Robiła tak tylko w chwilach zdenerwowania.

- Zamierzam zabrać cię do Suomi, Heleno - oznaj­mił spokojnie Reijo. Nie dał się zwieść komplemen­tom dziewczyny, choć wzruszyły go do głębi. Daw­no już żadna kobieta nie mówiła doń w ten sposób. Od dawna żadna mu nie schlebiała.

Co chciała tym osiągnąć? Nieważne, Reijo i tak musiał ją rozczarować.

- Więc wiem, na czym stoję - odrzekła, nie kryjąc zawodu. - Nie ułatwię ci zadania. Zabierz mnie do posiadłości Williama Runefelta. Co ofiarował Mai? Hailuoto? Zawieź mnie tam, zobaczymy, czy ktoś mnie rozpozna! Kto wie, może będziesz musiał za­brać mnie z powrotem...

- Przykro mi, Heleno - przerwał jej. - Naprawdę mi przykro. Tak łatwo cię polubić. Nie chcemy cię wyga­niać. Jesteś jednak stworzona do lepszego życia, a żad­ne z nas nie może ci go zapewnić. Urodziłaś się, by...

- Mogłam urodzić się gdzieś indziej - rzuciła wy­zywająco.

- Nie moja rzecz bawić się w Pana Boga.

- Za zimno na podróż przed nowym rokiem - oświadczyła stanowczo. Zyskiwała trochę czasu. A czas koryguje ludzkie plany.

- Żebyś zaufała mi choć trochę - powiedział cicho Reijo. Jego słowa zabrzmiały jak westchnienie, prze­chylił głowę i nadał twarzy wyraz łagodności. - Nie jestem potworem, Heleno!

Wymówił imię dziewczyny z prawdziwym na­maszczeniem. W ustach Reijo brzmiało odmiennie niż w ustach innych ludzi. Helena lubiła, jak ją na­zywał po imieniu.

Budził w niej sprzeczne uczucia. Strach i radość.

- Nie mogę ci ufać, Reijo - zaczęła. - Nie ukry­wasz, że pragniesz uczynić to, czego obawiam się naj­bardziej. Trudno, bym z tego powodu uznała cię za rycerza w błyszczącej zbroi na białym koniu...

Zgrzytnął zębami. Wyrażała się straszliwie górnolot­nie. Łatwo było wpaść w sidła tych dziwacznych fraz. Reijo nie miał czasu na słowne zabawy. Stanął w drzwiach i wyjrzał na zewnątrz.

- Dawno wyszła? - zapytał.

- Dawno. Podmuch zimna wdarł się przez uchylone drzwi i owionął nogi Heleny. Odwróciła się, by zwrócić Re­ijo uwagę, ale jego już nie było. Mały Karl ruszył pę­dem za dziadkiem.

Helena dopadła do drzwi przed chłopcem i zrozu­miała, dlaczego Reijo zniknął tak niespodziewanie.

Z komina pralni nie unosił się dym. Do drzwi pro­wadziły drobne ślady Idy. Teraz pokryły je większe ślady butów Reijo.

Helena zamknęła drzwi. Wepchnęła synka Anjo do pokoju, a razem z nim małą Raiję i Mikkala. Cała trójka z ciekawością spoglądała na drzwi, za którymi wyraźnie działo się coś ciekawego.

Na schodach zadudniły kroki Reijo. Helena otwo­rzyła. Trzymał w ramionach bezwładne, zmarznięte ciało Idy. Wszedł do środka, położył córkę na łóżku i przykrył kocem.

- Zemdlała, niosąc wiadra - wyjaśnił, nie spuszcza­jąc oczu z Idy. - Możesz wziąć konia i pojechać po Anjo?

Helena skinęła głową. Była przestraszona, zdążyła już pożałować złych myśli.

- Co jej jest?

- Wiem tyle, co ty - odrzekł krótko. - Jak myślisz, po co mi Anjo? Jedź już, potrzeba mi rozsądnej ko­biety, a nie głupiej gąski!

Helena skuliła się w sobie. Nie zasłużyłam na te słowa, pomyślała, to niesprawiedliwe!

Zarzuciła coś na siebie. Powinna właściwie prze­brać się przed tą wyprawą w mroźny dzień, ale prze­cież i tak nikt nie przejmował się jej losem!

Leimo parsknął radośnie na jej widok. Helena po­gładziła go po białej grzywie i wyprowadziła na dro­gę. Nie traciła czasu na siodłanie, wszak Reijo naka­zał jej pośpiech.

Jeździła już na oklep. Była sprawną amazonką. W końcu ona też coś potrafi!

- Co się stało? - Anjo czekała na nią na podwórzu. Wcześniej zauważyła zbliżającego się jeźdźca, pozna­ła konia i dziewczynę na jego grzbiecie.

- Ida - wysapała Helena, przytrzymując się grzy­wy Leimo. Oboje bardzo się utrudzili. - Zemdlała. Reijo kazał mi jechać po ciebie.

- Zemdlała? - Anjo zamyśliła się. - Mamy grudzień - dodała. - No dobrze, szkoda czasu. Reijo pewnie odcho­dzi od zmysłów?

Helena skinęła głową. W oczach dziewczyny An­jo widziała bezradność.

- Coś mi się zdaje, że znów zostanie dziadkiem. Oczywiście! Ze też sama o tym nie pomyślała.

Wprawdzie dotąd nie rodziła, ale jest kobietą. Zamęż­ną kobietą. Powinna się domyślić...

W świecie, w którym się wychowała, ta wiedza nie była powszechna, przynajmniej nie dla dobrze urodzo­nych panien. Tymi sprawami zajmowały się akuszerki. A damy, które miały dzieci, nie dzieliły się swoimi do­świadczeniami. Nie należało to do dobrego tonu.

Anjo śmiała się.

- Zaprowadź Leimo do stajni. Weźmiemy wóz. Ni­gdy nie lubiłam jeździć wierzchem. Mój tyłek nie pa­suje do końskiego grzbietu.

Helena musiała się uśmiechnąć. Anjo potrafiła wprawić ją w dobry humor.

- Jesteś lepszym jeźdźcem niż większość mężczyzn - ciągnęła Anjo, a Helena zarumieniła się z emocji. Tak miło usłyszeć pochwałę. Potrzebowała miłych słów, a Anjo zawsze była szczodra. Chwaliła wszystkich wo­kół siebie z czystej potrzeby sprawiania radości.

- Zostań tutaj - dodała jeszcze. - Przyda ci się chwi­la oddechu. Potrzebujemy cię, choć może nie potrafi­my tego okazać. Mężczyźni kończą porządki w izbie.

- Ale dzieci... Anjo machnęła ręką.

- Pozwól nam, matkom, zająć się dziećmi. Jesteś blada, jakbyś sama miała zemdleć. Reijo warknął na ciebie?

Helena spuściła wzrok. Łatwo było zdradzić się przed Anjo. Anjo widziała wszystko.

- Nie miał niczego złego na myśli. Jak większość mężczyzn wpada w irytację, kiedy zdarzy się coś nie­spodziewanego. Rozumiesz?

Helena skinęła głową.

- Porozmawiam z nim - obiecała Anjo. - O wielu sprawach.

- Chce odwieźć mnie do Finlandii - wyrzuciła z siebie Helena.

- To najprostsze rozwiązanie, prawda? Przynajmniej dla niego. Reijo wybiera ostatnio najprostsze rozwiąza­nia. Nie poddawaj się, Heleno. Porozmawiam z nim. Mam swoje lata, więc będzie musiał mnie wysłuchać. Na mnie nie odważy się warknąć.

Helena została w stajni dłużej, niż musiała. Życzli­wość Anjo była jak serdeczny uścisk dłoni. Ktoś oka­zał jej zrozumienie, nie domagając się niczego w za­mian. Anjo nie bała się tego, co widzi i słyszy, w swej mądrości potrafiła składać okruchy rzeczywistości w spójną całość. I dawać wsparcie w każdej sytuacji.

Helena usiadła na sianie u boku Leimo, ukryła twarz w dłoniach i zapłakała.

Nie była pewna, czy chce wrócić na cypel. Będzie musiała, jeśli Ida znów poczuje się gorzej, ale uczyni to niechętnie. Tu nad rzeką życie wracało do równo­wagi. A Helena niczego bardziej nie pragnęła, niż za­mieszkać z Anjo.

Czuła ból w serca Nie wiedziała, o czym Anjo za­mierza rozmawiać z Reijo. Zapewne o niej.

Helena nie obawiała się, że Anjo ją zdradzi. Z pew­nością nie uczyni jej bardziej bezbronną.

A mimo to nie potrafiła powstrzymać łez.

8

Anjo siedziała za kuchennym stołem w domu Re­ijo. Rysowała na blacie wzory, które tylko ona i ma­ły Karl mogli zobaczyć.

Nakarmiła bliźnięta i położyła je. Nakazała Idzie nie ruszać się z łóżka.

Reijo gotował kawę z fusów. Przed świętami Boże­go Narodzenia stawał się dziwnie oszczędny. Nie­ustannie powtarzał, że należy odmawiać sobie wszyst­kiego. To nadawało jakiegoś znaczenia czekającej ich tygodniowej rozpuście.

- Skąd miałem wiedzieć, że spodziewa się dziecka - mruczał. - Nie myślałem o tym od lat.

- Raz musiałeś - uśmiechnęła się Anjo. - Knut opo­wiadał mi, że to ty przyjąłeś go na ten świat.

- To prawda. - Reijo też się uśmiechnął, ciepło i tkliwie. Uśmiech odmieniał go, przydawał miękko­ści rysom twarzy. - Czuję się stary, kiedy myślę o na­rodzinach Knuta. Pamiętam. To było mocne, ale i do­bre doświadczenie.

- Okazujesz Helenie zbytnią surowość, Reijo. Dzbanek z kawą nie wymagał dozoru, ale Reijo nie odrywał od niego wzroku. Anjo znała ten sposób za­chowania, wyprostowane sztywno plecy, ręce w kie­szeniach. Knut zachowywał się podobnie.

- Byłem szorstki, przyznaję, ale bałem się. Wciąż spodziewam się najgorszego. Myślałem, że Ida umie­ra. Nie przyszło mi do głowy, że jest w ciąży...

- Helena stara się jak może - ciągnęła Anjo. - Mu­si przyzwyczaić się do naszej codzienności. Miała łzy w oczach, kiedy przyjechała do nas. Jest za delikat­na... Twoje słowa sprawiają jej ból.

Urwała, dając mu czas, by przetrawił jej napo­mnienia.

- Nie wiesz, w jaki sposób ją ranisz? - dodała po dłuższej chwili. Reijo wciąż stał do niej plecami. An­jo żałowała go równie mocno jak Heleny.

- Ja? - powiedział nagle, siadając naprzeciw niej. - Ja? - powtórzył, składając ręce na piersi.

Jego koszula wymagała naprawy, Anjo miała oko do takich drobiazgów. Szew przy rękawie się rozcho­dził. Puści, jeśli ktoś go nie zeszyje.

Reijo potrzebował kogoś, kto by się tym zajął. Po­trzebował żony...

- Mówisz tak, jakbym robił to umyślnie.

- Czasami takie myśli przychodzą mi do głowy - od­rzekła Anjo, a jej oczy zwęziły się. - To rodzaj broni.

- Broni? Skinęła głową.

- Chcesz ją stąd wywieźć, prawda?

- Nie należy do naszego świata - oświadczył zde­cydowanie. - Byłem tam, skąd pochodzi, i wiem, co mówię. Helena jest... damą!

- Wiesz, że wszystko pogarsza fakt, iż to ty spra­wiasz jej ból?

Reijo nie odważył się spojrzeć na Anjo. Wiedzia­ła więcej, niż się spodziewał, więcej niż wyrażała sło­wami.

- Nie żyjesz od wczoraj, Reijo! Chyba wiesz, co się święci! Pamiętasz...

- I co z tego? - spytał drżącym głosem. W jego zie­lonych oczach błysnęło zwątpienie. - Mam poczuć wyrzuty sumienia i ulec? Nie mogę...

- Nie możesz - powtórzyła cicho jak tchnienie wia­tru. - Kochać, to znaczy ranić.

Ich spojrzenia się spotkały. Reijo uśmiechnął się z rezygnacją i przeciągnął dłonią po włosach. Z bie­giem lat wyjaśniały, ale nie przerzedziły się.

- Jesteś największym skarbem, jaki Knut przywiózł z Finnmarku, Anjo - powiedział w końcu. - Nie wszystkim jest dane mieć taką żonę. Niektórym w ogó­le nie jest dane mieć żonę... - Zawstydził się lekko. - Schlebiało mi, że Helena traktuje mnie jak Pana Boga...

- Nie uważa cię za Pana Boga - poprawiła go An­jo. - Uważa cię za przystojnego mężczyznę. Helena cię adoruje, mój dobry Reijo. Kocha cię miłością czy­stą lub po prostu pożąda. Kto wie, może czuje jedno i drugie. A ty się panicznie boisz.

- To jeszcze dziecko.

- To kobieta. Ile lat miała Raija, kiedy ty skończy­łeś osiemnaście? Była młodsza, o ile mi wiadomo. Nie opowiadaj mi bajek, że nie pragnąłeś jej posiąść. - Bezpośredniość Anjo była rozbrajająca.

- Między mną a Raiją były dwa lata różnicy - od­rzekł. - A nie całe życie. Jedno pokolenie.

- To, co masz między nogami, nie kieruje się taki­mi drobiazgami - wypaliła. - To żadna przeszkoda, ojczulku...

Reijo potrząsnął głową.

- Myślę głową, Anjo, a nie tym, co mam w spodniach.

- W tym cała rzecz, jesteś taki rozsądny! - wes­tchnęła. - Pomyśleć, że to ty wychowałeś Knuta. Pro­sta droga nie zawsze prowadzi do celu, Reijo. Ona cię kocha. Komu to szkodzi? Co miłość może zniszczyć?

- Szacunek do samego siebie.

- Może by ci się to przydało? Roześmiał się. Beznamiętnie, sucho, odrzucając jej sugestię.

- Nie na długo. Nie komuś takiemu jak ja. Już przez to przechodziłem, Anjo. Powtórka historii z Mają. Maja żyła marzeniami i fantazjami bardziej niż rzeczywistością. Takie małe osady jak nasza są niebezpieczne. Nie ma wielkiego wyboru.

- Jesteś taki rozsądny! - powtórzyła. - Nigdy nie dałeś się ponieść zmysłom?

- Kiedyś, dawno temu. - Znów się rozmarzył, a je­go twarz nabrała powabu. - Helena nie powinna mieszkać u mnie - dodał. - To tylko pogarsza spra­wę. Nie wiedziałem, jak cię o to poprosić, byś zabra­ła to dziecko do was...

- To dziecko samo potrafi zadbać o siebie, Reijo. Sądzę jednak, że masz rację. Powinna zamieszkać w domu nad rzeką. Jest u nas Patrik, więc znajdzie odpowiednie wiekiem towarzystwo.

- Tak - wyrzekł nieco sztywno. - Zawsze byłaś roz­ważną kobietą. Pomimo wszystko.

Perlisty śmiech Anjo wypełnił kuchnię.

- Pomimo wszystko - powtórzyła przekornie.

Rozumieli się dobrze. Po tej rozmowie Anjo za­wsze powtarzała, że należy do tego samego pokole­nia co Reijo.

Wróciła do domu z synem. Chciała zabrać dzieci Idy, ale w końcu uznała, że dziewczyna powinna mieć jakieś zajęcie. Reijo wspomniał Anjo o zmartwieniu córki. Żadne z nich nie wiedziało, jak jej pomóc.

Mężczyźni położyli podłogę, a Helena zdążyła po­sprzątać całą izbę. Meble wciąż stały w kącie, ale wszystko pachniało świeżością. Niewprawne oko nie dostrzegłoby, że ktoś niedawno wywrócił ten dom do góry nogami.

- Reijo przyjdzie jutro po konia - poinformowała Anjo. - Helena zostaje.

- Dlaczego? - Dziewczyna nie mogła się powstrzy­mać. Może nie chciał jej już więcej widzieć? Może po­wiedział, że nie może znieść tej bezczelnej dzierlatki...

- A tak nie będzie lepiej? - zdziwiła się Anjo. Pod jej wzrokiem Helena nie potrafiła ukryć praw­dy. Schyliła głowę.

- Ida spodziewa się dziecka - dodała Anjo. - Po prostu się przepracowała.

- A więc Sedolf pospieszył się z robotą - zażarto­wał Knut i mrugnął do żony.

Anjo rzuciła mu surowe spojrzenie. Chociaż pozwa­lała sobie na frywolność, nie tolerowała jej u innych.

Patrik odwrócił wzrok. Nie tak miało być, bajki kończą się inaczej... A Helena pomyślała, że to wszystko zmienia. Ida musi uznać, że jej mężem jest Sedolf. Dziecko wiąże ludzi, taką przynajmniej mia­ła nadzieję.

Kolejne dni upływały jednostajnie. Kobiety odwie­dzały Idę na cyplu, Reijo codziennie bywał w domu nad rzeką. Mężczyźni założyli sobie, że doprowadzą wszystko do porządku przed świętami.

W obu gospodarstwach krowy wciąż dawały mleko, co zdarzało się rzadko. Krowy cieliły się zazwyczaj na wiosnę, dbano o to w tym celu, by w pełni wykorzy­stać letnie pastwiska. Tam, gdzie przestrzegano tego zwyczaju, krowy traciły mleko wczesną jesienią.

- Gromadziłam mleko, by podzielić się nim z po­trzebującymi - powiedziała Anjo, myśląc o zbliżają­cych się świętach. - Teraz już nie wiem, czy mam na to ochotę. Wciąż stoją mi przed oczyma twarze mężczyzn, którzy pomagali poborcom. Znam ich żony, niektóre chciałam wesprzeć... Teraz już nie wiem, jak postąpić.

Ludowe zwyczaje nakazywały, by gospodyni, któ­ra nie ma mleka lub śmietany na Boże Narodzenie, w wigilijną noc siadała okrakiem na kalenicy obory. Mężczyznom brak zapobiegliwości również nie uchodził na sucho. Jeśli nie zdołali zapewnić dorsza lub halibuta na świątecznym stole, musieli spędzić noc na dachu szopy rybackiej.

Anjo szyła koszulę dla Knuta, prowadziła ledwo widoczny ścieg w niebieskim płótnie. Ida towarzy­szyła jej w tym zajęciu, choć nie znajdowała w nim zadowolenia. Przygotowania do wyjazdu Sedolfa po­chłonęły mnóstwo czasu. Rybacy wybierali się naj­pierw do szkutnika w Malangen z zamiarem zamó­wienia nowej, większej łodzi na przyszłe połowy. Wiele dni zeszło Idzie na szyciu, robieniu na drutach, pieczeniu i gotowaniu, by zapełnić rybacki kufer mę­ża. Nie ciągnęło jej do tych domowych zajęć, ale zwy­czaj nakazywał, by każdego obdarować czymś no­wym na święta. Choćby parą skarpet.

- Pomożemy ci z wyprawką dla dziecka - uśmiech­nęła się Anjo. - Helena umie haftować. To by było coś, koszulka z wyszywanymi kwiatkami i pierwszą literą imienia. Tym razem chyba na S... Ida uśmiechnęła się słabo.

- Nie trzeba nam wiele. Nowe rzeczy ponoć przy­noszą pecha...

- Reijo przydałaby się nowa koszula. - Anjo szyb­ko zmieniła temat. - W tej, której używa na co dzień, rozłażą się szwy...

- Tatko nie chce niczego nowego - stwierdziła z re­zygnacją Ida, - Nie jestem taką wyrodną córką.

- Ja uszyję coś dla Reijo - rzuciła szybko Helena. Rumieńce wystąpiły jej na twarz.

Anjo zmierzyła ją wzrokiem. Ida nie zwróciła na to uwagi.

- Dobrze - powiedziała po chwili Anjo. - Nie mo­żemy się jednak przyznać, że to ty zrobiłaś. Nie wy­pada, Heleno. On jest mężczyzną...

- Wiem - uśmiechnęła się Helena. - Zdaję sobie sprawę, że jest mężczyzną...

- O czym tu dyskutować? - zdziwiła się Ida. - Szyj ojcu koszule. Nie mam zamiaru chodzić po wiosce i...

Przerwała i odwróciła się do Heleny. Przyjrzała się jej badawczo i potrząsnęła głową, śmiejąc się cicho.

- Tego nam jeszcze brakowało - rzuciła po chwili. - Wszystko inne już się zdarzyło w naszym domu, praw­da?

Helena zaczerwieniła się.

- Mylisz się - odezwała się, ale Ida machnęła ręką.

- Możesz szyć ojcu koszule. Możesz mu nawet zro­bić podkoszulek na drutach.

Helena pokraśniała jeszcze mocniej.

- Nie jest tak, jak sądzisz... - wyjąkała. Wydawało jej się, że winna jest Idzie wyjaśnienie. W końcu by­ła córką Reijo.

- Przyzwyczaiłam się do tego, że moje przyjaciół­ki adorują tatę - powiedziała Ida zmęczonym głosem. - Już przestałam się dziwić. Reijo nie jest taki jak in­ni ojcowie, różni się od nich wiekiem i sposobem by­cia. Wzbudza szacunek, lecz potrafi być przyjacielem i dobrym kompanem.

Urwała i spojrzała na Helenę ze współczuciem. Tak się przynajmniej Helenie zdawało i nie wiedzia­ła, co o tym sądzić.

- Tato wciąż jest młody i przystojny. Powtarzałam to już tyle razy, więc pewnie niektórzy myślą, że chcę go sprzedać. Ale to prawda. Nie znajdziecie wielu mężczyzn nad fiordem, którzy mogą się z nim rów­nać. Mój mąż. Mój brat... Kilku jeszcze. Nic dziwne­go, że dziewczęta widzą to samo co ja.

- Nie jest tak, jak sądzisz - powtórzyła uparcie He­lena.

- Nie sądzę, że tato uwiódł cię na sianie, jeśli o to ci chodzi - rzuciła Ida.

Anjo wybuchnęła śmiechem.

- Biedny Reijo, żeby mógł was usłyszeć! Myśli, że dziewczynki siedzą grzecznie i przygotowują Gwiazdkę.

- Boże Narodzenie - poprawiła ją Helena bez namy­słu. - Gwiazdka to pogańska nazwa.

- Tak jak ja. - Anjo nie dała się zbić z tropu. - Więc jak będzie z koszulami dla Reijo? Założę się, że znaj­dę gdzieś kawałek materiału. Chyba że wszystko po­szło do królewskiego skarbca.

Roześmiała się z własnego dowcipu. Helena też. Tylko Ida nie uznała tych słów za zabawne. Nie chciała słyszeć o podatkach i poborcach podatkowych.

To też była czarna plama na sumieniu. Noc dobiegła końca i straciła swój przedziwny urok. Nie mogła zro­zumieć, dlaczego sprawy przybrały wtedy tak nieocze­kiwany obrót. Mroźne, przejrzyste powietrze, niebo oświetlone gasnącą zorzą, błyszczące gwiazdy - wszyst­ko to wydawało jej się teraz tanie, nieomal jarmarczne.

Wtedy tego nie czuła, ale wspomnienie nabrało in­nych barw.

Tamto zdarzenie nie powinno w ogóle mieć miej­sca. W świetle dnia straciło cały swój sens. Ten czło­wiek przybył nad fiord, splądrował dom jej brata i zniknął. Nie powinna nawet poznać jego imienia. A tymczasem musiała dźwigać okruchy jego życia, tę­sknot i marzeń...

To był błąd, ta prawda dotarła do niej z całą jasno­ścią. Popełniła głupstwo, za które musi odpokutować przed własnym sumieniem. Czuć ciężar winy...

- Kto uszyje koszulę Patrikowi? - zapytała ostrym tonem. - Może ja? Przecież wyraźnie czuje do mnie słabość.

- Właśnie, Patrik... - Anjo odłożyła robótkę i opar­ła łokcie o blat stołu. - Czy tylko ja mam wrażenie, że Patrik Jonsson ukrywa coś przed nami?

- Ukrywa? - zawahała się Ida. Słowa Anjo obudzi­ły w niej ciekawość.

- Naprawdę jest taki prostolinijny? - zastanawiała się Anjo, marszcząc brwi. - A może to tylko pozory?

- Sądzę, że jest uczciwy - oświadczyła Ida. - Znaj­dziesz setki takich jak on.

- No właśnie. Setki. Więc dlaczego się tak zacho­wuje? Jakby udawał kogoś innego.

- Jest po prostu sobą - upierała się Ida. - Dlacze­go miałby udawać?

- Mnie też coś w nim niepokoi... - Helena wypowie­działa te słowa jakby wbrew własnej woli. Potem za­myśliła się i dodała: - Czasami kogoś mi przypomina.

- Znasz jakiegoś szwedzkiego parobka? - spytała zjadliwie Ida.

Helena zmieszała się. - Nie.

- Więc zapomnij o przeczuciach. Nie znasz niko­go, kto byłby podobny do Patrika. Potrafi oporzą­dzić krowy równie dobrze jak ja. Zna się na ciesioł­ce, umie zająć się końmi. Nie należy do twojej klasy. Nie mówię tego, by cię zranić. To prawda.

Anjo rozłożyła ręce.

- Dlaczego nie chcecie tego dostrzec? - dziwiła się Ida. - Patrik to łowca przygód. Uroczy, lekkomyślny i bardzo młody. Wychowywał się w skromnych warun­kach, ma w sobie więcej entuzjazmu niż rozwagi. Nie jest głupi, tylko nie potrafi wybiegać myślami w przy­szłość. Na jarmarkach takich jak on spotyka się cały­mi tuzinami. - Ida tak się rozgrzała swoim wywodem, że nie usłyszała skrzypnięcia drzwi. - Przybywają tu, goniąc za złudzeniami, i niczego nie znajdują, lecz nie ustają w poszukiwaniach. Karmią się nadzieją, oślepie­ni marzeniami. Potem dają za wygraną, zgorzkniali i przedwcześnie postarzali.

- To mój los tak barwnie opisujesz? - usłyszały za sobą głos przemawiający po szwedzku.

Anjo uśmiechnęła się półgębkiem. Wykorzystała okazję, by przyjrzeć się Patrikowi. Dobrze udawał? Jeśli prawdą jest, że udaje.

- Uważasz, że jestem zgorzkniały i stary, Ido?

- Co tu robisz? - spytała zaskoczona.

- Wolę raczej umrzeć za młodu - ciągnął - oślepiony marzeniem. - Nie odrywał wzroku od Idy, która nie mia­ła najmniejszych wątpliwości, o czym marzy Patrik.

- Podążasz złą drogą - ucięła. Nie chciała mieć z tym nic wspólnego. Nie ponosiła żadnej odpowie­dzialności za jego pragnienia.

- Przyszedłem po piłę - rzekł. - Reijo wspominał coś o jakiejś szopie...

Ida chciała wskazać Patrikowi drogę, ale dojrzała w jego oczach bezradność. Wstała więc, owinęła się wełnianym szalem i wybiegła z domu. Ojciec miał po­rządek w swoich narzędziach, ale czasami trzymał je w dziwnych miejscach. Piłę chował pośród brzozo­wych pniaków i uważał to za rzecz najnaturalniejszą w świecie.

Ida znalazła piłę i podała ją Patrikowi. Wziął na­rzędzie, ale nie ruszył się od drzwi.

- Anjo mówi, że spodziewasz się dziecka. Powin­naś dbać o siebie.

Uśmiechnęła się.

- Potrafię zająć się swoimi sprawami, Patriku - za­pewniła go. - Masz mi jeszcze coś do powiedzenia?

Była zniecierpliwiona. Marzła, chłód na dobre osiadł w ścianach szopy i nie zamierzał ustąpić przed nadejściem wiosny.

- Całkiem sporo - odrzekł - ale nie chcesz mnie wysłuchać.

Otworzył szerzej drzwi i przepuścił dziewczynę przodem. Nie odsunął się jednak na bok, tak że mu­siała w przejściu musnąć go biodrem.

- To prawda - odrzekła zdecydowanie. - Nie chcę cię słuchać.

Wyrwała mu lampę i pobiegła do domu tak szyb­ko, że lichy płomień zgasł na schodach. Zaklęła jak mężczyzna.

Nie ruszył za nią, ale odprowadzał ją wzrokiem, póki nie zniknęła za drzwiami.

- Coś w nim siedzi - zapewniała ją Helena. - Za­durzył się w tobie, to prawda, ale jest jeszcze coś. Uczucie szybko uleci. Ciebie pierwszą spotkał, praw­da? Więc nic dziwnego, żeś mu się spodobała.

- No to miał szczęście, że nie trafił na bezzębną staruszkę - odcięła się Ida. Zachowanie Patrika zaczę­ło ją męczyć. - Pozostaje mieć nadzieję, że Helena się nie myli i miłość szybko uleci mu z głowy. Za parę miesięcy będzie gonił za inną spódniczką...

Zachichotały wszystkie trzy.

- Sedolf się ucieszy, że zostanie ojcem - powiedzia­ła Anjo. Jej głos przybierał ciepłą barwę, kiedy mó­wiła o dzieciach.

Ida skinęła głową.

Tak, Sedolf się ucieszy. I dobrze będzie mieć po­tomka, który odziedziczy jego cechy i połączy z jej krwią. Sedolf jest dobrym człowiekiem, zasługuje na to, by dziecko poniosło dalej wszystko to, co czyni jej męża wyjątkowym.

Powinien być teraz w domu...

- Dasz mu na imię Sedolf? - zastanawiała się He­lena.

- Jemu? - Ida uniosła brwi w zdziwieniu. - Jestem pewna, że urodzę dziewczynkę. A przecież nie nazwę jej Sedolfa.

Roześmiały się.

- Sedolf ma też coś do powiedzenia - ciągnęła Ida - ale myślę, że zaakceptuje mój wybór. Jeśli urodzi się dziewczynka, będzie się nazywać Anna. Możecie zga­dywać, po kim...

Anjo zarumieniła się i zamrugała kilkakrotnie, że­by odpędzić łzy, które same cisnęły się jej do oczu.

- Jeśli urodzi się chłopak, będzie nosił imię Simon, tak jak kuzyn Sedolfa. On nie doczekał się potomstwa.

Anjo objęła Idę.

- A ja myślałam, że tylko siedzisz i się zadręczasz! Ty tymczasem patrzysz jasno w przyszłość!

- Zdarza się, że popadam w smutek i przygnębie­nie - przyznała Ida. - Nigdy się jednak nie poddaję. Czuję, że idą jasne dni!

9

Remont domu Anjo i Knuta zakończył się. Dwo­ma pokojami na strychu Knut nie zawracał sobie gło­wy, i tak ich nie używali. Puste pomieszczenia czeka­ły na gromadkę dzieci. Rozprawiali o nich w żartach, ale Karl na razie nie doczekał się rodzeństwa.

Reijo zabierał Patrika na fiord. Polubił chłopaka. Młody Szwed uczył się szybko, chwytał wszystko w lot. Poza tym nie bał się mieć własnego zdania, a tę właściwość Reijo cenił bardzo wysoko.

Ida z wolna wracała do równowagi. W samym środku przygotowań do świąt czuła, jak przybywa jej sil i energii.

Tak niedawno znalazła się na samym dnie. Dusza dziewczyny, jak świat wokół, pogrążyła się w mroku równie głębokim jak w noc świętej Łucji.

Teraz mogło być tylko lepiej. Nie znała przepastniejszej otchłani smutku. Musiała się z niej wydobyć, bo tego domagało się od niej życie. Wszak nosiła dziecię pod sercem.

Ratunek.

Dziecko Sedolfa.

W tej samej chwili, kiedy Ida zdała sobie sprawę, że dźwiga odpowiedzialność za tę istotę poczętą z mi­łości, w tej właśnie chwili zrozumiała, iż musi zapo­mnieć o strapieniach.

Wciąż tkwiła w niej niepewność, ale przestała szu­kać odpowiedzi. Przyjdzie właściwy czas. Wtedy sta­nie twarzą w twarz z siostrą i pozna prawdę.

Być może upłyną lata, zanim to nastąpi. Ida pod­jęła jednak postanowienie, a ono dodało jej sił.

Musiała żyć teraźniejszością. Nie paląc mostów, nie zapominając o przeszłości, ale odsuwając ją na dalszy plan.

Wkrótce wróci Sedolf, a wtedy wszystko się ułoży.

Wyrzuty sumienia jeszcze nikomu nie pomogły. Zwątpienie to zły doradca.

Siła, odwaga, wiara w siebie - tego było jej trzeba. Ida zawsze potrafiła wydobyć swoje najlepsze przy­mioty.

Przydały jej się bardzo, bo świąteczny miesiąc go­tował dla niej więcej niespodzianek.

Dzieci zachorowały. Kaszlały, miały katar, krzy­czały po nocach, trawione wysoką gorączką.

Rankiem dwudziestego drugiego grudnia Ida usia­dła do szycia, wcześniej niż ktokolwiek w osadzie, te­go była pewna. Tej nocy w ogóle nie położyła się spać.

Reijo proponował, że posiedzi z dziećmi, ale Ida nie chciała słuchać. I tak zawsze wołały matkę.

W nikłym świetle lamy skroiła materiał na koszulki dla swych małych trolli i raźno zabrała się do szycia. Z myślą o Patriku wynalazła także kawałek pospolitej tkaniny nieokreślonej barwy, kupionej zapewne na jar­marku przed wielu laty. Przybysz ze Szwecji musiał czuć się samotny w obliczu pierwszych świąt Bożego Narodzenia w obcym kraju. Jeśli znajdzie chwilkę cza­su, uszyje mu koszulę. Nic nadzwyczajnego, codzien­ny strój. Dla nikogo nie powinno zabraknąć podarków.

Zdążyła także zagnieść ciasto na chleb. Z pszen­nej mąki. Serce jej pękało na taką rozrzutność, ale święta są raz w roku. Nie byli wcale tak ubodzy, by nie pozwolić sobie na odrobinę luksusu w ten zimowy czas. Dom trzymał ciepło całą noc i ciasto pięknie wyrosło. Upiecze je o świcie. Na palenisku. Rozpalanie pieca chlebowego dla kilku bochenków byłoby zbyt wielką niegospodarnością. Zresztą ko­rzystali już z niego wcześniej tego miesiąca, wypie­kając razowce na potrzeby obu domostw, tego na cyplu i tego nad rzeką. Piec był solidny, zbudowa­ny z kamienia według fińskiej modły. Zajmował pól piwnicy w domu Reijo. Rozgrzany do czerwo­ności, napełniał całe wnętrze ciepłem przez niemal dwa dni. Reijo żartował, że równie dobrze mógł służyć za saunę.

Dzieci przespały kilka godzin we względnym spo­koju. Ida nie przykryła ich, nie bardzo ufała tym, któ­rzy twierdzili, iż poty są najlepszym lekarstwem na gorączkę.

Reijo wstał, nie czyniąc hałasu, i stanął obok córki.

- Nie poszłaś obudzić sroki - zauważył. Ida ziewnęła.

- Mam co innego do roboty. Jestem już chyba za stara na te głupstwa...

Zwyczaj nakazywał, by czas przed świętami spę­dzić pracowicie. Dzień przed Bożym Narodzeniem należało wstać na tyle wcześnie, by obudzić srokę.

- Ludzie widzą światło lampy - dodała. - Nikt nie pomyśli, że się lenię.

Reijo pocałował córkę. Ida spojrzała na niego i po­myślała o Helenie.

Znał prawdę?

Trudno zgadnąć. Ojciec nie okazywał, co mu gra w sercu.

- Jak dzieci? Czują się lepiej?

- Mikkalowi się poprawiło. Mała Raija wciąż się poci. I ma gorączkę.

- Karl już prawie ozdrowiał - dziwił się Reijo. - Co się dzieje z naszą dwójką?

- W tym cała rzecz - odrzekła Ida. - Są razem, jed­no zaraża się od drugiego.

Reijo pociągnął nosem.

- Pachnie wiosną. Ida wzruszyła ramionami.

- Może to i dobrze. Powietrze się oczyści.

Na rozgrzanych kamieniach w palenisku stał ko­ciołek ze smołą. Gorąca smoła ponoć powstrzymy­wała chorobę. Kto wie? Ida nie lekceważyła ludowych mądrości.

- Patrik zaraz przyjdzie - powiedział Reijo. Nalał sobie do kubka kawy, a właściwie wody o posmaku kawy. Tuż przed Bożym Narodzeniem zwykł oszczę­dzać na ziarnach i gotował napój na fusach. Uważał, że dzięki temu wyżej się będzie cenić smak i aromat świątecznego napoju.

Prosta filozofia.

Ida nie szyła długo. Jedno z bliźniąt zbudziło się i głośnym krzykiem wyrwało drugie ze snu. Patrik zjawił się w środku tego rwetesu.

- Obudziłem parę ptaszyn - uśmiechnął się szero­ko i usiadł na ławie kuchennej z kubkiem w dłoni. - Karl już zdrowy. Wciąż smarka, ale nabrał wigoru.

I znów się uśmiechnął. Ukradkiem, by Reijo nie uznał, że jest dziecinny. Zapomniał zupełnie, że Re­ijo nie należy do ludzi, którzy o dzieciach wyrażają się lekceważącym tonem. Wręcz przeciwnie, dziecinność natury cenił sobie jako szczególną zaletę.

- Wygonił mnie z domu, zaraz jak wstałem - opo­wiadał Patrik. - W kółko powtarzał coś o jakiejś ko­zie. A kiedy wróciłem, był rozczarowany, że nie na­tknąłem się na kozę w drewutni...

- Nie macie więc tego zwyczaju w Szwecji? - zdzi­wił się Reijo. Słuchał Patrika z roztargnieniem, wciąż łowił uchem odgłosy dochodzące z alkierza.

Chłopak potrząsnął głową.

- Knut wyjaśnił mi, o co chodzi. O trollu ukrytym w kozim ciele, w połowie z mięsa, w połowie z ka­mienia... Mieszkającym w drewutni...

- Za moich czasów straszono nim niegrzeczne dzieci - wyjaśnił Reijo. - Bardzo się go bałem. Aż oj­ciec powiedział mi, że u nas się nie zjawi, bo pocho­dzimy z Finlandii.

- W szwedzkich obejściach też mieszkają jakieś chochliki i maszkary - przyznał Patrik, zaglądając do kubka w poszukiwaniu ziaren kawy.

Nie nazwał jednak owych stworów z imienia.

Ida weszła, niosąc dzieci w ramionach. Oddała Mikkala dziadkowi i nie zważając na Patrika, pod­niosła córeczkę do światła.

Mała zacisnęła oczy w wąskie szpareczki i rozkrzy­czała się.

- Ma spuchnięte powieki - powiedziała Ida z za­troskaniem. - I zaczerwienione oczy...

- Pewnie je tarła - uznał Reijo. Ida dotknęła czoła Raiji. Było gorące.

- Mikkal nie ma już gorączki - dziwiła się. - Raija jest rozpalona.

- Myślę, że światło jej przeszkadza - wmieszał się Patrik.

Ida wcześniej go nie dostrzegła. Teraz stanął tuż obok i patrzył na dziecko. Głos miał spokojny, wzrok uważny.

- Próbowałaś wywaru z jałowca? - spytał. Ida skinęła głową. Anjo zaaplikowała wywar Kar­lowi i chłopiec wyzdrowiał.

- Podałam go obojgu. - Przytuliła córeczkę i wy­szła z kręgu światła. - Podałam go obojgu, ale tylko Mikkal wydaje się zdrowszy...

Smoła też nie pomogła.

- Może na małą podziała później - rzekł cicho Patrik. - Musi leżeć sama, najlepiej w półmroku, a z pewnością wydobrzeje.

Ida nic nie odpowiedziała.

- Dzisiaj nie wypłyniemy - zdecydował Reijo. Ida była zmęczona, nie powinna mieć całego domu na głowie.

- W takim razie idę do obory - oznajmił Patrik. - Przynajmniej na tej robocie się znam.

Reijo odprowadził go wzrokiem. Miał nieodparte wrażenie, że Patrik zna się na wielu sprawach, ale nie powiedział tego głośno.

Patrik nie mówił o sobie, a Reijo nie zamierzał zmuszać go do wyznań. Jeśli chłopak miał jakieś ta­jemnice, to przecież nie używał ich przeciwko niko­mu. Wręcz przeciwnie, pomagał jak potrafił.

Mikkal wracał do zdrowia. Zanim nad cyplem za­padł wieczór, chłopak wygramolił się z łóżeczka i na kolanach przemierzał podłogę. Zjadł sporo, a choć wciąż pociągał nosem, gorączka ustąpiła.

Z siostrą było znacznie gorzej.

Mała Raija zachrypła. Krzyczała nieustannie, była rozpalona. Ida nie potrafiła powstrzymać się od łez.

Wmusiła w małą odrobinę mlecznej zupy, którą podawała jej na ściereczce zanurzanej w talerzu. Ra­ija zaczęła ssać, ale wkrótce opuściły ją siły.

Już tylko krzyczała. Zapadała w niespokojny sen, budziła się i znów krzyczała, wstrząsana napadami gorączki.

Reijo zabrał Mikkala do swojego alkierza. Chło­piec bardzo się ucieszył, że będzie spać z dziadkiem.

- Nie siedź całą noc - powiedział do córki, kiedy mała znów zasnęła.

W kuchni płonęła lampa. Ida usiadła przy stole, uchyliwszy lekko drzwi do pomieszczenia, w którym leżała córeczka.

Patrik miał rację. Dziewczynka uspokoiła się w ciem­ności, a cisza w domu zdawała się mieć na nią zbawien­ny wpływ.

- Zmienię cię. Musisz złapać trochę snu. Ida nawet nie próbowała się uśmiechnąć. Czuła dojmujący ból w całym ciele. Poczułaby ulgę, gdyby się położyła, ale pewnie nie byłaby w sta­nie się podnieść...

Nie czuła rąk ani nóg, kark jej zesztywniał.

- Położę się - obiecała.

Reijo nie uwierzył córce. Ona zresztą nie wierzy­ła samej sobie. Musiała wytrwać, póki starczy jej sił. Nie wiedziała, ile jeszcze nocy zdoła przetrzymać bez odpoczynku, ale nie zamierzała się poddawać. Sedolf, powtarzała w duchu, powinieneś tu być! Odda­łaby wszystko, by móc złożyć głowę na ramieniu mę­ża, podzielić z nim troskę i niepokój.

Była jednak sama.

Odpowiedzialność...

Strach. Bała się. Lęk ściskał ją za gardło i nie pusz­czał. Trzymał w napięciu, nie dawał odpocząć.

Znała to uczucie. Strach, który z wolna zamienia całe ciało w lód i paraliżuje.

Odbiera wolę działania.

Bała się wcześniej. Lękała o własne życie, o los bli­skich. Dorosłych ludzi, którzy potrafili zadbać o siebie.

Odpowiedzialność za małą Raiję spoczywała wy­łącznie na barkach matki.

Miała niecały roczek. Żyła, oddychała tylko dlate­go, że ktoś dbał o zaspokojenie wszystkich jej po­trzeb, troszczył się o nią.

Może znajdzie w sobie dość siły, by walczyć, jeśli przyjdzie na nią godzina próby...

Nie myśleć o tym...

Oderwać się od najczarniejszych przewidywań...

Najboleśniejszych myśli. Puste łóżeczko.

Ida oparła łokcie na stole i schowała twarz w dłoniach.

Zapłakała.

Cicho, tak by ojciec nie usłyszał. By nie obudzić córeczki, która potrzebowała snu.

Lecz choć zaciskała powieki, choć łzy przesłoniły jej cały świat, wciąż jasno i wyraźnie widziała ten obraz.

Dwa łóżeczka dziecinne.

Jedno z nich puste.

Ramiona dziewczyny zadrżały. Nieduża postać sku­lona pod lampą przy oknie nie osłoniętym firanką.

Patrik nie mógł znaleźć spokoju. Coś ciągnęło go do domku na cyplu, ale wciąż się wahał.

W końcu Helena zlitowała się nad nim. Pozostali domownicy już spali. Dziewczyna wstała, znalazła Patrika przy kuchennym stole.

- Pójdę z tobą - powiedziała bez zastanowienia. Oboje mieli to samo pragnienie. Okazać się poży­tecznym. Pozbyć się nieprzyjemnego uczucia, że są na czyjejś łasce.

Ubrała się pospiesznie, napisała króciutki list do Anjo i ruszyli w drogę.

Teraz stali na pagórku przed domem Reijo. Przez okno widzieli Idę w świetle lampy.

- Powinna odpocząć - powiedział Patrik.

- Jest matką - odrzekła Helena. - Nie wiem, co to oznacza, ale to chyba różnica...

Podeszli bliżej.

- Obiecaj, że nie będziesz jej dręczyć - poprosiła z powagą w głosie. - Nie po to tu przyszłam.

- Nie będę. Może się na coś przydam. Wiem, że nie jest mi pisana, ale chyba mogę podziwiać jej urodę?

Helena wywróciła oczami. Męski upór! Wszyscy są tacy sami?

A Reijo?

Pchnęła drzwi, nie były zamknięte. Wiedziała już, jak je otworzyć, by nie skrzypnęły.

Ida spała.

Odwiesili wierzchnie odzienie i Helena ruszyła do izby dzieci, skąd dochodziły ciche, żałosne piski. Ra­ija przyjęła ją z ufnością. Helena nie pachniała jak mama, nie tuliła jak mama, ale dziewczynka znała ją dobrze i nie zaprotestowała.

Skrzypnęła podłoga, smuga światła przemknęła po ścianach i znów zapadła ciemność.

- Dziwnie oddycha, nie sądzisz? - spytała zaniepo­kojona.

Raija z trudem wciągała powietrze, z gardła dziec­ka wydobywał się charkot.

- Dzieci tak nie oddychają.

- Masz rację - przyznał Patrik. - Wciąż jest rozpa­lona?

Helena skinęła głową. Zaraz potem uświadomiła sobie, że Patrik w ciemności nie dostrzeże tego gestu, więc potwierdziła szeptem.

- To niedobrze— Cofnął się do drzwi.

- Spróbuj ukołysać ją do snu. Potrafisz?

- Z pewnością. - Zaczęła mruczeć kołysanki, które pamiętała z dzieciństwa. Powolne, łagodne tony.

Jako dziecko uwielbiała zasypiać. Nianie były ta­kie miłe. Tuliły ją delikatnie, dawały radość fizycznej bliskości, którego tak jej brakowało. Opowiadały hi­storie, śpiewały śliczne piosenki. Zwykłe służące, traktujące opiekę nad małym, rozpieszczonym dziec­kiem jak odpoczynek po znojnym dniu. Kołysanki przetrwały w jej pamięci, lecz dopiero teraz mogła je komuś zaśpiewać. Tu w Ruiji, w ubogiej izbie.

Historia zatoczyła krąg. Te piosnki to własność ludu.

A ludzie są sobie równi. Helena dostrzegła i zro­zumiała tę elementarną prawdę.

Córeczka Idy musi wyzdrowieć.

Szmer kroków zbudził Reijo. Wyślizgnął się z al­kierza po cichu, by nie budzić chłopca. Zdumiał się niepomiernie, znalazłszy Patrika przed paleniskiem.

Młodzieniec siedział na podłodze i wpatrywał się w ogień. Wyraz jego twarzy świadczył o tym, że zma­ga się wewnętrznie.

- Co tu robisz? - szepnął Reijo.

- Może uda mi się pomóc - odrzekł Patrik i ru­chem głowy wskazał Idę: - Powinna położyć się do łóżka...

- Ida robi to, co uważa za stosowne - westchnął Reijo. Bal się przenieść córkę. Z pewnością by się obudziła. - Niech chociaż tak odpocznie...

Zaskrzypiała podłoga. Myśli Reijo biegły leniwie o tej porze nocy.

Stanęła w drzwiach. Z włosami barwy zboża rozsy­panymi na ramionach i zaróżowionymi policzkami.

Jej wzrok zatrzymał się na nagim torsie Reijo.

- Nie jesteś sam, Patriku - odezwał się Reijo. Nie poruszył się, choć Helena dosłownie pożerała go wzrokiem. Pożądliwe spojrzenia, nieprzyzwoite nie­omal, którymi będzie karmić wyobraźnię. Od któ­rych się nie uwolni...

Wciąż się nie ruszał, pozornie nie skrępowany sy­tuacją.

- Zarzucę coś na siebie - powiedział w końcu i zniknął za drzwiami.

Patrik puścił oko do Heleny. Dziewczyna wydęła usta i gwizdnęła bezgłośnie.

- Mała śpi?

- Tak. Jej oddech wciąż mnie niepokoi. - Usiadła obok Patrika i patrzyła, jak dokłada kolejne polano brzozowe do ognia.

Słała ukradkowe spojrzenia na drzwi do alkierza Reijo. Pozwolił jej patrzeć. Czy to jakiś znak?

Nie sprzeciwiał się temu, co dzieje się w jej sercu? Czy to właśnie chciał okazać?

Opanowała drżenie rąk, tylko serce wciąż tłukło się w oszalałym rytmie.

- Musimy jej pilnować - szepnął Patrik.

Przez chwilę nie wiedziała, kogo ma na myśli.

Dziecko!

Tej nocy dziecko było ważniejsze od Reijo. Waż­niejsze od uczuć, które nią targały. Najważniejsze na świecie.

- Jeśli przestanie oddychać, trzeba zmusić ją, by znów zaczęła. Potrzymać nad smolną parą, wynieść na dwór. Wtłoczyć w nią powietrze...

- Skąd to wszystko wiesz? - zdziwiła się Helena. Reijo wrócił do kuchni w chwili, kiedy jeszcze nie wybrzmiało pytanie. Sam był ciekaw odpowiedzi.

- Po prostu wiem.

Reijo zajrzał chłopakowi w oczy. Szukał w nich cze­goś znajomego, ale odnalazł jedynie jasne spojrzenie, za którym nic się nie kryło.

Spokój nie trwał długo. Zerwali się wszyscy na równe nogi, usłyszawszy pojękiwanie.

Helena była najbliżej drzwi. Pchnęła je, smuga światła buchnęła do alkierza, a Raija zaczęła krzyczeć.

Ida obudziła się.

Zatoczyła się do drzwi. Reijo i Patrik ustąpili jej z drogi.

Helena zdążyła już wziąć małą na ręce. Dziew­czynka oddychała spazmatycznie, łapała powietrze jak ryba wyrzucona na brzeg. Małym ciałkiem wstrząsały drgawki.

Ida wyciągnęła ręce, a Helena podała jej dziecko.

Patrik wyrósł przed Idą jak spod ziemi i odebrał jej małą Raiję.

Ida rzuciła się na młodzieńca, złapała go za ramię, ale Patrik nie zwracał na nią uwagi. Wielkimi kroka­mi podszedł do drzwi, otworzył je kopniakiem i wy­biegł z dzieckiem w noc.

Palce Idy zdążyły jedynie chwycić rąbek koszuli. Materiał rozdarł się z trzaskiem.

- Nie możesz wynosić jej na mróz! - wrzasnęła za nim. - Do diabła, mała ma gorączkę. Zabijesz ją!

Patrik osłonił Raiję ramieniem. Chronił ją przed własną matką. Rozchylił wełnianą koszulkę, w którą mała była ubrana.

- Jesteś szalony - jęczała Ida. - Postradałeś zmysły! Wnieś ją do środka! Już wiem, jesteś dzieciobójcą, dla­tego musiałeś uciekać ze Szwecji! Wnieś ją do środka!

Patrik zatrzymał się. Na jego ustach pojawił się szeroki uśmiech. Uśmiech czułości. Pogładził Raiję po policzku.

I oddal ją matce.

Dopiero kiedy chwyciła dziecko, osłoniła przed chłodem grudniowej nocy, wbiegła na schody, zamie­rzając zamknąć Patrikowi drzwi przed nosem, dopie­ro wtedy dotarło do niej, że mała przestała krzyczeć. Jej serduszko biło równym rytmem. Szybszym niż serce matki, czuła je przez skórę.

Ale uspokoiła się. Nie krzyczała...

Ida wbiegła do środka, niema ze zdziwienia. Nie zagrodziła Patrikowi wejścia. Młodzieniec podążył za nią i zamknął drzwi.

Ida położyła córeczkę na kuchennym stole. Musia­ła przyjrzeć się jej z bliska.

Raija była wciąż rozpalona, ale gorączka zelżała. Drgawki ustąpiły, wciąż jednak oddychała charkotliwie, jakby coś utkwiło jej w płucach.

Uśmiechała się. Zacisnęła paluszki na dłoni matki.

Ida uspokoiła się, przełknęła ślinę i poszukała Patrika wzrokiem. Chłopak skrył się w cieniu, by nie mogła dostrzec wyrazu jego twarzy. Tylko oczy świe­ciły w półmroku, ale oczy nic jej nie powiedziały.

- Zimno pomaga na takie drgawki - wyjaśnił. - Nie było czasu na wyjaśnienia.

Ida znów przełknęła ślinę. Zdławiła dumę.

- Dziękuję - szepnęła, a głos jej zadrżał. - Dzięku­ję! Nie wiem, skąd masz tę moc, ale chcę, byś został przy małej, aż wyzdrowieje.

Patrik skinął głową bez wahania. Zupełnie tak, jak­by dawno już podjął decyzję.

10

W ranek przed wigilią Bożego Narodzenia w dom­ku na cyplu nikt nie dostał razów.

Obyczaj nakazywał, by i tego dnia wstać o samym świcie. Temu, kto zaspał, wkładało się witkę brzozo­wą do łóżka, wolno nawet było zdzielić nią śpiocha. Świąteczne lanie okrywało nieszczęśnika wstydem. Lenistwa w ten czas nie tolerowano.

Mieszkańcy domu na cyplu spali na zmianę. Patrik przekonał Idę, by się położyła. Uczyniła to niechęt­nie, ale zaufanie, które zdołał w niej obudzić, zwy­ciężyło. Przy dziecku czuwała Helena. Patrik obiecał ją zmienić. Reijo stracił ochotę na sen.

Ida wsunęła się pod koce, położyła się na samym skraju łóżka twarzą zwrócona do Raiji.

Mała miała jeszcze jeden atak tej nocy. Akurat wte­dy siedział przy niej Patrik. Tym razem nie musiał wynosić jej na mróz. Ida spała, drzwi odgradzające ich od Heleny i Reijo były przymknięte.

Patrik bez zastanowienia chwycił dłonie dziew­czynki i mała od razu odzyskała spokój.

Ida nawet się nie poruszyła. W sąsiedniej izbie ni­czego nie usłyszeli.

Patrik nie zamierzał nikomu o tym opowiadać.

Przyszła Helena, by go zmienić. Od razu zauważyła, że dziecko nie jest już takie rozpalone. Gorącz­ka ustępowała.

- Co mam uczynić, jeśli dostanie drgawek? - szep­nęła. - Jeśli przestanie oddychać?

- Będę za ścianą. - Głos Patrika tchnął pewnością siebie. Helena ufała mu, potrafił czynić cuda, znał się na rzeczach, o których żadne z nich nie miało poję­cia. - Myślę, że najgorsze już minęło.

Odnosił niejasne wrażenie, że tej nocy uratował ludzkie istnienie.

Reijo myślał tak samo. Zaparzył dla Patrika porząd­nej kawy. Nalał do kubka wódki na grubość palca i za­lał gorącym napojem. W milczeniu wręczył kubek młodzieńcowi. Patrzył, jak ten pociąga pierwszy łyk.

Patrik oparł się o ścianę. Był rozczochrany, miał czerwone obwódki wokół oczu. W jego wzroku jed­nak pojawił się jakiś błysk, którego Reijo wcześniej już się domyślał. Znajomy błysk. Patrik dotąd staran­nie go ukrywał.

- Jest dobrze?

Patrik skinął głową. Wciąż znać było po nim na­pięcie, wydarzenia ostatnich godzin jego też pozba­wiły sił.

- Matka Idy także miała to w sobie - powiedział po dłuższej chwili Reijo. Dla siebie również przygo­tował kubek wzmocnionej kawy. - Odziedziczyła to po niej przyrodnia siostra Idy. Tylko ona, ani Ida, ani Knut nie posiedli tej umiejętności.

Patrik nic nie odpowiedział, ale zaczynał rozumieć. Dlaczego nie mógł oprzeć się tej sile, która kazała mu pomóc dziecku.

I dlaczego przyszło mu to bez większego trudu.

Z początku sądził, że to wiek dziecka ułatwił mu za­danie. Przyczyna jednak mogła tkwić w czymś in­nym. Może w jakimś niezwykłym pobratymstwie, które sprawiało, że organizm małej otwierał się na je­go lecznicze umiejętności?

Patrik wolał się nad tym nie zastanawiać.

- Zawsze byłeś... taki? Chłopak skinął głową.

- Odkąd sięgam pamięcią. Długo nie zdawałem so­bie sprawy, że nie wszyscy to potrafią.

- Można to uznać za dar, choć równie dobrze za przekleństwo.

Wreszcie ktoś poznał się na istocie rzeczy! Więk­szość ludzi zazdrościła mu tej umiejętności.

- Nikomu nie życzę takiego dzieciństwa jak moje - powiedział Patrik. - Ten dar stawia wymagania, któ­rym mały człowiek nie może sprostać. Trzeba się dłu­go uczyć, by wiedzieć, jak go używać.

- Ty już wiesz? Uśmiechnął się. Uśmiech Patrika rozjaśniał całą twarz. Reijo wyobrażał sobie, że tak wyglądają anio­łowie. Piękni, bo rozjaśnieni jakimś wewnętrznym światłem.

- Teraz? Teraz staram się zapomnieć, że mam tę moc w sobie, lecz na próżno. Wydaje mi się, że los pcha mnie tam, gdzie jestem potrzebny.

- Bez ciebie stracilibyśmy małą - oświadczył Reijo z niezachwianą pewnością.

- Wiem - odrzekł Patrik.

- Święta byłyby smutne - myślał głośno Reijo. W odpowiedzi Patrik rzucił słowa, które dopiero później nabrały znaczenia:

- Święta jeszcze przed nami. Nie zdążyły się nawet rozpocząć.

Przesiedzieli razem całą noc, popijając jak mężczy­zna z mężczyzną.

Lata przestały ich dzielić. Odkryli coś, co ich po­łączyło.

Wstawał ostatni dzień przed Wigilią. Patrik miał rację, święta jeszcze się nie rozpoczęły.

Rano okazało się, że skóra małej wzdłuż linii wło­sów i za uszami pokryła się krostkami.

Ujrzawszy to, Ida zdarła z dziecka ubranie i dokład­nie obejrzała całe ciało dziewczynki. Czerwone plam­ki tworzyły gęstą sieć, nieomal zlewały się ze sobą.

- Wielkie nieba, co to takiego?

Zwracała się do Patrika, Reijo z miejsca to do­strzegł.

Mała wcale nie cierpiała z powodu wysypki. Mia­ła wprawdzie wciąż lekką gorączkę, ale w niczym nie przypominała zapłakanej, rozpalonej Raiji z po­przedniej nocy.

- Oddycha normalnie - stwierdził Patrik. Nachylił się nad dziewczynką i delikatnie wodził palcem po jej skórze. - To jej nie swędzi.

Ida musiała przyznać mu rację.

Patrik dotknął włosów dziecka, zbadał skórę za uszami.

Mała Raija poznała go. Uśmiechnęła się, odsłania­jąc sześć ząbków. Miała zaczerwienione dziąsła, na co Ida dotąd nie zwróciła uwagi. Nic jednak nie powie­działa. Była zmęczona, mimo że przespała całą noc. Zmęczenie odbierało jej zdolność właściwej oceny.

- Przebierz ją i pozwól poleżeć w spokoju - zdecydował Patrik. On, który nie miał pojęcia o pielęgnacji małych dzieci, mówił matce, jak powinna postępować.

Ida zrobiła, co kazał, ale była zrozpaczona.

Wysypka rozprzestrzeniła się. Raija wyglądała raź­niej, jednak czerwone kropeczki pojawiły się wszę­dzie, na ramionach, rączkach, na piersi...

- Co to oznacza? - pytała Ida w panice. - Jakby ktoś stał nad nią i obsypywał ją tym świństwem. Dlaczego Maja potrafi leczyć, a ja nie? Przecież też jestem cór­ką Raiji. Nie potrafię pomóc własnemu dziecku...

Reijo uspokajał ją.

- Ciesz się, że jesteś tym, kim jesteś. I potrafisz to, co potrafisz - mruczał cicho nad głową Idy. Córka przytuliła się do niego i moczyła łzami jego koszulę.

Patrik wziął Raiję na ręce. Mamrotał coś do siebie, trzymając dłonie na ciele małej. Znów wypełniała go ta moc, która czyniła go pięknym. Niezmierzona moc i światło. Ida nic nie wyczuwała, wiedziała jedynie, że chłopak uratował życie jej małej córeczce. Nie zdawa­ła sobie nawet sprawy, iż uczynił to dwukrotnie. Pła­kała z rozpaczy i zmęczenia. Płakała z niemocy.

I dlatego, że nie miała siły, by przygotować dom na święta.

- Tyle jest jeszcze do zrobienia - łkała. - Nie zdą­żę, tato. Nie dam rady ogarnąć wszystkiego.

- Nikt się tego po tobie nie spodziewa - pocieszał ją Reijo, wzruszony do głębi troską córki. Nie ocze­kiwał, że będzie sprzątać, kiedy dzieci cierpią.

Ida zawsze uważała, że potrafi poradzić sobie w każdej sytuacji. Nie cofała się przed niczym. Wy­dawało się jej, że wszystkiemu sprosta.

- Dokończę za ciebie - odezwała się Helena, która odnajdywała w sobie nieznane dotąd pokłady energii. - Powiedzcie tylko, co trzeba zrobić. Będziemy mieć prawdziwe święta, Ido, nie dręcz się tymi myślami.

Ida nie dała się ukoić.

Helena szorowała właśnie podłogi, kiedy zjawiła się Anjo. Liścik wywołał jej zdziwienie, które pogłę­biło się, kiedy przekroczyła próg domku na cyplu.

Przywitał ją Reijo. Patrik wypłynął samotnie na fiord, Helena energicznie machała ścierką.

Ida poszła się położyć.

- Nie spodziewałam się ujrzeć Heleny w roli słu­żącej. Jeszcze niedawno uśmiałabym się na samą myśl o tym - oznajmiła Anjo.

- Lekceważy mnie - wyjaśnił Reijo z zakłopotaniem. Anjo zmierzyła go wzrokiem.

- Masz na sobie świąteczną koszulę - zauważyła. - Jest jakiś powód?

Nie odpowiedział na to pytanie. Zdał Anjo relację z nocnych wydarzeń.

- A więc to w nim siedzi! - powiedziała z ulgą. - Spodziewałam się czegoś gorszego. Każdy z nas ma coś do ukrycia. Z doliny Torne ciągnie do nas mnó­stwo podejrzanych typów. Człowiek zawsze wyobra­ża sobie najgorsze.

- W tym roku nie pojedziemy do kościoła - oznaj­mił Reijo. - Zresztą i tak nie mieliśmy zamiaru - dodał. Od ślubu Idy i Ailo, kiedy to weselnicy nieomal nie po­topili się w drodze powrotnej, sceptycznie patrzył na zimowe wyprawy przez fiord. - Kto chce, niech jedzie. Niech spędzi całe święta w kościelnej izbie.

Taki był zwyczaj. Ogromne odległości zmuszały wiernych do noclegu w okolicach kościoła. Często gromadzili się na nabożeństwie, a potem spędzali kil­ka dni razem na świętowaniu. To był jedyny czas w roku, kiedy mieszkańcy odciętych od świata wio­sek mogli pobyć razem.

- Przyjdźcie do nas - zaproponowała Anjo - mamy mnóstwo miejsca. Dom zrobił się nagle taki pusty i ja­kiś inny. Jakby wizyta poborców zostawiła w nim ślad. Chłód bije od ścian, Knut też to zauważył. - Zamilkła i po chwili dodała: - Oboje przywykliśmy do skrom­niejszego życia. Powinniśmy byli zadowolić się czymś mniejszym. Kto wie, może bylibyśmy szczęśliwsi...

- Boże Narodzenie należy spędzać pod własnym da­chem, Anjo - odrzekł spokojnie Reijo. Podniósł Mik­kala pod powałę, a chłopczyk nagrodził go wesołym śmiechem. - Nie godzi się wychodzić w to święto - do­dał przepraszająco. - Poza tym nie wiemy, co dolega małej Raiji. Może ta choroba przenosi się na innych.

Anjo skinęła głową.

- Krostki, powiadasz? - zamyśliła się. - Coś o tym słyszałam. Będzie je miała wszędzie, jeśli mówimy o tym samym. Ale chyba tak. Gorączka, drgawki, nie­spokojny sen...

Napotkała pytający wzrok Reijo.

- W Alcie panowała podobna zaraza. Wielu umar­ło, zwłaszcza małych dzieci. Traciły oddech, zabiera­ła je gorączka. Niektórym z tych, co przeżyli, pomie­szały się zmysły...

- Powtarzam wciąż, Bogu dziękować za Patrika - oznajmił Reijo. - Mała czuje się lepiej, za to Ida śpi bez przerwy...

- W końcu i na nią przyszła kryska. - Anjo wzię­ła Mikkala na ręce. - Ma za dużo na głowie.

Miała rację. Reijo bolał nad tym.

Przygotowania do świąt szły pełną parą. Patrik wrócił z ogromnym dorszem, sięgał mu niemal do pa­sa. Chłopak pęczniał z dumy.

- Nikt więc nie będzie siedział na kalenicy tej no­cy - stwierdził Reijo i zaraz musiał opowiedzieć Patrikowi o nieznanym mu norweskim obyczaju.

Anjo i Helena przyniosły jedzenie z piwnicy i spi­żarni. Zbożowe placki i twaróg, mięso i masło. Chleb Idy potraktowały ze szczególnym nabożeństwem. Na­wet Helena wzruszyła się, poczuwszy zapach pszenne­go pieczywa. Pamiętała go z domu rodzinnego, prze­mieszany z wonią rozmaitych suszonych owoców.

W tych stronach pszenny chleb był świętością.

Przyniosły tłustą śmietanę na remmegrat, świątecz­ną potrawę cenioną na równi z cienkim jak płatek pie­czywem maczanym w mięsnym sosie. I miód pitny dla mężczyzn, który Reijo uzupełnił kilkoma flaszkami rumu zakupionymi na ostatnim jarmarku.

Dom lśnił czystością, nawet szkło lamp, które i tak wkrótce miało pokryć się sadzą. Podłogi wyłożono gałązkami jałowca, który ceniono nie tylko za leczni­cze działanie, ale i zapach, nieodmiennie kojarzony ze świętami. Kołdry i poduszki wytrzepano solidnie, założono świeże powleczenia. W domu Reijo porzą­dek panował przez cały rok, ale zachowywano trady­cję świątecznych porządków.

Zwierzęta dostały nową ściółkę, by i im udzielił się podniosły nastrój. Mężczyźni narąbali drewna i uło­żyli je pod ścianą tuż za drzwiami. W święta nie go­dziło się pracować, a marsz do drewutni wiązał się wszak z pewnym wysiłkiem.

Na koniec Reijo nagrzał saunę. Uczynił to z nabo­żeństwem.

Ida spała, a mała Raija razem z nią. Anjo wróciła do domu, zabierając ze sobą Mikkala. Reijo nie wahał się, kiedy mu to zaproponowała. Obawiał się, że chłopak za­razi się od siostry. Mikkal dobrze czuł się u wujka i cio­ci, a w Karlu znajdował chętnego towarzysza zabaw.

Raija obudziła się tylko na chwilę, zdążyli ją jedy­nie przebrać i nakarmić. Za radą Anjo Helena przy­gotowała miskę pożywnej kaszki. Dziecko zjadło ją chętnie, ufnie uśmiechając się do opiekunów. Wysypka pokryła już niemal całe ciałko małej.

- Będzie dobrze - uznał Patrik. Był wyraźnie zmę­czony, nie tyle fizyczną pracą, co nieustannym czu­waniem przy dziecku.

Raija oddychała bez trudności i wyglądała na zado­woloną, choć lekka gorączka wciąż się utrzymywała.

Helena właśnie zamierzała pójść do sauny, kiedy obudziła się Ida. Przespała prawie całą dobę, ale wciąż znać było po niej zmęczenie.

- Co z moją córeczką? - zapytała od razu, zanim jesz­cze otrząsnęła się ze snu. - Jest taka spokojna - dodała.

Było cicho, słyszały jedynie równy oddech małej. Śpiące dzieci oddychają niemal bezgłośnie. Wiedzą to wszystkie matki, które w nocnej porze nachylają się nad łóżeczkiem swojej pociechy, zaniepokojone nie­zwykłą ciszą...

Ida nie mogła się powstrzymać, by nie uczynić te­go samego.

- A wysypka? - spytała Heleny.

- Nie zniknęła, ale Patrik twierdzi, iż małej nic nie grozi. Raija nawet się nie drapie.

Ida klęczała przy łóżeczku córeczki, badawczo się jej przyglądając. Wciąż nie wierzyła, musiała wszyst­ko ujrzeć na własne oczy.

- Gdzie jest Mikkal?

Helena wyjaśniła, że zabrała go Anjo.

Ida pobladła lekko, ale zaraz przywołała w pamię­ci obraz Raiji z poprzedniej nocy. Dziecko walczące o każdy oddech, nękane drgawkami. Nie miała wąt­pliwości, że córeczka otarła się o śmierć.

A Mikkal nie zdążył się zarazić od siostry. Po co narażać go na niebezpieczeństwo?

Ida była wdzięczna za ich troskliwość.

- Już późno? - spytała. Helena roześmiała się.

- Wieczór. - Zdumienie Idy przyprawiło ją o jesz­cze większą wesołość.

- Tyle jeszcze do zrobienia!

- Wszystko zrobione. Może nie tak, jakbyś sobie życzyła, ale dom jest przygotowany do świąt. Pójdę się wykąpać... Patrik mnie zastąpi.

Ida przeciągnęła dłonią po włosach. Myśl o kąpie­li była kusząca...

- Reijo naniósł wody, żebym mogła umyć włosy - dodała tęsknie Helena. Jej myśli pobiegły w prze­szłość. Pachnące mydła. Perfumy...

- Ja też muszę się odświeżyć - zdecydowała Ida, zrywając się na nogi. Kręciło się jej w głowie i miała nudności, ale nie wspomniała ani słowem o tych do­legliwościach. Ani o tym, że od dawna nic nie jadła...

Wyszukała świeżą bieliznę i odzienie dla siebie i Heleny. Były podobnego wzrostu, więc Helena mo­gła nosić jej rzeczy. Na dnie skrzyni, obok skórzanego woreczka, w którym przechowywała rodowe sre­bro Ailo i broszę Mai, leżał kawałek mydła. Ojciec przywiózł je z Finlandii. Ida podniosła je nabożnie.

- Oszczędzałam na święta - zwierzyła się Helenie. Zarumieniły się obie, wdychając cudowny zapach.

Próżność jest może grzechem, zwłaszcza próżność okazywana w świąteczny czas, ale kawałek wykwint­nego mydła był nad fiordami równą rzadkością jak diamenty. Trudno nie ulec pokusie.

Zarówno Patrik, jak i Reijo ucieszyli się, ujrzaw­szy Idę.

- Potrzebowałam odpoczynku - tłumaczyła. - Go­dzina w saunie i będę jak nowo narodzona.

Wybiegły w noc, rozradowane niby małe dziew­czynki, trzymając pod pachami zawiniątka ze świeżą odzieżą.

Mróz ustąpił, niebo się zaciągnęło. Nad górami stał niewyraźny półksiężyc, co rusz chował się za chmurami.

- Spadnie śnieg - uznała Ida. - To dobrze. Idą praw­dziwe święta.

Rozebrały się i zaczęły myć włosy, dzieląc się spra­wiedliwie mydłem. W saunie nad fiordem zapachnia­ło innym światem.

Skropiły piec mydlaną wodą, tak by i para nabra­ła tej cudownej woni. Potem wdrapały się na półki, najwyżej jak mogły. Reijo porządnie rozgrzał saunę, gorąco pod powałą było nie do wytrzymania.

- Zdjęliście mi z barków moc obowiązków - po­wiedziała Ida, przymknąwszy oczy. W rozkosznym cieple sauny łatwiej było o słowa podziękowania.

- A wy? - spytała Helena. - Nie pamiętasz już, ile przeszłaś z mojego powodu...

- To co innego. - Ida spojrzała na Helenę. Rany na ciele dziewczyny zagoiły się. Zostały blizny. Na skó­rze i na duszy.

- Okropne, prawda? - Helena dostrzegła wzrok Idy. Opuściła oczy i wzdrygnęła się. - Chyba za to najbardziej go nienawidzę - dodała po dłuższej chwi­li, czując nagłą potrzebę zwierzeń. - Wszystkie inne cierpienia nie zostawiły śladów. Kiedy mieszkaliśmy w Finlandii, nigdy się na to nie poważył. Mogło się wydać... - Helena podciągnęła kolana pod brodę i ob­jęła je ramionami, ukrywając blizny. - Tracił wszel­kie hamulce, gdy zostawaliśmy we dwoje. Sądził za­pewne, że w ten sposób wiąże mnie ze sobą...

Miała mokre policzki od łez i pary wodnej. Ida ze­szła na dół i polała piec, po czym wdrapała się z po­wrotem na półkę, musnąwszy w przelocie Helenę po policzku.

- Zostałabym z nim, gdyby mnie nie kaleczył. Nie miałabym odwagi odejść. Wtedy byłam inna... pewnie w końcu by mnie zabił. Noże zamieniały go w potwo­ra... - Helena płakała bezgłośnie. - Wiesz, że brał mnie, przykładając mi klingę do gardła... Żebym nie zacho­wywała się jak ladacznica. Zniewalał mnie, kazał przyjmować siebie w cichości, bez sprzeciwu, ale i bez zadowolenia. Jak przystało na przyzwoitą kobietę... Przyzwoitą - powtórzyła, smakując to słowo. - Chy­ba nie wiedział, co to znaczy. Ja już też nie wiem...

Idę ogarnęło współczucie. Nie mogła się poruszyć, nie mogła oddychać. Zapomniała na chwilę o włas­nym bólu. Nie wymazała go z pamięci, ale nagle zdała sobie sprawę, że i inni mają rany na duszy. Innych też los poddał próbie.

Chciała coś powiedzieć, ale z początku głos odmó­wił jej posłuszeństwa.

- Potrafisz odróżnić dobro od zła, Heleno - wyszep­tała po chwili. - To właśnie nazywam przyzwoitością...

- I to wystarczy dla... Helena nie dokończyła. Ukryła twarz w dłoniach i płakała.

Ida zawahała się. Helena nie prosiła o odpowiedź na jedno pytanie.

Prosiła o znacznie więcej.

Prosiła o akceptację Idy. I Ida musiała wznieść się po­nad przesądy i uprzedzenia, od których nie była wolna.

- Przyzwoitość... - zaczęła. Helena nie odważyła się podnieść głowy. - Jeśli tylko chodzi o przyzwoitość, to nic nie stoi na przeszkodzie.

Cisza.

Ida pociła się. W saunie panowała przeraźliwa du­chota.

- Jeśli myślisz poważnie, Heleno - dodała - to nic nie może cię powstrzymać. Tato nigdy nie mówiłby o przyzwoitości. Dla niego liczą się jedynie uczucia. Jeśli kocha, tylko to się liczy...

Helena wciąż nie podnosiła głowy.

Zapadła cisza.

W nieznośnym upale Helena poczuła dotyk lodo­watej ręki... a może tylko miała takie wrażenie. Coś kazało się jej odwrócić.

Ida opierała się o ścianę. Wywrócone oczy, usta otwarte w pół słowa...

Helena krzyknęła.

11

Później z trudem złożyli wydarzenia w spójną ca­łość.

Każde z nich pamiętało je na swój sposób.

Helena wybiegła boso na śnieg w samej spódnicy i koszuli zarzuconej na mokre ciało.

Nigdy nie widzieli równie bladej twarzy. Zdołała wykrztusić tylko jedno słowo:

- Ida!

Reijo złapał w przelocie gruby kaftan. Nawet nie pomyślał o Helenie.

To przyszło później.

Patrik znalazł się przy drzwiach sauny przed Re­ijo, ale zatrzymał się i przepuścił go przodem, pocze­kał, aż ojciec przykryje córkę. Dopiero wtedy wszedł do środka, ujrzał Idę leżącą bez czucia na ławce. Od­dychała z trudem. Reijo bez namysłu uniósł nogi dziewczyny nad głowę.

- Jutro skończy dwadzieścia lat - powtarzał w kół­ko. - Boże, nie zabieraj jej tak wcześnie!

Patrik, jej rówieśnik, odezwał się spokojnie:

- Ona nie umiera, Reijo. Zemdlała. Nie powinna była się kąpać. Wszak spodziewa się dziecka, jest zmęczona, głodna, zamartwia się zdrowiem swoich pociech... No i to gorące wnętrze. Postąpiliśmy bez­myślnie, pozwalając jej na kąpiel.

Wszyscy byli zmęczeni. Zmęczenie odbiera jas­ność myśli.

Reijo usiadł. Zdążył się spocić, ale nie zwracał na to uwagi. Jego uwagę przykuwała blada twarz córki.

Pamiętał, jak uroczym była dzieckiem. Wbijała go w ojcowską dumę. Snuł marzenia aż do chwili, kie­dy zrozumiał, że Ida nigdy ich nie spełni...

Pamiętał momenty, których córka nie mogła za­chować w pamięci. Ten, w którym dowiedział się o niej, kiedy ujrzał ją po raz pierwszy. Przy chatach rybackich niedaleko Vardo.

Kierował do Boga i do Raiji cichą modlitwę. Któż mógł bardziej pomóc Idzie, jak nie jej matka...

- Nie wynośmy jej na mróz, póki nie dojdzie do siebie. - Reijo zrazu nie pojął, kto się do niego zwra­ca. Przeszłość pochłonęła go bez reszty.

Głos Patrika przywołał go do rzeczywistości.

- Tu jest przynajmniej ciepło - dodał chłopak z krzywym uśmiechem.

Reijo przytaknął z roztargnieniem. Sam nawet do­łożył machinalnie drew, by piec nie przygasł, kiedy przyjdzie ich kolej. Nie tej nocy.

- Duszno... - Ida próbowała zepchnąć z siebie kaf­tan. Otworzyła oczy i choć otępiała, natychmiast zmieniła zamiar.

- Co się stało? - wykrztusiła. - Gdzie Helena?

- Ciepło cię zmogło.

To mówił Patrik. Nie chciała go słuchać. Zarumie­niła się na samą myśl, że widział ją w takim stanie.

Ojciec otoczył ją ramionami, opatulił w kaftan. Nie tylko ciepło, pomyślała, widząc nad sobą ciemne niebo. Poczuła chłodne krople na policzkach.

Mokre płatki śniegu.

Będą prawdziwe święta.

Reijo z córką na rękach pobiegł do domu.

Helena siedziała u Raiji, nawet nie zdążyła się prze­brać. Bez słowa wytarła Idę i ubrała ją w ciepłą ko­szulę nocną. Ida nie poruszała się, była jak we śnie, zewsząd otaczała ją mgła.

Jakby wciąż znajdowała się w saunie.

- Niedobrze mi - powiedziała. Usiadła chwiejnie na skraju łóżka, potem zerwała się i pobiegła do drzwi.

Upadłaby na śnieg, gdyby Patrik jej nie podtrzymał.

- Wszystko przelatuje przeze mnie - wystękała. - Wciąż mi niedobrze...

- Kiedy jadłaś? - spytał ostro Patrik.

- Nie pamiętam.

- Tak myślałem...

- Nie mam ochoty na jedzenie... Gorąco mi, niedo­brze...

Patrik spojrzał na Reijo.

- Tak się to zaczęło? - spytał. Reijo pokiwał głową. Ida miała takie same objawy jak mała Raija.

- Teraz już wiem, że tą chorobą można się zarazić - stwierdził Patrik. Ida nie usłyszała. Czuła się fatalnie, chciała położyć się i umrzeć... - Małej nic nie grozi. Już to przeszła.

Reijo ponownie skinął głową.

- Święta się jeszcze nie zaczęły - powiedział, przy­pominając sobie słowa młodzieńca. Wyrzekł je bez­wiednie czy wiedział od początku?

- Zrobię co mogę - dodał Patrik. - Macie owoce ja­łowca?

Ida używała ich jako lekarstwa. Może uda się jej utrzymać je w ustach. Z pewnością nie zaszkodzą.

Reijo przyniósł dzbanek pełen jasnoniebieskich owoców o pomarszczonej skórce. Patrik zmusił dziewczynę, by przeżuła kilka sztuk.

- Wystarczy - oznajmił.

Reijo miał wrażenie, że Patrik nie potrzebuje owo­ców ani ziół. To była jedynie gra pozorów.

- Powiedz mi, jeśli poczujesz się gorzej. Lub lepiej - polecił.

Ida skinęła głową.

- Jeśli tylko coś się zmieni - dodał dla wyjaśnienia. Znów przytaknęła. Żuła owoce, nie kaprysząc, choć z pewnością nie miały przyjemnego smaku.

- Przeniesiemy małą Raiję, żebyś jej nie obudziła. Niebieskie oczy miały dziwny dar przekonywania. Reijo i Helena wynieśli dziecko. Ida poczuła, jak krople potu występują jej na czoło, a strach dławi za gardło. Wbiła kurczowo palce w ramię Patrika.

- Mam to samo co Raija?

Przytaknął, tyle przynajmniej zobaczyła przez ota­czającą ją mgłę.

- Dalej będzie tak samo? Przypomniała sobie świszczący oddech dziecka.

Umarłoby, gdyby Patrik nie wyniósł go na mróz.

- Tego nikt nie wie. Ida przymknęła oczy.

- Umrę?

- Jesteś dorosła - odrzekł Patrik. Jeszcze niedaw­no zupełnie obcy, teraz trzymał ją za rękę, poklepy­wał uspokajająco. Ida wierzyła mu. - Masz więcej sił, by przeciwstawić się chorobie. Ostatnio przeszłaś wiele, z tego względu czujesz się osłabiona.

- Wiesz, co to jest? Potrząsnął głową.

- Nie, lecz potrafię stawić czoło wszystkiemu - od­rzekł. - Zostanę z tobą, nie potrzebuję dużo snu. Za­uważę, jeśli zacznie dziać się coś niedobrego... Będzie dobrze, Ido.

- Dziękuję, że przybyłeś do Norwegii - szepnęła i puściła jego ramię.

Sedolf, dlaczego nie jesteś przy mnie? pomyślała.

Był dzień przed wigilią świąt Bożego Narodzenia roku tysiąc siedemset czterdziestego dziewiątego. Dzień przed dwudziestymi urodzinami Idy.

Stół zastawiono do uroczystego śniadania: świeży chleb razowy, stos chrupkiego pieczywa, placki zbo­żowe. Twaróg, gomółka złocistego masła, solone mięso.

Nikt nie miał ochoty na świętowanie.

Raija przestała reagować płaczem na światło i dźwię­ki. Wysypka pokryła szczelnie całe ciałko dziewczyn­ki, ale, o dziwo, mała czuła się lepiej.

Domagała się jedzenia i dostała je.

Stan Idy poprawił się nieznacznie, na tyle jednak, że organizm nie odrzucał już pokarmu; dziewczyna wmusiła w siebie kawałek chleba z masłem. Kawy od­mówiła, co było zupełnie do niej niepodobne.

- Wszystkiego najlepszego - powiedział Reijo, sia­dając na skraju łóżka.

Ida uniosła kąciki ust w słabym uśmiechu.

- Jeśli przeżyję, nigdy nie wspomnę moich dwu­dziestych urodzin.

- Gorączka cię nie zmoże - zapewniał ojciec. - Odziedziczyłaś odporność po Kesaniemich. I twardość po matce.

- Pocieszasz mnie - jęknęła. - Mam wrażenie, że płonę żywcem. I wciąż mi niedobrze. Wnętrzności wywróciły mi się na drugą stronę...

Ojciec uśmiechnął się. Nawet w chorobie Ida wy­rażała się nadzwyczaj obrazowo.

- Raija poprawiła się - orzekł. - Niedługo całkiem wróci do zdrowia. Pomimo wysypki wygląda znacz­nie lepiej.

- Nie wykąpaliście się.

- Jakoś to przeżyjemy.

- Wciąż macie czas rozpalić w piecu - naciskała Ida. - Nie godzi się świętować brudnym.

I jak zwykle dopięła swego.

Mężczyźni poszli do sauny, a ona pociła się pod pledami, błogosławiąc mroczną porę. Światło stano­wiło udrękę dla oczu.

Helena właśnie zabierała się za przygotowanie po­trawy z kwaśnej śmietany, kiedy zjawiła się Anjo, przynosząc jej rzeczy na zmianę.

- My kobiety dbamy o takie drobiazgi - uśmiechnę­ła się, a potem zwróciła się do Idy: - Mikkal czuje się wyśmienicie. Obaj z Karlem doprowadzają Knuta do szaleństwa. Nie zamierzam im w tym przeszkadzać.

- Nie podchodź bliżej - szepnęła Ida. - To zaraź­liwe. Nie wolno ci chorować!

Anjo miała wielkie serce i rzadko myślała o sobie. Usiadła na łóżku chorej, nachyliła się nad Idą i szep­nęła jej do ucha, że zasługuje na lepsze urodziny. Anjo wymyśli coś, jak tylko dziewczyna stanie na nogi.

Lepszego prezentu nie mogła dostać.

- Złego diabli nie biorą - chlipnęła. - Chyba dane mi będzie wejść w nowy rok.

Anjo pogładziła ją po głowie i musnęła palcami skrzydła złotego ptaszka. Sama nosiła podobnego na kawałku rzemienia wyciętym ze skórzanej kurtki Kmi­ta. W tym rodzie taki dar stanowił dowód miłości.

- Te ptaszki nas chronią. Nie może się nam stać nic złego.

- A Patrik czuwa w pobliżu. Anjo skinęła głową.

- Zjawił się jak na zawołanie. A nam zdawało się, że nie ma w nim nic szczególnego...

Ida dostała nową koszulę, poprzednia mokra była od potu. Anjo myślała o wszystkim, dostrzegała rze­czy, które uchodziły uwagi innych.

Anjo zmieniła też wełniany pled, pod którym leża­ła chora. Stary wywiesiła w saunie.

I pomogła Helenie przygotować świąteczny rammegrat.

- To miłe zajęcie - przyznała zażenowana Helena. Reijo asystował jej w kuchni, pilnował garnka, w któ­rym warzył się mięsny wywar.

Ta wykonywana razem praca miała w sobie jakiś wymiar intymności, dawała poczucie wspólnoty, któ­rej Helena nie zaznała w przeszłości.

Z Curtem nic jej nie łączyło. Może z początku, krótkie zaślepienie, które przeminęło w okamgnie­niu. Potem już tylko narastający chłód. Aż ostatecz­nie uznał, iż tylko śmierć może ich rozdzielić.

I wierzył święcie, że mu się udało.

A ona? Chciała urodzić się na nowo, zacząć nowe życie.

I nie wierzyła, że to możliwe.

Aż do tej chwili. Stała tuż obok mężczyzny, który stanowił całkowite przeciwieństwo Curta.

Reijo, o włosach jak łan zboża, lekko posiwiałych nad czołem - posrebrzanych światłem księżyca, ma­wiała Raija. Reijo o szmaragdowych oczach, w któ­rych odnajdywała morze łagodności. Reijo o moc­nych i czułych dłoniach. Choć mógłby być jej ojcem, odznaczał się wszystkimi tymi zaletami, których He­lena szukała w mężczyźnie.

Musiała się opanować, by nie uzewnętrznić uczuć, które wypełniały jej serce. Nie chciała psuć mu świąt. Nie chciała uronić nic z magii tej chwili. Co rusz zer­kała na niego, był doprawdy przystojnym mężczy­zną. Niewielu mężczyzn, nawet wysoko urodzonych, mogło się z nim równać.

Gdyby ubrać go wytwornie, ostrzyc, przystroić w perukę...

Helena uśmiechnęła się do własnych myśli.

- Zrobiłem coś zabawnego? - zdziwił się.

- Usiłowałam sobie wyobrazić ciebie w peruce - rzuciła bez zastanowienia. Reijo uniósł kąciki ust, ale oczy patrzyły na Helenę z powagą. Próbowała wpa­sować go w taki obraz rzeczywistości, jaki znała naj­lepiej. Reijo przesunął dłonią po włosach.

- Wolę moje własne - powiedział. - To nie jest mój świat - dodał po chwili.

Helena spuściła wzrok. Więc zrozumiał.

- Mój też już nie - odrzekła. - Wolę świat, w któ­rym ludzie troszczą się o siebie. W tamtym wszyscy kryją się za maską obojętności.

Reijo miał na sobie białą koszulę, spraną i przetartą na kołnierzyku, łokciach i przy mankietach. Czarne wełniane spodnie ściągnął brązowym pasem, nabijanym zdobieniami z cyny. Klamra była srebrna, wspaniały przykład lapońskiego rękodzieła, dar Ailo. Reijo nie przywiązywał się do rzeczy, ale ten pas bar­dzo cenił.

Wcale nie wyglądałby lepiej w modnym stroju, uznała Helena. Nie szata zdobi człowieka, w tym po­wiedzeniu było wiele prawdy.

Anjo przysłała jej jedną ze swych najlepszych ko­szul, prostą i wykwintną zarazem. Suknię uszyły wspólnie z materiału, który wyszukały na jarmarku. Tkanina była dobrej jakości, znacznie jednak gorszej niż te, do których Helena przyzwyczaiła się w prze­szłości. Te, które uważała za oczywistość.

A mimo to podobała się sobie. Była sobą, jej uro­da nie wymagała upiększeń.

I chyba podobała się Reijo. Tylko że Reijo nie na­leżał do mężczyzn, którzy przyznają się do tego.

Helena nie cieszyła się z cierpienia Idy, ale jednak gdyby ona i jej mała córeczka nie zachorowały, ona sama spędziłaby święta nad rzeką. Wszystko byłoby inaczej.

Nie chodziło o jedzenie i tradycje. Chodziło o bli­skość Reijo.

Zdjęła garnek z ognia. Na potrawie utworzyła się gruba warstwa tłuszczu. Tak chyba miało być.

Zaniepokojona wytarła dłonie w fartuch. Tego stroju też dotąd nie nosiła.

- Jest w sam raz - stwierdził Reijo, widząc niezde­cydowanie dziewczyny. - Jeszcze trochę i będzie z ciebie dobry materiał na żonę - dodał z uśmiechem.

Helena nie zrozumiała, więc pospieszył z wyjaśnie­niem:

- Mówi się u nas, że prawdziwa gospodyni musi umieć przyrządzać rommegrot na siedem sposobów. Od tych, które nie potrafią, należy trzymać się z da­leka.

- Ach, tak - westchnęła - więc jeszcze zostało sześć. To dla mnie dziecinna igraszka.

- Chyba się donikąd nie spieszysz? - Mrugnął do niej, jakby nic nie wiedział. Jakby była jedną z tych młódek, które wcześniej umizgiwały się do niego. Jakby nie miał do czynienia z mężatką. Związaną na całe życie z innym mężczyzną, od którego może ni­gdy się nie zdoła uwolnić.

Zemsta Curta dopełniła się.

- Jesteś młoda, Heleno. Masz mnóstwo czasu. Innymi słowy: „Nie licz na mnie!”.

- Tak, mam dużo czasu. - Powiedziała te słowa ta­kim tonem, by nie poczuł się za pewny siebie.

Helena jeszcze się nie poddała. Starała się zapo­mnieć o tym, co jej obiecał. Że odwiezie ją z powro­tem do Finlandii. Oszukiwała samą siebie, nie zosta­ło jej wiele czasu.

A bała się okazać mu to wszystko, co rodziło się w jej sercu. Bała się wiosny, a jednocześnie czekała na nią z utęsknieniem. Stopnieją śniegi, a wraz z ni­mi stopnieje lęk w duszy.

Wiedziała, że tak się stanie.

Nie dlatego, że miała zdolność przewidywania przyszłości. Miała co innego: wolę działania i upór.

Dotąd nie znała się od tej strony, nie odkryła tych cech własnego charakteru. W świecie, w którym żyła, musiała chować się za maską, którą zakładały wszyst­kie kobiety z wyższych sfer.

To było cudowne. Odnajdywać w sobie moc, któ­ra służyła dobru i napełniała życie treścią.

Chciała zdobyć Reijo dla siebie.

Chciała go, pożądała... Jak niczego dotąd. Kiedy by­ła dzieckiem, spełniano wszystkie jej zachcianki.

Teraz nie miała się do kogo zwrócić, nikt nie zło­ży jej Reijo w podarunku.

Sama go zdobędzie.

- Czy mała Raija może jeść remmegrat? Reijo skinął głową z roztargnieniem. Helena dała­by wiele, by poznać jego myśli.

- Nie za wcześnie na jedzenie? Reijo popatrzył na dziewczynę, jakby ujrzał ją pierwszy raz w życiu, jakby dotąd nie zdawał sobie sprawy z jej obecności. Wzdrygnęła się.

Potem spojrzał przez okno, pokryte fantazyjnymi wzorami wymalowanymi przez zimę. Mróz zelżał, śnieg pokrył ziemię grubą warstwą. Sosny uginały się pod ciężarem białych czap.

Minęło południe. Gdyby mieszkali bliżej, usłysze­liby zapewne dźwięk kościelnych dzwonów. Świąty­nia znajdowała się jednak po drugiej stronie fiordu. Żaden dźwięk nie niesie się tak daleko.

Ludzie zamykali się w domach aż do pierwszego dnia świąt. Ten uroczysty czas spędzano w gronie rodzinnym.

Tylko w domku na cyplu wciąż przebywał niepro­szony gość. Choroba nie zamierzała szybko opuścić tych progów. Helena uchyliła drzwi do sypialni Idy.

Patrik uczynił drobny gest dłonią. By nakazać jej milczenie, by odciąć smugę światła.

Helena zrozumiała znacznie później, że powinna była wyjść. Lecz została.

Zresztą zapytała Patrika, dlaczego jej nie wyprosił.

- Byłem właśnie w środku... czegoś - odrzekł i spoj­rzał na nią oczami starszymi niż życie.

Helena zatrzymała się przy drzwiach. Ida spała, ale oddychała niespokojnie. Nie tak jak jej córeczka, któ­ra walczyła o każdy haust powietrza. Ida oddychała pospiesznie, boleśnie.

I spała.

Jedno nie pasowało do drugiego.

Patrik trzymał dłonie Idy w swoich. Siedział bar­dzo blisko, na skraju łóżka, tak blisko, że z pewno­ścią wyraźnie widział rysy twarzy chorej, choć cały pokój spowijała szarość. Najgłębszy z jej odcieni, Helena wiedziała to dobrze, bo kiedyś malowała. Nie z wewnętrznej potrzeby, lecz by zabić nudę. Nie by­ła zbyt utalentowana... Kiedy jej oczy przyzwyczaiły się do mroku, dostrzegła, że wargi Patrika poruszają się. A całą jego postać otacza dziwna poświata...

Helena zamknęła oczy i otworzyła je ponownie.

Poświata nie zniknęła, jaśniała czerwonawo wokół zarysów postaci młodzieńca, najsilniej nad dłońmi.

Cisza.

Światło.

Spokój.

A jednak Helena zadrżała z przerażenia. Ten wi­dok, tak obcy i niezwykły, wywołał w niej wstrząs.

- Co robisz? - szepnęła, a szept zabrzmiał jak krzyk.

Patrik nie odpowiedział.

Helena znieruchomiała, niezdolna dodać choć jedno słowo. Poświata wokół Patrika osłabła. On sam odprężył się i puścił dłonie Idy.

Przez dłuższą chwilę siedział nieporuszony. Kiedy wstał, oddech Idy uspokoił się. Wciąż spała. Patrik był wyczerpany.

- Mam trochę czasu - oznajmił. - Jest coś do jedze­nia?

Helena skinęła głową. Kiedy stanął obok niej, za­nim jeszcze otworzyła drzwi, nie powstrzymała się od pytania:

- Co robiłeś?

- Odjąłem jej trochę bólu - odrzekł, jakby to była najzwyklejsza rzecz pod słońcem.

Helena pomyślała, że nie można odjąć komuś bó­lu, nie biorąc go na siebie. Więc Patrik...

- Mam trochę czasu - powtórzył. - Ida wyzdrowieje.

12

W noc wigilijną ochłodziło się. Mokry śnieg zamie­nił się w kryształki lodu. Niebo mieniło się tysiącem gwiazd, a słaba zorza polarna oblewała je przelotną zielonkawą poświatą. Przelotną, widoczną tylko dla tych oczu, które na krótką chwilę unosiły się ku nie­skończoności.

Jedna z gwiazd po północnej stronie świeciła ja­śniej niż pozostałe. Ludzie zwali ją gwiazdą bożona­rodzeniową.

Skoro świeciła na polarnym niebie, to zapewne nie wskazywała drogi do stajenki z narodzonym Dzie­ciątkiem. Mieszkańcy fiordów wiedzieli o tym do­brze, ale i oni chcieli wierzyć. Jeśli nawet gwiazda nie stanowiła właściwego drogowskazu, to bez wątpienia wyróżniała się urodą spośród innych.

Tej nocy Ida poroniła.

Patrik był przy niej. I Helena, którą zbudził płacz przyjaciółki.

Patrik nie potrafił pomóc Idzie.

- Są moce, na które nie poradzę - wyrzekł zbola­łym głosem.

Nie udało mu się też sprawić, by Ida usnęła. Dziewczyna opierała się, walczyła z bólem fizycz­nym i tym, który legł straszliwym ciężarem na duszy.

Płakała w cichości. Nie chciała pocieszenia. Hele­na pomogła jej się umyć, zmieniła pościel i koszulę.

- Nic nie mów! - prosiła Ida, kiedy Helena otwie­rała usta. - Nic nie mów! To moje cierpienie!

Helena zniosła pokrwawioną bieliznę do piwnicy. Reijo stopił śnieg na wodę do prania.

- Dobry Boże, wybacz nam, że to robimy - powta­rzała Helena. Reijo przekręcił klucz w zamku.

Na dworze panował mróz. Mróz łagodzi ból. Ści­na skórę, powstrzymuje łzy.

Helena też płakała. Nie przy Idzie, żeby nie pogłę­biać jej cierpienia. Płakała, bo strata dziecka wydawa­ła się jej pozbawiona wszelkiego sensu. Kazała wąt­pić w istnienie opatrzności.

Najjaśniejszy dzień w roku. Radość z przyjścia Zbawiciela. Dwudzieste urodziny Idy.

Nigdy nie zdoła zapomnieć. A ludzie będą święto­wać ten dzień przez wiele pokoleń, może po wszyst­kie czasy.

Helena zatrzymała się przy drzwiach i dotknęła chłodnej ściany domu. Oszroniona sosnowa belka była pokryta lodowymi igiełkami, które boleśnie pa­rzyły ją w czubki palców.

Chciała czuć ból. Nieporównywalny wprawdzie z bólem Idy, ale pragnęła dzielić z nią choć cząstkę cierpienia. Wziąć je na siebie...

- Ida nie zasłużyła na taki los - odezwała się. Reijo potrząsnął głową. On też wyszedł na mróz.

Poszarzał na twarzy.

Wszędzie wokół jaśniały światła. Świece, które lu­dzie pracowicie odlewali przez całą jesień, rozświetla­ły osadę.

W okienku pokoju Reijo stał świecznik Trzech Króli. Trójramienny, każde ramię symbolizowało jednego z trzech monarchów podążających z darami do narodzonego Dzieciątka. Używano go wyłącznie na Gwiazdkę.

Widok zapalonych świec zawsze przynosił Reijo spokój duszy.

Tym razem nie zaznał spokoju.

Poczuł ochotę, by zgasić świece, ale nie uczynił te­go. Otworzył drzwi Helenie, nagle osamotniony, przytłoczony żałobą, uwięziony w mroku, z którego nie ma wyjścia.

Izba, świątecznie przystrojona i rozświetlona, stra­ciła cały swój blask.

- Wesołych świąt, Heleno - powiedział głucho. Wokół panowała cisza. Mała Raija spała w poko­ju dziadka.

Patrik siedział u Idy. Nic nie mówił, tylko trzymał dziewczynę za ręce.

Helena przysunęła oczy do szpary w drzwiach. Zdawało się jej, że Patrik cierpi równie mocno jak Ida.

Helena poczuła, że przepełnia ją wdzięczność. Za to, że Patrik jest blisko, za jego nadzwyczajną moc i niezwykłe umiejętności.

- Jeśli kiedykolwiek anioł stąpał po ziemi, to mu­siał to być Patrik - powiedziała do Reijo.

- Tak uważasz? - odrzekł cicho. - Mnie też roją się podobne myśli. Może tak właśnie jest, może tacy jak Patrik to wysłannicy niebiescy...

Helena nie opowiedziała Reijo, co widziała w po­koju Idy. Nie chciała zdradzać tajemnicy Patrika.

Zrobił to dla Idy, ale nie powodowało nim wyłącznie współczucie i bezinteresowna chęć pomocy.

Patrik kochał Idę, tak jak mężczyzna kocha kobie­tę. Nie siostrę czy matkę.

Reijo zapewne sam to dostrzegł, ale nie do końca pojmował potęgę tej miłości. Reijo bagatelizował sprawy, które nie przypadły mu do gustu.

Usiedli po obu końcach stołu zastawionego świą­tecznym jadłem. Dwoje ludzi, którzy stracili wszelką ochotę na sen.

W czas Bożego Narodzenia nikomu nie wolno by­ło odmówić poczęstunku, więc jedzenie zostawiano na widoku. Jeśli ktoś wychodził głodny z norweskie­go domu, pozbawiał niegościnnych gospodarzy pra­wa do świętowania.

- Pierwszy dzień spędzamy w domu - mówił Re­ijo. - Jak ty obchodziłaś Gwiazdkę w czasach, kiedy jeszcze nosiłaś jedwabne suknie?

- W pierwsze święto jeździliśmy do kościoła, po­tem wracaliśmy do domu. Odbywały się bale. Tańczy­łam. - Uśmiechnęła się do wspomnień. Jeszcze nigdy tak spokojnie nie opowiadała nikomu o swojej prze­szłości. Przynajmniej nie Reijo. Ale też nigdy wcze­śniej nie zadawał takich pytań. - W drugie święto mło­dzież Z wioski chodziła z lampionami i świecami... Śpiewali kolędy tak długo, aż nie dostali jakichś sma­kołyków. Mama nie lubiła tego zwyczaju. Ojciec twierdził, że należy zjednywać sobie pospólstwo...

- Kolędnicy - uśmiechnął się Reijo. - W naszych stronach dzieci robią to samo. Zobaczysz...

- U nas nazywano ich Tąpani. Na pamiątkę uka­mienowania świętego Szczepana. Po fińsku Tąpani...

- Nie wiedziałem, że ten obyczaj wciąż jest żywy - zdziwił się Reijo. - Ojciec pamiętał go z dzieciństwa. A ty, Heleno? Chodziłaś z kolędnikami po prośbie?

Potrząsnęła zdecydowanie głową.

- Skąd takie przypuszczenie? To przecież zajęcie dla pospólstwa. Czasami wdzierali się do domu, by szu­kać Tąpani. Matka nie chciała wpuszczać ich za próg. Ci byli zwykle najstarsi i zamiast ciastkami częstowa­no ich szklaneczką czegoś mocniejszego. Dwór odwie­dzali zwykle na końcu. Wtedy byli już mocno pijani...

- U nas dzieje się podobnie - powiedział Reijo. - To jak baśń, którą opowiada się po wsiach. Pozna­jesz treść, ale szczegóły zawsze są inne.

Helena rozgrzała się wspomnieniami. Zajrzała do oświetlonych pokojów swojego domu, przypomnia­ła sobie zapach potraw. Usłyszała głosy śpiewające kolędy. Zobaczyła papierowe lampiony, które zajmo­wały się ogniem. Przerażenie w oczach ich właścicie­li. I żal z powodu zniszczonej ozdoby. W wykonanie lampionów wkładano wiele pracy, konkurowano o miano najpiękniejszego.

Wracała do domu na skrzydłach pamięci.

I nagle zdała sobie sprawę, że Reijo zadał to pyta­nie tylko po to, by skierować ją ku przeszłości.

Spojrzała nań z wyrzutem. Reijo nalał sobie odro­binę rumu. Znajomy zapach rozszedł się po pokoju.

- Dlaczego każesz mi wspominać? - spytała.

- Tęsknisz?

Nie powinna okłamywać samej siebie. Wciąż lecia­ła jej ślinka na wspomnienie smakołyków. Pamiętała świece, setki łojowych świec rozświetlających poko­je. Szelest sukien w tańcu.

- Nie wszystkie mosty zostały spalone - wyzna­ła po chwili. - Podłożyłam pod nie ogień, ale wciąż stoją.

Pokiwał głową, jakby spodziewał się takiej odpo­wiedzi.

- Skąd to wiem? - spytał, trafnie odczytując zdzi­wienie malujące się na jej twarzy. - Sam kiedyś zro­biłem to samo. Odszedłem od Raiji, by zacząć życie od nowa. Nie wiedziałaś o tym, prawda? Wtedy uro­dziła się Ida. Dowiedziałem się o jej istnieniu dopie­ro po powrocie. Wróciłem przez te mosty, które w wyobraźni uznałem za spalone. Okazało się, że no­wa rzeczywistość nie różniła się zbytnio od starej.

- Nie chcę wracać - odrzekła stanowczo Helena. Brakowało jej niektórych przymiotów dawnego świa­ta, ale mogła się bez nich obyć. Oczy otworzyły się jej na nowe wartości.

- Teraz tak mówisz - upierał się Reijo. Wzmocnił się odrobiną rumu. - Za kilka lat będziesz żałować. Nie powinnaś zostać żoną rybaka o spękanych dło­niach czy przygiętą do ziemi wieśniaczką. To tak jak­by rzucać perły przed wieprze.

- Tak nisko się cenisz?

- Nie jestem lepszy od innych. - Systematycznie pozbawiał dziewczynę złudzeń. - Nie ma dla ciebie przyszłości u boku starszego mężczyzny. Jesteś ode mnie młodsza o dwadzieścia trzy lata, Heleno. I wciąż będziesz młoda, kiedy mnie złożą w grobie.

- Jaki byłeś w moim wieku? - spytała. Skrzyżowa­ła ramiona na stole. - Dostanę trochę rumu?

Reijo zawahał się, po czym nalał odrobinę na dno szklanki. Helena wypiła, wykrzywiając się.

Nie znała alkoholu. Ojciec surowo zakazywał pi­cia. Curt dbał o przyzwoitość.

- Musiałeś być niezwykle przystojny - dodała. Na­wet odrobina czegoś mocniejszego rozwiązuje język.

- Tak mówią - odrzekł zakłopotany. Nie powinno się prowadzić podobnych rozmów. Nie z młodą dziew­czyną. Nie w taką noc jak ta. Mając na dodatek za ścia­ną własną córkę starszą od niej. I cierpiącą. - Byłem ni­czego sobie - dodał. - I kochałem Raiję, matkę Idy. Uwielbiałem ją. Wyszła za mąż za mojego najlepszego przyjaciela, miała z nim dziecko, które z biegiem lat sta­ło mi się bardzo bliskie. W końcu ożeniłem się z Raiją i przestałem ją adorować. Przestałem kochać w taki sam sposób. Potem ją straciłem. Tak wygląda moje życie.

- To nie jest twoje życie. - Helena dziwiła się, skąd bierze odwagę. - To jej życie. Pytałam, kim był Re­ijo Kesaniemi za młodu. Opowiadasz mi o tamtej ko­biecie. O tym, że przestałeś ją kochać. Nie to chcia­łam usłyszeć.

- A co? - Odsunął flaszkę daleko od siebie i od­wrócił wzrok na trójramienny świecznik w oknie. - Kochałem ojca. Opiekował się mną i Raiją. Nauczył nas czytać i pisać. Kalle tego nie lubił. Raija była z nas najzdolniejsza. Brakowało mi matki, wszystko co o niej wiem, to zlepek niejasnych wspomnień i opo­wieści ojca. Kalle i ja marzyliśmy o złotym kruszcu, chcieliśmy dać Raiji czego tylko zapragnie, choć wie­dzieliśmy, iż spełnienia jej marzeń nie można kupić za całe złoto tego świata. Biliśmy się o nią, Kalle omal mnie nie zabił. Byłem jak inni. Łowiłem ryby, cho­dziłem na polowania, tańczyłem i bawiłem się. Piłem z rówieśnikami. Nie oglądałem się za innymi dziewczętami. Raija je przyćmiewała... - Uśmiechnął się smutno. Ujrzał swoje życie w krzywym zwierciadle i zrozumiał, że Helena ma rację. - Trudno mi opo­wiadać o sobie, nie wymieniając jej imienia. Ona by­ła moim życiem. I wciąż pozostaje jego częścią.

- Nawet jeśli umarła? Pokiwał głową.

- Dziwne, nieprawdaż? Wciąż tyle dla mnie zna­czy. Żadna kobieta nie powinna wiązać się z mężczy­zną, którego myśli są przy innej...

- Widzisz w nich wyłącznie Raiję? - spytała, choć słowa z trudem przechodziły jej przez gardło.

- Nie. - Reijo patrzył na nią długo, tym razem z wyraźną czułością.

Szmaragdowe spojrzenie, pomyślała. Kto mógł przypuszczać, że te klejnoty emanują takim ciepłem?

- Nie, Heleno. Dostrzegam inne kobiety, uczucia się we mnie nie wypaliły. Mówią, że Raija mnie zdra­dziła, ale ja widzę to inaczej. Byliśmy wyrozumiali wobec siebie. Teraz już nie stać mnie na wyrozumia­łość. Tamten Reijo wybaczał, obecny Reijo mógłby pokochać kobietę, ale stawiałby jej wyższe wymaga­nia. Niełatwo go ujarzmić, ma swoje zalety i przywa­ry, bywa twardy i gwałtowny. I nie szuka drugiej Ra­iji. Taką kobietę kocha się raz w życiu. Śmiertelnicy nie powinni zadawać się z aniołami, Heleno. Raija by­ła jak Patrik. Druga kobieta, którą kochałem, zginę­ła w wodzie. Uznano ją za czarownicę. Trzecia...

- ...też była aniołem? - przerwała mu Helena, przy­pomniawszy sobie historie z doliny Torne.

Żona Heino Aalto pomiędzy umierającymi, kiedy tratwy osiadły na mieliźnie. Robotnicy kochali ją.

Uśmierzała ból, z uśmiechem szli na spotkanie śmier­ci.

Tam spotkała Williama.

Zone Williama Runefelta. Córka Raiji...

Więc i ją kochał...

- Tak, też była aniołem - potwierdził.

- Najwyższy czas poszukać sobie żony pośród zwy­kłych kobiet - uznała Helena. - Znaleźć taką, która cię kocha. I prowadzić z nią zwykłe życie - wykrzywiła się.

- Nie mówisz o sobie, moja mila. Żaden mężczy­zna tu nad fiordami nie mógłby wieść z tobą zwykłe­go życia. Karmisz się marzeniami. Kiedyś zbudzisz się i spadniesz z wyżyn na ziemię. Potłuczesz się i bę­dziesz żałować. Za późno. Kobiety nie potrafią żało­wać, ale umieją obrzydzić los biedakowi, który stoi im na drodze do szczęścia. Rozumiesz mnie?

- Mogłabym się zawieść na tobie? Skinął głową. Helena nie uwierzyła.

- Mina rakastan sinua. Kocham cię - powiedziała jedynie. Nawet nie usiłowała go przekonać.

- Kochać to jedno - odrzekł ciężko po dłuższym milczeniu. - Wciąż mi nie ufasz. Nie opowiedziałaś mi dotąd o swoim życiu.

- Nie.

- Bo kochasz, ale nie ufasz?

- Bo moje dotychczasowe życie nie ma żadnego zna­czenia.

- To nieprawda - odrzekł. - Jesteś zbyt młoda. Je­śli potrafisz wyrzucić z pamięci siedemnaście lat swe­go istnienia, równie łatwo zapomnisz o mnie.

- Tego nie da się porównać! - zaprotestowała.

- Doprawdy? - Szmaragdowe oczy umiały również zapłonąć gniewem. - Co z tymi, którzy cię zrodzili, wychowali, dali to wszystko, od czego odwracasz się z taką pogardą? Co z nimi, Heleno?

- Dla nich jestem martwa.

- Z własnego wyboru? Helena zamrugała, by odpędzić łzy. O, nie, mosty nie zostały spalone. Ukryły się jedynie za grubą war­stwą zapomnienia.

- Z ich wyboru - odrzekła hardo. - I wszyscy z ich otoczenia uznali mnie za martwą. Zdradziłam ich, więc skreślili mnie ze swego życia.

- Dlatego że Curt chciał wypędzić Szwedów z Fin­landii?

- Głównie z tego powodu - przyznała. Jej opór słabł. - Trudno być córką, skoro najskrytsze oczeki­wania rodziców spełnia starszy brat. Myślę, że nigdy mnie nie kochali dla mnie samej. Byłam ich dziec­kiem, nie mogli uciec od odpowiedzialności...

- Nie oceniasz ich zbyt surowo? - spytał Reijo. Bał się, że powstrzyma potok wyznań, ale nie mógł się opa­nować. Też był ojcem, patrzył na to z innej strony.

- Nie - zapewniła, mocno zaciskając palce na pu­stej szklance.

Reijo uczynił ruch, by ją napełnić, ale natychmiast się rozmyślił. Dziewczyna nie potrzebowała już za­chęty. Zaczęła mówić, zbyt długo tłamsiła to w sobie.

- Sądzę, że od samego początku okazałam się dla nich rozczarowaniem. Chcieli mieć lalkę, a ja nie by­łam wystarczająco piękna. Ani tak wyjątkowa jak mój brat. Po prostu Helena Elsa Christina... Trochę sztywna w kontaktach z ludźmi naszego stanu. Mądrzejsza od nich, ciekawa świata. Dobra tancerka, zręczna w haftowaniu... - Roześmiała się, ale w śmiechu nie by­ło radości. - Wcześnie mnie zaręczono, miałam ledwie czternaście lat. Trzeba było zawierać pakty i koalicje, w których nie było miejsca na uczucia. Dokonali do­brego wyboru. Mogę żałować, że go odrzuciłam.

Napotkała wzrok Reijo. I ujrzała, jak nitki losu układają się we wzór. Jeden z wielu możliwych. Mo­że zmieniłaby się barwa, może grubość tkaniny. Ży­cie jest nieprzewidywalne.

A jednak prowadzi ku nieuchronnemu sensowi.

Przez ból i przeciwności, przez zwątpienie i pew­ność, poprzez dobre i złe wspomnienia wiodło ją ku tej chwili.

Do Reijo.

Jakby od samego początku był jej przeznaczony. Zrozumie, kiedy spojrzy na sploty losu jej oczami.

- Spotkałam Curta - ciągnęła. - Chciałam go mieć i dostałam. Rodzice nigdy nie wybaczyli mi tego wy­boru. Według ich miary nie był dla mnie wystarcza­jąco dobry. I nigdy nie zapomnieli, że odrzuciłam względy Williama Runefelta.

Reijo sądził, że się przesłyszał. Tyle ostatnio my­ślał o Mai.

Choć z drugiej strony fragmenty układanki ułoży­ły się w logiczny wzór. Milczenie Heleny, kiedy po­znała nazwisko męża Mai. Udawane zdziwienie; po­chodziła z tych samych kręgów, a uparcie twierdziła, że zna go ledwie ze słyszenia.

- Tak, William Runefelt miał zostać moim mężem. - potwierdziła. - Małżeństwo z rozsądku, akceptowane przez oba rody. Ugięliśmy się. Czcij ojca swego i mat­kę swoją... - zamyśliła się. - Był chyba równie szczęśli­wy jak ja, kiedy wszystko ułożyło się inaczej. Musi ją bardzo kochać. Chodziły plotki, ich związek uznano za mezalians, więc wierzę, że uczynił to z miłości. - Spo­ważniała. - To dobry człowiek. Mogła trafić znacznie gorzej. Szkoda, że musiał uciekać z kraju.

- Tak jak Curt? Helena pokiwała głową.

To dopiero początek. Reijo nie znał tylu szczegó­łów.

- Mogłaś zostać. Myślała o tym!

- Małżeństwo z Curtem nie nauczyło mnie samo­dzielności - dodała, drżąc. - Lękałam się go. I bałam się zostać. Straciłam zaufanie bliskich, kiedy wyszło na jaw, że Curt uczestniczył w spisku. Odtrącili mnie.

- Rodzice nigdy nie odtrącają swoich dzieci! - Re­ijo nie wierzył. Nie potrafił wyobrazić sobie, że moż­na odrzucić własne potomstwo, kierując się tak niski­mi pobudkami. Więzy krwi zobowiązują. - Przywró­ciliby cię do łask, gdybyś została. Nie jesteś winna zdrady stanu, kto inny pociągał za sznurki. Nie jesteś odpowiedzialna za czyny męża.

- Curt twierdził inaczej - szepnęła. - Kierował mo­imi poczynaniami. Nie ośmielałam się myśleć samo­dzielnie. Bałam się, ujarzmił mnie całkowicie. Powta­rzałam słowa, które wkładał mi w usta. Nosiłam stro­je, które mi wybierał. Wyznaczał towarzystwo. Nie potrafiłam mu się sprzeciwić, nie umiałam. A przede wszystkim panicznie się go bałam.

Nie bez powodu.

- Rodzice wybaczyli mi dziwnie szybko - ciągnę­ła kwaśnym tonem. - Wielu młodzieńców z dobrych domów wzięło udział w spisku. Między innymi mój brat, ten przyzwoity chłopak, który nigdy nie dopu­ścił się błędu, oczko w głowie taty i mamy. Uspo­koili sumienie, zwalając winę na Curta. Twierdzili, że to Curt sprowadził go na manowce. Odpuścili winy spadkobiercy, temu, który miał zapewnić cią­głość rodu.

- Twój brat też musiał uciekać? Helena sięgnęła po butelkę. Drżącymi palcami walczyła z korkiem. Reijo odwrócił wzrok, spojrzał na świecznik. Łój dopalał się, jeszcze chwila i rozbłyśnie ostatnim płomieniem, a potem zgaśnie.

Lecz noc wciąż rozjaśniały gwiazdy. Zimną noc.

Ściany trzaskały od mrozu.

Chłód zmieniał ludzi.

- Nie, mój brat nie musiał uciekać. - Helena prze­chyliła szklankę, krzywiąc się niemiłosiernie. - Mój brat był nadzieją rodu, a nasza rodzina ma długą tra­dycję, której nie można zniszczyć jednym nieroz­ważnym postępkiem. Mój brat ma się dobrze. Ludzie u steru władzy pomogli mu i teraz trzymają go w garści... - Głos Heleny stwardniał. - Moi rodzice go wykupili. Lub złożyli w ofierze, jak kto woli. On wierzył w słuszność sprawy. Uważał, że Szwedzi nie mają nic do roboty w Finlandii. Optował za fińskim królem, wybranym spośród miejscowych rodów, ta­kim, który pociągnąłby za sobą naród. Chciał tego nie tylko przez wzgląd na własne przywileje... Curt też tego pragnął... Wtedy działał ze szlachetnych po­budek. - Zacisnęła dłonie i utkwiła wzrok w Reijo. - A mój brat wydał wszystkich, zdradził nazwiska i w ten sposób uniknął odpowiedzialności. Chodzi­ły pogłoski, że zmusili go do wyznań torturami. To nieprawda. Siedział w gabinecie taty ze szklaneczką w dłoni. Wysłał dziesiątki młodych ludzi do lochów, skazał ich na wygnanie, postawił przed obliczem ka­ta... Mnie też oskarżył o zdradę. Jeśli wrócę, wtrącą mnie do więzienia, Reijo. Albo zabiją.

13

W drugi dzień świąt pod drzwiami domku na cy­plu pojawiła się hurma dzieci. Plotki o chorobie ro­zeszły się po osadzie, ale dzieciarnię trudno było utrzymać z daleka od miejsca, gdzie zawsze nagradza­no je ciastkami.

W grubych spodniach i kurtkach, owinięte szary­mi szalami ściskały w jednopalczastych rękawicach lampy, służące na co dzień do oświetlania pomiesz­czeń gospodarczych. Rodzice wypożyczali je swoim pociechom, surowo nakazując ostrożność. Z ogniem nie ma żartów. Kolędnicy co sił w płucach zaintono­wali świąteczną pieśń. Ciekawskie twarzyczki przy­lgnęły do kuchennego okna.

Reijo wyniósł im ciasto z pszennej mąki zaprawio­ne słodkim syropem.

W podzięce nagrodziły go jeszcze jedną pieśnią. Żadne z nich nie pamiętało, by zapytać o zdrowie do­mowników.

Helena wzruszyła się wizytą dzieci, wróciła do wspomnień. Tam w Finlandii kolędnicy przybywali z innego świata. Wtedy nie rozumiała, że ten zwyczaj nie jest jeszcze jedną formą żebraniny.

Teraz widziała sprawę jasno, tak wyraźnie jak bia­łą linię śniegu odcinającą się od jasnoniebieskiego zi­mowego nieba.

To takie proste.

Dzielili się. Radością, pieśnią, dawali i otrzymywa­li nagrodę.

^ ' c o Potra^^.4,^^£>^tnjg,^X^?4? —2£fi?'a biedy.

Mała Raija wyzdrowiała. Wysypka znikła, nie zo­stawiając najmniejszych śladów. W zamian za to po­jawiła się na skórze matki, tysiące czerwonych kro­pek, jakby drobnych śladów po ukłuciu igłą.

- Zawieźcie Raiję do Anjo i Knuta - poprosiła Ida. Wciąż nie wstawała z łóżka. Nudności minęły, ale ciągle jeszcze czuła się słaba.

- Nie mogę cię zostawić - odrzekł ojciec.

- Patrik będzie przy mnie - uśmiechnęła się córka. Wymawiała imię młodzieńca z łagodną ufnością.

Reijo niepokoił się. Nie chciał odchodzić właśnie ze względu na Patrika. Zaraz jednak odpędził tę myśl. Wszak rozmawiał z Heleną o zaufaniu.

Tamtej nocy, kiedy opowiedziała mu historię swo­jego życia.

Odpowiedzialność ciążyła mu bardziej niż kiedykol­wiek. Zamierzał wysłać list do Mai. Musiał poznać od­powiedź na pytania, które zrodziła opowieść Heleny.

Wiedział już jednak, że nie odważy się zawieźć jej do Finlandii, zanim nie pozna całej prawdy.

- Życie się nie skończyło, choć straciłaś dziecko.

Siedzieli w półmroku, oczy Idy wciąż nie tolero­wały ostrego światła. Patrik odpoczywał na kuchen­nej ławie. Wydawał się bardziej zmęczony niż Ida.

Reijo wiedział, że chłopak nadweręża siły ponad miarę. Nie mówił o tym. W ogóle okazał się inny, niż przypuszczali. Jakby celowo ukrywał się za maską pozornej beztroski i lekkomyślności.

- Wiem, tato. A jednak czuję, że to jakaś kara.

- Nasz Pan nie karze, zabierając życie nie narodzo­nemu dziecku.

Nie odpowiedziała. Zachowała swoje myśli dla sie­bie.

- Rozmawiałeś w nocy z Heleną, słyszałam was. Zaprzyjaźniliście się?

Być może. Reijo nie znajdował lepszego słowa.

- Nie zabiorę jej do Finlandii - wyrwało mu się i by zatrzeć wrażenie, dodał: - Nie myśl już o tym, masz inne zmartwienia. Helena zostanie.

Oczy Idy zalśniły pomimo zmęczenia.

- Więc poddajesz się? - spytała uszczypliwie. Te­raz traktowała go jak kompana.

Ojciec odwrócił twarz. O takich sprawach nie go­dzi się rozmawiać z własnym dzieckiem.

- Helena nie interesuje się Patrikiem - dodała Ida - ani innymi mężczyznami. Żyje wystarczająco długo, by rozpoznać budzące się uczucie...

Nie powiedział, że Helena jest mężatką. Ze nie ob­chodzą go fińskie szlachcianki.

Tylko że jest taka młoda.

Jedyny wybieg, który wydał mu się logiczny. Jedy­ne wytłumaczenie, za którym mógł się ukryć.

- Jest taka młoda. Nie szukam nikogo do łoża.

- To wszystko przez mamę? - spytała zdziwiona. - Przecież nie żyje.

- Dla innych, nie dla mnie - odrzekł. - Istnieje wie­le rodzajów miłości, Ido, tak mówiła twoja matka. Nie potrafię przyjąć uczucia od dziewczyny, która mogłaby być moją córką.

- Nie pochlebia ci jej oddanie?

Po twarzy Reijo przemknął uśmiech. Ledwie do­strzegła to w półmroku.

- Zapewne - wzruszył ramionami. - Nie smucę się z tego powodu, że młódka roi sobie marzenia o doj­rzałym mężczyźnie...

- Masz na nią ochotę? Reijo chrząknął. Miał nadzieję, że się przesłyszał.

Jego córka, którą wychował według najlepszych wzorców, nie wyraża się w ten sposób. Tak niemal wulgarnie.

- Nie kocham jej - odrzekł. - W moim wieku na mi­łość czeka się trochę dłużej. Przeżyłem już niejedno.

- Nie o to pytałam... - Ida przewróciła się na bok z grymasem bólu na twarzy. - Uważasz, że jest ład­na? Chciałbyś ją obejmować? Lubisz z nią rozma­wiać? Sądzisz, że zachowuje się dziecinnie?

Lawina pytań! Tylko Ida mogła zadawać tyle py­tań, miała dość czasu, by je wymyślić.

- Nie muszę odpowiadać. Jestem twoim ojcem...

- Jeśli odpowiesz własnemu sercu, nie będę doma­gała się więcej.

- A ty, Ido... - Ojcom też przychodziły do głowy trudne pytania. - O czym myślisz? Jesteś w gorącej wodzie kąpana, ale to pewnie masz po rodzicach. Ro­dziców się nie wybiera...

- Co będzie, jeśli Ailo żyje? Ta myśl wróciła do niej, kiedy poroniła. Tylko wtedy jej cierpienie miałoby jakiś sens.

W przeciwnym razie pozostawało całkowicie niezro­zumiałe.

- Wierzysz w to? Tak szczerze? Nie sądzisz, że wróciłby do ciebie, gdyby żył?

- Tak...

- A jeśli nie chce, moja mała, to znaczy, że nie jest nic wart.

Zamilkł, pozwolił, by te słowa wsiąkły w nią. Sam nie był ich do końca pewien.

- To ja wydałem cię za Sedolfa - ciągnął. - Sedolf to cholernie dobry zięć. Nie powinienem przeklinać w święta, ale nie mogę się opanować. Nie mów mi, że go nie kochasz. Czułaś do niego słabość od chwi­li, kiedy pojechaliśmy do Finnmarku...

Więc wiedział więcej, niż sądziła. Wciąż jednak miała swoje tajemnice. Ojciec pilnował jej przed Patrikiem. Jakże się mylił.

Nigdy nie przyszłoby mu do głowy, że poczuła po­ciąg do mężczyzny, który uczynił im tyle złego.

- Tak, kocham Sedolfa - odrzekła. - Więc mama twierdziła, że istnieje wiele rodzajów miłości? Co miała na myśli?

- Że zawsze słuchała głosu serca - wyjaśnił. - Choć było kilku mężczyzn w jej życiu, żadnemu z nich nie okazała obojętności. Nienawidziła tylko jednego, wój­ta z Alty... Każdy z pozostałych coś dla niej znaczył. Dla każdego miała miłość, w tej czy innej postaci. Nie czyniła rozróżnień między dobrym a złym uczuciem. W danej chwili istniała tylko dobra miłość. Mam na­dzieję, że nie jesteś do niej podobna. Takie postępowa­nie przynosi wyłącznie ból i cierpienie. Obu stronom.

- Zawieź małą Raiję do Anjo i Knuta - powtórzyła. Położyła się na plecach i podciągnęła pled pod brodę. Nie po to, by się ogrzać, raczej ochronić przed czymś. Wciąż gorączkowała. - I zabierz Helenę ze sobą, tato.

Twoja dobroć wiele dla niej znaczy. Twoja troska... ' Chciał odpowiedzieć, że nie należy mylić troski z głębszymi uczuciami, ale Ida zamknęła oczy. Zasnęła. Reijo zawiózł Raiję i Helenę do domu nad rzeką.

Letnie łąki nigdy nie były bardziej zielone, bardziej ukwiecone, jakby walczyły o miano najurodziwszej pod surowym okiem niebiańskiego kwiatu - żółtego słońca o życiodajnych płatkach.

Usłyszała płacz dziecka...

Czyżby mała Raija poczuła się gorzej? Mówili, że zupełnie wyzdrowiała...

Prosiła ojca, by zabrał dziewczynkę do Anjo. Nie posłuchał?

Nogi niosły ją przed siebie. Czuła miękkość traw pod stopami.

Szła boso?

Ida spojrzała w dół.

Miała na sobie koszulę nocną. W jasny letni dzień. Do czego to podobne?

Musiała iść dalej ku miejscu, skąd dochodziło kwi­lenie dziecka.

Usłyszała cichy śpiew, słowa kołysanki obudziły odległe wspomnienia. Pamiętała je, nie pamiętając. Szemrały w niej równie delikatnie jak letnia bryza.

Kobieta z dzieckiem na rękach.

Rozpoznała ją.

Wiedziała, że to jej własne dziecko. To nie naro­dzone...

- Mamo - szepnęła Ida. Ostrożnie, z drżeniem, z nadzieją. Kobieta odwróciła się do niej.

Ida pojęła, dlaczego wszyscy mówią, iż przypomi­na matkę. Znała tę twarz, choć przecież nie mogła jej pamiętać.

Stała przed nią młoda Raija.

I w okamgnieniu zrozumiała, dlaczego tylu męż­czyzn otaczało ją nabożnym uwielbieniem. Poczuła tę moc, która zmienia ludzkie losy.

Ta kobieta żyła pełnią życia. Była odważna, nie użala­ła się nad sobą, nie kryła za parawanem bólu i cierpienia.

Stawiała czoło przeciwnościom. Podążała własną drogą. Do końca.

- Śpi - odezwała się kobieta. - Mały Simon śpi, Ido. Tak będzie najlepiej dla niego...

Odchyliła kocyk Ida nie zobaczyła główki, kobie­ta zasłoniła ją sobą.

Tylko nóżki, niedorozwinięte, dziwnie powykrę­cane...

- Na zawsze zostałby dzieckiem - dodała kobieta. - Dorosłym mężczyzną o umyśle dziecka. Teraz śpi. Tu­taj będzie mu dobrze, Ido...

Tak miało być.

Idę ogarnął przemożny spokój.

Wiedziała, że musi iść dalej. Łąka ciągnęła się da­leko, na sam kraj świata.

Kobieta nie odezwała się więcej. Nie pożegnała. Siedziała z dzieckiem w ramionach i nuciła.

Ida znała kołysankę, słyszała ją wcześniej.

Szła przez falujące trawy pachnące ciepłem, świe­żością i wiecznym latem.

Słyszała brzęczenie pszczół, latających w upojnym tańcu od kwiatu do kwiatu. Widziała ptaki unoszo­ne podmuchami letniego wiatru.

Szła bez celu.

Tuż przed nią jakiś ptak zerwał się do lotu. Ida uniosła bezwiednie dłoń do szyi, ale nie znalazła zło­tej ozdoby wykonanej rękoma Ailo.

Skrzydła ptaka lśniły, z jego gardła wydobywał się śpiew. Pofrunął prosto w tarczę słońca.

To był jej ptaszek, który odzyskał wolność.

Dziki ptak...

Poznała go, mężczyznę, który stanął przed nią. Miał na sobie skórzany kaftan, który łatała parę lat temu. Pod kaftanem nosił jedwabną koszulę. Twarzy nie widziała, skrywał ją pod maską z czystego złota.

- Kochałem cię - powiedział głosem Ailo. - Kocha­łem cię, Ido, i nie mogłem żyć z tobą.

Nie spytała, czy jest martwy.

- Byłaś światłem moich dni - ciągnął. - Nigdy cię nie zdradziłem, a ty mnie nie zawiodłaś. Jest tyle ro­dzajów miłości, Ido, z tobą dzieliłem tę największą. Zwracam ci wolność. Przestań wątpić. Leć dalej jak dziki ptak. Zawsze cię kochałem, Ido. Zawsze...

Nie mogła go dotknąć, choć wyciągnęła ramiona przed siebie. Odsunął się.

Powiedział, że ma zerwać się do lotu.

Ida nie umiała latać. Poszła dalej. Kiedy odwróciła się i spojrzała przez ramię, już go nie było. Zniknął tak jak Raija i dzieciątko.

Czy dlatego, że wszyscy są martwi?

Wędrowała po Saivo, krainie szczęśliwości?

Dalej, stopy niosły ją dalej.

Kogo miała spotkać? Kto z umarłych był jej jesz­cze coś winien?

Nie mogła zawrócić.

Dalej, dalej.

Jeszcze jeden znajomy mężczyzna, ubrany na czar­no, w kapeluszu naciągniętym na czoło, spod które­go wystawała płowa grzywka. Szare oczy w twarzy o zdecydowanych rysach. Nie widziała go dotąd tak wyraźnie, w ciepłym świetle.

Zdjął kapelusz i położył w trawie. Zerwał kwiatek i podał go Idzie. Czubki palców zetknęły się i Ida po­czuła rozkoszny dreszcz.

- A więc znów się spotykamy - powiedział chra­pliwie. - Pomyliłem się, mówiąc, żeś zimową oblu­bienicą. Mogłabyś równie dobrze wyjść za mąż na czerwcowej łące...

- Czego chcesz ode mnie? - spytała. - Umarłeś?

- Tutaj nie zadaje się pytań, Ido. Patrz i słuchaj. O nic nie pytaj, bo i tak nie dostaniesz odpowiedzi...

Zamilkł. Patrzył, jak obraca kwiatek w palcach. Delikatny dzwonek.

Czy to miało jakieś znaczenie?

Ida otworzyła usta, ale powstrzymała się.

- Nie było grzechu - odezwał się mężczyzna. - Po­łączyło nas coś, co trudno nazwać miłością. Co trud­no nazwać przyjaźnią. Nasze dusze zetknęły się ze sobą na krótką chwilę, jeden oddech wieczności. Za­pamiętam tę chwilę, bo była piękna. I ty zrób to z te­go samego powodu, nie czyń sobie wyrzutów. Kiedy znów się spotkamy, użyję wszystkich moich wpły­wów, by ci pomóc.

Pytania cisnęły się jej na usta...

- Idź dalej, Ido. Idź w pokoju. Nie zostałaś ukara­na, bo nie ma w tobie winy. Porzuć zwątpienia, żyj dniem dzisiejszym...

Poszła dalej. Przestała czuć dotyk trawy pod sto­pami, znalazła się nad bezkresną wodą. Nad morzem pachnącym solą.

Poszukała wzrokiem żagli, ale ich nie dostrzegła.

Stał obok niej. Ciemny, niewzruszony jak skała. O ramionach stworzonych do tego, by ją obejmować.

- Myślałem, że się zgubiłaś - powiedział Sedolf. - Sądziłem, że muszę cię poszukać.

- Dlaczego? - zapytała. W jej głosie nie było cienia zwątpienia. - Moje miejsce jest przy tobie. Nie mu­sisz szukać dalej niż na wyciągnięcie ramion.

I objęła go. Był tam. Prawdziwy. Mąż i przyjaciel.

Jej.

Umiał słuchać, nie bał się uczuć. Kochał, nie wsty­dząc się własnych słabości.

Miałaby wątpić? Skoro los obdarzył ją takim męż­czyzną?

Ida wypłynęła z ciepła letniej łąki, odpłynęła znad morza, które przywiodło ją do Sedolf a.

Wróciła.

Zbudziła się ze snu.

W środku mroźnej zimy.

- Czemu nie jesteś przy mnie, Sedolf? - szepnęła i otuliła się ramionami.

- Lepiej się czujesz?

Głos Patrika. Patrik, który przedziwnym zrządze­niem losu zjawił się, kiedy potrzebowali anioła.

- Wiesz, że miałam sen?

- Odgadłem - odrzekł. - Spałaś tak spokojnie. Uśmiechałaś się. To musiał być dobry sen.

- Wiesz, o czym śniłam? Potrząsnął głową.

- Przeceniasz moje zdolności.

- A wiedziałeś coś o moim nie narodzonym dziec­ku? - W głosie Idy pobrzmiewało takie napięcie, że spojrzał na nią badawczo.

- Dlaczego pytasz? - spytał po chwili. Oddychał przez nos, był czujny.

- Zgodzisz się, jeśli powiem, że dobrze się stało, jak się stało?

Wciągnął powietrze ze świstem.

- Ujrzałaś to we śnie? Milczała.

- Reijo mówił mi o twojej matce - dodał. - Ty też nie jesteś taka jak wszyscy, Ido.

Wymigał się od odpowiedzi, ale Ida czuła, że wie więcej. To nie był zwykły sen.

- Kim jesteś, Patriku? - spytała. - Opowiedz mi o sobie. Tyle o mnie wiesz, tyle dla mnie uczyniłeś... Połączyła nas więź, a ja nic o tobie nie wiem.

- Pochodzę z malej wioski na zachodnim brzegu rzeki Torne - zaczął spokojnie. - Moja matka była mądrą kobietą. Właściwie jeszcze młodą dziewczyną, kiedy się urodziłem. Zdążyła wyjść za mąż za parob­ka Jona, zanim przyszedłem na ten świat, ale nie on jest moim ojcem. Jon przyznał się kiedyś po pijane­mu. Powiedział, że nie powinienem mieszkać w cha­cie krytej torfem, bo mój ojciec to wielki pan. Tak wielki, że aż zapiera dech. Jestem jego pierworod­nym, bo ten zrodzony z małżeństwa ujrzał świat pa­rę miesięcy po mnie... - Patrik uśmiechnął się blado. - Historia jakich wiele, prawda? Biedna dziewczyna staje się zabawką w rękach podstarzałego możnowładcy... Nigdy nie przyznał się do mnie. Zadbał jednak o to, by moja matka znalazła męża i opiekuna.

- Wiesz, kto to? Skinął głową.

- To nie ma znaczenia. Moim ojcem jest ten, kto dał mi nazwisko. Ten drugi się nie liczy.

- Zawsze umiałeś...?

- ... to co umiem? Zawsze. Nie miałem prawdziwe­go dzieciństwa. Więc kiedy dorosłem, wziąłem za to rewanż. Używałem mojej mocy w różny sposób... - Odwrócił wzrok. - Zostawiłem matkę i Jona. W na­szym domu źle się działo, oboje byli temu winni. Na­jąłem się za parobka. Uwiodłem gospodynię. Kiedy zaszła w ciążę, zaplanowała, że zabijemy jej męża. Ja miałem to zrobić. Omal jej nie uległem. Ukradłem konia i uciekłem. Nie odebrałem nikomu życia. Ra­czej je dawałem...

Uśmiechnął się krzywo. Nie chwalił się. Nie było się czym chwalić.

- Dlaczego przyjechałeś właśnie tutaj?

- Nie podałem ci wystarczających powodów? - zdzi­wił się, ale nie czekał na odpowiedź Idy. - Musiałem. Los tak zdecydował, możesz nie wierzyć, jak nie chcesz.

Ida nie wiedziała, w co ma wierzyć. Zdawała sobie jedynie sprawę z tego, co dla niej uczynił.

- Kiedy cię spotkałem - ciągnął - wszystko ułoży­ło się w sensowną całość. Okazało się takie proste: przyjechałem z twego powodu. Ale nie po to, by cię pokochać.

Uratował małą Raiję. Według wszelkich znaków na niebie i na ziemi uratował i ją.

Ida patrzyła nań z wdzięcznością. Widziała chłopięce rysy ściągnięte zmęczeniem. Nie zaznał odpo­czynku od dawna. Użył całej swojej mocy, by ofiaro­wać jej najpiękniejszy świąteczny podarek.

I po raz pierwszy baczniej przyjrzała się twarzy Patrika. Przyszły jej na myśl słowa Heleny. Patrik przypominał Helenie kogoś, sama nie wiedziała ko­go.

- Powinieneś się położyć - powiedziała. - Zasnąć. Pokiwał głową.

- Ty też - odrzekł.

- Oni niedługo wrócą. Połóż się na kuchennej ła­wie. Lub w łóżku Reijo, jest wygodniejsze.

- Najpierw zajrzę do zwierząt - uznał. - Niech i one poczują, że są święta.

Podniósł się z łóżka Idy i pogładził dziewczynę po policzku.

- Odpocznij, Ido. Nie myśl o niczym. Wszystko układa się tak, jak sami chcemy.

Zatrzymał się na chwilę w drzwiach. Ciemny kształt w świetle padającym z izby.

Ida rozpoznała ten profil, usypiając. Profil Heleny...

14

Czas w domu nad rzeką upływał radośnie. Wszy­scy myśleli o Idzie, ale śmiech i błyszczące oczy dzie­ci każą dorosłym zapomnieć o zmartwieniach. Dzie­ci dają nadzieję.

Helena i Reijo zważali bardzo, by się nie dotykać w drodze powrotnej na cypel, choć w saniach nie by­ło wiele miejsca, a dla ochrony przed zimnem przy­kryli się jedną przykrótką derką.

Oboje dostrzegli, że z komina nie wydobywa się dym. To dziwne. Reijo machinalnie pogonił konia. Helena poczuła, jak serce przyspiesza rytm.

W powietrzu wisiało coś niezwykłego. Jakiś smu­tek, zaczątek płaczu.

Reijo oddał jej lejce, kiedy podjechali pod dom. Wyprzęgła konie z dużym trudem, nie miała rękawic.

Reijo popędził do środka. Po chwili wyszedł. Jego wzrok błądził po okolicy.

- Patrik zniknął - oznajmił. - Zabrał swoje rzeczy. - Aida?

- Śpi. W domu jest zimno. Patrika nie ma od dawna.

Helena wprowadziła konia do stajni, wytarła, zdję­ła z niego uprząż i podsypała mu owsa. Święta są raz w roku.

Zauważyła od razu, że ktoś oporządził krowy i owce. Przecież nie Ida.

Patrik kochał zwierzęta...

Znalazła Reijo na pagórku opadającym ku morzu. Kucał, by w zapadającym mroku przyjrzeć się cze­muś na ziemi.

- Widzisz? Wskazał palcem. Ślady stóp.

Reijo wyprostował się i ruszył w kierunku, w któ­rym wiódł ślad. Helena szła u jego boku.

- Nikt nie chodził nad brzeg od chwili, kiedy prze­stało padać.

Dziewczyna od razu pojęła grozę tych pozornie zwyczajnych słów.

Ślady kończyły się przy nadbrzeżnych kamieniach, tam gdzie przypływ zmył śnieg. Brunatne kamienie pokryte były jedynie cienką warstwą lodu. Nie po­trzebowały kołder. Niewzruszenie znosiły gwałtow­ność morza, wieloletnie pieszczoty mroźnych nocy.

Reijo zbadał teren po obu stronach.

Byłoby mu łatwiej, gdyby miał lampę. Rozgwież­dżone niebo jak umiało, tak oświetlało mu drogę.

Helena zatrzymała się w miejscu, gdzie ślad się urywał, zdjęta nagłym przestrachem.

Marzła przeraźliwie, ale nie poruszyła się. Nie mo­gła uwierzyć - stała na końcu drogi, ale nie chciała uwierzyć.

Dlaczego?

Wrócił Reijo.

- Nie stój w miejscu, Heleno! Zaczęła przytupywać, by pobudzić obieg krwi. I sta­ło się to, o czym marzyła we snach od tak dawna.

Reijo objął ją, przytulił. Oboje patrzyli w tym samym kierunku. Na morze, ciemne, pobłyskujące ma­towo, jakby i fiord zamarzł pod bezkresnym niebem.

- Ani śladu.

- Mógł gdzieś pójść. Może drogą - podpowiedziała. Sama nie wierzyła w tę ewentualność. Chwytała się ostatniej deski ratunku. By przekonać samą siebie, że nic się nie zdarzyło.

Że to tylko zły sen.

Ktoś zszedł nad morze. Ten ktoś nie wrócił tyłem po własnych śladach.

- Nie możemy tu zostać - rzekł Reijo.

Puścił Helenę, jakby dopiero teraz zdał sobie spra­wę z bliskości dziewczyny. Ruszyli ku domowi tuż obok siebie, nieomal stykając się ramionami.

Starannie omijali ślady stóp. Tylko to zostało po Patriku.

Na schodach Reijo zatrzymał Helenę:

- Ani słowa Idzie. Też o tym pomyślała.

- Powiemy, że poszedł do Knuta, bo uznał, że już go nie potrzebujemy. - Reijo skrzywił się. - Muszę wypłynąć na fiord. Może zabrał go odpływ.

I znowu chwytali się ostatniej nikłej szansy. Kiedy weszli do domu, lampa zdążyła się już wypalić. Na stole znaleźli srebrny guzik.

- Taki sam, jak miał Curt - wyrwało się Helenie.

- Guzik ze skarbu Stallo? - powiedział Reijo.

- Patrik tego nie wiedział - odrzekła Helena. - To wszystko, co posiadał. Zostawił go rozmyślnie. Teraz już nie ma żadnych wątpliwości, prawda?

- Te guziki nie przynoszą szczęścia - stwierdził Re­ijo i spojrzał ku morzu.

Nie tracił czasu na zmianę ubrania, wybierał się na wodę w świątecznym stroju.

- Nie rób tego - szepnęła Helena, przerażona per­spektywą samotnego oczekiwania w wyziębionym domu. I tym, że będzie musiała stawić czoło praw­dzie o losie Patrika...

- Muszę.

Z góry znała odpowiedź. Reijo zamknął starannie drzwi za sobą. Helena nie zdjęła płaszcza ani czapki, usiadła, przylepiając nos do szyby. Musiała nieustannie przecierać ją rękawicz­ką, by widzieć, co dzieje się na zewnątrz. Niewiele widziała, mrok pod rozgwieżdżonym niebem, świa­tełka świec w okolicznych domach. Tam nikt nie oba­wiał się o los bliźniego.

Ściskała guzik w dłoni. Okrągły, z prostym, naiw­nym wzorem z jednej strony i uszkiem z drugiej. Pa­sowałby na czapkę lub do kamizelki...

Mógł go znaleźć tylko w jednym miejscu. Helena wzdrygnęła się i zacisnęła dłoń.

Patrik musiał podążać ich śladami, jej i Curta. W popiele zostały resztki lapońskiej jurty, którą spa­lił Curt.

Helena zastanawiała się, czy Patrik domyślił się, co się tam stało.

Gdyby wiedział...

Często patrzył na nią wzrokiem, którego nie potrafi­ła określić. Nie tak, jak patrzyli na nią inni mężczyźni.

Odeszła od okna, ujrzawszy, jak Reijo stawia łódź na wodzie.

Nie chciała patrzeć, jak wypływa. Wiedziała, że ni­kogo nie znajdzie.

Patrik zjawił się znikąd i wrócił donikąd.

Zdjęła płaszcz i czapkę, skórzaną czapkę Idy za­wiązywaną pod brodą. Ida nie nosiła chust, typowych dla miejscowych gospodyń, przynajmniej nie zimą.

Guzik upadł na podłogę i dźwięcząc, potoczył się po deskach. Metaliczny odgłos poniósł się echem po cichym domu. Helena rzuciła się na kolana, by go po­szukać. Kiedy podniosła głowę, ujrzała Idę. Stała w drzwiach, przytrzymując się framugi. Bosa, w dłu­giej koszuli nocnej, z rudymi włosami rozsypanymi na ramionach. W półmroku wyglądała jak zjawa.

- Czemu jest tak zimno? - spytała. - Gdzie Patrik? Spojrzała na wieszaki przy drzwiach. Nie znalazła wzrokiem ubrania Patrika, tylko roboczy strój ojca.

- Patrik pojechał do Knuta - odrzekła szybko He­lena. Za szybko. - Dzieci czują się dobrze - dodała. Podniosła się z klęczek, strzepnęła niewidzialne dro­biny kurzu z sukni.

- Coś mi upadło - wyjaśniła. - Guzik.

- Gdzie tatko?

- Pojechał z Patrikiem.

- Stało się coś złego? - spytała Ida. - U Knuta i Anjo? Helena energicznie potrząsnęła głową. Kłamstwa niełatwo przechodziły jej przez usta.

- Nie powinnaś wstawać - oznajmiła i uczyniła gest, by zaprowadzić ją do łóżka. Ida odsunęła ją. Zobaczy­ła coś błyszczącego koło skrzyni z drewnem i zaciska­jąc zęby, podeszła bliżej.

Usiadła z trudem na skrzyni. Mimo dojmującego bó­lu zdołała się schylić i podnieść błyszczący przedmiot.

- To nie twój guzik - odezwała się zdziwiona i spoj­rzała Helenie prosto w oczy.

Helena chwyciła się stołu, zacisnęła palce na skra­ju blatu. Reijo nie powinien był wypływać. Jak mia­ła ukryć prawdę przed Idą?

- Przypomina guzik ze skarbu Stallo... - zaczęła Ida i urwała. - Patrik mówił o jakimś guziku. Pokazywał ci go? Dał ci go w prezencie? Mógł to uczynić, bo by­łaś najbliższa...

- Patrik go zostawił - wtrąciła Helena. Wdrapała się na ławę i wyjrzała przez okno. W półmroku do­strzegła wyraźny cień łodzi.

Ida pojęła, że coś się stało. Z Patrikiem. Albo z ojcem.

Wstała, walcząc z bólem, przeszła na drugą stronę izby i wspierając się na stole, dotarła do ławy. Hele­na zrobiła jej miejsce. Przetarła szybę i pozwoliła wyjrzeć.

Z początku Ida nie dostrzegła nic, bo nie wiedzia­ła, czego szukać. Potem ujrzała zarys lodzi.

- Co tato robi na wodzie?

- Szuka. - Helena płakała bezgłośnie. - Patrik znik­nął. Nie było go już, kiedy wróciliśmy. Ślady stóp pro­wadzą od zabudowań do brzegu. Tylko w jedną stro­nę, Ido.

- Powiedział mi, że wybiera się oporządzić zwierzę­ta - odrzekła Ida i popadła w długie milczenie. - Szu­kanie po nocy na nic się nie zda, tato przecież wie...

- Musiał, nie mógł usiedzieć na miejscu... Dziewczęta przytuliły się do siebie.

- Jeszcze cię zarażę - chlipnęła Ida, ale Helena pu­ściła jej słowa mimo uszu.

Płakały obie. Patrik zdążył odcisnąć trwały ślad w ich sercach. Ida poznała go najlepiej, ale Helena też miała wrażenie, że nigdy go nie zapomni.

- Był za dobry - powiedziała z powagą Ida. - Nie pasował do tego świata.

- Reijo nazywał go aniołem...

- Jeśli anioły stąpają po ziemi, to Patrik był jed­nym z nich. - Ida uczyniła gest, by otrzeć łzy, ale na próżno.

W nagłym przebłysku pojęła, że Patrik się z nią po­żegnał. Znaczenie słów nie dotarło do dziewczyny z całą jasnością, bo zmorzył ją sen, ale młodzieniec wtedy już wiedział. Wszystko zaplanował, do zwie­rząt zaszedł nie bez powodu. Ich też nie chciał zosta­wić bez pożegnania.

Ida zrozumiała też, że sama ułatwiła Patrikowi ta­kie rozwiązanie, odsyłając ojca i Helenę do Knuta.

„Wszystko układa się tak, jak sami chcemy”, po­wiedział. Takie były jego ostatnie słowa.

A więc pragnął śmierci?

Mówił, jak trudno unieść ciężar odpowiedzialno­ści. Ida nie traktowała tych słów poważnie. Maja mia­ła w sobie tę samą moc, a przecież nie narzekała. Tyl­ko że Maja cierpiała w milczeniu. I zdarzało się, że na długie godziny popadała w ponury nastrój.

Ida dotąd nie szukała odpowiedzi. Patrik uratował jej życie, ale uczynił też znacznie więcej, otworzył dziewczynie oczy.

Siedziały splecione ramionami, kiedy na schodach zadudniły kroki. Wszedł Reijo, ciągnąc za sobą po­wiew mrozu. Nie spojrzał na nie, przysunął krzesło do pieca i usiadł ciężko. Dorzucił drewna i wbił wzrok w ogień.

- Ciało w końcu gdzieś wypłynie - westchnął po dłuższej chwili. - W nocy nic się nie znajdzie.

Helena puściła Idę i zsunęła się z ławy. Rozpięła Reijo kurtkę i ściągnęła ją z niego. Rozsznurowała mu buty i pomogła zsunąć z przemoczonych, zmarz­niętych stóp. Reijo zdjął czapkę i rękawice. Podał je dziewczynie.

- Dlaczego? - spytał chrapliwie. - Na Boga, dlacze­go? - Dopiero teraz dostrzegł córkę. Wstał z krzesła i zwrócił się do niej: - Z twego powodu? Więc i ty je­steś zwiastunem nieszczęścia jak twoja matka? Spodo­bałaś się Patrikowi, ale nie sądziłem, że traktuje to tak poważnie... Rzuciłaś jakieś nierozważne słowa...?

Potrząsnęła smutno głową.

- To nie zawód miłosny, tato. To w nim tkwiło od dawna. Myślę, że nie potrafił już dalej nieść tego cię­żaru. Kazał mi odpocząć, zasnąć. Rozmawialiśmy. Prosiłam go, by się położył... - Zawiesiła głos i zaci­snęła dłonie, aż pobielały jej kostki. Dodawała sobie sił, pewna już, że uległością i bojaźnią nie zajdzie da­leko. Musiała walczyć. - Powiedział, że idzie zajrzeć do zwierząt. I że wszystko układa się tak, jak tego sa­mi chcemy...

- Kto mógł przypuszczać, że chce skończyć ze so­bą - wyrzucał sobie Reijo.

Musiał dobrze zaplanować ten krok. Poczekał na moment, kiedy niczyj los nie zależał od jego niezwy­kłych umiejętności.

- Po prostu ruszył w drogę - szepnęła Ida, składa­jąc dłonie. Reijo nie pamiętał, kiedy córka modliła się po raz ostatni. Dawno temu. Przeciwności losu zmie­niają ludzi. - Patrik był aniołem, który ruszył w dal­szą drogę. Przybył znikąd i zniknął bez śladu. Przy­szedł w jasny dzień i rozpłynął się w mroźnej nocy.

- Ida umiała dobierać słowa. Nawet tragedii dodawa­ła pięknego odcienia.

- Nie ma takich jak on - dodała Helena. Czuła, że poniosła wielką stratę, choć przecież nie znała Patrika zbyt dobrze...

Ida postawiła ostrożnie stopy na podłodze. Deski były chłodne, ale ciało dziewczyny przenikało błogo­sławione ciepło.

Miała w sobie niezmierzony żal, ale czuła jeszcze coś. Wstała więc, zaciskając zęby, by ukryć cierpienie, i z wy­muszonym uśmiechem skierowała się do sypialni.

- Dzisiejszej nocy nikt nie musi czuwać przy mnie - oznajmiła i zamknęła drzwi.

Nic mi nie grozi, pomyślała gorzko, pozwalając płynąć łzom. Wsunęła się pod pled.

Patrik nie zostawiłby jej, gdyby było inaczej. Zo­stał tak długo, jak musiał. Sam mówił, że los kieruje jego poczynaniami...

Ida zacisnęła ramiona wokół poduszki i po raz ty­sięczny rzuciła w mrok to pytanie:

- Gzie jesteś, Sedolf? Kocham cię i potrzebuję! Ręce poszukały ptaszka w zagłębieniu na szyi. Na ułamek chwili opanowało ją bezbrzeżne zdumienie.

Wszak ptaszek odleciał...

I przypomniała sobie, że to było tylko marzenie senne. Ten ptak nie potrafił latać, mógł jednak na­uczyć ją, jak rozłożyć skrzydła, unieść się na podmu­chach wiatru, być wolną i szczęśliwą...

W końcu zasnęła.

Patrik nie przyszedł do niej we śnie, nie wyjaśnił niczego.

Reijo wyciągnął z szafy butelkę rumu i nalał do dwóch kubków, nie pytając Heleny o zdanie.

- Nie wiem, czy powinnam - zaprotestowała, ru­mieniąc się. - Ostatnim razem nie byłam tak do koń­ca sobą...

Skrzywił się.

- Musisz się rozgrzać. Nie mam nic lepszego pod ręką.

Wypił i natychmiast napełnił kubek do połowy. I znów wychylił całą zawartość.

Dziewczyna patrzyła na niego z przestrachem.

- Nie jestem pijakiem - wyjaśnił, opróżniając flasz­kę. - Cały drżę. Coraz gorzej znoszę spotkanie ze śmiercią, zwłaszcza kiedy przychodzi tak niespodzia­nie. Zbyt wielu bliskich właśnie tak straciłem... nie­spodzianie... - Podniósł wzrok na dziewczynę. - Wi­działaś kiedyś, jak ktoś umiera, Heleno?

Czy widziała? Nie pamiętał o tych, których zabił Curt?

Wyczytał odpowiedź w jej oczach. Sięgnął ręką przez stół i dotknął jej dłoni. Była zimna.

- Wybacz mi. Zapomniałem się... Ścisnął lekko dłoń dziewczyny i puścił. Objął kubek. W szarych oczach Heleny błysnęły gwiazdy. Te oczy były ścięte lodem, który mógł stopnieć w każ­dej chwili.

Gdyby tylko zechciał.

- Powinnaś się położyć - powiedział, zatapiając wzrok w złocistym trunku. - Odpocznij, Heleno. Nie zatrzymuję cię.

- Chcę zostać.

- Nie był szczęśliwy - ciągnął zamyślony. - Za to młody, miał całe życie przed sobą...

- Raczej za sobą, chyba tak to widział. Helena przeniosła kubek do drugiej dłoni. Nie wy­piła ani kropli.

- Wiek to nie wszystko, Reijo... Spojrzał na nią. Izbę oświetlała pojedyncza świecz­ka, rzucając chybotliwe cienie.

W półmroku Helena wydała mu się młodsza niż w rzeczywistości. Słabe światło zaokrągliło policzki dziewczyny, podkreśliło bezbronność spojrzenia. Usta miały wyraz tak bezbrzeżnej niewinności, że świętokradztwem zdawała się wszelka myśl, by ich dotykać. Teraz włosy były ciemne, mrok odebrał im jasny odcień. Miękko okalały twarz dziewczyny. Re­ijo poddał się urokowi chwili.

I poczuł, jak opuszcza go napięcie. Może dzięki ru­mowi. Może przez tę noc. Może dlatego, że doszedł do kresu.

- Naprawdę tak uważasz, Heleno? Mówisz poważnie? Skinęła głową.

- A jednak czuję, że to niewłaściwe. Mam wraże­nie, jakbym kradł ci młodość. Zamykał w klatce...

- Byłam już w klatce - odrzekła. - Mieszkałam w najpiękniejszych klatkach, jakie można sobie wy­obrazić, i tęskniłam. Tobie nigdy nie przyszłoby do głowy, by uwięzić kogoś, kogo kochasz...

- Masz o mnie wielkie mniemanie, Heleno - wes­tchnął. - Obawiam się, że mogłabyś się gorzko roz­czarować.

- Powtarzasz się - odrzekła z uśmiechem. - Nie wierzyłam ci wtedy, teraz też nie wierzę.

Reijo również się uśmiechnął. Z rezygnacją.

- Każdy normalny mężczyzna połknąłby przynę­tę, zanim zdążyłabyś rzucić ją na wodę - powiedział z błyskiem w oku. - Żaden ze mnie mężczyzna!

- Dobrze, że jesteś wybredny...

Pociągnął łyk z kubka, podszedł do pieca i dorzu­cił parę drew. Noc się jeszcze nie skończyła.

Helena starannie ukryła radość.

Obrócił się ku niej. Żar z paleniska okrywał go czerwonawą poświatą. Cienie wygładziły zmarszczki.

Tak musiał wyglądać, kiedy kochał Raiję. Helena nie mogła sobie wyobrazić, by jakakolwiek kobieta patrzyła na Reijo z obojętnością. Nawet Raija, wiel­biona, adorowana Raija musiała darzyć tego człowie­ka miłością.

Był postawny, biła od niego niezwykła moc, łagod­ność i ciepło.

- Skąd, na Boga, się to wzięło, Heleno? - spytał, niezdolny zrozumieć, co w nim widzi. - Dlaczego?

Wzruszył ramionami z rezygnacją i zażenowa­niem. Nie szukał pochlebstw. Pytał, bo nie był w sta­nie pojąć.

Przyjmował jej uczucia. Przyjmował jej prawdzi­wą, ogromną miłość.

Ale jej nie rozumiał.

- Musi być jakiś powód? - zdziwiła się. Odgarnę­ła włosy z czoła. - Nie stawiam sobie pytań. Wystar­czy mi to, co mam w sercu - mówiąc te słowa, poło­żyła dłoń na piersi. Reijo zadrżał, widząc ów gest, tę bezgraniczną szczerość.

- Ida prosiła, bym nie sprzeniewierzył się samemu sobie - powiedział łamiącym się głosem. Helena wpiła weń wzrok. - Zadawała mnóstwo pytań. - Przeszedł na drugą stronę stołu i usiadł na ławce koło dziewczyny.

Jego oczy pociemniały. Teraz wyglądały jak morze.

Helena nie widziała nigdy otwartego morza, tylko fiord i zatokę. Musiało jednak wyglądać jak oczy Reijo...

- Długo myślałem. Ida nie żądała odpowiedzi, chciała, bym udzielił ich sobie. Szczerze. Dziwny jest ten świat, w którym dzieci wskazują rodzicom wła­ściwą drogę...

- Ida pytała o nas? - Helena nie miała pojęcia, skąd bierze odwagę. Kiedyś urwałaby tę rozmowę. Teraz czuła się napełniona mocą, której udzieliła jej Ida. I Anjo. Kobiety tego rodu są silne. Helena musiała im dorównać.

Nie przynieść im wstydu. Nie okazać słabości.

- Moja córka prosiła, bym cię dobrze traktował - mówił Reijo. - Zapytała, czy cię kocham.

- I co odpowiedziałeś?

Jego oczy były jak rozżarzone węgle. Helena poczu­ła, że świat się rozpadnie, jeśli Reijo ją teraz odtrąci.

- Odrzekłem, że cię nie kocham... Zamknęła oczy i poczuła, jak gardło ściska się w bolesnym skurczu.

Nie okaże słabości. Obiecała to sobie.

- Powiedziałem, że w moim wieku trzeba na to cza­su...

Łagodna dłoń otarła łzy, które wyrwały się spod jej powiek.

Pytał, dlaczego...

Ta łagodność wystarczy za wszystko. Gdzie szukać drugiego takiego jak on, mężczyzny, który łączyłby w sobie męskość z delikatnością?

- To prawda, Heleno. Jestem może wybredny. Nie szukam łatwych okazji. I Raija wciąż żyje we mnie. Nic nas nie może rozdzielić... - Uśmiechnął się lek­ko. - Ale to właśnie Raija powtarzała, że istnieje wie­le rodzajów miłości.

Miał taki dobry uśmiech.

- Ida pytała, czy cię pożądam. Helena zarumieniła się. Te fantazje i marzenia trzymała w karbach. Bała się ich.

Niebezpieczny, zakazany owoc.

Dopóki kochała go czystą, bezinteresowną miło­ścią, dopóty mogła patrzeć mu prosto w oczy.

Teraz wdarł się za tę fasadę. Zmusił, by przyznała, iż pragnie czegoś więcej prócz dobroci i łagodności.

- Masz rację, Heleno, córka nie powinna zadawać ojcu takich pytań. Moja córka zawsze była na bakier z zasadami dobrego tonu.

Dotknął włosów dziewczyny, delikatnie i ostroż­nie, jakby się bał ją spłoszyć...

- Przykazałem sobie szczerość, moja miła - dodał miękko. - I szczerość nakazuje mi przyznać, że nie jesteś małą dziewczynką, tylko kobietą. Mężczyzna we mnie pożąda tej kobiety...

Jeszcze nie wierzyła. Czytał w jej twarzy wszyst­ko to, czego dotąd mógł się jedynie domyślać. Twarz Heleny potwierdzała prawdziwość słów, które wy­rzekła. Jeszcze ją powstrzymywał, chwycił za nad­garstki, nie mocno, lecz stanowczo.

- Nie musisz przyjmować takich warunków, Hele­no - ostrzegł ją. - Nie zadowolą kobiety takiej jak ty. Poczekaj, co ci powiem. Zajrzałem do własnej duszy i dostrzegłem więcej. Nie uważam cię za dziecko, jesteśmy sobie równi. Lubię cię, lubię osobę o imieniu Helena. Moje ciało pożąda kobiety. Na większą szcze­rość wobec siebie nie potrafię się zdobyć. Tak wyglą­da naga prawda. To nie namiętność właściwa mło­dzieńczemu wiekowi, gorąca i płomienna. Nie kocham cię, miłość to nie płaszcz, który bezmyślnie zdejmuje się i zakłada. Lubię cię, bardzo cię lubię. I szanuję. De­cyzja należy do ciebie. Tyle mogę ci ofiarować. Wiem, że znacznie mniej, niż dostanę w zamian...

- Więc chcesz mnie? - spytała z niedowierzaniem. - To właśnie usiłujesz mi powiedzieć? Jeśli ja zechcę cie­bie?

Reijo skinął głową.

- Tak - odrzekł z całą powagą, na jaką go było stać. - Myślałem wiele, wypływając na fiord. Życie jest krótkie, wiek nie ma znaczenia. Liczy się tylko to, co tkwi w nas. Tak, Heleno, pragnę cię mieć u swego boku, jeśli się zgo­dzisz. Nie mogę obiecać, że cię pokocham, bo nie potra­fię rządzić tym uczuciem. Zawsze jednak będę trakto­wać cię z szacunkiem i zawsze darzyć sympatią. Mam poważne zamiary, nie usiłuję wcale wkraść się do two­jej alkowy. To oświadczyny, Heleno.

- Przecież jestem zamężna!

- Nikt tutaj o tym nie wie - odrzekł - a ja ani sło­wem nie wspomnę pastorowi. Naprawdę nie jesteś nic winna swojemu mężowi. Zupełnie nic. Zasługu­jesz na lepsze życie.

Helena pomyślała o obietnicy, którą kiedyś złożyła. Nie lubiła łamać obietnic.

- Nie urodziłaś się po to, by zostać czyjąś konku­biną - dodał.

Był wszystkim, czego pragnęła. Miała go w zasięgu ręki. Wystarczyło tylko wyciągnąć dłoń i powie­dzieć tak.

- Chcę - powiedziała głośno i wyraźnie. Pamięta­ła, że kobiety tego rodu są silne.

Reijo objął Helenę i poszukał jej ust. Potem nie­chętnie wypuścił z objęć. Spojrzał na dopalającą się świecę.

- Pora na nas - rzekł. Przysunął policzek do policz­ka dziewczyny i oboje patrzyli, jak płomyk dogasa i niknie. - Będę trzymał cię w objęciach - dodał chra­pliwie - ale nie uczynię nic więcej. Zbyt wiele złego zdarzyło się dzisiaj. Nie chcę, by wspomnienie naszej pierwszej nocy kojarzyło się ze smutkiem i żalem.

Helena tuliła go mocno. Wiedziała, że nie ma ta­kich mężczyzn jak Reijo. Był tylko jeden - w jej ra­mionach.

15

Mężczyźni z osady przeszukiwali fiord codziennie aż do nowego roku. Nic nie znaleźli. Ciało nie wypłynęło na brzeg. Patrik zniknął bez śladu. Wchłonęła go nicość.

Ida i Helena pilnie śledziły poszukiwania przez okienko w głównej izbie.

- Tego właśnie chciał - powiedziała Ida z naci­skiem. Nie przyszedł do niej we śnie.

Jakby Patrik Jonsson nigdy nie chodził po tym świecie.

Ida czuła się znacznie lepiej. Wysypka nie była do­kuczliwa, tak jak przypuszczał Patrik.

Wyzdrowiała, kiedy czerwone krostki pokryły skórę aż do kolan.

Poprzedniego dnia przywieźli Mikkala i Raiję z do­mu nad rzeką. Dzieci tryskały zdrowiem, tylko tęsk­nota za matką dała się im we znaki.

A Ida nie mogła pojąć, że wytrzymała bez nich tak długo.

Guzik Patrika leżał na półeczce nad drzwiami. Na wszelki wypadek, gdyby chłopak jednak wrócił.

Helena obracała go w palcach i zamyślona przyglą­dała się Idzie. Wzrok Idy był jak wzrok Reijo. Helenie nie mogło się to pomieścić w głowie, Ida, nieomal starsza siostra, była córką człowieka, którego darzy­ła miłością.

Przypomniała sobie słowa, które teraz dopiero wy­dały się jej niezrozumiałe.

- Tego dnia kiedy zniknął Patrik - zaczęła - kaza­łaś mi zatrzymać guzik. Powiedziałaś, że mi się nale­ży, że jestem mu najbliższa. Nie znałam Patrika. Z to­bą rozmawiał najczęściej, w tobie się zakochał. Zo­stawił guzik dla ciebie.

Ida wolno pokręciła głową.

- Patrik opowiedział mi swoje życie. Wspomniał o matce, mądrej kobiecie, uwiedzionej za młodu przez możnego pana. Ten mężczyzna wydał ją za mąż, ale Patrik Jonsson nie był synem Jona. Bogacze rzadko przyznają się do bękartów. Patrik pochodził z zachodniego brzegu rzeki Tome, ale twierdził, że woda nie mogła powstrzymać nikogo, kto by chciał ją przekroczyć...

Helena słuchała z uwagą, usiłując złożyć z tych słów logiczną całość.

- Powiedziałaś kiedyś, Heleno, że Patrik ci kogoś przypomina, że odnajdujesz w jego twarzy znajome rysy. Ja też to dostrzegłam, w ułamku sekundy, gdy zamykał drzwi. Z profilu przypominał ciebie...

- Nie - szepnęła Helena i odwróciła wzrok na srebrny guzik. - Tak - dodała po chwili.

- Sądzę, że był twoim bratem.

- Oczy ojca. - Helena pobielała na twarzy. - Jego czoło i podbródek... Kto wie... Wymienił jego nazwi­sko? - dodała ostrzej.

Ida potrząsnęła głową.

- Nie. Nie wspomniał nawet nazwiska matki. Ani nazwy wsi. Starannie pozacierał ślady...

Może uczynił to dla Heleny.

Wiedział, że Ida w swej przenikliwości domyśli się wszystkiego, ale przyzwoitość kazała mu pominąć szczegóły.

Helena nie powracała do przeszłości, też starała się wymazać ją z pamięci.

Opowiadając o sobie, Patrik ujawniłby tajemnice Heleny.

- Wielki Boże, życie to przedziwna mozaika!

- Musiałam ci to powiedzieć, zanim zaczniesz ży­cie od nowa. Musisz rozliczyć się z czasem minio­nym, nim zostaniesz gospodynią na cyplu.

Helena uśmiechnęła się promiennie.

- Wciąż nie mogę uwierzyć - wyznała. - Codzien­nie rano muszę spojrzeć na niego, by się upewnić. Za­wsze budzę się wcześniej. Chyba się boję, że go nie będzie i wszystko okaże się snem.

- Wciąż jest... chłodny? - spytała Ida świadoma, że dotyka drażliwej kwestii.

Helena pokiwała głową.

- Powinnam była go uwieść pierwszej nocy. Wte­dy sobie wypił...

- To objaw szacunku - pocieszała ją Ida. - Ojciec ma zasady, wszystko się odmieni, kiedy się pobierze­cie. Pewnie wciąż nie może zapomnieć o Patriku.

Helena skinęła ponownie. A jednak czuła żal do Reijo. Twierdził, że jej pożąda.

Codziennie spała w jego łóżku, otoczona jego ra­mionami.

Mimo to nie tknął jej, nie w ten sposób.

Teraz i w Helenie zbudziło się pożądanie. Miała Reijo blisko siebie, ale tylko w fantazjach stawała się jego kochanką.

Bała się uczynić pierwszy krok.

Była przyzwoitą kobietą, nie żadną ladacznicą. Tylko ladacznice dopraszają się miłości.

Knut i Reijo dobili do brzegu i ruszyli w górę wzgórza ku domowi. Szli obok siebie, depcząc po śla­dach Patrika, które do tej pory pozostawały nietknię­te.

Dali za wygraną.

Ida wstawiła dzbanek z kawą w palenisko, zamiast wieszać go na haczyku. W ten sposób płyn grzał się szybciej.

- Nie znajdziemy go - oznajmił Knut i usiadł za stołem. Wodził wzrokiem za Reijo i Heleną.

Dziewczyna pospieszyła, by uwolnić Reijo od kurtki, a on pogładził ją delikatnie po policzku.

Ten widok obudził w Knucie wspomnienia. Miał dość lat, by pamiętać.

Ida rozlała kawę do kubków.

Wtedy Knut podzielił się nowinami.

- Wyjeżdżamy z Anjo - powiedział. Patrzył na Idę. Reijo widocznie znał już ich plany.

- Wyjeżdżacie? - zdumiała się Ida.

- Tak, przenosimy się. Wolno pokręciła głową, jakby nie chciała słuchać, jakby nie była w stanie zaakceptować słów brata.

- Przecież macie wszystko - zaoponowała. - Dom, ziemię, nas... Tu są wasze korzenie.

Knut uśmiechnął się tak, jak tylko on potrafił. Ro­zumiał obawy Idy, nie chciała go utracić. Kochał swą młodszą siostrę, ale Anjo i synek znaczyli więcej w je­go życiu.

- Dom i ziemia nas nie wiążą Przynajmniej nie w ta­kim stopnia - Te słowa nie pasowały do Kmita. Miał sza­cunek dla ziemi i domu. - Nic już nie będzie jak dawniej.

Ida pomyślała o Sturem i jego towarzyszu, o Emi­lu i parobkach z osady, którzy zbezcześcili domo­stwo Knuta i Anjo.

- Kto wie, czy poborcy podatkowi nie zechcą wró­cić - dodał Knut. - Rozmawialiśmy wiele z Anjo i obo­je jesteśmy tego samego zdania. W te ściany wkradł się jakiś chłód. Dom przestał przynosić nam radość.

- Dokąd pojedziecie? - spytała głucho. Zrozumia­ła, że brat i jego żona już się zdecydowali. - Przecież nie do Alty?

Przekrzywiła głowę i spojrzała na Knuta. Wiedzia­ła już, że będzie za nim tęsknić. Codzienną obecność bliskich zaczyna się cenić, kiedy się ich utraci.

- Postąpimy inaczej niż wszyscy, Ido. - Uśmiechnął się. - Pojedziemy do Finlandii. Dobrze mieć siostrę w wyższych sferach... - dodał, puszczając do niej oko.

Opowiedziano mu, jak Ida posłużyła się tym argu­mentem w utarczce z poborcami.

- A dom? A ziemia? - Głos Idy nabrał ostrości: - Nie wolno ci sprzedać gospodarstwa Emilowi! Sły­szysz mnie, Knut? Tak jej pożąda, że gotów był spi­skować za twoimi plecami.

Knut znów się uśmiechnął.

- Emil nie dostanie nic - obiecał. - Wymyśliliśmy bardzo przebiegły plan - dodał z błyskiem w oku. - Nigdy już nie przyjdzie mu ochota, by dybać na tę własność. Nigdy nie przyjdzie mu do głowy, by uczy­nić coś niecnego. Ida nie zrozumiała.

- Chcemy dać ją tobie i Sedolfowi. Ida straciła dech z wrażenia. Otworzyła usta, ale brat nie dał jej dojść do słowa.

- Znamy dumny charakter Sedolfa i wiemy, że upatrzyliście sobie grunt pod przyszły dom. Nasze miejsce jest jednak znacznie urokliwsze, będziecie mieć wszystko, co potrzebne dla ludzi i inwentarza. Jesteś jedyną osobą, której Emil nie poważy się nic ukraść. A twoje korzenie też tkwią mocno w tej zie­mi, Ido. Jeśli jeszcze nie zdołałem cię przekonać - do­dał, mrugając przekornie - to powiem, że zawsze by­łaś moją ulubioną siostrzyczką.

Ida zarzuciła mu ręce na szyję i rozpłakała się.

- Wstyd mi się cieszyć, skoro wyjeżdżacie, ale zga­dzam się. Przejmę gospodarstwo. - Usiadła na skra­ju stołu i dodała: - Pod jednym warunkiem.

- Jakim?

- Jeśli mi powiesz, gdzie schowałeś resztę złota. Nie mam zielonego pojęcia, co z nim zrobiłeś.

- Pamiętasz chatę? Tę, którą ojciec i Reijo posta­wili, by szukać złota?

Ida pamiętała.

- Że też sama na to nie wpadłam - powiedziała. - Odnajdziesz ją?

Skinął głową.

- Myślisz, że wyjadę, nie zabrawszy spuścizny po ojcu?

- Zawieziesz Mai broszę - postanowiła Ida. - I list.

Obiecaj mi, że wypytasz ją o Ailo! I napiszesz mi o wszystkim.

Była poważna. Knut przyrzekł solennie, że spełni jej prośbę.

- Nie wyjedziemy przed nowym rokiem. Masz mnó­stwo czasu.

Nadeszła ostatnia noc roku.

Nowy rok tysiąc siedemset pięćdziesiąty nadejdzie z nastaniem świtu. Helena leżała w ramionach Reijo. Miała na sobie flanelową koszulkę skromnie zapiętą pod samą szyję.

Dłoń położyła na obnażonej piersi Reijo.

- Dom opustoszeje, kiedy Ida przeniesie się nad rzekę.

- Tak, będzie mi brakować dzieci - przyznał Reijo. - Wprowadzają tyle ożywienia. Ale Ida zasługuje, by być na swoim.

- Śmiech dzieci może znów rozbrzmiewać w tych ścianach - powiedziała ledwie słyszalnie.

Ścisnął ją mocniej za ramię.

- Boję się nawet myśleć o tym - odrzekł po dłuższej chwili, ale w jego głosie nie było sprzeciwu. - Minęło już dwadzieścia lat od chwili, kiedy zostałem ojcem. - Roześmiał się cicho. - Będzie nam dobrze, Heleno. Zo­staniesz panią w domku na cyplu.

I dorzucił z namaszczeniem:

- Helena Elsa Christina Kesaniemi. Serce Heleny napełniło się radością. Tylko to na­zwisko chciała nosić.

Wywinęła się z objęć Reijo i usiadła. Nagle poczu­ła się silna, dodał jej odwagi tymi słowami.

- Chcę, byś kochał się ze mną - oznajmiła, nie od­rywając odeń spojrzenia. - Nie wytrzymam dłużej. Kocham cię i chcę cię całego. Mężczyznę, ciało, du­szę... Mam duże wymagania.

Reijo otworzył usta ze zdziwienia.

Wstrzemięźliwość nie przyszła mu łatwo. Nie chciał jej zrazić.

Domyślał się, że życie z Curtem było dla niej jed­nym pasmem udręki.

Bał się obudzić złe wspomnienia.

Teraz pociągnął ją ku sobie, zamknął w ramionach i pieścił wzrokiem.

Dzielili łoże od kilku nocy. Reijo miał wrażenie, że zna jej ciało, choć jeszcze go nie dotknął.

Ucałował wargi dziewczyny. Lekkie krople desz­czu z nieba latem. Potem rozchylił je ulewą gorących pocałunków.

Poddała mu się, otworzyła usta. Reijo odsunął się na chwilę, by przyjrzeć się kochance w słabym bla­sku lampy.

- Jesteś taka piękna, Heleno. Pocałowała powietrze. W jej oczach był śmiech i były łzy. Rozwiązał tasiemki i zdjął z niej koszulkę. Już kiedyś widział rany na jej ciele. Wtedy nie była jeszcze kobietą, której pożądał. Teraz przesunął pieszczotliwie palcami po śladach, które zostawił nóż szaleńca.

- Ładnie się zrosły - powiedział łagodnie i dotknął blizn wargami.

Czekała w napięciu. Bała się wzgardy. A on patrzył z czułością.

Pocałował piersi, a skóra różowiła się pod doty­kiem jego warg.

Potem rozplatał lniany sznureczek, którym wiąza­ła w pasie lekkie spodenki wykończone koronką pod kolanami.

Helena zaczerwieniła się, ale jej tęsknota nie osłabła.

Widziała, że jej pragnie, i jeszcze bardziej pokra­śniała na twarzy.

Reijo zdjął spodnie i rzucił je na podłogę. Widok splątanej bielizny wydał się jej zawstydzający.

Wsunął się na nią, spletli się ramionami, szukając ust.

Był delikatny. Dokładnie taki jak w snach i marze­niach.

Helena przywykła do gwałtowności, do perwersji i brutalnej siły.

Nie znała prawdziwej miłości.

W ramionach Reijo była dziewicą. Nie ośmieliła się wyrzec tego słowa, ale Reijo pojmował w lot jej myśli.

Traktował ją tak, jak należy traktować dziewczy­nę w pierwszą miłosną noc.

Kierował ruchami jej dłoni, odkrywał przed nią ra­dość dawania.

Ciało Heleny zaczęło poruszać się w zakazanym rytmie, tym, którego broniło jej dotąd ostrze noża.

W nieprzyzwoitym rytmie.

Ale Reijo nie nazywał jej ladacznicą.

Reijo spijał wargami łzy, które spływały spod jej powiek.

Reijo mówił jej, że jest piękna.

Reijo czekał, aż będzie gotowa.

I pytał, czy lubi pieszczoty, nie spodziewając się twierdzącej odpowiedzi.

Chciał prawdy.

W miłości i pożądaniu pozostawał szczery i tro­skliwy. Kiedy otworzyła się dla niego, kiedy przykrył ją całym ciałem i połączył się z nią, to tylko dlatego, że oboje pragnęli tego równie mocno.

Szmaragdowe spojrzenie było jasne.

Śledził rysy jej twarzy, czytał z nich jak z otwar­tej księgi, panował nad sobą, póki nie otworzyła sze­roko oczu i po raz pierwszy doznała spełnienia w ra­mionach mężczyzny.

Dopiero wtedy dał się unieść pożądaniu, zasypał ciało dziewczyny pocałunkami i sięgnął po rozkosz.

Potem leżał przy niej, ociężały, rozgrzany miło­ścią. Przy młodej dziewczynie z innego świata.

Różniło ich wiele, znacznie więcej wiązało ich ze sobą.

- Jesteś mi bardzo droga, Heleno - powiedział Re­ijo Kesaniemi.

- Kocham cię - odrzekła i przytuliła policzek do piersi kochanka.

- Skończyły się mroźne noce - dodał i zamknął jej usta pocałunkiem.

 


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

XIX Tajemnicza nieznajoma

sobota, 04 sierpnia 2012 21:29

1

Po lecie owego 1749 roku jak zwykle nadeszła je­sień. Las sposobił się do przywdziania złotej szaty. Zielone korony drzew upstrzyły się już tu i ówdzie złocistymi plamami. Słoneczne promienie jakoś ina­czej oświetlały okolicę, a i fiord nie mienił się już tak szmaragdowo jak letnią porą.

Niebo przegląda się w wodach fiordu niczym w zwierciadle, pomyślała Ida, sadowiąc się z robótką na schodach prowadzących do chaty. Teraz jest bla­de, rozmyte, jak gdyby ktoś pozbawił je mocnych od­cieni. Niemal równie bezbarwne jak goniące się chmury. Choć posępne i nieco chłodne, nie ma w nim wrogości. Raczej zdawać by się mogło, że celowo usu­nęło się w cień, przekonane, iż lazur obok intensyw­nych kolorów jesieni, jakimi wnet okryje się natura, to zbyt wiele naraz. Przyroda nie lubi przesady.

Ida machinalnie sięgnęła po szarą wełnę i zabrała się za dzierganie grubych skarpet. Uznała, że rękawic, któ­rych już nagromadziła pełen kosz, powinno wystar­czyć. Szara włóczka przesuwała się jej między palcami.

Dni na cyplu dłużyły się nieco, szczególnie teraz, kiedy została sama i tak rzadko gdzieś wychodziła. Przy dwójce małych dzieci wciąż trzeba było się uwi­jać. Mała Raija i Mikkal skończyli właśnie pół roku i ciągle się domagali obecności mamy. Tym bardziej że tylko ją jedną mieli.

Ida wzdrygnęła się. Trochę zmarzła w cienkim kaf­tanie narzuconym na ramiona. Było późne popołudnie. Mimo że rześkie powietrze wydawało jej się ożywcze, gdy trochę dłużej siedziała na dworze, dokuczał jej chłód. Potrzebowała jednak tej chwili wytchnienia.

Dwa małe trolle już spały.

Nie karmiła ich piersią, straciła pokarm. Czuła do siebie żal, że nie sprostała roli matki. Anjo tłumaczy­ła, że wielu kobietom pod wpływem zmartwień pier­si przestają napełniać się mlekiem, i radziła, by Ida się tym nie zadręczała. Łatwo powiedzieć! Anjo kierowa­ły niewątpliwie szczere intencje i jej rady płynęły pro­sto z serca, ale czy ona mogła wczuć się w sytuację Idy? Anjo miała męża, który chętnie ją wspierał w co­dziennych kłopotach i z którym mogła się podzielić najmniejszym problemem. Ida zaś była sama. W jej głowie kłębiły się myśli, z których nie potrafiła się zwierzyć nikomu, bo dotyczyły tylko jej i Ailo, i uczucia, jakie ich łączyło. A co komu do tego.

Niekiedy odwiedzał ją Emil. Ale po wyjeździe Re­ijo nie zachodził zbyt często. W miarę upływu czasu stał się bardziej ostrożny. Obawiał się ludzkiego ga­dania. Gdy uganiał się za Idą, aż huczało od plotek, a teraz, kiedy została sama z dwojgiem dzieci, miesz­kańcy wioski kpili z niego w żywe oczy.

Co innego Sedolf.

Ida, myśląc o nim, mimowolnie przerwała dzierga­nie. Przypomniała sobie, jak uśmiechając się do niej swymi dobrymi oczami, prosił, by dobrze się zasta­nowiła, nim przyjmie oświadczyny Emila. Sam nigdy nie wyznał, co o niej naprawdę myśli, ale mimo to na swój sposób lubiła go.

Od wiosny właściwie częściej przebywał poza wioską niż w rodzinnym domu. Jednak zdążył na chrzest jej ma­leństw, dumny jak paw, że poprosiła go na ojca chrzest­nego. Ludzie oczywiście i o tym plotkowali, a Emil zgrzytał zębami, że Ida nie zwróciła się do niego.

Mieszkańcy wioski gadali z przekąsem, że Sedolf udaje wielkiego pana. Tak jakby było coś złego w tym, że ciężko haruje i oszczędza.

Ostatnio widziała go na początku lata. Wpadł jak po ogień, zakręcił się z nią wokół izby, mówiąc, że to jego jedyny taniec w tę noc świętojańską, ale zaraz dodał, że wcale nie jest mu tęskno do zabawy.

Później Ida się dowiedziała, że nie świętował z resz­tą młodzieży. Z jednej strony sprawiło jej to przyjem­ność, z drugiej zaś trochę było jej przykro. Nie chciała, by przez nią ktoś musiał z czegoś rezygnować. Nawet Sedolf, choć on uczynił to nader chętnie.

Dokończyła rząd i podniosła kłębek. Uśmiechnęła się zmęczona i odgarnęła z czoła rudy lok. W głębi serca od­czuwała straszliwą tęsknotę, której nie potrafiła nazwać.

Dni upływały jej monotonnie, jeden podobny do drugiego. Tyle miała pracy! Wszystko było na jej gło­wie. Inwentarz... w ciepłej mrocznej oborze spędzała wiele godzin. Oby tylko ojciec wrócił, nim nadejdzie pora sprowadzenia owiec z górskich pastwisk! Jeśli nie zdąży, będzie musiała prosić o pomoc Knuta, bo ko­go innego? A on przecież dość miał własnych spraw.

Dzieci... Przewijanie i kąpiel. Zapach pieluch, któ­re wygotowywała w kotle, wżarł się w ściany. Pielusz­ki łopotały na wietrze niczym żagle, unosząc gdzieś daleko myśli Idy, ale nie ją samą.

Dom, pranie, gotowanie, sprzątanie, porządki. Czę­sto przychodziło Idzie do głowy, że życie przecieka jej przez palce jak w balii woda, zamieniając jej delikatne dłonie w twarde, spierzchnięte ręce kobiety.

A przecież dopiero za kilka miesięcy skończy dwa­dzieścia lat. Nadal potrafi ulatywać daleko na szero­ko rozpiętych skrzydłach marzeń.

Uporała się z wieczornym obrządkiem. Zajrzaw­szy do dzieci, pomyślała z nadzieją, że może dadzą jej przespać całą noc, choć dobrze wiedziała, iż z ta­kimi maluchami nigdy nic nie wiadomo. Pewnie da­remnie się łudzi, że nie wyrwą jej ze snu.

Usiadła wygodnie, oparłszy się o ścianę z drewnianych bali. Rozkoszowała się jedną z tych rzadkich chwil, któ­re miała tylko dla siebie. Trudno jej było sobie wyobra­zić, że niektórzy ludzie siedzą z założonymi rękami i nie muszą nic robić. Sama wiodła bardzo pracowite życie.

Rozmarzyła się i przeniosła myślami z powrotem do utraconej bezpowrotnie rzeczywistości.

Nie słyszała koni ani skrzypiących żałośnie kół. Nie ocknęła się, gdy zatrzeszczały wrota stajni. Zbu­dził ją dopiero hałas dobiegający od strony paleniska. Swojskie odgłosy podkładania drewna do ognia. Otworzyła oczy, ale gdy ujrzała przyklękającego przy piecu ojca, zdawało jej się, że nadal śni.

- Tato?

Reijo uśmiechnął się i porwawszy córkę w ramio­na, uściskał ją serdecznie.

- Jak dobrze jest wrócić do domu - powiedział, sa­dzając ją z powrotem przy stole.

- Znalazłeś Maję? Jak się jej wiedzie? A Heino? Z nim też wszystko dobrze? Jak ci upłynęła droga? Chyba nie pokonywałeś dziennie zbyt dużych odcinków?

Pytała o wszystko, tylko nie o to, co najbardziej ją nurtowało. Reijo wiedział o tym i nie zamierzał ni­czego przed nią ukrywać.

- Maja powiedziała, że Ailo nie żyje. Podobno brał udział w jakiejś akcji bojowników o wyzwolenie Fin­landii spod szwedzkiego jarzma. Na okręcie, który zaatakowali, wybuchł pożar.

Ida przełknęła ślinę.

- Był razem z mężem Mai.

- Razem z Heino? To do nich podobne - odezwa­ła się z chrapliwym śmiechem. - Zupełnie jak dzieci...

- Nie, nie z Heino. Heino także nie żyje. Maja wy­szła ponownie za mąż...

Te wieści całkiem zbiły Idę z nóg.

Reijo, oparłszy się o gładki blat stołu, opowiedział o wszystkim, czego się dowiedział o Mai, jej synu, o Heino, o pożarze i cierpieniu. Na koniec stwierdził, Że Maja postąpiła słusznie.

Ida przypomniała sobie słowa noaidy o tym, że ogień przysporzy jej najbliższym wiele bólu.

- Nie potrafię sobie wyobrazić Mai takiej, jaką ją opisujesz - wyznała.

- Mnie też przychodzi to z trudem - westchnął Re­ijo. - Mimo że przecież widziałem ją na własne oczy. Słyszałem szelest jej sukien, Ido. Obserwowałem, jak układa kwiaty w wazonach ze starej chińskiej porcela­ny, jak bez zmrużenia powieki, wydaje polecenia służ­bie. To była nasza Maja, a zarazem ktoś zupełnie obcy...

Pokręcił głową, a jego oczy przygasły, tak jakby stracił coś cennego.

- Zawsze byliśmy sobie tacy bliscy, a teraz brakowa­ło mi odwagi, by szczerze porozmawiać o motywach jej postępowania. Jak mi Bóg miły, lękałem się tego.

Wstał i sięgnął po kurtkę. Z wewnętrznej kieszeni, którą Ida mu wszyła przed wyjazdem, wyjął jakiś przedmiot i położył przed córką na stole.

Liche światło parafinowej lampki nie oświetliło dokładnie błyszczącej ozdoby. Ida przełknęła ślinę.

- Maja powiedziała, że on nie żyje. Nie pozostał po nim nawet grób. Nic, po prostu nic.

- Kiedy to się stało? - zapytała Ida, chwytając pal­cami, zawieszony na łańcuszku złoty pierścionek z fi­gurką ptaszka. Poczuła w dłoni chłodny metal.

- Zeszłego lata, Ido. Ida zapatrzyła się przed siebie nieruchomo, widząc jedynie gęsty mrok. Ciemna ściana odgradzała ją od świata. Dziewczyna nie płakała. Nie była w stanie. Sa­ma sobie na to nie chciała pozwolić. Wiedziała, że musi się pogodzić z wiadomością o śmierci męża, choć to takie bolesne.

Potarła skrzydełkami złotego ptaszka o swój poli­czek. Poczuła jedynie chłodny metal, nie mogła wyczuć zapachu Ailo. Z trudem potrafiła sobie wyobrazić, że jego dłonie dotykały tej ozdoby, że ją wytworzyły.

Rok?

Dlaczego Maja nić przysłała żadnej wiadomości?

Ida wbiła wzrok w ojca, zmuszając go, by spojrzał na nią. W jego zielonych oczach dostrzegła płomień.

- Dlaczego nas nie zawiadomiła? - zapytała. - Przecież tylu handlarzy przybywa w te strony w porze jarmarków. Mogła kogoś poprosić, by przekazał nam wiadomość!

Idę ogarnął ów cień wątpliwości, którego i Reijo nie mógł się pozbyć. Maja nigdy wcześniej nie kłama­ła mu w poważnych sprawach. Taiła jedynie gwał­towne, beznadziejne uwielbienie dla jego osoby...

Znał ją dobrze i wyczuł, że kiedy mówiła o Ailo, coś było nie tak. Przekazując jednak córce wisiorek, powtórzył jej wyjaśnienie Mai.

Ida zaś zadała mu to samo pytanie, które i jemu nie dawało spokoju. Odpowiedział jej tak, jak to so­bie sam wytłumaczył.

- Mai było strasznie ciężko. Straciła Heino i wszyst­ko, co posiadała...

To prawda.

- Ale przecież kiedyś przeżywała to samo, co ja teraz - sprzeciwiła się Ida. - Musiała rozumieć, jakie to dla mnie ważne, żeby wiedzieć. Sama ciężko znosiła niepew­ność. Chyba nie stała się aż tak obojętna. A może jednak? Piekielnie szybko znalazła sobie tego nowego męża!

- Pobrali się w kilka dni po pogrzebie Heino - od­powiedział Reijo blady, nadal czując się w obowiąz­ku bronić Mai. Jej jednej nie mógł zdradzić.

Ida zrozumiała, że nawet ona, rodzona córka, nie dorówna nigdy Mai, którą Reijo traktował zawsze jak własne dziecko. Była jego oczkiem w głowie, najbliż­sza mu spośród czwórki rodzeństwa.

- Nowy mąż Mai musiał uciekać z kraju, ale zapew­nił jej utrzymanie i dach nad głową. Bo ona straciła wszystko. Nie potępiaj jej, Ido! Nie zasłużyła na to!

- Cóż, do dziecka potrzeba dwojga - zgryźliwie od­parła Ida. - To znaczy, że łączy ich coś więcej niż zwykła wdzięczność. Poza tym ktoś przeszkadzał szamanowi dotrzeć do Ailo. Nie pytałeś jej o to? Ta­to, przecież nikt inny poza nią nie mógł tego zrobić! Istnieje chyba jakiś powód!

- Zbyt dużą wagę przykładasz do słów szamana. Przecież to zwykły mężczyzna. Nie wszystko, co mó­wi, musi być prawdą. Nie pomyślałaś o tym?

Ida nie odpowiedziała. Grzała w dłoni wisiorek, pozwalała, by zabierał jej własne ciepło. Ptak, symbol wolności i ucieczki. Dzieło Ailo.

- Kochana Ido, powstrzymaj się od osądzania in­nych. Czasami człowiek zapomni się na chwilę i po­zwoli iskierce zapłonąć wielkim ogniem.

Ida spuściła wzrok, przypomniawszy sobie Sedolfa. Mimowolnie ogarnął ją strach, że ojciec wie...

Ale przecież to niemożliwe.

Może tylko zgadywał, nie raz trafiał niebezpiecz­nie blisko prawdy.

Rzeczywiście, ona ostatnia ma prawo potępiać.

Nie ruszając się z miejsca, pieściła dłonią ptaszka.

- Ailo zrobił go dla Mai - wyjaśnił Reijo. - Ale ona uważa, że należy się tobie.

Ida pokiwała głową, powstrzymując płacz.

Patrzyła na ptaszka, głaskała skrzydła. Domyślała się, że Ailo nie wyrzeźbił go, ale odlał w specjalnej formie. Może tak jak odlewa się dzwonki do odświęt­nej uprzęży dla koni. Dokładnie jednak nie potrafiła sobie tego wyobrazić.

Zresztą, czy miałoby to jakieś znaczenie, gdyby wszystko ułożyło się tak jak powinno? Gdyby Ailo istniał gdzieś dla niej? Nie byłoby nawet wówczas ta­kie ważne, by trwał przy niej. Ale jego nie ma! Dla­tego teraz wszystko, co w jakiś sposób się z nim wią­zało, stanowiło dla Idy tajemnicę, którą musi poznać.

- Gdybyś nie pojechał tam, ojcze, nadal byśmy nic nie wiedzieli. Czy Maja z tego powodu nie miała wy­rzutów sumienia?

Reijo wzruszył ramionami. Nie potrafił odpowiedzieć.

- To musi być całkiem inna Maja - stwierdziła Ida, czepiając się tego przekonania tak, jak korzenie wczepiają się w nieurodzajny skalisty grunt. To, że Maja nie próbowała przekazać jej prawdy, zasiało w sercu siostry niepokój.

Gdyby nie Reijo, który zdecydował się na tę po­dróż, nadal trwaliby w niepewności.

Ptaszek stanowił pewnego rodzaju dowód. Słowa Mai także. Ale przecież nie pozostał żaden grób.

- Maja powiedziała, że Ailo nie żyje - powtórzył po raz nie wiadomo który Reijo. I chociaż tyle razy formułował te słowa, nie zabrzmiały w jego ustach ani trochę bardziej wiarygodnie.

W Idzie także wszystko protestowało przed zaak­ceptowaniem tej wieści.

Czy powinna się była domyślić? Gdyby coś złego spotkało Mikkala, jej matka na pewno by to odgadła... Tymczasem ona, Ida, nie odczuwa pustki. Czy to zna­czy, że nie kochała Ailo prawdziwą miłością, skoro nie tknęło jej, że zginął, że już go nie ma wśród żywych?

Do czego to podobne? Oczywiście, że kochała Ailo, kochała go nad życie.

Nie powinna poddać się zwątpieniu. Za wiele roztrzą­sa, rozpamiętuje. Niepotrzebnie zadręcza się myślami.

- To znaczy, że dzieci mają tylko mnie - rzekła z westchnieniem. - Na Boga, tato, nie skończyłam jesz­cze nawet dwudziestu lat, a już czuję się jak staruszka.

- A ja to co, jak myślisz? - przerwał jej zmęczonym głosem. - Wszyscy odchodzą, niektórzy nigdy już tu nie wrócą. Inni tak beznadziejnie krótko żyją. Tylko ja trwam w tym miejscu, ale tak naprawdę nie wiem, gdzie jest mój dom. Patrzę na siebie i nie wiem, czy ta­ki powinien być Reijo Kesaniemi. Tornedalen bardzo się zmieniło, ledwie rozpoznałem tamte okolice. Nie ciągnie mnie już do Finlandii, ale czy moje miejsce jest rzeczywiście tutaj, w Ruiji? Nie potrafię odpowiedzieć.

Ida słuchała go roztargniona. Mimo że siedzieli obok siebie przy tym samym stole, rozkładając bezradnie ręce, ich myśli wędrowały w odmiennych kierunkach.

- Tata maleńkiej Raiji i Mikkala nie wróci! Ani za kilka miesięcy, ani po Nowym Roku, ani nawet za rok. Ailo nigdy nie wróci, bo Ailo nie żyje!

Mówiła beznamiętnym głosem, zapatrzona nieru­chomo przed siebie. Ale nie mieściło jej się to w gło­wie. Wszystko w niej protestowało przed przyjęciem takiej prawdy.

- Nie zostałaś sama - rzekł do niej Reijo. - Jesteś młoda. Maja też powiedziała, że musisz żyć dalej. Nie ma sensu zatracać się w rozpaczy. Minął już rok, Ido. On umarł. Rozejrzyj się wokół, a zobaczysz, że dla wielu spraw warto żyć.

- Mam może postąpić tak jak Maja? - zapytała nie­co zgryźliwie.

- Znam wielu, którzy by cię chcieli - mówił dalej Reijo, nie odrywając wzroku od córki.

Ida uciekła spojrzeniem.

- Ale chyba ja także muszę chcieć - odezwała się zmęczona. - Bo w takim samym stopniu dotyczy to mnie. Mnie i dwojga maleństw!

Wstała i nie wypuszczając z dłoni wisiorka, skie­rowała się do alkierza.

Reijo odniósł wrażenie, że córka porusza się kro­kiem lunatyka. Nie mógł pamiętać, że sam tak wy­glądał, gdy przez wiele długich lat nie dopuszczał do siebie myśli, iż Raija nie żyje. Ida teraz przeżywała coś podobnego.

Cierpiał i współczuł doli córki. Ale wiedział, że ona się z tego otrząśnie. Jest jeszcze taka młoda, ży­cie niejedno ma jej do zaoferowania. Maja ma rację. Nawet tu nad fiordem znalazłoby się wielu odpo­wiednich dla Idy mężczyzn.

Reijo nie od razu poszedł spać. Jeszcze długo w noc jego myśli ulatywały na południe ku krajowi, który choć był jego ojczyzną, tak naprawdę nią nie był, ku Finlandii, gdzie nadal sięgały jego korzenie. Prawdzi­wie głęboko wrosły jednak tu, w tę ziemię nad fior­dem, wiążąc go na dobre i na złe z wybrzeżem. Jego serce biło tym samym rytmem co serce Ruiji.

Myślał też o chłopcu, który otrzymał jego imię i kie­dyś stanie się wielkim panem. Myślał o Mai...

Losy dzieci Raiji toczyły się nieprzewidywalnymi to­rami.

Czuł, że tak naprawdę dopiero teraz stracił Maję. I tego nie potrafił wyjaśnić Idzie.

Zresztą nie chciał składać na barki córki swoich smut­nych, szarych myśli. Wystarczy jej własnych kłopotów.

Zapomniał zapytać Idę, czy Sedolf wrócił do do­mu. Może to i dobrze. Lubił tego chłopaka, ale czuł, że nie powinien na siłę pchać córki w jego ramiona. Kto wie, czy powodowana przekorą nie dałaby się wówczas omamić Emilowi i zgodziła zostać jego żo­ną. A tego Reijo nie chciał. Dostrzegał bowiem w oso­bowości Emila mroczne strony, które mogłyby kłaść się cieniem na tym związku.

Rodzicom zawsze się zdaje, że wiedzą najlepiej, ale przecież nikt nie może żyć cudzym życiem. Nawet oj­ciec nie ma prawa narzucić swojej córce tego, co według niego dla niej najlepsze. Ida była krwią z jego krwi, ale myśli miała własne. Czasami trudno to zaakceptować.

Zgasił lampę i stojąc przez chwilę na środku izby, nasłuchiwał płaczu Idy, która szlochała w poduszkę, by nie obudzić dzieci.

To jest jej życie, pomyślał, jej smutki. Nie może przeżyć tego za nią.

2

Ktoś inny może by się załamał, ale nie Ida. Wiado­mość o śmierci Ailo nie spadła na nią jak grom z ja­snego nieba. Powoli oswajała się z taką możliwością. Często nachodziły ją straszne przeczucia. Teraz przy­najmniej zyskała pewność, że Ailo, umierając, nie cierpiał długo.

Do późnej nocy wylewała łzy w poduszkę i uspo­koiła się dopiero, gdy trzeba było przewinąć Raiję i Mikkala. O poranku schowała wisiorek. Przez chwi­lę pieściła go w dłoniach, dotknęła nim policzka, mu­snęła wargami, ale nie poczuła się przez to bliżej Ailo. Ukryła więc ptaszka ze złota razem z broszką Mai i pozostałym srebrem rodowym.

Na co takie ozdoby prostej kobiecie znad fiordu!

Ida odgarnęła włosy z twarzy i zaczesała je do ty­łu. Ściągnęła mocno i zaplotła ściśle warkocz. Potem zawiązała fartuch i uśmiechnęła się do swojego odbi­cia w szybie.

Maja z pewnością chciała dobrze. Ale żyła w in­nym świecie.

Reijo zdążył już zrobić poranny obrządek. Napalił w piecu, przyniósł wody. Troszczył się o córkę, po­magając w codziennych obowiązkach, które zwykle spoczywały na niej. Wszystko po to, by ją oszczędzić. Ida ceniła to bardziej niż wszelkie słowa pociechy.

Ojciec taki właśnie był, mówił niewiele, ale dbał o nią.

Ida nie po raz pierwszy zapragnęła, by ojciec miał ko­goś bliskiego, kto okazywałby mu ciepło i otaczał czułą troską. Zasługiwał na to bardziej niż ktokolwiek inny.

- Wszystko dobrze? - zapytał przelotnie i pogła­dził jej policzek wierzchem dłoni, od której bił swoj­ski zapach obory.

Kiwnęła głową, wzruszona serdecznością ojca.

Ida, która nigdy nie potrafiła siedzieć bezczynnie, zwłaszcza teraz potrzebowała zająć czymś ręce. Ale po powrocie Reijo, który włączył się do codziennych obowiązków i w niejednym ją wyręczał, nie miała ty­le pracy. Dopadło ją uczucie bezradności. Uciec stąd przecież nie mogła. Krępowały ją niewidzialne więzy konwenansów. Kobiety wyprowadzały się z rodzin­nego domu tylko po zamążpójściu.

- Chodź ze mną na borówki! - zaproponowała Anjo. Żona Knuta nosiła w sobie niewyczerpane pokłady cie­pła. Na nią, tak jak na Reijo, zawsze można było liczyć.

- Nie mogę, dzieci - odrzekła Ida.

Zrywała borówki tylko w pobliżu chaty, kiedy bliź­nięta spały. W piwniczce, gdzie przechowywali zapa­sy żywności, zgromadziła już nawet sporo konfitur.

Reijo pośpiesznie zaofiarował swą pomoc.

- Zaopiekuję się nimi! Towarzystwo trzech małych trolli dobrze mi zrobi.

Anjo przyszła z małym Karlem, który chodził za „Jeilo” jak cień i na krok go nie odstępował.

- Dziadek ich popilnuje - uśmiechnęła się Anjo i mrugnęła porozumiewawczo. - A nam dobrze zro­bi taki krótki wypad. Wystawimy buzie do jesienne­go słońca, posiedzimy na pieńku i poudajemy młode dziewczęta.

Ida dała się porwać tej kuszącej perspektywie. Wyjęła koszyki z kory młodej sosenki wyplecione zręcz­nymi palcami Reijo. Nie każda kora nadawała się na koszyk i trzeba było wyćwiczonego oka, żeby to po­znać. Reijo znał się na rzeczy jak mało kto. To praw­dziwa sztuka, którą niewielu opanowało w takim stopniu. Reijo potrafił wyplatać koszyki tak ciasno, że nie wyciekłaby z nich nawet woda, gdyby ktoś ze­chciał ją przenieść.

Młode kobiety pobiegły do mieniącego się jesien­nymi barwami lasu, ciesząc się perspektywą kilku go­dzin odpoczynku od codziennych obowiązków. Ra­dowały się, że nazbierają czerwonych borówek.

Zawsze robiły coś użytecznego, nawet gdy zdawa­ło im się, że leniuchują.

Minęły pobliskie pagórki porośnięte krzewinkami i zatrzymały się dopiero po dłuższym marszu. Były szczęśliwe, że oderwały się od domowych obowiąz­ków. Zanurzając dłonie w lśniącym zielonym poszy­ciu, przypomniały sobie dzieciństwo. Oskubywały pośpiesznie krzaczki z czerwieńszych niż pulsująca krew byka owoców borówek, a kiedy zakryły nimi dno koszyków, już spokojniej kontynuowały zbiór.

- Pogodziłaś się z tym? - zapytała nieoczekiwanie Anjo i opadła ciężko na kępę, którą oczyściła z bo­rówek. Szeroko rozsunąwszy kolana, postawiła mię­dzy nimi koszyk, i nie zważając na niedbałą pozę, za­częła się objadać owocami.

- Z tym, że Ailo nie żyje? - Ida zamarła na mo­ment i zacisnęła dłonie na uchwycie koszyka. - Po­godziłam się z tym, że nie wróci - odpowiedziała po chwili. - Nie żyje, to zbyt trudne słowo.

Anjo pokiwała głową i zapatrzyła się w niebo na przesuwające się obłoki.

- Dużo myślałam o Mai - przyznała. - O tym, jak po śmierci Heino została sama w obcym kraju, i o tym, jak wcześniej radziła sobie z jego kalectwem.

- Myślę, że nie potrzebujemy jej współczuć - wy­rwało się Idzie zgryźliwie. - Tak mi się wydaje. Wy­szła za mąż zaledwie w kilka dni po pogrzebie Heino.

- Nie bądź taka pewna. Z Mają nigdy nic nie wia­domo. - Anjo włożyła do ust źdźbło trawy. - Zauwa­żyłaś, że i Reijo jest jakiś nieswój? Chyba nie wie tak do końca, co sądzić o jej postępowaniu.

Ida nie zwróciła na to wcześniej uwagi, ale teraz uderzyło ją nagle, że Anjo ma rację. Ojciec odpowia­dał dość zdawkowo, gdy pytała o Maję. Bronił jej, ale nie wyrażał otwarcie swojego zdania.

- Masz żal, że Ailo tam pojechał?

- Może. Nie potrafię zrozumieć, dlaczego to zro­bił. Maja najwyraźniej nie wyjaśniła ojcu powodu, bo nic mi na ten temat nie wspomniał. - Westchnęła. - Czasami odnoszę wrażenie, że Maja jest ojcu bliższa niż ja, a nawet mama.

Anjo milczała. Czyż można było rozmawiać o czymś, co, jak obie czuły, było prawdą...

- Powinnam sama pomówić z Mają - ciągnęła Ida, ściskając w palcach borówkę i rozcierając sok. - Po­winnam usłyszeć to od niej, patrzeć na nią, gdy mi to oznajmia. Rozumiesz? Tyle jest pytań, które chciała­bym jej zadać. Głupich pytań... ale dla mnie wszyst­ko jest ważne. O czym rozmawiali? Jak długie Ailo miał włosy? Co widział i co mu się podobało...

Ida bawiła się warkoczem. Wyjęła spinki i rozpu­ściła rude włosy, rozczesując je palcami. Nie pomy­ślała, żeby zabrać ze sobą z domu grzebień, bo prze­cież ta wyprawa miała inny cel.

- Muszę sobie wyobrazić Ailo, a wtedy może uda mi się zrozumieć...

- Trudno ci będzie żyć, jeśli nie zrozumiesz? - za­pytała ostrożnie Anjo, roztrząsając każde słowo Idy. Pragnęła dogłębnie pojąć jej smutek, złość, rozterkę.

- Żyć? - Ida odstawiła koszyk i wstała. Drobna, jak wszystkie kobiety z jej rodu, zgrabna, ale silna. Roz­łożywszy ręce, odrzekła dobitnie: - A co ja robię, u li­cha?! Jeszcze nie położyłam się w grobie, to znaczy, że żyję. Tylko że nie da się tak po prostu schować wszystkich myśli do kufra. Nie mogę tak zwyczajnie zapomnieć o Ailo albo udawać, że go nigdy nie było. W izbie leżą jego i moje dzieci. Wystarczająco często przypominają mi o tym, że kiedyś żył.

- Dobrze, że się złościsz. Niejedna kobieta na two­im miejscu pogrążyłaby się w rozpaczy, zdając się na powolne umieranie. Ale ty nie jesteś taka.

- Nie - odparła Ida i usiadła wyprostowana. - Ja taka nie jestem. Lubię siebie i chcę dla siebie tego, co najlepsze.

- Czy kobiecie wypada tak mówić? - zażartowała Anjo, uśmiechając się lekko, i dodała z większą po­wagą: - Jesteście z Mają bardzo do siebie podobne. Bardziej niż którakolwiek z was chciałaby przyznać. Dostrzegasz to także?

Ida niechętnie przytaknęła.

- Rzeczywiście, Maja też zawsze jakoś wydobywa się z tarapatów. Ale ja nie mogłabym tak szybko zna­leźć sobie kogoś innego.

- Nie byłabym tego taka pewna. - W oczach Anjo pojawił się błysk. - Zauważyliśmy, że pewien mło­dzieniec dość często odwiedza cypel.

- Emil? Myślisz, że nadaję się na żonę chłopa?

- Nie jego miałam na myśli. Ida zarumieniła się lekko.

- Sedolf da się lubić - odrzekła pośpiesznie. - Ale to za mało, by planować przyszłość u jego boku.

- Sedolf jest miły - uznała Anjo. - Może nie tak na wskroś solidny, jak był Heino, ale mi go przypomina. To jest mężczyzna, któremu można zaufać, mimo że na pierwszy rzut oka wydaje się trochę lekkomyślny.

- Nie szukam mężczyzny, Anjo. Szukam borówek. Ida pochyliła się i na kolanach pilnie obrywała krzaczki z owoców, zatopiona we własnych myślach, które czasem potrafiły być równie natrętne jak bra­towa. Tak naprawdę jednak ukryła spłonione rumień­cem policzki.

Pochłonięte zbieraniem, nie zauważyły dwóch dziewcząt, które oddawały się takiemu samemu zaję­ciu. Omal nie wpadły na ciemnowłosą Henriettę o ru­mianych policzkach i Sofię o blond włosach i błękit­nych zamyślonych oczach.

Sofia, w której postawie wyczuwało się dumę, nie powitała Idy przyjaźnie. Anjo nagle przypomniała so­bie zasłyszaną przypadkiem rozmowę między Knutem a jednym z jego kolegów, Larsem. W natłoku innych spraw zupełnie zapomniała powtórzyć ją Idzie.

- Nie wyglądasz na pogrążoną w żałobie wdowę - wycedziła z fałszywą słodyczą Sofia. - Podobno tym razem to już pewne, że Ailo nie żyje. No cóż, nie każ­demu się zdarza tracić męża wielokrotnie. Można rzec, że masz już wprawę.

Ida odrzuciła głowę do tyłu. Ona także, jeśli tylko chciała, potrafiła być złośliwa.

- Jak możesz tak mówić? - zapytała. - Tak ci do­skwiera zgryzota, że musisz się na mnie wyżywać?

Uważasz, że poniżysz mnie, rzucając mi w twarz ta­kie obraźliwe słowa?

- Emil pewnie pierwszy przyleciał z wyrazami współczucia, co? - ciągnęła złośliwie Sofia, rozgrze­bując stopą borówkowe krzewinki. - Proszę bardzo, bierz go sobie! Żadna inna nie była dla niego dość do­bra! Czasami trzeba zapłacić wysoką cenę za dom i gospodarstwo!

- Nie chcę nikogo. Przynajmniej na razie! - odpar­ła Ida w nadziei, że zostanie dobrze zrozumiana.

Odczuła przykrość, patrząc na Sofię. Były przecież kiedyś przyjaciółkami, niemal najlepszymi. Jaka szkoda, że chłopak, który dla niej niewiele znaczył, położył się cieniem na ich przyjaźni.

- Tak się tylko mówi! - Sofia usiadła demonstra­cyjnie, sugerując, że to Ida i Anjo mają się stąd usu­nąć, bo ona bynajmniej nie zamierza. - Ale nawet ru­dowłosej Idzie, za którą się wszyscy kiedyś uganiali, może być trudno znaleźć męża - szydziła. - Nie wszystkim wystarczy ładna buzia i ponętne ciało. Ta­kie zwykle stają się siennikami, a nie żonami.

Ida wzbiła oczy ku niebu i roześmiała się.

- Dobry Boże. Z jakiego powodu mam słuchać ta­kich bzdur? Czego ty mi, u licha, tak zazdrościsz, So­fia, co? Nic nie poradzę na to, że Emil nie chciał się z tobą ożenić. Nie wiem, czy to przeze mnie, ja w każdym razie nigdy nie czyniłam mu żadnych obietnic. Kochałam Ailo, tylko Ailo! Straciłam go. Szczerze mówiąc, uważam, że nie masz powodu tak mnie obrażać! Choć oczywiście... - Ida wzruszyła ra­mionami: - ...lepiej, że mówisz to prosto w oczy ani­żeli za plecami. Chociaż tyle.

- Emil chce własnych dzieci - ciągnęła Sofia nie zrażona, tak jakby słowa Idy zupełnie jej nie dotyczy­ły. - Chce mieć własnego syna, dziedzica majątku i spadkobiercę nazwiska. Krew z jego krwi i kość z je­go kości. Nie interesują go dzieci spłodzone przez in­nego mężczyznę. Tak się wyraził, wiesz? - Sofia za­śmiała się, widząc, że Ida pobladła. - Opowiada wszystkim, że się z tobą ożeni, bo nad fiordem nie znajdzie piękniejszej od ciebie. Nie przeszkadza mu, że kobieta nie jest dziewicą, o ile jest wdową. Ale dla cudzych bachorów nie ma w jego domu miejsca. Tak jakby brakowało mu izb! W każdym razie wiesz, cze­go możesz się spodziewać. Rozpowiada, że udowod­niłaś, iż możesz urodzić dzieci, i to dwoje naraz. Jest przekonany, że jemu urodzisz trojaczki... Anjo dotknęła ramienia Idy.

- Chodźmy już, Ido, nie potrzebujesz tego słu­chać...

Ida potrząsnęła głową, a jej rude loki zatańczyły w powietrzu niczym ogniste języki.

- Nie daję wiary wszystkiemu, co gadają ludzie. To, co mówiłaś, zupełnie nie pasuje do Emila, które­go znam. Jeśli rzeczywiście ma mi coś do powiedze­nia, chcę to usłyszeć od niego samego. Nie potrzebu­ję pośredników.

- Święta naiwności! - westchnęła Sofia. - Nawet Sedolf to słyszał. Strasznie się wściekł na niego i kazał mu zamilknąć. Uczynił to ze zwykłej przyzwoitości, nic innego się za tym nie kryło.

- Sedolf? - zapytała Ida, która pogubiła się już w tym wszystkim.

- Wrócił do domu, młoda wdówko - wyjaśniła Sofia z fałszywą słodyczą. - Ostatnie trzy noce spędził ze mną.

- To właśnie miałaś na myśli, rozróżniając kobiety sienniki i kobiety żony? - zapytała Ida z miną nie­winiątka. - Powinnaś bardziej uważać, Sofio. Pomyśl, co będzie, jeśli Sedolf okaże się równie wybredny?

Sofia zapomniała prawdopodobnie, że gdy Ida wpadnie w gniew, nie da sobie w kaszę dmuchać i nikt jej nie przegada. Anjo z trudem skryła uśmiech. Lars wspomniał, że po powrocie Sedolfa Sofia do­słownie przykleiła się do niego.

„No cóż, mężczyzna jest tylko mężczyzną! - rzu­cił pobłażliwie i dodał: - Zresztą odkąd umarła mat­ka Sofii, ojciec, zajęty domem i gospodarstwem, nie ma czasu myśleć o cnocie córki. A ona też za bardzo nie dba o swą reputację. Wszyscy o tym wiedzą”.

Anjo zamierzała powtórzyć to Idzie, chociaż nie­łatwo jest przekazywać niezbyt miłe wieści komuś, kogo się kocha.

- Sedolf przynajmniej ma dość rozumu, żeby nie wiązać się z kobietą z dwojgiem rozwrzeszczanych dzieciaków. Mimo że zmusiłaś go, by został ich oj­cem chrzestnym.

Te słowa przekonały Idę, że Sedolf nie zwierza się Sofii. Cóż, jego sprawa, z kim się zadaje. Jej nic nie obiecywał.

- Jeśli Sedolf cię chce, to go bierz - powiedziała Ida, rozkładając ramiona.

- Tak zamierzam uczynić - oznajmiła Sofia, wsta­jąc z miejsca. Patrzyła gdzieś ponad ramieniem Hen­riettę, która trzymała się na uboczu, niemal jak cień, zalękniona, że zostanie wplątana w kłótnię między dwiema koleżankami, które lubiła. Spojrzenie Sofii jednak wystarczyło, by przypomnieć jej, z kim ma trzymać. Po chwili Sofia opuściła demonstracyjnie polankę i zniknęła wśród drzew. Za nią podążyła Henriettę. Żadna z nich nie schyliła się po borówki.

- Biedny Sedolf! - rzekła ze współczuciem Anjo. - Pewnie nie ma pojęcia, jaką przyszłość zaplanowała mu Sofia.

- Jest dorosła, a zachowuje się tak dziecinnie! - od­parła Ida. - Nie sądzisz, Anjo? A może to tylko mnie się tak zdaje? Nie potrafiłabym już snuć takich bez­podstawnych marzeń...

Anjo powoli pokręciła głową.

- Przeżyłaś więcej niż Sofia, Ido. Jesteście równolatkami, ale człowiek szybciej dojrzewa, gdy spadają na niego nieszczęścia. Przemieniłaś się w kobietę, a So­fia nadal jest dziewczęciem. Miesza marzenia z rzeczy­wistością. A to niebezpieczne, najbardziej dla niej.

- A co z Sedolfem? - zaśmiała się Ida szyderczo.

- Sedolf jest dużym chłopcem, potrafi się upilno­wać - odrzekła Anjo.

Miała rację, Ida zdawała sobie sprawę, że nie po­trzebuje niepokoić się o Sedolfa. Ale nagle wyprawa do lasu straciła dla niej swój urok. Chociaż nie na­zbierały jeszcze pełnych koszyków, zapragnęła już wrócić do domu.

- Usadziłaś ją.

Ida pokiwała głową.

- A mimo to czuję niesmak. Nie dość że Ailo nie żyje, to jeszcze muszę wysłuchiwać takich niegodziwości. To obrzydliwe, Anjo. Wstrętne!

Anjo objęła ją i przytuliła mocno. Już miała wypo­wiedzieć słowa pociechy, gdy ciszę przerwał rozdziera­jący krzyk, ulatując niczym przerażony ptak ku niebu.

Rozpoznały głos Sofii i rzuciły się na pomoc, w jednej chwili puszczając kłótnię w niepamięć.

Sofia, odwrócona tyłem, dygotała jak w gorączce, a Henriettę pochylała się nad ziemią. Anjo, najbardziej z nich doświadczona, w jednej chwili ogarnęła sytuację. Zdecydowanym ruchem odsunęła na bok Henriettę.

Ida stała z boku, nieco dalej niż Sofia. Skrzyżowaw­szy ręce na piersiach, wbiła palce w skórę, czując, jak ją parzą przez bluzkę i gruby wełniany kaftan.

Na wilgotnym mchu wśród gęstego poszycia leża­ła młoda kobieta ubrana w samodziałowy kubrak.

- Nie żyje - wyszeptała Sofia drżącym głosem. Ida dawno nie widziała jej takiej poruszonej. Anjo pośpiesznie dotknęła opuszkami palców szyi nieznajomej, nasłuchując jednocześnie, czy oddycha.

- Żyje - odezwała się po chwili. - Ale tętno jest le­dwie wyczuwalne.

Otulając kobietę, uchwyciła spojrzeniem leżący nieopodal duży nóż.

- Tak leżała, kiedy ją znalazłyście? - zapytała. - Ni­czego tu nie ruszałyście?

- Skądże! - żachnęła się Henriettę. - Za nic w świe­cie nikt by nas do tego nie nakłonił!

- Trzeba ją przenieść do wsi, prawda? - odezwała się Ida i poczuła ból w sercu, patrząc na pokaleczo­ną twarz kobiety i poplamiony krwią kaftan, który Anjo tak pośpiesznie zapięła, jakby chciała przed dziewczętami ukryć rany.

- Nie możemy jej same tak po prostu zanieść do wsi - oświadczyła zdecydowanym głosem Anjo. - Bę­dą nam potrzebne nosze i mężczyźni do pomocy. No i wóz zaprzężony w konie. Do naszej chaty stąd nie jest daleko. Knut powinien być w domu.

- Ida biega z nas najszybciej - przerwała jej Henriettę. Sofia już chciała się temu sprzeciwić, ale ugryzła się w język.

- W takim razie biegnij, Ido, a ja się nią zajmę - rzekła Anjo. - Spróbuję utrzymać w niej to ledwo co tlące się życie.

I gdy Ida ruszyła pędem przed siebie, żona Knuta rozpostarła swe opiekuńcze skrzydła nad nieznajomą.

Knut siedział na schodach chaty, i to nie sam. Roz­poznawszy u boku brata znajomą sylwetkę, Ida zwol­niła na moment. Zaraz jednak wzięła się w garść. Nie pora na chimery, kiedy chodzi o życie.

Zdyszana i zarumieniona dobiegła do chaty. Takie­go wyrazu w jej oczach Knut ani Sedolf nigdy jesz­cze nie widzieli. Ściągnięte brwi, przypominające kształtem ptasie skrzydła, złączyły się u nasady nosa. Twarz wyrażała bezdenną rozpacz.

- Anjo z małym Karlem miała być u was! Dotarli? - spytał brat.

Ida przytaknęła zdyszana, z trudem łapiąc oddech. Dawno już nie biegała. Po porodzie i karmieniu jej ciało było ociężałe. Odgarnęła włosy z twarzy. Nie patrzyła wprost na Sedolfa, zarejestrowała jego obec­ność ledwie kątem oka.

- Kobieta w lesie - wydobyła z siebie z trudem, bo złapała ją zadyszka. Czuła łomot w skroniach. Do­myślała się, że jej twarz płonie, i wyobrażała sobie, że wygląda okropnie. - Tata opiekuje się dziećmi, a my z Anjo zbierałyśmy borówki. I nagle usłyszały­śmy krzyk Sofii. Pobiegłyśmy w tamtą stronę i zna­lazłyśmy ją. Wygląda okropnie, Knut. Twarz ma tak okaleczoną, że trudno rozpoznać rysy. Pojęcia nie mam, ile może mieć lat. Obok leży nóż z zaplamionym krwią ostrzem. Zdaje się, że ona krwawi. Anjo zakryła ją kaftanem, jakby coś chciała ukryć...

Knut chwycił Idę za ramiona.

- Spokojnie, Ido, spokojnie! Jesteś zdenerwowana, mówisz nieskładnie. Nic nie rozumiem. Mówisz, że znalazłyście w lesie jakąś kobietę?

Ida pokiwała głową.

- Podaj wódkę - rzucił Knut do Sedolfa przez ra­mię. - Stoi za schodami do obory.

Sedolf wstał i skierował kroki we wskazanym kie­runku. Ida odruchowo popatrzyła na niego. Znów ma za długie włosy, przemknęło jej przez myśl, tak jak­by to w ogóle ją obchodziło.

Szybko wrócił z glinianym gąsiorkiem i przyłożył jej do ust. Ida przełknęła i popatrzyła prosto w brą­zowe oczy, które pociemniały tak, że wydawały się prawie czarne. Dostrzegła w nich powagę i troskę. Zaraz jednak cofnęła spojrzenie, zakrztusiwszy się mocnym trunkiem. Sedolf umieścił gąsiorek na scho­dach. Sam nadal stał, ani na chwilę nie odrywając wzroku od Idy.

W końcu usłyszeli całą historię. Dziewczyna zata­iła jedynie sprzeczkę, do której doszło pomiędzy So­fią a nią.

- Tę kobietę musiał napaść ktoś znacznie od niej silniejszy. - Ida wykrzywiła twarz, przywoławszy w pamięci ów ponury obraz. Wszelkie okrucieństwo przyprawiało ją o mdłości.

- Bierzemy drzwi i wóz! - rzucił Sedolf. - Podje­dziemy najbliżej, jak się da.

Knut oddalił się pośpiesznie, żeby wszystko przy­gotować.

- Wróciłeś? - zapytała Ida niezbyt rezolutnie, nie patrząc na Sedolfa.

- Nie opuszczam wioski na zbyt długo - odpowie­dział wymijająco.

- Słyszałam od Sofii, że jesteś w domu. Zabrzmiało to dość wymownie, choć Ida nie mia­ła zamiaru czynić mu wyrzutów.

- Knut powiedział mi właśnie, że przypuszczenia, iż Ailo nie żyje, okazały się prawdziwe. Bardzo mi przykro! Zasługiwałaś na to, żeby go odzyskać.

Ida pokiwała głową.

- Nie zawsze dostajemy to, na co zasługujemy - od­parła i tym razem spojrzała na Sedolfa. W tych słowach także kryło się drugie dno. - Zostaniesz teraz w domu?

Wzruszył ramionami.

- Nie ma tu dla mnie miejsca. Nic nie układa się tak, jak bym chciał.

- Sądząc po tym, co mówiła Sofia, wydaje się, że jest wręcz przeciwnie. - Ida nie mogła się powstrzy­mać od uszczypliwości, chociaż zdawała sobie spra­wę, że to dziecinne.

- Sofia wie tylko to, co chcę, żeby wiedziała - rzu­cił krótko i wkładając do kieszeni zaciśnięte pięści, od­wrócił się plecami. Było coś wrogiego w jego postawie.

Knut przyprowadził konia.

- Powinnaś, Ido, zostać tu i odpocząć trochę - po­wiedział. - Obawiam się jednak, że musisz z nami je­chać i wskazać miejsce.

Ida wspięła się na wóz, udając, że nie widzi pomoc­nej dłoni Sedolfa. Ten zaś podciągnął się, zwinny ni­czym kot, i usiadłszy obok Idy, popatrzył na nią prze­ciągle. Na jego ustach błąkał się uśmiech.

Akurat w tym momencie przypominał tak bardzo Si­mona, że Idzie sprawiło to ból. Nie chciała, żeby Sedolf był taki jak Simon. Powinien być sobą. Tylko sobą.

Dotarli na miejsce w krótkim czasie, mimo że ostatni odcinek przyszło im pokonać na piechotę.

Mężczyźni chwycili drzwi wymontowane z zabu­dowań gospodarskich i podążyli za Idą.

Wszystko wyglądało tak, jak w chwili gdy Ida po­biegła po pomoc. Sofia, ujrzawszy Sedolfa, natych­miast uwiesiła się jego ramienia. Nie oponował, mi­mo że pomagał Knutowi przy nieznajomej.

- A niech to! - wymknęło się Knutowi. Napotkał spojrzenie żony. - Wygląda strasznie! Kto mógł zro­bić kobiecie coś takiego?

- Kim ona jest? Trudno poznać - odezwał się Sedolf ze stężałą twarzą.

Chwycił ją za nogi, Knut za ramiona, a Anjo w pa­sie i razem podnieśli i położyli na drzwiach.

Sofia musiała puścić Sedolfa. Nerwowo gniotła w palcach i skubała brzeg chustki, którą miała na szyi.

- Nic nie słyszałem, żeby jakaś kobieta zaginęła - dodał Sedolf. - O tej porze roku niewielu obcych krę­ci się w tych stronach.

- Ktoś, kto pozostawia kobietę w takim stanie, nie szuka rozgłosu - rzuciła Anjo twardo.

Ida podniosła z ziemi nóż. Rozejrzała się wokół, ale nigdzie nie dostrzegła futerału.

- Czy nie takich właśnie noży używają Lapończy­cy z gór? - zapytała niewinnie Sofia.

- Bardzo wielu ludzi nosi takie noże - wyjaśniła ze spokojem Ida, choć usta drgnęły jej lekko. - Nie każ­dy Lapończyk pochodzi z gór. Słyszałaś o Lapończy­kach nadmorskich? Są jeszcze Kwenowie, tak jak mój ojciec. I wielu innych, równie plugawych obcych.

Sofia nie odpowiedziała. Nikt inny się nie odezwał. Anjo po cichu przekonywała Knuta, że trzeba zabrać nieprzytomną do domu, i pochłonięta rozmową, na­wet nie słyszała wymiany słów między Idą a Sofią.

- W tej chwili można jedynie ustalić, że ta kobie­ta jest blondynką - stwierdził Sedolf, pomagając unieść drzwi, na których leżała.

Tyle i oni widzieli. Długie jasne włosy ze wzburzo­ną grzywką okalały spuchniętą twarz pokrytą rozległy­mi sińcami o barwie ciemnogranatowej przechodzącej w żółć, fiolet i brąz. Wąskie szparki oczu ledwie były widoczne. Na rozciętej dolnej wardze zakrzepła krew. Ta kobieta mogła mieć równie dobrze mniej niż dwa­dzieścia lat, jak i ponad czterdzieści.

Ruszyli w stronę wozu, Knut i Sedolf przodem, a za nimi dziewczęta. Ida poczuła drobną satysfakcję, widząc minę Sofii, kiedy dla niej i jej towarzyszki za­brakło miejsca. Koń był własnością Knuta, więc to Ida i Anjo usiadły na wozie. Sedolf, którego pomoc była niezbędna, zajął miejsce na koźle, obok Knuta.

Sofia i Henriettę mieszkały niedaleko.

Ida nie patrzyła w stronę Sedolfa. Siedzieli odwró­ceni do siebie plecami, czując swoją obecność, ale ich myśli krążyły wokół zmaltretowanej kobiety.

Gdy tylko dojechali do chaty, Ida zagrzała wody. Anjo, zdenerwowana, drżącymi rękami zaczęła roz­bierać nieprzytomną. Dopiero wtedy zrozumieli, dla­czego nie kazała mężczyznom wyjść. Patrzyła to na jednego, to na drugiego.

- Nie chciałam przestraszyć dziewcząt - rzuciła krótko. - Ale wy powinniście zobaczyć, jak strasznie została zbrukana i okaleczona.

Płócienna bluzka, zaplamiona zakrzepłą krwią, po­cięta była na jakby dokładnie odmierzone, szerokie mniej więcej na grubość palca pasy.

Anjo ze łzami w oczach, trzęsącymi się rękami roz­pinała ubranie nieznajomej. Szło to bardzo powoli.

Bielizna pod spodem była równie postrzępiona. Anjo podciągnęła ją, odsłaniając piersi i brzuch rannej.

Krwawe długie szramy biegły od ramion aż do ta­lii.

Ida odwróciła się gwałtownie i ukryła twarz w dło­niach. Zachwiała się, ale mocne ramiona nie dały jej upaść. Poznała Sedolfa bardziej po zapachu niż po dotyku.

- Ktoś, kto to zrobił, nie działał przypadkowo - stwierdziła Anjo cicho, ale jej głos zdradzał głębokie poruszenie.

- Gdybym nie miała pewności, że on nie żyje, Knut, przysięgłabym, że to jego sprawka. Ale widać wielu okrutnych szaleńców krąży w tych stronach...

- Ten łotr jest już daleko stąd - rzekł Knut, po­bladłszy na twarzy. Dobrze wiedział, o czym myśli Anjo, i sam mimowolnie oczami wyobraźni ujrzał twierdzę Vardo.

Przygarnął żonę mocno i przytulił gwałtownie.

- Pomożemy jej, Anjo - obiecał. - Wyciągniemy ją z tego.

Stali przez chwilę niezdecydowani w milczeniu, a potem Anjo i Ida obmyły ranną i opatrzyły, nie przestając wylewać łez.

- To młoda dziewczyna - stwierdziła Anjo. - Moż­na poznać to po jej ciele, w miejscach gdzie nie ma ran, a także po kolanach. O, tak, kolana wiele mówią.

Ida przytaknęła, bo wszystko wskazywało na to, że Anjo ma rację.

- Chyba jeszcze nie rodziła.

Sedolf, przysłuchujący się rozmowie kobiet, spu­ścił wzrok, choć zwykle nie peszył się z byle powo­du.

Knut pośpiesznie zerknął na Anjo, a potem zarzą­dził, już opanowany:

- Sedolf, bierz konia i odwieź Idę do domu. Nie chcę zostawiać Anjo teraz samej, a muszę porozma­wiać z Reijo. Powiedz mu, żeby przyjechał i przy­wiózł małego Karla.

- Ida ma zostać sama na cyplu?

- Chyba zostaniesz tam do powrotu Reijo? Sedolf kiwnął głową, a Ida, pomimo wielu zastrze­żeń, powstrzymała się od komentarzy.

Sedolf wyprowadził ją na dwór.

- Jedziemy razem, Ido! Mam nadzieję, że ten łaj­dak przebywa gdzieś daleko stąd, ale pewny tego nie jestem.

Idą wstrząsnęły dreszcze. Nagle wydało się jej, że jesień okryła się krwistoczerwonym całunem.

3

Kiedy Reijo wraz z Karlem, synkiem Anjo i Knu­ta, opuścił cypel, w chacie zapanowała błoga cisza.

Słychać było tylko radosne gaworzenie dwojga ma­leństw, które najwyraźniej wyczuły, że ich mama wró­ciła do domu. Ida starała się sprawiedliwie obdzielić córeczkę i synka uwagą, o którą dzieci mocno zabie­gały. Tuliła je w ramionach, całowała pyzate policzki i ciemne kędziorki, a maluchy wierzgały nóżkami i chwytały drobnymi paluszkami rude loki mamy.

- Coś podobnego! Jak one szybko rosną! - wyrwa­ło się Sedolfowi. Siedział na wysłużonej ławie pod ścianą przy oknie i aż się palił, by przez chwilę po­trzymać te małe istoty. Nie miał jednak śmiałości, za­pytać, czy Ida mu na to pozwoli. Własne dłonie wy­dały mu się przy nich wielkie jak bochny. - Dopiero co były takie maleńkie - dodał zakłopotany. Po raz pierwszy rozmawiał o niemowlętach i czuł, że jego słowa brzmią jakoś nieporadnie i głupio.

- Oczywiście, że rosną - uśmiechnęła się Ida zaru­mieniona. Sedolf nie pamiętał, by kiedykolwiek wy­glądała piękniej. Zresztą teraz, kiedy ją widział z bli­ska taką promienną, trudno mu było przypomnieć sobie tę dawną Idę.

- Chcesz potrzymać? - zapytała nieoczekiwanie i wstała, a w jej ramionach aż zaroiło się od macha­jących rączek i wierzgających nóżek.

Nie czekając na odpowiedź, włożyła mu na ręce bliźniaki i roześmiała się głośno na widok jego zakło­potanej miny. Wyglądał tak wspaniale! W przypływie nagłego impulsu musnęła go palcami po policzku.

- Muszę je nakarmić - wyjaśniła i zakręciła się po izbie.

Sedolf przełknął ślinę. Czy rzeczywiście zobaczy, jak karmi piersią? Dopiero kiedy Ida zaczęła się krzą­tać przy garnkach, zrozumiał, co miała na myśli. Tak naprawdę nie miał pojęcia, kiedy kobiety zazwyczaj rezygnują z naturalnego karmienia. Nigdy dotąd nie zastanawiał się nad tym.

Ida gotowała mleko z mąką, a w tym czasie jedno z dzieci upatrzyło sobie nos Sedolfa i po kilku nie­udanych próbach ścisnęło go maleńką rączką. Nie do wiary, ile siły ma taki maluch!

Ida uśmiechnęła się szeroko.

- Krzepki chłopak - stwierdził Sedolf, próbując także się uśmiechnąć.

- Raczej stanowcza panna - poprawiła go Ida. - To moja mała córeczka pokazuje ostre pazurki. Ma to po babci.

Sedolf dopiero teraz zauważył swoją pomyłkę. Dziew­czynka miała bardziej kanciastą twarz, brwi proste, a w jej brązowych oczach pojawiały się złote błyski. Brat miał buźkę szczuplejszą, brwi niczym ptasie skrzydła, ale i w jego ciemnych oczach można się było utopić.

Potrafił już rozróżnić rodzeństwo. Były to chyba pierwsze dzieci, na które spojrzał jak na odrębne isto­ty. Zwykle uważał, że wszystkie są do siebie podobne. Przynajmniej póki chodziły zasmarkane i sięgały mu poniżej pasa. Nigdy zresztą nie przepadał za dziećmi.

Dopiero teraz.

Delikatnie połaskotał palcem policzek maleńkiej istot­ki.

- Ale gapa z tego twojego ojca chrzestnego! Jak mógł nie rozpoznać takiej słodkiej panienki? Powi­nien się wstydzić!

- Zwłaszcza że zwykle z dużą wprawą wybiera co ład­niejsze panny - wtrąciła Ida i zamiatając brzegiem spód­nicy podłogę, przeszła obok niego ku drzwiom, żeby wystawić mieszankę z mleka i mąki do przestygnięcia.

Sedolf nie był pewien, czy mówi poważnie, czy so­bie z niego kpi. Ida nie przestawała być dla niego ani trochę mniej zagadkowa.

- Mama opowiada głupotki - tłumaczył bliźnia­kom i pogłaskał także małego Mikkala. Uczynił to bardzo ostrożnie, nie przyzwyczajony do dotykania tak delikatnego ciałka. Nigdy dotąd nie przeżywał sil­niejszego wzruszenia. Nie miał pojęcia, że tkwią w nim takie pokłady uczuć.

Za nic w świecie jednak nie przyznałby się Idzie, jak bardzo jest poruszony i zakłopotany.

Ona na szczęście nie pytała, tylko pośpiesznie roz­dzieliła gęstą mieszankę z mleka i mąki do dwóch czystych płóciennych szmatek, po czym dokładnie je związała. Sedolfowi zdawało się, że to niewielkie por­cje, i zastanawiał się nawet, czy dzieci są odpowied­nio karmione, ale Ida przerwała mu rozmyślania. Za­brała od niego synka i ułożywszy go sobie na rękach, podała mu do ssania płócienko z jedzeniem.

Drugie zawiniątko wręczyła Sedolfowi, który, ciężko przestraszony, przystawił je do maleńkiej bu­zi Raiji. Dziewczynka zorientowała się od razu, co to jest. Nie da się zaprzeczyć, że w tych sprawach mia­ła swój rozum.

Sedolfowi serce biło tak mocno, że zdawało mu się, że słychać je w całej izbie. Na szczęście wszystko do­brze poszło. Dziecko ssało z apetytem, a on powoli odprężył się. Przekonał się, że Ida nie obarczyła go zadaniem ponad siły. Zapach mącznej polewki przy­prawiał go zawsze o mdłości, tu jednak, zmieszany z innymi domowymi zapachami, wydał mu się miły. Nigdy dotąd nie przywiązywał wagi do rodzinnego ciepła. Teraz nagle poczuł się tak, jakby otworzyły się przed nim drzwi do innego świata. Zrozumiał, że ist­nieją pewne wartości, których nie dostrzegał.

Maleństwo zasnęło z papką w buzi. Sedolfowi aż gardło ścisnęło ze wzruszenia, a serce napełniło się najwznioślejszymi uczuciami. Na twarzyczce małej Raiji malował się bezgraniczny spokój. Mikkal także był zmęczony. Ida wytarła mu buźkę i położyła do kołyski, a zaraz potem ułożyła do snu Raiję.

- Jesteś dzielny - powiedziała do Sedolfa z uzna­niem w głosie.

Uśmiechnął się krzywo.

- Nie przywykłem do dzieci, jestem nieporadny... Nie zaprzeczyła ani nie potwierdziła, wyraźnie jed­nak zyskał w jej oczach.

Ida uprzątnęła i kiedy już uporała się ze wszyst­kim, chcąc nie chcąc, musiała usiąść. Na szczęście miała pod ręką robótkę. Sięgnęła więc po nią, by za­jąć czymś ręce.

- Czy zdarza ci się nic nie robić? - zapytał Sedolf.

- Rzadko.

- Bardzo szybko wydoroślałaś... Ida podniosła wzrok.

- Dlaczego nie powiesz wprost, że zamieniłam się w kwokę...

- Nie miałem tego na myśli, zresztą to ostatnie, co można o tobie powiedzieć...

Zwykle taki wygadany, nagle nie umiał dobrać wła­ściwych słów.

- Jak myślisz, kim ona jest? - zmieniła temat Ida. Na wspomnienie kobiety znalezionej w lesie oboj­gu ścisnęły się serca.

Sedolf pokręcił głową. Nie potrafił zupełnie sobie tego wyobrazić.

- Bardziej jestem ciekaw, kto jej to zrobił - rzucił, a oczy mu pociemniały z gniewu. - Chętnie bym się z nim policzył. Takiego to tylko wyrzucić za burtę z kamieniami u nóg na samym środku fiordu.

- O tej porze nikt tędy nie wędruje - mówiła Ida zamyślona, zwracając uwagę na to, nad czym Sedolf także się zastanawiał.

- Nikt, kogo znam, nie mógłby tego uczynić.

- O, co do tego nigdy nie można mieć pewności, Sedolfie. Chyba się ze mną zgodzisz. Ale najbardziej prawdopodobne jest to, że zrobił to ktoś obcy. Ona musiała go jednak znać.

- Nie pojmuję, jaki mężczyzna jest w stanie posu­nąć się do takiego okrucieństwa.

- Cieszę się z tego, Sedolfie - powiedziała, posyła­jąc mu nieprzeniknione spojrzenie.

Ta dziewczyna nie przestawała być dla niego ta­jemnicą.

- Na pewno odzyska przytomność i dojdzie do sie­bie - próbował ją pocieszyć i odsunąć ponure myśli.

Nie zwykł się zadręczać, choć tym razem włos mu się jeżył na głowie, gdy pomyślał, że gdzieś nad fior­dem grasuje szaleniec. Pierwszą osobą, którą pragnął chronić, była Ida.

Ciekawe, jak zareagowałaby, gdyby o tym wiedziała?

- Trafiła na szczęście w dobre ręce. Nikt nie zajął­by się nią bardziej troskliwie niż Anjo. Co do tego nie mam żadnych wątpliwości - stwierdziła Ida, wy­czarowując z wełnianej przędzy piękne wzory.

- Knut powiedział mi o Ailo. Palce Idy zastygły. Podniosła wzrok i zamrugała po­wiekami, ale nie na tyle szybko, by powstrzymać łzy.

- Nie sądziłam, że potrafię jeszcze płakać - wyszlochała. - Pewność jest o wiele straszniejsza niż przypusz­czenia. Ale może lepiej jest wiedzieć? Może kiedyś zdołam na to spojrzeć od tej strony? Do tej pory cią­gle, pomimo wszystko, łudziłam się nadzieją.

Najchętniej przytuliłby ją i okazał ciepło. Ale choć wszystko się w nim do niej rwało, pozostał na miej­scu. Nie był to właściwy moment, by pozwolić sobie na gorące wyznania. Teraz ważniejsze niż kiedykol­wiek było pozostać w cieniu i ofiarować jej to, czego potrzebowała: przyjaźń.

W pamięci przemknęła mu krótka chwila bliskości i nadzieja zaświtała w jego sercu.

- Nawet nie mam własnego domu - żaliła się Ida, nawijając wełnę na palec. - Kiedy Simona wzięli do więzienia, Maja pozostała sama, ale we własnych czterech ścianach. A ja nadal żyję pod skrzydłami oj­ca. Nigdy nie chciałam być mu kulą u nogi! W koń­cu miał nadejść czas, by zaczął żyć własnym życiem, bo dotąd zawsze kierował się naszym dobrem.

Sedolf nigdy nie myślał w ten sposób o Reijo. Ale rze­czywiście, ojciec Idy nie był przecież jeszcze taki stary! Przez długie lata zajmował się domem i gospodar­stwem, nie stroniąc od prac przypisanych kobietom. Kiedy inni rybacy wypływali na wielomiesięczne połowy, on krzątał się na cyplu z gromadką dzieci, a wiedzą na temat chorób dziecięcych i wychowania przewyższał niejedną matkę. Nie był mu obcy ani świat mężczyzn, ani świat kobiet. Nikt jednak nie ośmielił się z niego kpić, bo jako mężczyzna nie ustępował nikomu.

Po raz pierwszy Sedolf zastanowił się, jak to było na­prawdę z Reijo. Czy tęsknił za czymś? O czym marzył?

- Wiesz, Ido, że nie musisz spędzić reszty życia sa­motnie.

Bardziej dobitnie nie chciał się teraz wyrażać. Wolał z tym poczekać. Zbyt często zdarzało mu się wszyst­ko pokręcić. Nigdy jednak nie czuł tego co teraz.

Ida uśmiechnęła się lekko, nie biorąc jego słów na serio.

Sedolfa to zabolało.

- Jestem bardziej dumna niż wszystkie dziewczy­ny, jakie znasz, Sedolfie - wyłożyła powoli. - Jeśli kie­dyś się z kimś zwiążę, to nie dla dachu nad głową, ale z powodu uczucia. Będę kochała całą sobą i chcę być kochana tak samo. Jeśli nie, to wolę żyć jak dotąd. Nie potrzebuję żadnej namiastki. Poza tym mam dzieci. Mężczyzna, który nie pokocha ich jak własne, nie mo­że liczyć na moją miłość. Aż tyle wymagam i oczeku­ję. Ale ponieważ nie ma wielu takich mężczyzn, pew­nie przyjdzie mi jeszcze trochę pomieszkać na cyplu...

Mógłby jej powiedzieć, że zna takiego mężczyznę, którego opisała, ale za wcześnie było jeszcze na wy­znania. Zresztą Ida wyłożyła jasno, że wiele zależy od niej samej.

Sedolf bał się, że mogłaby go odrzucić. Wolał za­chować przynajmniej nadzieję.

- A ty co zamierzasz? - zapytała Ida, próbując zmienić temat rozmowy, która wkroczyła na zbyt niebezpieczne tory. Pochlebiało jej, że patrzy na nią z uwielbieniem, ale teraz nie potrzebowała nikogo in­nego prócz przyjaciół. - Popłyniesz na Lofoty?

Zabrzmiało to trochę tak, jakby chciała się go po­zbyć, ale łudziła się, że nie zrozumiał jej opacznie.

- Tak. Być może uda mi się zarobić na własną łódź - odpowiedział z pozorną obojętnością. Nie chciał się przed nią zdradzić, jak wielkie z tym wiąże nadzieje. - Ale z morzem nigdy nie wiadomo - dodał. - Równie do­brze może okazać się niełaskawe. Jedno jest pewne, nie zamierzam ciągle robić na cudzym.

Sedolf pragnął dać jej do zrozumienia, że nie jest lekkoduchem i chce skończyć z bezmyślnym życiem, jakie dotąd wiódł. A może raczej udawał, że wiedzie, bo tak naprawdę był o wiele poważniejszy, niż to za­uważała większość ludzi.

Idę korciło, żeby zapytać go o Sofię, ale nie pozwa­lała jej na to ambicja. Zresztą nie powinno jej to ob­chodzić. W jej sytuacji... Przecież dopiero co dowie­działa się o śmierci Ailo, którego nadal kochała...

Natrętne myśli nie dawały jej spokoju. Mełła je w głowie niczym młyn zboże na mąkę. Równie trudno się było ich pozbyć, jak strzepać z siebie biały proszek.

- Maja przysłała mi wisiorek - odezwała się, byle coś powiedzieć i wypełnić ciszę słowami niewinnymi, od których nie iskrzyłoby między nimi. Czuła bo­wiem, że gdzieś pod powierzchnią tli się groźny ogień. Nie wolno jej dopuścić, by wybuchł wielkim płomieniem! - Wisiorek zrobił Ailo - dodała, czując, jak znów wzruszenie chwyta ją za gardło.

- Mogę zobaczyć? - zapytał Sedolf. W jego głosie wyczuwało się szczere zainteresowanie.

Ida pokiwała głową i odłożyła na bok robótkę.

Zresztą była tak wzburzona, że ręce jej nie słuchały i ciągle się myliła.

Po cichu weszła do alkierza i z karminowego ku­fra z zaokrąglonym wiekiem wyjęła skórzany wore­czek z biżuterią.

- Nie nosisz go na szyi? - zdziwił się Sedolf, kie­dy wysypała zawartość mieszka na stół.

Broszę już kiedyś widział, rodowe srebro także. Ida odłożyła na bok wisiorek i pośpiesznie zebrała do woreczka pozostałe ozdoby. Za każdym razem kiedy widziała srebro w komplecie, czuła, jak przenika ją chłód. Zdawało jej się, że jakiś głos powtarza, iż sre­bro rodowe zostało rozdzielone z miłości i nie nale­ży tego zmieniać.

Sedolf dotknął wielkimi dłońmi ozdoby ze złota. Ida uświadomiła sobie, że Ailo choć miał równie du­że ręce, równie szorstkie od niepogody i znoju, po­trafił nimi tworzyć piękno.

- Sam to zrobił? - zapytał Sedolf podnosząc zawieszo­ny na łańcuszku pierścionek z figurką ptaszka do świa­tła. Zmrużył oczy, gdy błysnęła. - Wydaje mi się, że wi­dzę nawet pióra - rzekł. - A zauważyłaś, że ma dziobek?

Tak, Ida zauważyła. Widziała tego fruwającego złotego ptaka przed oczami co noc. Wiedziała, jak wygląda. Znała każde, nawet najmniejsze piórko.

- Dobry Boże - wymamrotał Sedolf. - Jak się robi takie cuda?

Położył wisiorek na dłoni Idy, nie spuszczając wzroku z ptaszka.

- Chciałbym ci ofiarować coś równie pięknego - wyrwało mu się cicho. I dopiero wówczas uświado­mił sobie, że się przed nią zdradził. Oblał się rumień­cem i zakłopotany napotkał wzrok Idy.

Słyszała, oczywiście że słyszała. Tych słów nie da­ło się zrozumieć opacznie.

Potrząsnął głową i patrząc jej w oczy, uśmiechnął się z rezygnacją:

- Tego nie powinienem powiedzieć. Ale u mnie co w sercu to na języku.

Nie było sensu dłużej udawać. Nie chciał uchodzić za tchórza.

- Ale nie obawiaj się, Ido - dodał. - Wiem od daw­na, gdzie przebiega granica, a z czasem zacząłem do­strzegać nawet płot.

Przełknęła ślinę. W pewnym stopniu uszczęśliwiło ją spontaniczne wyznanie chłopaka. Domyślała się je­go uczuć, ale i lękała. Czasem tylko w krótkich zaka­zanych chwilach, miała odwagę rozważać słowa, które nie raz napomykał jej mimochodem. Inni także zauwa­żyli jego cichą adorację i pokpiwali sobie z Idy.

- Dlaczego nie nosisz wisiorka na szyi? - zapytał Sedolf. Ktoś inny być może starałby się jak najszybciej zatrzeć wszelkie ślady pamięci po Ailo, ale nie Sedolf.

Ida wzruszyła ramionami i zamknęła w dłoni pier­ścionek ze złotym ptaszkiem.

- Ludzie w tych stronach nie noszą ozdób na co dzień - odpowiedziała. - Od razu by zaczęli gadać, że chcę się wywyższać. Nie zamierzam udawać, że je­stem kimś lepszym. Złoto nie jest dla takich jak ja...

- Właśnie, że jest, Ido - rzekł cicho, dotykając swą silną, ciepłą ręką jej dłoni.

Nie przyzwyczajony do tak drobnych mechani­zmów, długo manipulował przy zapięciu, ale w koń­cu udało mu się je otworzyć.

Odgarnąwszy z karku miedziane włosy Idy, zawie­sił jej na szyi wisiorek i znów mocując się z zapięciem, dotknął palcami delikatnej skóry dziewczyny.

Ida wstrzymała oddech. Starała się o niczym nie my­śleć. Bała się zakłócić tę chwilę niepotrzebnym słowem. Odsunęła na bok rozsądek. Jedyne, co chciała zapamię­tać, to dotyk złotego wisiorka ogrzanego ciepłem dło­ni Sedolfa, muśnięcie jego palców na szyi, jego oddech tuż przy jej uchu. I zapach, zapach tytoniu, zapach go­rącego mężczyzny. Chciała też zachować w pamięci pełne oczekiwania napięcie we własnym ciele. Ale żad­nych słów... Słowa mogły wszystko zniszczyć.

Sedolf poprawił ptaszka na szyi Idy, próbując przeciągnąć tę chwilę bliskości. Ida nie była pierwszą lepszą. Jemu wolno co najwyżej dotknąć jej dłoni lub ramienia. Nieprzemyślane słowa, które mu się wy­rwały, nie mogły tego zmienić.

- Pięknie ci - rzekł z nie ukrywanym podziwem w gło­sie.

Ida zarumieniła się i zapragnęła sama dotknąć wi­siorka. Wydawało się jej trochę niesprawiedliwe wo­bec Ailo, że to Sedolf natchnął ją odwagą do nosze­nia na szyi ozdoby wykonanej przez męża.

- Dlaczego miałabyś się przejmować tym, co inni powtarzają z zazdrości? - zapytał i, choć wiele go to kosztowało, odsunął się od niej. Była tak blisko! Naj­chętniej porwałby ją w ramiona. Emanowało z niej ciepło, czuł niemal jej dotyk, mimo że przecież za­chowywała dystans. Sprawiła, że działo się z nim coś takiego, o co by siebie nie podejrzewał. - Miałabyś nie nosić wisiorka, który jest pamiątką po nieżyją­cym mężu? Czy z powodu małostkowości innych masz ukrywać tak piękną ozdobę? - Pokręcił głową. - Najdroższa Ido, nie powinnaś sobie brać do serca tego, co gadają ludzie. Weź przykład ze mnie! Nie przejmuję się niczym i dobrze mi z tym. Gdybym ko­chał kogoś i ta osoba by umarła... Gdybym dostał coś tak pięknego, to nie rozstawałbym się z tym ani na chwilę. I nosiłbym z dumą niezależnie od pory dnia. Nawet jeśli ktoś uważałby, że się wywyższam. Taki zarzut bardziej świadczyłby o nim samym niż o mnie. Wierz mi, nie o wszystkich ludzi warto zabiegać!

Ida mimowolnie uśmiechnęła się, wysłuchawszy tyrady Sedolfa. Zapewne mało kto miał okazję sły­szeć go takim.

- Wiedziałam, że potrafisz się pięknie wysławiać, ale nikt mi nie powiedział, że jesteś taki przekonują­cy - uśmiechnęła się przez zasłonę łez.

Sedolf roześmiał się cicho, zapominając o niebezpie­czeństwie, dzięki któremu siedzieli razem we dwoje.

- Ludzie nie znają niektórych stron mojego charak­teru. Przywykli powtarzać, że Sedolf Bakken się upił albo że uwiódł niewinne dziewczę. Że był opryskli­wy... Trudniej powiedzieć coś dobrego o biedaku.

- Daję ci szansę - przerwała mu Ida. - Powiedz o sobie coś dobrego!

Umilkł zaskoczony, a po chwili rzekł z pozorną lekkością:

- Gdybyś mnie poprosiła, bym powiedział coś do­brego o tobie, byłoby mi łatwiej.

- Nie, mów o sobie - zaprotestowała Ida, a jej oczy zabłysnęły osobliwym blaskiem. Nie zamierzała mu tak łatwo odpuścić. Czuła, że dzięki temu, ma szan­sę bliżej go poznać. Zdawała sobie sprawę, że - chwile szczerości nie zdarzają mu się często i niewiele osób zdołało go nakłonić do zwierzeń.

- Daj się trochę zastanowić biedakowi, Ido. Póki co, powiedz coś dobrego o sobie.

- O sobie? - Znów wzruszyła ramionami w ów cha­rakterystyczny dla siebie sposób.

- Jestem szczera - wypaliła bez zastanowienia. Sedolf prychnął.

- To i ja mógłbym powiedzieć! Też chyba jestem szczery na swój sposób. Nie karmię ludzi fałszywy­mi złudzeniami. Wystarczy, że sami się oszukują.

Uśmiechnął się.

- Masz na myśli dziewczęta? - zapytała.

- Może - odrzekł odrobinę niechętnie.

- Dlaczego koło ciebie kręci się tyle dziewcząt, Sedolfie?

- Pewnie dlatego, że jestem przystojny - odparł z lekką ironią. Powtórzył to, co słyszał tyle razy, że przestał przywiązywać do tego wagę. W każdym ra­zie nie zaufałby temu, kto ceniłby w nim tylko ze­wnętrzną urodę.

- A poza tym? Sedolf zastanawiał się, co oznacza jej reakcja. Czy w jej oczach także jest przystojny? Wolał powstrzy­mać się jednak od pochopnych wniosków.

- Stare nawyki trudno zmienić, Ido - odpowiedział wymijająco.

- Chyba nie do końca jest tak, jak mówisz, prawda? Przeczesał palcami grzywkę, jak kiedyś, gdy był bardzo zajęty swoim wyglądem. Z czasem zamieniło się to w nawyk. Odruchowo wykonywał ten ruch, często wówczas, gdy tracił pewność siebie.

- Przypuszczam, że słyszałaś o Sofii? - zapytał, uchwyciwszy swymi brązowymi oczami jej wzrok. Biła z nich taka szczerość, że Idę aż poraziło.

- Wspomniała o tym - odrzekła pozornie lekkim to­nem.

- Wspomniała? - Sedolf zaśmiał się. - O tak, mo­głem się tego domyślać. No cóż, pewnie słyszałaś, że Sofia ostatnio nie dba zbytnio o swoją reputację.

- I dlatego każdy, kto chce, może się wypróbować? - zapytała Ida.

Jej głos zabrzmiał tak, że Sedolf odczuł niepokój.

- Moim zdaniem, to świństwo z waszej strony - ciągnęła Ida. - Wy ponosicie za to winę. Bo ona na­iwnie wierzy, że któryś z was ma poważne zamiary, a wy tymczasem myślicie tylko o jednym. Wstydził­byś się, Sedolfie.

- Nigdy nie udawałem anioła - bronił się. - Zresz­tą Bóg jeden wie, czemu tu siedzę i tłumaczę się przed tobą! Ale... Miało być szczerze. Cóż, trudno mi to przyjąć do wiadomości, ale... ciągnie się za mną zła sława. Czasem mam wszystko w nosie i zachowuję się tak, jakbym naprawdę był taki, jakim postrzegają mnie inni: skłonny do zabawy lekkoduch, bez żad­nych planów i zobowiązań. Nikt nie spodziewa się po mnie, że popłynę do ślubu przez fiord. Wszyscy wiedzą, że wyprę się każdego podejrzenia o ojcostwo. Może nie podoba ci się to, co mówię, i wolałabyś te­go nie słuchać, ale to prawda. Gdy mam ochotę na ja­kąś dziewczynę, zwykle dostaję, co chcę.

- I naprawdę nic cię to nie kosztuje? - zapytała Ida zdumiona, unosząc brew.

Przemknęła mu przed oczami najpiękniejsza chwi­la w jego życiu. Spojrzał w bok.

- Zdarzyło się, że było zupełnie inaczej - odpowie­dział zachrypniętym głosem.

Pewnie wszystko popsuł. A zdawało się, że coś mię­dzy nimi zaczyna się rodzić. Nie przywykł jednak do takich kobiet jak Ida! Nie przywykł do takich rozmów.

Ida wydawała się rozbawiona.

- Masz rację, Sedolfie - rzekła. - Jesteś szczery.

- Potrafię też być wierny - przerwał jej rozgniewa­ny. - Jeśli kogoś kocham, jestem mu oddany. Ale na nic się to nie zda, jeśli uczucie jest nie odwzajemnione.

- Wygląda na to, że jesteś też mądry. Ida wyraźnie droczyła się z nim. Nie potrafił się w tym wszystkim rozeznać. Dopiero co przecież by­ła na niego zła...

Ale z kobietami już tak pewnie jest. Może to praw­da, że rudowłose bywają bardziej zmienne? Tego do­prawdy nie wiedział. Ida była pierwszą dziewczyną o płomiennych włosach, która zaintrygowała go i po­trafiła przy sobie utrzymać.

Niewielu kobietom się to udało.

- Nic na to nie poradzę - rzekła lżejszym tonem, zrezygnowana. - Chyba jesteś typem mężczyzny, od którego dziewczęta powinny trzymać się z daleka. Taki typ potrafi być na wiele sposobów niebezpiecz­ny. Ale lubię cię, Sedolf. Jest w tobie coś takiego, co każe mi cię lubić. Nie potrafię tego wytłumaczyć, po prostu tak już jest.

- Czy wolno mi się z tego cieszyć?

- To już twoja sprawa - odparła z uśmiechem. Nie oczekiwała, że będzie ją zapewniał o swoim uczuciu, bo to tak jakby próbował przedrzeć się przez rozdzielający ich płot. A przecież rozsądniej jest przechodzić przez bramę, choć to oczywiście wy­maga więcej czasu. Sedolf wiedział, że musi zaufać czasowi. Zaryzykować, że nikt inny go nie uprzedzi.

4

Reijo wrócił do domu nad ranem. Miał ściągniętą twarz i ponure spojrzenie. Nie wyraził najmniejsze­go zdziwienia, kiedy Sedolf otworzył mu drzwi. To raczej Sedolf, trochę zakłopotany, wskazując na drewnianą ławę, gdzie w największej przyzwoitości spędził noc, tłumaczył:

- Ciebie nie było, nie mogłem zostawić Idy samej... Reijo tylko kiwnął głową i zmęczony siadł ciężko przy stole, bezsilnie opierając dłonie o wysłużony, gładki blat.

- Nie pojmuję - powiedział powoli, potrząsając gło­wą. - Nigdy nie zrozumiem, co drzemie w ludziach, którzy potrafią być tacy okrutni. Zastanawiam się, ja­kie mieli dzieciństwo, co strasznego wydarzyło się w ich życiu, skoro są zdolni uczynić drugiemu taką krzywdę.

Sedolfowi sprawa znalezionej kobiety nie dawała spokoju, ale dopiero słowa Reijo otworzyły mu sze­rzej oczy na istotę sprawy.

- Ona jest Finką - rzekł Reijo przygnębiony, bo zawsze bardzo głęboko odczuwał cudze cierpienie. - Znaczy obca...

- Odzyskała przytomność? - zapytał Sedolf.

- To młodziutka dziewczyna. Trudno cokolwiek z niej wyciągnąć. Majaczy coś bez związku. Powtarza po fińsku słowa modlitwy i nie przestaje szlochać.

- Nie widziałem nikogo obcego w okolicy. A od mojego powrotu minęło już parę dni.

- Ja wróciłem przed tygodniem. - Reijo ogarnęła bezsilność. Coraz częściej dopadało go takie uczucie. - Dziewczyna jest w dobrych rękach, Anjo robi co może - dodał po chwili.

- Ida powiedziała to samo! - Twarz Sedolfa rozja­śniła się w uśmiechu.

Reijo zastanawiał się, dlaczego chłopak spał w kuchni.

Gdy ja byłem młody... pomyślał.

Rozległo się szuranie i skrzypnęły drzwi, których nie dało się otworzyć bezgłośnie, jakkolwiek by się starać. Z alkierza wyszła Ida, bosa, w nocnej koszu­li, z szalem narzuconym na ramiona. Rozpuszczone włosy okalały pobladłą twarz. Reijo zawsze uderzało niezwykłe podobieństwo córki do Raiji. A przy tym nie mógł się nadziwić, że Ida wygląda tak młodo i nie­winnie, choć jest przecież już dorosłą kobietą.

A może wszyscy ojcowie tak myślą o swoich lato­roślach?

Reijo kiwnął jej na powitanie i powtórzył przeka­zane dopiero co Sedolfowi nowiny. Cieplej zrobiło mu się na sercu, gdy Ida w sposób naturalny, jakby odru­chowo, usiadła obok Sedolfa. Usta młodego chłopaka drgnęły lekko, ale twarz pozostała niewzruszona.

Reijo próbował sobie przypomnieć, czy i on kie­dyś był taki cierpliwy, gotowy czekać, aż nadejdzie właściwy czas.

Stare dzieje. Trudno ustalić, jak było naprawdę. Wspomnienia mają to do siebie, że wraz z upływem czasu przybierają postać, jaką chcemy im nadać. Cierpienie i tęsknota wydają się po latach mniej bolesne. Dystans pozwala nam spojrzeć na nie pogod­niej.

Na dźwięk porannego płaczu dobiegającego z alkie­rza Ida poderwała się na nogi. Jedno z dzieci dało o so­bie znać i zaraz dołączyło do niego drugie, równie gło­śno. Ida podała Sedolfowi Mikkala, a sama podgrzała wodę i umyła Raiję. Maleńka, gaworząc wesoło, wierzgała nóżkami. Nie protestowała, kiedy Ida zało­żyła jej suchą pieluszkę. Przebraną już małą zajął się ochoczo Reijo. Uwielbiał bez sensu paplać do ma­leństw we wszystkich znanych sobie językach. Sedolf podał Idzie chłopca, śledząc z zainteresowaniem każ­dy jej ruch. Widać było, że mu się to podoba. Bez pro­szenia wziął z powrotem na ręce przewinięte dziecko.

Tych dwoje rozumiało się bez słów. Reijo miał na­dzieję, że między nimi rodzi się coś poważniejszego, do czego jednak potrzebne są i słowa. Zawsze darzył Sedolfa sympatią, ale teraz polubił go jeszcze bardziej. Zaimponował mu tym, że spał niewygodnie na twar­dej kuchennej ławie, mimo że gdyby użył swojego wdzięku, najpewniej dostałby od Idy to, czego chciał.

To niezwykły chłopak, pomyślał Reijo.

Sedolf nakarmił Mikkala tak sprawnie, że ktoś, kto obserwowałby go z boku, mógłby sądzić, że to dla niego chleb powszedni. Tymczasem Sedolf, karmiąc dziecko po raz pierwszy poprzedniego dnia, przeko­nał się, że nie jest to takie trudne. W końcu kobiety zajmowały się tym od zawsze. Rozpierała go duma. Choć może w oczach innych byłby to nic nie znaczą­cy drobiazg, dla niego stanowił ważne zwycięstwo.

Z nikim się jednak nie mógł podzielić swoją rado­ścią. Przecież nie rozpowie, że nocował w chacie Re­ijo Kesaniemi podczas nieobecności gospodarza i pomagał Idzie zajmować się dziećmi. Nikt by mu nie uwierzył, a gdyby nawet, ośmieszyłby się tylko.

Nie przypuszczał, że dozna takich głębokich wzruszeń, czując na piersi ciałko niemowlęcia i sły­sząc bicie maleńkiego serduszka. Uświadomił sobie, że to dziecko będzie żyło, gdy on już przeminie.

Nakarmione maleństwa zostały ułożone na szero­kiej ławie. Sedolf uznał, że nie jest już potrzebny. Po­dziękował zakłopotany, gdy Reijo poprosił, by zjadł z nim śniadanie. Ojciec Idy bowiem uśmiechał się i patrzył tak, jakby przejrzał go na wylot. Ida tylko wzruszyła obojętnie ramionami. Trudno było po­znać, czy zależy jej na obecności Sedolfa.

- Mogłaś poprosić, żeby został - rzekł Reijo do córki, kiedy chłopak wyszedł. Ida spojrzała na znika­jącą w oddali postać i wyprostowała się. Reijo dobrze znał ten gest i wiedział, co oznacza. Ida bardzo przy­pominała Raiję!

- To nie miało sensu - odpowiedziała. Dawno nie była tak lakoniczna.

- Zostałby, gdybyś poprosiła. Gdybyś choć odro­binę okazała mu, że ci na tym zależy. Ja chętnie bym go tu widział.

- Właśnie! - Ida zamieszała gwałtownie mleko w garnku. - Tylko że to nie ma sensu, mówiłam już!

Te ruchy, tak dobrze mu znane! Że też dzieci by­wają aż tak podobne do rodziców...

- To chyba najmilszy chłopak, jakiego znasz - cią­gnął Reijo, nie zamierzając tak łatwo ustąpić.

Ida pokiwała głową, bynajmniej nie zaprzeczając.

- Sedolf jest bardzo sympatyczny, szczery, a do te­go przystojny. Ma taki dobry uśmiech. Potrafi ładnie mówić i, jak się okazało, dobrze sobie radzi z dziećmi. Ale równocześnie to kobieciarz i lekkoduch. Cza­sami kilka dni nie trzeźwieje. Jednego dnia promien­ny, drugiego ponury, a trzeciego wcale go nie ma. Nie można na nim polegać. Jest czarujący, ale to nie wy­starczy. Poza tym dla mnie, tato, jeszcze za wcześnie. W środku czuję jedynie lodowaty chłód.

- Wiem, jak to jest - powiedział Reijo, opuszczając dłonie. - Wiem też, że na nic się nie zdadzą starania innych, nawet jeśli są podejmowane w dobrej wierze. Człowiek odczuwa śmiertelną pustkę i jest zupełnie sam ze swym bólem. Moje słowa, być może, też ci nie­wiele teraz pomogą, ale uwierz mi, to minie. Któregoś dnia lód w twoim sercu ustąpi i wtedy znów poczu­jesz, że krew szybciej krąży ci w żyłach, Ido.

Nieznajoma już od tygodnia przebywała pod da­chem Knuta i Anjo. Cała wieś trzęsła się od plotek, a pogłoska o znalezionej w lesie kobiecie rozeszła się dalej nad fiord.

Ludzie przypisali Idzie całą zasługę, zapominając, że nie sama uratowała ranną. Dopatrzyli się w niej przy tym zdolności, jakich wcale nie posiadała. Cóż, pamięć o Raiji wciąż była żywa w tych stronach. Szeptano, że córki odziedziczyły po niej niezwykłe zdolności.

O czymś w końcu trzeba gawędzić wieczorami przy ogniu. Stare historie tak łatwo blakną. O ileż bardziej intrygująco brzmią wówczas, gdy związane są z kimś, kogo wszyscy znają. A już prawdziwego blasku zyskują, gdy w nie wpleść element niesamo­witości.

- Przypomina mi się Anna - powiedział Knut, kie­dy wczesnym popołudniem zebrali się wszyscy w ja­snej i przestronnej izbie nowego domu, zbudowanego w miejscu, gdzie kiedyś stała chata Raiji. Wyglą­dało tu teraz całkiem inaczej.

Reijo i Ida zabrali dzieci i przyjechali wozem zaprzę­żonym w konia. Bardzo byli oboje ciekawi nieznajomej. Poprzedniego dnia Knut zawiadomił ich, że dziewczy­na powoli dochodzi do siebie. Przestała majaczyć. To, co teraz mówi, brzmi nieco sensowniej, wyjaśnił.

- Anna także umarłaby i nikt nie wiedziałby na­wet, co się z nią stało. Z początku też wyglądała okropnie. Myślę, że ta tutaj także jest piękna.

Anjo potarmosiła czuprynę męża.

- Słyszeliście go: „ta tutaj”... Mówisz o człowieku! I nie jest to wcale nowa Anna, kochany, ale dziewczyna jedy­na w swoim rodzaju. Mogę zaręczyć, że będzie żyła.

Ida przemknęła się chyłkiem do izby, w której spa­ła nieznajoma. Jej jasne włosy lśniły wokół głowy ni­czym obłok. Twarz miała zapewne kształt serca. Za­pewne, nadal bowiem z powodu opuchlizny trudno było to stwierdzić. Posiniaczone policzki mieniły się różnymi barwami. Powoli jednak rany goiły się.

- Kto wie, czy ona nie jest nawet młodsza ode mnie - stwierdziła Ida zaskoczona. - Ma takie młode dłonie!

Reijo chwycił córkę za ramiona i lekko uścisnął, jakby poczuł ból, który przeszył ciało Idy wstrząśnię­tej wyglądem dziewczyny.

- Niekoniecznie młode, Ido - odparł Reijo. - Ale z pewnością nie są zniszczone pracą.

Ida rzuciła pośpieszne spojrzenie na ojca i jeszcze raz popatrzyła na dłonie dziewczyny. Rzeczywiście, nie pomyślała o tym.

- Coś chyba jednak musiała robić, na tyle z pew­nością jest dorosła - wyrwało się jej.

Reijo usiadł na stołku u wezgłowia łóżka i popatrzył na twarz, której prawdziwego wyglądu nadal nie znali.

- Dorosła, owszem, Ido. Tylko że niektórzy z ra­cji szlachetnego urodzenia nie muszą pracować.

Ida popatrzyła na długie paznokcie nieznajomej i ukradkiem zerknęła na swoje, krótko obcięte, a niektó­re połamane. Bezwiednie ukryła w fałdach spódnicy spierzchnięte dłonie, na których u podstawy kciuków po­zostały ślady po odmrożeniach. Nigdy się ich nie wsty­dziła, dopiero teraz, kiedy zobaczyła dłonie nieznajomej.

- Kim ona jest w takim razie? - zapytała jeszcze ciszej.

- Kto to może wiedzieć? - odrzekł Reijo. - Posie­dzę przy niej przez chwilę. Taki tutaj spokój.

Ida nie była pewna, czy ojcu rzeczywiście o to cho­dzi. W Reijo drzemały sprzeczne natury. Nie zawsze było wiadomo, co myśli. Miał też specyficzne poczu­cie humoru.

Wychodząc, usłyszała cichy szelest wykrochmalo­nej pościeli. Ida często śmiała się z żony Knuta, że dokłada tyle starań, by usztywnić pościel. Ale Anjo zwykle w takich chwilach wznosiła oczy ku niebu i klnąc siarczyście po fińsku wykrzykiwała, że skoro namiestnik w Alcie ma wykrochmaloną pościel, to ona też może mieć. W końcu nie jest gorsza.

Gdyby nie szelest pościeli, która za wszelką cenę miała przypominać pościel namiestnika, pewnie Ida by się nie odwróciła i nie zobaczyła, że włosy niezna­jomej leżą na poduszce jakoś inaczej.

Reijo poderwał się i przytrzymał kobietę, żeby nie wstała. Szarpała się, a z jej ust płynęły fińskie słowa. Potok fińskich słów. Rzeka ojczystego języka Reijo.

Ida usłyszała głos ojca - taki łagodny, jak zapamię­tała z dzieciństwa, gdy na dobranoc opowiadał bajki. Jak wówczas, gdy mówił im o mamie.

- Jesteś bezpieczna. Nikt ci nic nie zrobi. Tutaj cię na pewno nikt nie skrzywdzi...

I obcy, dziwnie głęboki jak na kobietę, głos:

- Byłam sama? Zupełnie sama? Czy jesteś pewien, że byłam sama?

Reijo skinął głową. Udało mu się ułożyć głowę nie­znajomej na śnieżnobiałej poduszce. Ida nie mogła się nadziwić, jak Anjo to robi, że pościel jej nie żółknie.

- Byłaś zupełnie sama - zapewnił ją. - Nie było przy tobie nikogo innego, gdy cię odnaleziono.

Westchnienie ulgi wydobyło się z jej ust, odpręży­ła się, a mięśnie na drobnej twarzy rozluźniły się.

- Dzięki Bogu - wyszeptała cicho. Gdyby nie słyszeli oboje głosu rannej, pomyśleli­by zapewne, że tylko im się zdawało.

- Pozostawił mnie przy życiu... Ukryła twarz w dłoniach i opuszkami palców do­tykała jej kawałek po kawałku.

- Nie pociął mi twarzy? - zapytała z lękiem w gło­sie. - Nie ma żadnych ran, blizn? Na pewno?

- Nie - odparł Reijo i uchwyciwszy rękę dziewczy­ny, schował pod kocem, by nie dotykała twarzy. Po­klepał delikatnie po policzku i dodał uspokajająco: - Nie masz żadnych groźnych ran. Jesteś tylko pobita. Trochę czasu upłynie, nim to wszystko zejdzie, ale na szczęście nie jesteś połamana. Nawet twój nos nie ucierpiał. Myślę, że wkrótce będziesz wyglądała zno­wu pięknie. Bo na pewno jesteś piękna, czyż nie?

Starała się roześmiać, lecz zamiast tego cicho zaszlochała.

- Czy nie pamiętasz, co się stało? Pokręciła głową gwałtownie, aż loki uderzyły w poduszkę jak bicze.

- Czujesz, że masz sztywną klatkę piersiową? - znów łagodnie odezwał się Reijo.

- Tak...

- Byłaś poraniona. Teraz jesteś zawinięta w płótno od ramion do pasa. Zużyliśmy kilka prześcieradeł i koszul. Na szczęście rany okazały się niezbyt głębo­kie. Mam nadzieję, że nie będą ropieć i ładnie się za­goją. Są specjalne zioła...

Rozdygotana, wyszeptała przerażona:

- Wielki nóż...

- Nikt cię już nie będzie prześladował - zapewnił Reijo z żarem. - Przyrzekam ci, nikt cię więcej nie tknie! A ja zawsze dotrzymuję słowa. Jestem Reijo.

- Mówisz po fińsku. - W jej głosie pobrzmiewał lęk. - Jesteś Finem? To nie jest Norwegia?

- Jestem Finem, ale mieszkam w Norwegii - odpo­wiedział Reijo, nie wypuszczając z rąk dłoni rannej. Ida dobrze znała ręce ojca, wiedziała, że potrafią ogrzać i dać poczucie bezpieczeństwa.

- Kim jesteś? - ciągnął Reijo równie łagodnie. - Jak się nazywasz? Przybyłaś z Finlandii?

- Helena... - zaczęła, ale zaraz zamilkła. Po chwili jej zaciśnięte wąskie usta rozchyliły się i niechętnie, jakby ktoś przymuszał ją do zachowania tajemnicy, dokończyła: - Helena. Jestem Finką.

Reijo nie próbował dłużej naciskać. Zresztą dowie­dział się więcej, niż się spodziewał.

- Jesteś, Heleno, wśród przyjaciół. Nikt cię tu nie skrzywdzi. Opiekują się tobą ludzie, którzy pragną twojego dobra. Jesteśmy wszyscy wstrząśnięci tym, co ci zrobiono. I chcemy cię chronić. Rozumiesz?

Pokiwała tylko głową zmęczona. Dłoń, którą trzymał Reijo, stała się bardziej bezwładna. Po chwili dziewczyna oddychała już spokojniej i równiej.

Dopiero kiedy Reijo był całkowicie pewien, że za­snęła głęboko, wypuścił jej dłoń i otulił ją kocem. Pal­cami musnął przelotnie policzek rannej i odgarnął z oczu lok. Uśmiechając się lekko, patrzył na śpiącą.

Zawsze taki troskliwy, pomyślała Ida, czując, że ze wzruszenia ściska ją w gardle. Rozpierała ją duma, że ma takiego ojca.

- Niech pośpi - szepnął Reijo i wypchnął leciutko Idę z alkierza. Ale zostawił drzwi otwarte na oścież, żeby słyszeć, gdy nieznajoma się obudzi. Nie chciał, by przebywała dłużej niż to konieczne sama. Niemal fizycznie odczuwał jej strach. Musi być bardzo mło­da, naiwna i zalękniona. Bo nawet w tych kręgach, z których, jak sądził, się wywodziła, młode kobiety wyrażają się z większą pewnością siebie.

Anjo nie chciała w pierwszej chwili wierzyć, że chora odzyskała przytomność i powiedziała, jak ma na imię, a kiedy w końcu dotarło do niej, że to praw­da, spontanicznie wycałowała Reijo.

- To twoja zasługa - powtarzała w kółko. - Masz w sobie tyle ciepła. Jak to dobrze, że właśnie ty czu­wałeś w tym momencie przy jej łóżku!

Ida poruszała nogą kołyskę, usypiając bliźnięta. Zawsze, kiedy przyjeżdżała z dziećmi do Knuta i Anjo, kładła je w tej kołysce, która należała do Karla, gdy był mniejszy.

- Na pewno kiedy się obudzi, będzie się rozglądać za tatą - wtrąciła się Ida, zwracając uwagę na problem, o którym pozostali nie zdążyli jeszcze pomyśleć.

- Mamy dość izb, pomieścimy się wszyscy przez kilka dni - oznajmiła Anjo o złotym sercu. Gdyby ca­ła wieś straciła dach nad głową, a Anjo udało się ocalić swój dom, bez namysłu zapełniłaby go. Dla po­trzebujących zawsze miała miejsce.

- Nie możemy zostawić inwentarza - powiedziała Ida. Mimo że najmłodsza, często ona właśnie była najrozsądniejsza i najbardziej przewidująca z całej ro­dziny. Kierowała się emocjami, ale nie traciła przy tym zdrowego rozsądku.

- Przyślecie po mnie! - zadecydował z ciężkim ser­cem Reijo. Coś go tu jednak trzymało. Bardzo chciał być przy tym dziewczęciu, kiedy znów się obudzi. Ciekawiło go, co powie. Pozostawała dla nich nadal tajemnicą. Właściwie nic o niej nie wiedzieli. Czuł, że to on właśnie odnajdzie do niej klucz.

- Zostańcie! Dzisiaj już zrobiliście obrządek - wtrą­cił się Knut. - A jutro rano pojedziemy razem z Idą zająć się zwierzętami. I wrócimy.

- Byłam pewna, że znajdzie się jakieś wyjście - pod­sumowała z uśmiechem Anjo. Była szczęśliwa, że skrzywdzone pisklę, które przygarnęła pod swoje matczyne skrzydła, powoli dochodzi do siebie.

Anjo i Reijo czuwali na zmianę przy łóżku Hele­ny. Cieszyli się, że w końcu poznali jej imię. Dzięki temu przestała być dla nich anonimową ofiarą, na której widok żal ściskał serce.

Helena...

W tym imieniu zaklęty był cały jej świat. Rodzice, którzy tak ją nazwali. Lata dzieciństwa, śmiech i łzy. Młodość. Drzwi uchylone do dorosłego życia. Wszystko to okrywała tajemnica.

Wiedzieli jedynie, że przybyła z Finlandii. Wy­czuwali też, że bardzo jej zależało, by dotrzeć do Norwegii. Słowo „ucieczka” kołatało się Reijo w głowie przez cały czas, jednak nikomu się z tym nie zdradził. O niektórych sprawach lepiej milczeć.

Przybyła w te strony z mężczyzną, którego dobrze znała, ale bała się go. Bała się też noża.

Dobrze wiedzieli, że nie bez powodu. Poza tym jednym, co do czego nie mieli wątpliwości, Helena nadal pozostawała dla nich zagadką.

Gdy ponownie się obudziła, znów czuwał przy niej Reijo.

Właściwie zdrzemnął się na krześle, bo gdy usłyszał Helenę, chyba już jakiś czas nie spala. W słabej po­świacie rzucanej przez płomyk lampki zobaczył ją sie­dzącą na brzegu łóżka. Odniósł wrażenie, że zamierza wstać. Przestraszył się, że nie utrzyma się na nogach.

- Jest noc, Heleno - odezwał się łagodnie, nie ma­jąc pewności, czy dziewczyna go zauważyła.

Drgnęła, bo dopiero teraz zwróciła uwagę na sie­dzącego w półmroku mężczyznę.

- Skąd wiesz, jak mam na imię? Czy on tu był? - spytała z lękiem, ale zaraz uśmiechnęła się z ulgą, roz­poznając Reijo. - A, to ty! Myślałam, że jesteś postacią z mojego snu, ty jednak czuwałeś tu przez cały czas?

Reijo pokiwał głową i powtórzył swoje imię.

- Pamiętam - odpowiedziała cicho, po czym wsu­nęła się z powrotem do łóżka i otuliła się szczelnie aż po samą brodę. Mimo opuchlizny Reijo dostrzegł na jej twarzy rumieniec i uznał, że dziewczyna, wy­raźnie jest zakłopotana tym, że przebywa sam na sam z mężczyzną, i to w sypialni, musi być bardzo mło­da i niedoświadczona. Wysnuł z tego wniosek, że nie ma męża.

- Dokąd chciałaś pójść przed chwilą? - zapytał, sta­rając się na nią nie patrzeć, żeby dodatkowo nie wprawiać jej w zakłopotanie. - Nie myśl o ucieczce.

W tym domu nic ci nie grozi. Chyba byłoby dla cie­bie bardziej niebezpiecznie uciec niż zostać...

- Nie zamierzałam uciekać - zapewniła. - Chcia­łam tylko poszukać lustra.

Może mówiła prawdę, ale słowo „ucieczka” poru­szyło w dziewczynie jakieś wspomnienie, bo w jej głosie zabrzmiał lęk.

Reijo był wyczulony na takie sprawy.

- Nie wiem, czy Anjo ma lustro - rzekł. - W tej izbie w każdym razie nie.

- Nie ma lustra? - zaśmiała się lekko. - Rzeczywi­ście - powiedziała po chwili, bardziej do siebie niż do Reijo. - Jestem niemądra...

Biedacy, kiedy chcieli zobaczyć swoje odbicie, przeglądali się w stojącej wodzie. Najczęściej jednak właściwie nie wiedzieli, jak wyglądają. Dziewczyna zażyczyła sobie czegoś, co było zwyczajne w bardzo niewielu domach. Wypowiedziała swoją prośbę w ta­ki sposób, jakby jej spełnienie nie stanowiło naj­mniejszego problemu. Zrozumiała jednak, że się po­myliła. To wszystko mówiło wiele o niej.

Reijo był na dobrej drodze, by rozwikłać tę zagadkę.

- Ile masz lat? - zapytał znienacka, tak że odpowie­działa odruchowo:

- Osiemnaście.

A więc zgadł, że to jeszcze dziecko, mimo że by­wały takie kobiety, które w tym wieku przeżyły spo­ro. Inne, ale nie ta.

- Moja córka wkrótce skończy dwadzieścia - po­wiedział. - To jeszcze młody wiek.

- Pewnie jest już mężatką?

- Wdową - odparł, widząc zdumienie na twarzy He­leny. Twarz zdradza wszystkie uczucia, jeśli tylko ktoś potrafi się uważnie przyglądać. - Ma dwoje maleńkich dzieci - dodał. - W Ruiji dziewczęta szybko dorastają. Podał Helenie koło ratunkowe. Mogła się go uchwycić, ale ona walczyła sama, płynąc pod prąd. Odrzucała łatwe rozwiązania.

- Z niektórymi w Suomi jest podobnie. Teraz, gdy odzyskała przytomność, wydawała się silniejsza niż myślał. Patrzył na nią jak na kruchą istotę, delikatny kwiat z innego świata. Nie taki, któ­ry wyrasta na łące, ciesząc oko zwykłych ludzi, ale taki, który stawia się w wazonie.

- Nie jesteś jeszcze taki stary! Dużo masz dzieci? - spytała, ale zaraz spuściła wzrok i splotła nerwowo palce. - Nie powinnam pytać w taki sposób. Zwykle tego nie robię. Ale nic nie jest tak jak zwykle...

Z każdym słowem jej głos brzmiał mniej pewnie.

- Nic nie jest tak jak zwykle, Heleno - Reijo przy­znał jej rację. - Mam tylko jedną rodzoną córkę, ale moja żona miała jeszcze dwoje dzieci.

- Miała? - zapytała zaciekawiona. To znaczy że nie wszystko w niej umarło. Ktoś, kto jest zdolny do in­teresowania się otoczeniem, nie jest całkiem stracony.

- Zostałem sam już bardzo dawno temu.

- Wydajesz się za młody na ojca dwudziestoletniej córki.

Reijo mimowolnie uśmiechnął się, rozbawiony jej spontaniczną reakcją. Wątpił, by kiedykolwiek to dziewczę rozmawiało tak szczerze z mężczyzną.

Na pewno zawsze ktoś pilnował, by nie zadawała niestosownych, burzących konwenanse pytań i nie przyrzekała niczego pochopnie. Takie dziewczęta po­mimo osiemnastu lat nadal pozostawały dziećmi, choć przekonane były o tym, że są kobietami.

- Jestem stary, Heleno, mam czterdzieści jeden lat.

- Bzdura, kłamiesz. To tyle, co... - umilkła gwał­townie. Porównała go do kogoś, może do ojca?

- W półmroku łatwo się pomylić - uśmiechnął się. - W świetle poranka zobaczysz z całą wyrazistością lata wypisane na mojej twarzy. Wtedy pewnie powiesz: „Bzdura, kłamiesz. Musisz mieć znacznie więcej”.

Nie uśmiechnęła się nawet, rękami powiodła po brzuchu, a potem rozszerzonymi źrenicami spojrza­ła na niego.

- Mówiłeś o ranach. Dużo ich mam? Chciałam zdjąć bandaże, ale są zawiązane na plecach...

- Właśnie dlatego, żebyś nie próbowała ich zdjąć. Nie zostaną zbyt widoczne blizny - dodał po chwili. - Myślę, że mogę ci to przyrzec.

- Oglądałeś je? - zapytała, nadal patrząc na Reijo szeroko otwartymi oczami. - Moje rany?

- Tak.

Przełknęła ślinę i odchyliła na bok zawstydzoną twarz.

- Jestem stary - rzekł Reijo. - Twoje ciało nie by­ło pierwszym nagim ciałem kobiety, jakie widziałem. Nie potrzebujesz się z tego powodu rumienić.

Nie odpowiedziała.

- Miałaś dużo szczęścia, że nie okaleczono ci twa­rzy. Jedno z moich dzieci, to znaczy jedno z dzieci mojej żony, zostało tak naznaczone na całe życie. To Maja. Szaleniec poranił jej nożem policzki.

- I jak się potoczyły jej losy?

- Przeżyła wiele gorzkich lat - odpowiedział Reijo przygnębiony. - Ale teraz niejeden powie, że spośród moich wychowanków jej powiodło się najlepiej...

- A więc w końcu wyszła za mąż?

- Aż trzykrotnie, Heleno. Obecnie nosi szeleszczą­ce suknie, a dziecku nadała trzy imiona...

Nie chciał mówić więcej. To było jego życie, jego świat. Nie zamierzał obarczać obcej swoimi sprawami. Chodziło mu tylko o to, żeby wyrwać ją z zakłopotania.

- Teraz jest noc - odezwał się znowu. - Jesteś głod­na? Anjo mówiła, że tylko piłaś. Powinnaś więcej jeść, żeby nabrać trochę ciała.

- Czy Anjo to ta jasnowłosa kobieta o dobrych rę­kach?

- Tak, jest żoną mojego wychowanka, którego traktuję jak własnego syna - wyjaśnił Reijo. - Zawo­łam ją. Ucieszy się, gdy zobaczy, że się obudziłaś.

Gdzieś w głębi serca Reijo czuł przemożną ochotę, żeby zostać przy niej, ale uciekł, pozwalając, żeby za­stąpiła go Anjo. Nie zmrużył jednak oka aż do rana.

Helena odprowadziła go zamyślonym spojrze­niem. Badawczo. Miał taką młodą sylwetkę, choć mógłby być jej ojcem. Był zupełnie inny niż spotka­ni do tej pory mężczyźni.

Zapatrzona w mrok, gdzie zniknął, powoli zapa­dła w sen.

We śnie prześladowały ją znowu noże...

5

Na cypel zawiózł Idę Knut, bo Anjo nie chciała bu­dzić Reijo.

- Długo czuwał w nocy i późno się położył - wy­jaśniła.

- Tata jest dokładnie taki sam jak Anjo - stwier­dziła Ida usadowiona na koźle obok brata. - Oboje muszą koniecznie kimś się opiekować, bo inaczej cze­goś im brakuje do szczęścia.

Knut wyszczerzył zęby w uśmiechu.

- Wiesz - rzucił żartobliwie - kiedy poznałem Anjo, pomyślałem o tym samym. Zastanawiałem się na­wet, czy jej ze sobą tutaj nie przywieźć. Uznałem, że to znakomity materiał na żonę dla Reijo.

Ida roześmiała się razem z bratem. Nadal łączyła ich bardzo silna więź, lata rozłąki powoli się zaciera­ły i znikał dystans, jaki wytworzyły.

- Kiedyś pojedziemy do Finlandii - odezwał się znienacka Knut. - Ale najpierw dzieci muszą trochę podrosnąć. Wezmę ciebie ze sobą, Ido, i odwiedzimy Maję. Wtedy opowie ci dokładnie, co się stało.

A więc rozumiał, że tego pragnęła.

- Ja także nic nie wiedziałem, kiedy Anna zniknę­ła - ciągnął w zamyśleniu. - Trwało to zaledwie parę dni, ale doskonale pamiętam, jak było mi ciężko. Wy­dawało mi się, że z rozpaczy serce mi pęknie.

- Kiedyś pojedziemy - potwierdziła Ida.

Po chłodnej nocy nastał biały poranek. Szron otu­lił każde źdźbło trawy i każdy opadły na ziemię liść. Trzeszczało pod końskimi kopytami i kołami wozu. Kontury szczytów odcinały się ostro od złocistego nieba. Nawet najlżejszy podmuch wiatru nie mącił ci­szy. Poranny chłód szczypał w policzki i w nosy. Na­tura już ostrzyła pazury, gotując się do zimy. Póki co nabierała wprawy, by później zaatakować całą siłą.

Pomimo wczesnej godziny właściciele gospodarstw zdążyli już wrócić z porannego połowu. Ci, którzy ży­li wyłącznie z tego, co dawało im morze, dłużej łowi­li w fiordzie. Ich łodzie właśnie przybijały do brzegu.

Knut skręcił na nabrzeże i nie zwracając uwagi na nagłe milczenie Idy, wstrzymał konia i zawołał:

- Szykuje się gotowana rybka?

Sedolf z golą głową i zawiniętymi do łokcia ręka­wami, jakby nie czuł chłodu, zręcznie czyścił ryby. Usłyszawszy głos Knuta, podniósł wzrok. Uśmiech­nął się i kiwnął do Idy. Ale rozmawiając z Knutem, nie patrzył w jej stronę.

- Ano szykuje się - odpowiedział. - Wystarczy wy­płynąć nieco dalej, mniej więcej na środek fiordu, a można złowić wspaniałe dorsze. Co prawda trochę się trzeba nawiosłować, ale nie spotyka się tam wie­lu rybaków. Połów więc zapewniony.

- Reijo i Anjo dwoją się i troją, by przywrócić do życia tę ranną dziewczynę. Są na dobrej drodze. Re­ijo zaskarbił sobie jej zaufanie. Wszyscy przenieśli się do mnie, bo źle byłoby pozostawić Idę teraz samą w domu, chociaż ona najchętniej przebywa na cyplu. Przyjechaliśmy obrządzić zwierzęta.

- Nie mam za wiele roboty... - Sedolf popatrzył na Idę. - ...i żadnych zobowiązań. Mogę zostać z tobą.

- Nie chcę nikogo zmuszać...

- Zmuszać? Przecież sam ci to proponuję - odparł, przerywając czyszczenie ryb. - Ale nie zamierzam prosić na kolanach, Ido. Nie kierowały mną żadne ukryte zamiary. Jeśli jakieś podejrzenie przemknęło ci przez myśl, to jesteś w błędzie. Chyba przyjaciel mo­że zaoferować pomoc? Wystarczy odpowiedzieć tak lub nie. I nie bądź taka dumna! To niebezpieczne.

- Musiałabym przywieźć dzieci...

- Akurat z tym nie będzie kłopotu - wtrącił się Knut.

- Jak tylko skończę z rybami, przyjdę do ciebie - oświadczył Sedolf. - A Knut może jechać po dziecia­ki. I proszę cię, Ido, nie wynajduj problemów!

Wzruszyła ramionami, rozdarta. Z jednej strony chciała tego, z drugiej nie.

- Chyba możesz przyjść - przystała w końcu, od­wracając wzrok. Zapatrzyła się w dal ponad fiordem, ku wysokim górskim szczytom, których wierzchołki okryły już śniegowe czapy. - Nic tak nie smakuje jak świeża ryba - dorzuciła takim tonem, że Sedolf po­czuł się nagle wart tyle co jego połów. Wykrzywił twarz, ale nic nie odpowiedział, uznawszy, że nie po­winien czepiać się drobiazgów.

W oborze na cyplu trzymali dwie krowy. Ida z przyjemnością zajmowała się nimi. Bardzo lubiła doić zwierzęta, czuć bijące od nich ciepło. Mleko sta­nowiło ważny składnik pożywienia. Ida robiła z nie­go sery i masło. Nie jadali wodnistej owsianki tak jak ci, którzy nie hodowali krowy ani kozy.

Knut zajął się karmieniem bydła. Sypnął szczodrze siana i dorzucił wodorostów naniesionych przez fale przypływu. Gdy zimy były łagodne, krowy i owce pa­sły się za dnia na dworze, same znajdując pożywienie nad brzegiem. Ale w tym roku szybciej nadeszły chło­dy. Z tego też powodu gospodarze wcześniej musie­li sprowadzić z górskich pastwisk owce.

Wiele z nich straciło minionego lata młode.

Pasterze co rusz znajdowali martwe jagnięta. Z nie­których pozostały tylko kości i kępki wełny, resztki po uczcie dzikich zwierząt i ptactwa.

Wszystko wskazywało na to, że w okolicy graso­wały rysie. W stromych załomach skalnych, skry­tych za gęstym lasem i torfowiskami, znajdowały się takie miejsca, gdzie te dzikie koty mogły sobie urzą­dzić legowiska. W tej okolicy rysie polowały zawsze, nigdy jednak nie czyniły aż takich szkód. Może w ostatnich latach dochowały się liczniejszego niż zwykle potomstwa?

Ida nie widziała nigdy z bliska żywego rysia, jedy­nie martwe, schwytane we wnyki zwierzęta. Nic nie mogła poradzić na to, że zachwycała się ich pięknem, choć powinna się przecież lękać. Nie wierzyła w opo­wieści starych ludzi, którzy twierdzili, iż odżywiają­ce się drobniejszą zwierzyną rysie zabijają dla zaba­wy. W głębi serca Ida czuła, że nie powinno się ich pozbawiać prawa do życia.

Ale z jagniętami było naprawdę krucho. Ich stado uszczupliło się o osiem sztuk, a inni gospodarze stra­cili znacznie więcej. Jeden, na przykład, aż dwadzieścia jagniąt. A to już spora gromada! Także dorosłe owce znajdowano zagryzione. Trudno się dziwić, że w lu­dziach wzbierała złość. Kiedy ktoś zostanie ograbiony z tego, w co włożył mnóstwo pracy, i nic nie może uczynić, by się temu przeciwstawić, łatwo o nienawiść.

Drzwi do obory zaskrzypiały na opuszczonych nieco zawiasach. Nie domykały się i niepotrzebnie ciągnął tamtędy chłód. Ida postanowiła przypomnieć ojcu, żeby je naprawił, bo zimą trzeba będzie więcej palić, żeby zwierzęta nie marzły.

Wchodząc do środka, Sedolf musiał się schylić. Drzwi były niskie; chodziło o to, by utrzymać w nie­wysokim pomieszczeniu ciepło.

Rozległo się beczenie owiec.

- Zdaje się, że poznały swojego - roześmiał się Knut i tupiąc, wyszedł z zagrody.

- Mów za siebie - odciął się Sedolf z błyskiem w oku. Chwilami zachowywali się tak, jakby nadal byli niesfornymi wyrostkami.

- Zdaje się, że obaj znaleźlibyście w tych ścianach krewnych - odezwała się Ida.

- Czy ona ma nas za baranów? - zdziwił się Sedolf, udając niewiniątko.

W obecności Knuta łatwo im było dowcipkować. Kiedy jednak zostawali sam na sam, każde wypowie­dziane słowo, choć starannie wyważone, zawierało w sobie zapalną iskrę, zdolną wywołać ogień.

- Zanieś lepiej wiadra z mlekiem, zamiast opowia­dać takie bzdury.

Ida nie była skłonna do żartów.

- Nie miałaś takiego kiepskiego humoru po tym, co razem przeżyliśmy nad rzeką - powiedział Sedolf z krzywym uśmiechem. - Cóż, kobieta zmienna jest...

Ida burknęła coś niezrozumiale pod nosem, wznio­sła oczy ku górze i szarpnęła mocniej za dójki, aż po­czciwa Godlin poruszyła się niespokojnie.

Młodzi mężczyźni tymczasem, śmiejąc się i weso­ło gawędząc, zamknęli za sobą wrota obory. Unieśli je trochę i zatrzasnęli, tak że już nie wiało przez szpa­rę. Ida tak nie potrafiła.

Znowu zostanie sama z Sedolfem. Ciekawiło ją, czy w ostatnim czasie, po ich rozmowie, nocował u Sofii. Nie odważy się jednak o to zapytać. W koń­cu to jego sprawa.

Niespiesznie dokończyła doić krowę i przemawia­jąc do niej łagodnie, poklepała czule. Trochę obawia­jąc się wracać do chaty, przyniosła jeszcze ściółki i wody. Zdawało jej się, że słyszy turkot kół.

W końcu Sedolf, zaniepokojony długą nieobecno­ścią Idy, przyszedł po nią. Ale nie przyznał się do swego lęku. Zamykając oporne drzwi, rzucił tylko:

- Już myślałem, że przyrosłaś do tego miejsca al­bo że wpadłaś do gnojówki.

- Knut pojechał? Sedolf pokiwał głową. Stał przy wejściu na szeroko rozstawionych nogach, oparty ramieniem o masywną framugę. Kiedy Ida, dźwigając wypełnione po brzegi mlekiem wiadro, chciała go wyminąć, zatrzymał ją i obrzucił palącym spojrzeniem. W oborze panował półmrok. Przez niewielkie, umieszczone wysoko okienka wpadało skąpe światło, a Ida, oszczędzając olej parafinowy, nie zapalała lampy.

Chciała zapytać Sedolfa, o co mu chodzi, ale ścisnę­ło ją w gardle, a usta nie chciały ułożyć się w słowa.

Dotknął włosów dziewczyny i zdjął z nich źdźbło wysuszonej trawy. Pomachał jej przed oczyma, w ką­cikach jego ust zagościł uśmieszek. Powinna go spoliczkować, ale nim to sobie uświadomiła, było za póź­no. Dłonią, w której trzymał źdźbło, Sedolf ujął Idę leciutko pod brodą i delikatnie odchylił jej twarz ku sobie, ku światłu. Nadal uśmiechał się tym dziwnym uśmiechem, takim innym niż zwykle. Dostrzegła coś osobliwego w twarzy chłopaka, coś, czego nie potrafiłaby nazwać, ale nie miała do końca pewności, czy nie zwiodła ją wyobraźnia.

Było jeszcze tak wcześnie, może nie zdążyła się otrząsnąć z sennych marzeń?

Źdźbło łaskotało ją przyjemnie w szyję, a ona wpa­trywała się jak zauroczona w twarz Sedolfa, niemal pewna, że nie widziała dotąd nic równie ekscytującego. Mimowolnie zastanowiła się, czy ona też mu się podoba, właśnie teraz, i zapragnęła być piękna w tej chwili...

Sedolf powoli pochylił głowę i dotknął wargami jej ust. Nie cofając dłoni ujmującej podbródek, drugą rę­ką otoczył talię Idy i przygarnął dziewczynę do pier­si. Jego sweter pachniał słonym morzem i rybami.

Zapach ten mieszał się z ciepłym zapachem obory. Ida ścisnęła mocniej uchwyt wiadra, które tak ciąży­ło, aż ścierpły jej palce. Ale może właśnie dzięki te­mu nie straciła całkiem poczucia rzeczywistości, mi­mo że pocałunki burzyły w jej żyłach krew.

Muśnięcia warg Sedolfa paliły usta Idy, tak jakby oblał je wilgotny żar. To nie był nic nie znaczący po­całunek! Z obojgiem młodych działo się coś dziwne­go. Dziewczyną owładnęła przedziwna niemoc, Sedolf zaś niemal siłą oderwał od niej biodra, jakby oba­wiając się zdradzić, jak na niego wpływa.

Ida zarumieniła się od tej myśli. Ale wiadro było takie ciężkie. Nie mogła przecież go tak po prostu wypuścić z rąk i zmarnować drogocennego mleka. Nie mogła...

Cofnęła się, spłoniona. Odgrodzona od Sedolfa warstwą powietrza, uciszała wzburzone zmysły.

Chłopak odgarnął grzywkę. Jemu także serce tłukło się w piersi. Zalała go fala gorąca, w ociężałym ciele krew buzowała w ognistym tańcu.

Na szczęście szerokie samodziałowe spodnie ukry­ły, co naprawdę się z nim działo.

- Pokusa była tak silna... nie mogłem się jej oprzeć - odezwał się po chwili, nie odrywając wzroku od Idy. Nagle zauważył wiadro z mlekiem i olśniło go, że Idzie musi być piekielnie ciężko. Szybko chwycił za uchwyt, a dostrzegłszy, że wnętrze dłoni nabiegło jej krwią, po­wiedział:

- Mogłaś mi dać to wiadro wcześniej. Ida tylko się uśmiechnęła i pokręciła głową.

- Gdyby nie ono, nie wiem, co mogło się zdarzyć. Jej twarz nadal okrywały rumieńce.

- Szkoda - westchnął Sedolf i zaczerpnął rześkie­go powietrza. - Powinnaś mi oddać wiadro i pozwo­lić, by to się stało.

Minęła go i wyszła na dwór, gdzie poranny chłód ostudził jej policzki.

Ida, nie wracając już do tego, co wydarzyło się mię­dzy nimi, zajęła się codziennymi obowiązkami. Prze­cedziła mleko i wlała do kanki, którą zawieszali na drągu przy niewielkim strumyku przepływającym tuż za chatą. Dzięki temu, że znaczna część kanki była za­nurzona w wodzie, mleko pozostawało chłodne. Ro­bili tak aż do nadejścia zimy. Bo gdy nastały mrozy, wystarczyło postawić kanki z mlekiem w śnieżnej za­spie pod ścianą chaty. Przyroda służy pomocą tym, którzy są na tyle rozumni, żeby z niej skorzystać.

Sedolf pokroił ryby na kawałki grubości palca i część wrzucił do kociołka napełnionego morską wo­dą, żeby się zmacerowały.

Resztę otoczył w soli i ułożył w drewnianej misce, których było pod dostatkiem. Ida wysłała go do wy­kopanej w ziemi piwniczki, gdzie przechowywali za­pasy pożywienia.

Wracając, przyniósł jej więcej wody, mimo że go wca­le o to nie prosiła. Uważał po prostu, że ta szczupła osób­ka nie powinna uginać się pod ciężarem nosideł.

Ida tymczasem wrzuciła ryby do kociołka. Znalazła też chwilę, żeby się przebrać. Zdjęła bluzkę i spódnicę, przesiąknięte zapachem obory, i założyła uszytą przez siebie prostą płócienną sukienkę w drobną kratkę.

Właśnie rozczesywała włosy przy palenisku, kiedy Sedolf wniósł wiadro z wodą. Zatrzymał się na środ­ku izby, nie mogąc oderwać od niej wzroku. Mógłby przysiąc, że loki Idy skrzą się i błyszczą bardziej niż ogień, a płomienie przy jej miedzianych włosach cał­kiem przyblakły.

- Jedzenie gotowe - oznajmiła, z trudem się po­wstrzymując, by nie popatrzeć w stronę chłopaka. Zdawało jej się, że Sedolf pieści spojrzeniem jej cia­ło, niemal czuła przenikające ją wibracje.

- Nakryłam do stołu, chleb też już przyniosłam.

Rozmowa o przyziemnych sprawach wyrwała Sedolfa z marzeń, które błądziły bardziej niebezpiecz­nymi ścieżkami niż fantazje Idy. Kiedy był z nią sam na sam, łatwo ulegał grze wyobraźni.

Dziewczyna odrzuciła głowę, tak że włosy opadły jej na plecy falą ognia.

Sedolf przełknął ciężko ślinę i zdjął wełniany swe­ter, zadowolony, że na chwilę może ukryć twarz. Wiedział już, że jest całkiem stracony, i zdawał sobie sprawę, że to po nim widać. Potrzebował chwili, że­by jego twarz odzyskała zwykły wyraz beztroski.

Nałożył sobie strawy do miski i ułamał solidny ka­wałek ciemnego chleba upieczonego na sposób fiński. Bochenek był okrągły, płaski, z otworem pośrodku. Z czasem w Norwegii upowszechnił się także ten spo­sób wypieku, dzięki któremu chleb, szczególnie razo­wy, wyrastał równo i łatwiej go potem było dzielić.

Na stole stał też pojemnik z masłem. W rodzin­nym domu Sedolfa nie używano masła na co dzień. Poczuł, jak cieknie mu ślinka, i posmarował sobie grubo chleb.

Ida ozdobiła włosy błękitną wstążką z jedwabiu, która pasowała do koloru sukni. Sedolf od razu zwró­cił na to uwagę. Ida wyglądała tak słodko, kiedy nie ściągała włosów zbyt mocno, ale wiązała je nisko na wysokości ramion, pozwalając kosmykom swobod­nie okalać twarz. Chociaż tak naprawdę dla niego Ida była piękna w każdej fryzurze i w każdym stroju.

- Jesteś śliczna - powiedział, koncentrując się na wyj­mowaniu z ryby zdradliwych, ledwo widocznych ości.

- Bardzo łatwo ci przychodzi prawienie komplemen­tów! - odrzekła Ida, ledwie zaszczycając go spojrze­niem. - Dlaczego miałabym ci wierzyć? Komu mówiłeś to samo wczoraj? Sofii? Innej? Komuś, kogo znam?

Może i zasłużył sobie na jej nieufność. Rzeczywi­ście nie zawsze traktował kobiety serio. Potrafił wy­rażać się gładko, by osiągnąć zamierzony cel.

Ale z Idą nie prowadził żadnej gry, przeciwnie, przez cały czas musiał się pilnować, żeby się zupeł­nie przed nią nie odkryć. W towarzystwie innych nie miał takich kłopotów.

- Myśl sobie, co chcesz - rzucił po chwili, nie pod­nosząc na nią wzroku. Zdążył już wyjąć sporo ości. - Mówiłem szczerze, ale pewnie nie ma sensu przekonywać cię, bo i tak mi nie uwierzysz. Zarzucasz mi, że kłamię, bo oczekujesz ode mnie tylko półprawd. Twoim zdaniem jestem wyrachowany.

- A nie jest tak?

- Powiedziałem ci już chyba, że potrafię być szczery! Jego spojrzenie zdradzało gorączkę, która wywo­ływała w Idzie niepokój.

- Jest wczesny ranek, dziewczyno! Chyba nie są­dzisz, że ledwie otworzę oczy, już zaczynam uwodzić!

Ida uśmiechnęła się figlarnie.

- To zależy pewnie od tego, w jakim łóżku się bu­dzisz - zażartowała.

Jej śmiech zabrzmiał ciepło, przyjaźnie. Sedolf wo­lał się przyłączyć do niej niż nadal okazywać gniew. A nie każdy potrafi śmiać się z samego siebie!

Czy ten Knut nie powinien już wrócić? zastanawiała się w myślach Ida. Co prawda on także musi obrządzić bydło, a ma go trochę więcej niż Reijo, ale chyba nie zaj­mie mu to całego dnia? Anjo pewnie jest uwiązana w do­mu. Przy własnym dziecku ma pełne ręce roboty, a co dopiero kiedy przybyło jej jeszcze dwoje niemowląt.

No i Helena.

Ale ojciec pewnie już się obudził. Nie zwykł wyle­giwać się w łóżku za dnia. Potrafił stawić czoło co­dziennym obowiązkom nawet po kilku godzinach snu. Zawsze był taki.

Te i inne myśli błąkały się po głowie Idy. W przeci­wieństwie jednak do Sedolfa zamykała się na pewne do­znania i unikała jak ognia niebezpiecznych rejonów, nie pozwalając sobie nawet w myśli na ich penetrowanie.

- Czy ktoś ci coś powiedział na temat wisiorka? - zapytał Sedolf, który wstał od stołu i podszedł do ognia. Nie spiesząc się, rozżarzył szczapy.

Powinien pracować ciężko jak wszyscy! Co to za mężczyzna, który ma tyle czasu, by za dnia dotrzy­mywać towarzystwa kobiecie?!

Ale Sedolf nie był zwyczajnym mężczyzną.

Dotknęła palcami złotego ptaszka. Czasem czuła, że czerpie z niego silę. Właśnie to czyniło ten wisio­rek czymś więcej niż zwykłą ozdobą. Ale może to także tylko fantazja?

Teraz w każdym razie był to wisiorek ze złota, a nie tarcza, która osłoniłaby ją przed Sedolfem. Nie, nie może się przed nim skryć!

- Nie wiem nawet, czy ktoś go w ogóle zauważył - zaśmiała się lekko zakłopotana. - A byłam pewna, że wszyscy będą ze mnie szydzić.

- To dlatego, że zapinasz bluzki zbyt wysoko pod szyją - odezwał się z lekką ironią.

Ida była niemal pewna, że w jego oczach czai się rozbawienie. Nikt nie potrafił tak drażnić spojrze­niem jak Sedolf. Brakowało jej jednak odwagi, żeby odwrócić się w jego stronę. Rozpaczliwie próbowała odciąć się równie żartobliwie, ale nic jej nie przycho­dziło do głowy. Nie wiedziała, co powiedzieć.

Był tuż za nią. Zatrzeszczały deski w podłodze. Ida wiedziała, które. Całe życie spędzone w tym domu pozwalało jej bezbłędnie to ocenić. Zamknęła oczy, jakby próbowała otulić się szczelniejszym pancerzem. Czuła bowiem, że Sedolf jej dotknie. Chciała mu się przeciwstawić, udowodnić, że nie jest słaba jak źdźbło, które ulega każdemu podmuchowi wiatru.

Sedolf nie pojmował, co go podkusiło. Tyle włożył wysiłku, by uśpić swe uczucia do Idy. Choć było mu ciężko, wiedział, że istnieje wiele powodów, by pocze­kać, by nie działać pochopnie. Był to ciężki balast.

A tymczasem wypłynął wprost na rozległe morze bez owego balastu. Podjął takie ryzyko! Pewnie kie­dyś pożałuje swego postępku. A jeśli natknie się na mieliznę? Uczyni coś niewłaściwego i narazi się na to, że Ida wyśle go za morze i każe nigdy nie wracać?!

A on przecież pragnie tylko jednego: by czekała na niego w każdym porcie, do któregokolwiek by zawinął.

Ida nie należała do dziewcząt, które można poga­niać. Nie była księżniczką z lodu, ale jednak księż­niczką. On tymczasem uczynił coś, co mogło spra­wić, że odwróci się od niego.

Położył dłonie na jej ramionach. Zadrżała pod do­tykiem jego palców, które zdawały się same poruszać. Przez cienką sukienkę, zbyt cienką jak na tę porę ro­ku, czuł bijące od Idy ciepło. Spytał, czy nie zmarzła.

Chyba znów się wygłupił. W chwili jak ta nie ta­kie rzeczy mówi się kobiecie. On najlepiej powinien to wiedzieć.

Ale owe beznadziejne myśli wnet uleciały, zabiera­jąc ze sobą równie idiotyczne słowa.

Odsunął jej włosy i przywarł ustami do nagiego kar­ku. Sukienka miała znacznie większy dekolt niż bluz­ki, które nosiła na co dzień. Skóra nadal zachowała od­cień letniej opalenizny. Wyobraził sobie Idę w samym staniczku i spódnicy, boso stąpającą po górskich bez­drożach, gdzie kobiety z dala od obcych spojrzeń nie lękały się zrzucać z siebie nadmiaru odzienia. Chciał­by ją taką ujrzeć naprawdę, nie tylko w wyobraźni.

Pochylony całował jej powabny kark, zauważając, że nie stawia oporu. Zdawało mu się nawet, że spra­wia jej rozkosz. Zanurzając dłonie w świeżo rozcze­sanych lokach, które kusiły, by ich dotknąć, obsypał pocałunkami szyję dziewczyny.

Delikatnie musnął koniuszkiem języka płatek jej ucha i drażnił figlarnie jego wnętrze.

Ida odchyliła głowę i oparła ją ciężko na piersi Sedolfa, jakby wychodząc mu na spotkanie.

Rozsądny mężczyzna, który marzy o tej kobiecie i nie może wyobrazić sobie bez niej życia, powinien zapytać, czy może jej dotknąć, okazać jej w ten spo­sób szacunek.

Ale w Sedolfie znów górę wzięły zmysły.

Aż nazbyt często tego żałował.

Podniósł Idę z ławy i przyłożył obie jej dłonie do swej piersi.

- Czujesz bicie mojego serca? - wyszeptał, obawia­jąc się, że dziewczyna znów sobie pomyśli, że każdej mówi to samo.

A przecież jej pierwszej zadał takie pytanie. Cza­sami, co prawda, podobne słowa przychodziły mu na myśl, ale wydawały mu się głupie i nienaturalne. Ni­gdy nie wypowiadał ich na głos w obawie, że dziew­czyna, którą trzymał w ramionach, wyśmieje go.

Ida była inna.

Przyłożyła dłoń do jego piersi, jakby chciała osło­nić walące mocno serce, a na jej ustach pojawił się lekki uśmiech. Spojrzenie zdawało się odległe, jakby nieobecne. Pragnął wyrwać ją z tego świata marzeń, pragnął, by wróciła do niego.

Odpiął koszulę i pozwolił dłoniom Idy wodzić po rozpalonej gładkiej skórze. Chciał znów poczuć gwałtowną falę pożądania, wrócić do punktu, w któ­rym przerwali.

Pochylił się i przywarł wargami do ust dziewczy­ny. Całował ją długo, namiętnie, gotów zdusić naj­mniejsze zwątpienie, jakie ujrzałby w jej oczach.

Ale nie dostrzegł wątpliwości.

Zsunęła z niego koszulę i spojrzawszy z uznaniem, pogładziła twarde muskuły. Z przymkniętymi ocza­mi dotykała powoli torsu, jakby chciała poznać do­kładnie każdy jego skrawek. Później leciutko muska­ła wargami te miejsca, które pod wpływem pieszczot ożyły i napełniły tęsknotą jego ciało. Przypominało to drobny letni deszczyk.

Było w niej tyle czułości.

Sedolf zaczął powoli rozpinać suknię Idy, od de­koltu aż po talię zapinaną na maleńkie guziki. Zma­gał się nieporadnie z ciasnymi dziurkami, ale ona nie ruszyła nawet palcem, by mu pomóc. Zwróciwszy się ku niemu, śledziła każde drgnienie na jego rozpalo­nej twarzy, zgadując, jak bardzo jej pożąda.

Przypomniała sobie z dzieciństwa brązowe kulki karmelu. Długo trzeba trzymać je w ustach, by się rozpuściły, ale pozostawiają w ustach słodki korzen­ny smak i pragnienie, by dostać ich więcej. Podobnie jest z miłością.

Sedolf a podnieciło to badawcze spojrzenie Idy, blask ognia odbijający się w jej oczach, lekki uśmiech, koniu­szek języka, którym zwilżyła usta, jakby go zapraszając...

Uporawszy się z guzikami sukni, zamknął usta Idy długim pocałunkiem. Oczy zaszły mu mgłą.

Piersi dziewczyny spoczęły ciężko w jego dłoniach, a sutki, twarde niczym pąki wiosennej brzózki, ster­czały ku niemu.

Jej oddech zrównał się z jego oddechem, upojeni tym samym rytmem ofiarowali się sobie. Zarzuciwszy Sedolfowi ręce na szyję, leniwie bawiła się jego przy­długimi włosami, i przymknąwszy powieki, radowała zmysły. Wiedział, że się uśmiecha. Uklęknął i uniósł jej spódnicę z cienkiej tkaniny. Niecierpliwie powiódł dłońmi w górę, ku biodrom, i rozwiązał podwiązki.

Sam usiadł okrakiem na ławie i jednym wprawnym ruchem rozpiął spodnie.

Ida wśliznęła się mu na kolana i pieszcząc jego uda, czekała, aż będzie gotów na jej przyjęcie. Pozwoliła mu wniknąć głęboko, by po chwili poczuć, jak stał się wzburzonym morzem.

A potem już pragnęli tylko bliskości. Jego ramio­na zamknęły się na nagim karku dziewczyny, przy­tulił policzek do jej falującej piersi. Odpoczywał, na­słuchując, jak jej serce odzyskuje spokojny rytm. By­li tacy ociężali, rozgrzani miłością, wyciszeni. Ida sie­działa mu na kolanach, nadal go otulając.

Nagle rozległo się stukanie do drzwi. Zerwali się, pośpiesznie poprawiając ubrania, jednak nie dość szybko. Pukający bowiem, nie czekając na zaprosze­nie, wszedł do środka.

Sedolf właśnie zapinał spodnie, a Ida usiłowała tra­fić w rękaw sukni.

Emil dostrzegł leżącą na podłodze bieliznę i spurpurowiał. Omiótł spojrzeniem bose stopy Idy.

Zamknął za sobą drzwi i ciężkim krokiem wszedł do izby. Patrzył, nie mogąc uwierzyć, że to prawda: Sedolf z Idą, którą zawsze traktował jak świętość.

- Doprawdy, przytulnie tu - uśmiechnął się z przy­musem. W jego głowie przewijały się obrazy, jakie pod­powiadała mu wyobraźnia. Nie w łóżku ani na kocu, na podłodze... Tylko ława stała dziwnie krzywo. Ida odry­wająca się od Sedolf a w momencie, gdy otworzył drzwi.

A więc pozwoliła Sedolfowi na to. Czy wszystkie kobiety są jednakowe? Czy to znaczy, że ona wcale nie jest inna? Sedolf z obnażonym torsem przeczesywał wystudiowanym ruchem grzywkę. Przeklęty przystojniak! Na pewno specjalnie tak niespiesznie zakłada koszulę, pomaga Idzie zapiąć guziki u sukni, a potem z krzywym uśmiechem schyla się i podnosi z podłogi bieliznę, na którą Emil ledwie ośmielił się zerknąć. Przybysz, przełknąwszy ciężko ślinę, od­wrócił się, nie zauważył więc spłonionej twarzy dziewczyny. Nie widział, jak łapie pośpiesznie poń­czochy i biegnie do alkierza.

- Wczesną sobie wybrałeś porę na wizytę - rzucił Sedolf jakby za podszeptem diabła.

To, co się wydarzyło między nim a Idą, było zbyt piękne, żeby zakończyć się tak nieoczekiwanie. Coś go jednak podkusiło, by dogryźć Emilowi.

- Nie dość wczesną, jak się okazało - rzucił Emil, zaczepiając kciuki o kieszenie spodni. - Jak ci się to udało? Co ty obiecujesz dziewczynom?

- Nic - odparł leniwie Sedolf i usiadł, uśmiechając się do Emila. - Siadaj - zaprosił go, jakby był tu go­spodarzem. - Ugotowaliśmy smacznego dorsza. Spo­ro złowiłem wczesnym rankiem na środku fiordu. Dosłownie rozpływa się w ustach, chłopie...

Emil pokręcił głową. Drzwi do alkierza pozosta­wały zamknięte. Nie zdołał ich zmusić wzrokiem, by się otworzyły. Paliło go rozczarowanie. A kiedy jesz­cze słyszał, jak Sedolf jakby nigdy nic używa liczby mnogiej, wszystko się w nim gotowało.

- Nie sądzę, żebym miał ochotę tutaj usiąść. Zresz­tą chyba nie ma powodu, żebym to uczynił. Przykro mi, ale tak już jest, kiedy kończy się przyjaźń...

- Już dawno przestaliśmy być przyjaciółmi - za­uważył oschle Sedolf.

Emil przeszył go spojrzeniem.

- Nie mówię o tobie - rzekł zmęczonym głosem i opuścił izbę.

Ida poczekała jeszcze chwilę, by mieć pewność, że Emil już poszedł. Była blada. Zdążyła się ubrać, a włosy ciasno zaplotła. Nie było w niej teraz nic swobodnego. Zniknęło zamglone spojrzenie. Oczy patrzyły jasno i mocno.

Sedolf objął ją, a ona go nie odtrąciła, mimo że cia­ło jej nie było już tak miękkie i uległe jak wierzbo­we witki w kwietniu.

- Nie mylił się - stwierdziła ze smutkiem. - Trud­no, żeby odniósł inne wrażenie.

- A cóż to, na Boga, ma za znaczenie? - zapytał Sedolf, całując przedziałek na głowie dziewczyny.

- Powiedział: „koniec przyjaźni”.

- To takie ważne?

- Tak - odpowiedziała po chwili. - Darzyłam go zaufaniem.

- Czy to ważniejsze niż to, co zdarzyło się między na­mi?

Ida opuściła głowę.

- Nie jestem pewna - odparła z bolesną dla Sedolfa szczerością.

Chociaż w sercu poczuł bolesne ukłucie, nie wy­puścił jej ze swych ramion. Przytulał ją tak długo, jak tego potrzebowała. Tak silna była jego miłość.

Rozsądny mężczyzna pewnie od samego początku postępowałby inaczej, ale on był po prostu sobą.

6

Knut przywiózł dzieci tuż przed obiadem. Tłuma­czył się, że miał dużo pracy i nie mógł przyjechać wcze­śniej, ale Ida podejrzewała, że coś kręci. Najwyraźniej zaakceptował Sedolfa i chciał mu trochę pomóc.

Mężczyźni zawsze trzymają swoją stronę, pomy­ślała Ida. Tak było, jest i będzie.

Nawet ojciec, który wrócił do domu dopiero wie­czorem, traktował Sedolfa, jakby ten już należał do rodziny. Idę irytowało to, bo czuła, że próbują za nią decydować. Sedolf pomógł jej przy wieczornym ob­rządku. Nie ośmielił się jej jednak tknąć.

- Co słychać w chacie nad rzeką? - zainteresowała się Ida.

- Lepiej - stwierdził Reijo szczerze uradowany. - Dzisiaj Helena przez kilka godzin już siedziała w łóż­ku i rozmawiała.

- Dowiedzieliście się wszystkiego? Reijo pokręcił głową.

- Umówiliśmy się z Anjo, że nie będziemy na nią naciskać. Poczekamy, aż sama zechce opowiedzieć o sobie. Na razie nie wspomina nic o wyprawie z Fin­landii. Nie mówi ani z kim udała się w drogę, ani skąd pochodzi. W ogóle nie napomknęła o swojej rodzi­nie. Poza tym jest dość rozmowna, rzekłbym nawet, trajkotka. Nie ustępuje tobie... - Reijo mrugnął do córki. - Anjo słyszała, jak przez sen powtarzała w kółko jakieś słowa bez związku, z których można było jednak wywnioskować, że panicznie lęka się noży. Ale tego akurat łatwo się domyślić...

Reijo sięgnął po zimną rybę, nie zwracając uwagi na to, że Ida i Sedolf w ogóle nie jedzą.

- Dziwne dziewczę! Niewiele wie o życiu, a mimo to zachowuje się jak królowa. Takiej pewności siebie i dostojeństwa nie można się nauczyć. Z tym się czło­wiek rodzi...

Zaśmiał się cicho i jakby zapatrzony w głąb siebie, daremnie szukał określenia, które jeszcze bardziej do niej pasowało.

- Tak, ma w sobie prawdziwą godność - stwierdził w końcu. - Jak mi Bóg miły, to niezwykłe u tak mło­dego dziewczęcia.

- Cóż, niektórzy tak są wychowani - stwierdziła Ida, kołysząc na ręku płaczącą Raiję. Mikkal spał w kołysce, ale było do przewidzenia, że wnet obudzi go krzyk siostry. - Skoro pochodzi z wyższych sfer, o Boże, jak ja nie cierpię tego określenia, to trudno się dziwić, że jest taka. Pewnie karmiono ją srebrną łyżeczką... Gdybyś mnie tego nauczył, ojcze, ja także mogłabym zachowywać się dostojnie. Dajcie mi kró­la, a odegram wam królową! Tylko czy to czyni ją kimś lepszym? Oto jest pytanie!

Reijo popatrzył zdumiony na córkę, zupełnie nie pojmując jej gwałtownej reakcji. Zerknął na Sedolfa, ale ten też tylko wzruszył ramionami, zdezorientowany.

- Ale ona jest naprawdę wyjątkowa! - upierał się Reijo. - Pomijając to, z jakiej wywodzi się rodziny. Nie wiem dlaczego, ale ze mną nawiązała lepszy kon­takt niż z Anjo. Być może traktuje mnie jak ojca...

Ida nie zamierzała być miła ani wykazywać przyjaznego zrozumienia. Zresztą z dwojgiem płaczących niemowląt na rękach nie było to wcale łatwe. Do Ra­iji bowiem przyłączył się Mikkal i oto dwie pary ma­leńkich rączek wyciągały się do mamy.

- Bardziej prawdopodobne, że widzi w tobie męż­czyznę. Niektóre dziewczęta lubią być adorowane.

- Teraz to już naprawdę jesteś niesprawiedliwa, Ido! - Kiedy Reijo się zdenerwował, nie był zbyt po­błażliwy. - Helena nic ci nie zrobiła. Z wielu powo­dów należy jej współczuć. Możesz być w złym humo­rze, ale nie oznacza to wcale, że wolno ci podejrzewać innych o najgorsze!

- Przepraszam - burknęła Ida pod nosem, bardziej z obowiązku niż ze skruchy.

Sedolf, który siedział strapiony na skrzynce z drew­nem, nagle poczuł się zbędny. Poczekał, aż Reijo od­sunie miskę, i spoglądając spod oka na Idę, która uda­wała, że tego nie widzi, podniósł się z miejsca.

- No, to na mnie chyba już czas - powiedział i się­gnął po czapkę leżącą na półce nad drzwiami.

- Chcesz iść? - zdumiał się Reijo. - Ale ja przecież muszę wracać do Knuta i Anjo!

- Och, nie - jęknęła Ida. Reijo pewnie tego nie słyszał, bo dzieciaki akurat darły się wniebogłosy, ale Sedolfowi, który stał tuż przy niej, zrobiło się przykro.

- Liczyłem na to, że zostaniesz - ciągnął Reijo, po­twierdzając tym samym dobitnie, że go w pełni zaak­ceptował i nie miałby nic przeciwko temu, żeby cór­ka związała się z nim bliżej.

Może w innej sytuacji Sedolf by się z tego ucieszył, teraz jednak ta radość została mu odebrana.

- Knut także przypuszczał, że zgodzisz się zostać!

Rzeczywiście, nic nie stało mu na przeszkodzie, nikt za nim nie tęsknił. W domu przywykli, że przy­chodził i wychodził, kiedy chciał. Jedyne, o co pyta­li, gdy nie wrócił na noc, to jaki sobie znalazł sien­nik. Ale on już od dawna na to nie odpowiadał.

Uśmiechnął się, zrezygnowany, i rozkładając ręce, spytał:

- Czy ludzie nie wezmą Idy na języki? Nie chciał­bym, żeby to zaszkodziło jej reputacji.

- Nikt się nie dowie, że tutaj jesteś - rzucił Reijo. - Oczywiście pod warunkiem, że sam się tym nie bę­dziesz przechwalał... Do sąsiadów stąd daleko, a zresz­tą zrobiło się już ciemno. Nikt nie zauważy! A jeśli ktoś cię zobaczy jutro, powiesz, że dopiero co przy­szedłeś. Za moich czasów też się nam zdarzało łgać, a jednak wyrośliśmy na ludzi... przynajmniej więk­szość z nas...

- Serdeczne dzięki - wycedziła Ida, uciszywszy swoje dzieci.

Reijo i Sedolf nie mieli pewności, komu dziękuje, ale żaden nie odważył się jej o to zapytać.

- W takim razie zostanę - zgodził się Sedolf, by­najmniej nie skacząc z radości.

Póki dzieci nie spały, jakoś to było. Sedolf zauwa­żył, że wieczorna krzątanina przy niemowlętach co­raz bardziej mu się podoba. Zresztą był naprawdę po­mocny. Gdy już umyte i najedzone bliźnięta leżały w kołyskach, uklęknął przy nich i zabawiał, paplając wesoło. Było naprawdę miło. Nawet spojrzenie Idy trochę złagodniało.

Ale kiedy dzieci zasnęły, gdy już zostały wniesio­ne zapasy drewna i wody, a drzwi zaryglowane przed nocą, trudniej im było siedzieć razem przy jednym stole. Niewiele czasu upłynęło od chwili, gdy byli ze sobą tak blisko! Ciągle pamiętali i niemal czuli za­pach i smak swoich ciał. To, co się między nimi zda­rzyło, pobudzało ich wyobraźnię i tęsknotę.

- Myślę, że niebezpieczeństwo minęło - odezwała się Ida. - Minęło wszak parę dni, odkąd znaleźliśmy Helenę. Nie sądzę, żeby ów ktoś, kto zostawił ją na pewną śmierć, wrócił w te strony.

Ida wyraźnie dawała chłopakowi do zrozumienia, że jego obecność uważa za zbędną.

- Chyba masz rację - odparł Sedolf. - Ale to nie znaczy, że wyjdę stąd, zatrzaskując za sobą drzwi. Gdyby ktoś cię znalazł jutro porzniętą na kawałki, nie darowałbym sobie tego do końca życia.

Ida robiła na drutach. Sedolf zazdrościł, że ma czym zająć ręce. Reijo pewnie wyplatałby kosze, gdy­by tu z nimi siedział. On sam nie potrafił nic takie­go, wieczorami zwykł zajmować się rozrywkami.

Ida zaparzyła słabą kawę. Póki miał w kubku smaczny brązowy płyn, nie musiał się martwić, co zrobić z rękami. W niewielu chatach ostała się jesz­cze kawa. Od ostatniego jarmarku upłynęło już spo­ro czasu. Większość ludzi nie mogła sobie pozwolić na luksus gromadzenia drogocennych ziarenek w du­żych ilościach. I mimo że parzyli kawę oszczędnie, zapasy szybko się wyczerpywały.

Sedolf obserwował Idę znad kubka. W świetle lam­py jej miedziane włosy zdawały się lśnić jak zaczaro­wane. Rzęsy rzucały na policzki długie cienie na kształt wachlarzy. Dziewczyna pracowała w skupie­niu, poruszając ustami jak dzieci, które dopiero wraz z upływem lat uczą się kontrolować swoje emocje. Zastanawiał się, czy Ida jest świadoma, że tak robi.

- Kiedyś powiedziałaś mi, że zaczniesz żyć na no­wo, gdy minie rok. Pamiętasz? - zagadnął.

Ida podniosła wzrok i pokiwała głową. Kąciki jej ust lekko zadrgały.

- Wtedy wszystko było inaczej, Sedolf, wiesz przecież.

- Dowiedziałaś się, że on już dawno umarł. To je­dyne, co się zmieniło. Nie odzyskasz go, oglądając się w przeszłość.

Obrzuciła Sedolf a badawczym spojrzeniem. Siedział dziwnie skulony, ściskając w dłoniach kubek. W świe­tle lampy oczy chłopaka wydawały się zupełnie czar­ne, na jego zdecydowanej twarzy tańczyły cienie. ' - A co twoim zdaniem znaczy żyć? Mam chodzić na tańce z młodzieżą? Zostawiać okno otwarte na oścież dla zalotników? Jedno i drugie jest dość trud­ne, gdy się ma dwoje dzieci... - Nabrała powietrza w płuca i dodała: - Zresztą nie zależy mi ani na jed­nym, ani na drugim.

- A tak dobrze tańczysz - uśmiechnął się słabo. - Co do okna, to wolałbym także, żebyś nie zostawia­ła go otwartego. Jeśli ktoś chce wejść, może uczynić to drzwiami.

Poczuła ukłucie w sercu. Ailo także wolał wchodzić przez drzwi. Mówił, że w jurtach nie mają okien...

- Boisz się, że Emil wszystkim rozpowie? - zapytał. Zarumieniła się lekko.

- Chyba to nie ma takiego znaczenia - odpowie­działa po dłuższej chwili. - Wszyscy przecież wiedzą, że nie jestem już dziewicą.

- Ale myśl, że Emil mógłby rozgłosić na prawo i le­wo, co zobaczył, nie jest ci miła?

Skinęła głową.

- Ja także nie chciałbym, żeby ludzie o tobie plotkowali. Było tak cudownie, wydaje mi się, że gdyby wszyscy się o tym dowiedzieli, te chwile straciłyby coś ze swego blasku.

- A mnie się zdawało, że mężczyźni lubią opowiadać o dziewczętach, które uwiedli - rzuciła Ida cierpko. - My­ślałam, że to w tym wszystkim jest dla was najlepsze.

- Nie o wszystkich dziewczętach można rozma­wiać - wyjaśnił z powagą. - O niektórych w ogóle się nie mówi. Bywają chwile, które chce się zatrzymać tylko dla siebie.

- Szkoda, żeby Emil przestał mnie uważać za taką dziewczynę...

- Byłaś z nim blisko? Ida uchwyciła wzrok Sedolfa.

- Co cię to obchodzi? - zapytała. - Masz do mnie jakieś prawo?

Skurczył się w sobie.

- Zdaje się, że mam za długi język - powiedział, ale nie cofnął pytania.

- Prawda - potwierdziła Ida. Oddychał przez chwilę ciężko, wreszcie ujął jej dłoń i rzekł:

- Już dawno zamierzałem ci wyznać, co do ciebie czuję, ale wtedy poprosiłaś mnie, żebym milczał. Kaza­łaś mi z tym poczekać. - Nabrał powietrza i dodał: - Z pewnością było to rozsądne, bo od tamtej pory zdą­żyłem sobie to i owo przemyśleć. Ty zapewne także. Zrozumiałem, że to coś więcej niż tylko przelotne uczucie. Zależy mi nie tylko na tym, żeby się z tobą ko­chać, ale także na tym, żeby dzielić z tobą codzienność.

- Może byłoby najrozsądniej, żebyś i teraz za­milkł? - Ida odgarnęła nerwowo lok z czoła. Robót­ka upadła jej na ziemię.

Sedolf potrząsnął głową.

- Nie, Ido. Czułbym się podwójnym nędznikiem, gdybym nie powiedział ci o moich uczuciach po tym, co się zdarzyło dziś między nami.

Ida pochyliła głowę. Nie była przygotowana na je­go wyznania. Byłaby głupia, gdyby nie domyślała się, co zamierza jej wyznać. Domyślała się aż nadto do­brze. Ale czuła, że to za wcześnie. Nie miała pojęcia, co ma mu odpowiedzieć. Nie chciała stracić w nim przyjaciela, bo wtedy z osób bliskich pozostaliby jej jedynie członkowie rodziny.

Sedolf nie dał się jednak przekonać. Nie powstrzy­mały go błagalne spojrzenia Idy. Uznał, że ma prawo wyjawić, co do niej czuje. Ze powinna o tym wiedzieć.

- Nie kryję, że parę razy złożyłem takie wyznanie innym dziewczynom... - zaczął zakłopotany. - Zdawa­ło mi się nawet, że mówiłem szczerze. Szczególnie gdy było ciepło i ciemno, dziewczyna urodziwa, a ja zbyt dużo wypiłem. Teraz jednak tamto jest nieważne, a słowa, jakie wypowiem, zabrzmią mimo wszystko inaczej, bo skierowane do ciebie nabierają nowego znaczenia. Może wydam ci się nazbyt górnolotny, ale to, co chcę powiedzieć, jest równie wzniosłe. To naj­ważniejsze wyznanie w moim życiu: Kocham cię, Ido.

Serce mu tłukło się w piersi, gdy ściskał jej drob­ną dłoń. W tym uścisku tyle było ciepła i oddania. Nie spuszczał z niej wzroku.

Ida przełknęła ślinę. Spodziewała się takiej chwili, choć inaczej ją sobie wyobrażała.

- Nie wiem tak do końca, jak to jest ze mną - od­rzekła, czując, że winna jest Sedolfowi szczerość. - Nie znaczy to, że cię nie lubię. Chyba zresztą sam to wiesz. Jest w tobie coś, co czyni cię innym od wszystkich. Ale miłość... zbyt mocno wiąże się dla mnie z osobą Ailo. Nie potrafię sobie wyobrazić, że dzie­lę to wielkie uczucie z innym człowiekiem. A jednak właśnie ty potrafisz sprawić, że czuję się kobietą. Dzięki tobie przeżyłam znowu rozkosz...

A więc Emil jej nie posiadł! Sedolfowi kamień spadł z serca.

- Nie mam pojęcia, Sedolfie, co ci odpowiedzieć. Nie wiem, czego ode mnie oczekujesz. Utrudniasz mi...

- Bądź po prostu szczera - przerwał jej. - Chyba obiecaliśmy to sobie.

- Tak, ale to także nie jest takie proste. Co mam ci rzec? Że boję się stracić w tobie przyjaciela? To praw­da. Twoja przyjaźń wiele dla mnie znaczy. Może kiedyś zapragnę od ciebie czegoś więcej? Może nadejdzie chwi­la, gdy tylko ty zdołasz ugasić niepokój i tęsknotę tra­wiące moje ciało? Potrafisz to uczynić. Zresztą łatwo ulec twojemu urokowi. Skromne dziewczęta nie powin­ny mówić takich rzeczy mężczyźnie, ale to prawda. Twoje słowa przerażają mnie jednak z innego powodu...

- Przerażają cię? - zdumiał się Sedolf, unosząc brew. Puścił jej dłoń, ale Ida jej nie cofnęła.

- Tak, przerażają, ponieważ obawiam się, iż ocze­kujesz ode mnie więcej, niż mogę ci dać. Boję się, że cię zranię, boję się, że zostanę zraniona. Żal mi cie­bie bardzo, bo nikt nie powinien teraz żywić do mnie takich uczuć.

Sedolf ze śmiechem pokręcił głową.

- Dobry Boże, ileż myśli kłębi się w tej twojej gło­wie. Ze mną było tak przez cały czas. Dłużej niż po­trafię sobie przypomnieć. Z tą różnicą, że nic ci nie mówiłem. Nie zmienię się dlatego, że wiesz już o tym...

- Dlaczego więc mi teraz o tym mówisz?

- Dlatego, że dłużej nie potrafię tłumić w sobie mi­łości do ciebie.

Jakby na potwierdzenie swoich słów gestykulował intensywnie.

- To uczucie mnie wprost rozsadza, chcę, by wreszcie rozkwitło pełnym blaskiem. Może teraz, kiedy usłyszałaś z moich ust, jak bardzo cię kocham, i ty się zdołasz przełamać. To jedyna ukryta intencja, jaka mi towarzyszyła.

- Domyślałam się tego - uśmiechnęła się Ida.

- Może się i domyślałaś, ale teraz już wiesz.

- Niech ci się jednak nie wydaje, że ci to pomoże sforsować drzwi do mojego alkierza dziś w nocy - po­wiedziała Ida, ze spokojem napotykając jego wzrok.

- Wiesz dobrze, że nie kierowałem się takimi po­budkami - odparł zawiedziony, że go posądza o taki cynizm. Z drugiej jednak strony poczuł w sercu lekkie rozczarowanie, bo mimo wszystko trochę na to liczył.

- Chciałam tylko, Sedolfie, żeby wszystko między nami było jasne. Nie mówię tego, żeby cię zranić czy pogrążyć. Jestem jednak zupełnie rozbita i nie wiem, co mam robić. Kiedy jesteś blisko mnie, drżę, ale rów­nocześnie coś mnie powstrzymuje. Rozumiesz?

Nigdy nie doświadczył czegoś takiego, ale też nigdy wcześniej nie brał uczuć na poważnie. Zwykle prowa­dził grę, w której raz wykorzystywał, a innym razem był wykorzystywany. Grę, w której żadna ze stron nie angażowała się na tyle, by przeżywać gorycz rozsta­nia. Oczywiście tak mu się tylko zdawało. Poniewcza­sie zrozumiał, że wylano z jego powodu wiele łez, choć nigdy nie był ich świadkiem. Zwykle on bowiem od­grywał rolę zdobywcy, on miał prawo stawiać żądania. On wreszcie miał prawo odejść, gdy się znudził.

Takie to proste. Takie puste.

- Tego, co dziś się zdarzyło między nami - rzekł - nie da się wprost opisać. Wiem, że to zabrzmi głupio, ale to prawda. Nigdy nie przeżyłem czegoś równie cudownego. Nie było to jedynie ugaszenie trawiące­go mnie pożądania, ale wspólnota ciał i dusz.

Ida zarumieniła się. Czuła, że Sedolf nie mówił takich rzeczy dziewczętom, z którymi zabawiał się na sianie. Przez moment przypomniała sobie pełen wyższości uśmiech Sofii. Ale mimo że nabrała pewności, iż Sedolf nigdy nie uczynił Sofii podobnego wyznania, nie zamie­rzała okazywać jej triumfu. Nie mogłaby użyć tych słów przeciwko nikomu. Zbyt wiele dla niej znaczyły.

- Mam nadzieję, że nie uważasz, iż posłużyłam się tobą... - odezwała się, spuszczając wzrok, nagle bo­wiem uświadomiła sobie, że taka myśl mogłaby mu przemknąć przez głowę. Nie chciała, żeby Sedolf tak o niej myślał. - Chyba rozumiesz, że nie uczyniłabym tego z byle kim...

Sedolf był taki przystojny. Jego zapach wywoływał w niej dreszcz pożądania, a pieszczoty odpowiadały naj­bardziej wyrafinowanym fantazjom. Tyle w nim było cie­pła, potrafił poruszyć w niej najskrytsze struny. Wydo­był ją ze skorupy, której istnienia ledwie się domyślała.

Ale nie potrafiłaby wyznać mu miłości. Bo to, co do niego czuła, zupełnie nie przypominało jej przywiązania do Ailo, którego przecież kochała całym ser­cem. Tego była całkowicie pewna.

Choć osoba Sedolfa wzbudzała wiele wątpliwości, był jej bliższy niż ktokolwiek inny. On - dokładne przeciwieństwo Ailo!

- Nie czuję się wykorzystany, mały głuptasie - odparł. - Bo chociaż nie darzysz mnie miłością, nigdy dotąd nie czułem się bardziej kochany. Myśl sobie, co chcesz, Ido, ale to prawda.

Słowa te głęboko zapadły jej w serce i sprawiły, że zaczęła traktować go poważnie. Zrozumiała, że ten chłopak wiele spraw przemyślał i pragnie odmienić swoje dotychczasowe życie.

Mimo to posłała mu na ławie w kuchni.

Zaakceptował to i kiedy Ida życzyła mu dobrej no­cy, odparł z uśmiechem:

- W każdym razie będzie mi tu ciepło.

Ida nie mogła zasnąć. Zawsze nasłuchiwała oddechu bliźniaków. Całe miesiące po ich urodzeniu wstawała w środku nocy i nachylała się nad kołyskami tylko po to, żeby usłyszeć, czy oddychają. Czasem budziła się z łomoczącym sercem, zlana potem, ponieważ zdawa­ło jej się, że jest nienormalnie cicho. Ale przecież nie­mowlęta w głębokim śnie oddychają bardzo spokojnie.

Teraz jednak jej głowę zaprzątały także inne myśli. Myślała o tej obcej Helenie. O ojcu, który udawał bo­hatera. Właściwie nie broniła mu tego, skoro było mu z tym dobrze. Jeśli dzięki temu czuł się potrzebny... Każdy człowiek zasługuje na to, by stawić czoło życio­wemu wyzwaniu i zyskać pewność, że jest pożyteczny.

Rozmyślała o Sedolfie...

Jakie to dziwne, być tak kochaną, a równocześnie jakby patrzeć na to z boku. Móc myśleć jasno, wie­dzieć, czego się oczekuje, wiedzieć, co samemu chce się ofiarować. A zarazem żywić przekonanie, że to nie może być miłość.

I współczuć mu...

Sedolf był miły, a do tego obdarzony niebezpiecz­nym wdziękiem.

Niespokojnie odwróciła się na bok. Nie słyszała przez ścianę i drzwi jego oddechu. Zastanawiała się, czy Sedolf słyszy, jak ona przewraca się z boku na bok.

Całe szczęście, że nie może czytać jej w myślach. Ale kto wie, co jemu chodzi po głowie?

Coś zastukało do okna.

Ida wstrzymała oddech.

Boże, co to? Może to ten łajdak, który okaleczył Helenę? Nie, ktoś taki raczej nie pukałby do okna. Zresztą na pewno unikał ludzkich siedzib.

Pewnie przefrunął jakiś ptak.

Znów rozległo się cichutkie pukanie, podobne do odgłosu drobnych kropli deszczu. Puk, przerwa, puk, puk, puk.

Może ludzie zaczęli myśleć, że się źle prowadzi? Kiedy była młodsza, nie raz zatrzaskiwała okno za­lotnikom przed nosem. Teraz też sobie poradzi. Usia­dła pośpiesznie na łóżku, po czym bezgłośnie wstała. Zarzuciła na ramiona szal, ułożony w nogach łóżka, podeszła do okna i odsunęła zasłonę.

Na dworze panowała kompletna ciemność. Otwo­rzyła okno i siląc się na spokój, zapytała:

- Kto tam?

- Ido, Ido, nie zamykaj! Muszę z tobą pomówić.

Ida poczuła tak wielką ulgę, że omal się nie rozpła­kała. Naprawdę obawiała się, że w pobliskim lesie czai się jakiś zbir, mimo że nie przyznawała się do te­go sama przed sobą.

- Emil, u licha, co ty tu robisz? - Błogosławiła nie­biosa za to, że ciemności ukryły rumieńce, jakie wy­stąpiły jej na policzkach.

- Ty mnie o to pytasz? - odparował. Znajdował się tuż pod jej oknem. Widziała szary cień. Sięgał rękami do ramy, ale nie dość wysoko, by zajrzeć do środka.

- Wpuścisz mnie, jeśli cię o to poproszę? - zapytał cicho.

- Przecież wiesz, że nigdy nikogo nie wpuściłam przez okno do mojego alkierza - odpowiedziała. - Równie dobrze możemy porozmawiać tutaj.

- To może wszedłbym drzwiami? Ida uśmiechnęła się do siebie. Najwyraźniej kręcą się koło niej sami mało dziarscy młodzieńcy. Niko­mu nie chce się wspinać.

- Nie - zaprotestowała, wyobrażając sobie, jak Emil natyka się na śpiącego w kuchni na ławie Sedolfa. Dobrze wiedziała, że Emil nie uwierzyłby w żad­ne, nawet najbardziej wiarygodne, wyjaśnienia.

- W takim razie ja także przyjdę za dnia - wyrzucił z goryczą, za późno gryząc się w język. - Przepraszam, nie miałem nic złego na myśli, Ido - usprawiedliwił się pośpiesznie. - Ale byłem w okropnym nastroju, kiedy zobaczyłem cię z tym nędznikiem Sedolfem.

Nie odpowiedziała.

- Dużo myślałem, Ido. Napomknąłem ci też już kiedyś o tym. Ale to nie przeszkadza, żebym zapytał raz jeszcze. Jesteś wdową, Ido, wiesz już to na pew­no. Nic więc nie stoi na przeszkodzie, byś mogła te­raz wyjść za mnie.

- Chcesz się ze mną ożenić? Naprawdę? Mimowolnie przypomniały jej się szydercze słowa Sofii.

- Inaczej bym nie pytał. Przez cały dzień nie my­ślałem o niczym innym. Wiem, że jedynym sposo­bem, bym mógł cię mieć, jest małżeństwo. Dlatego jestem gotów cię poślubić. Wiesz, czego oczekuje się od gospodyni w dużym gospodarstwie. Umiesz kierować domem. Jesteś oszczędna i pracowita. Możesz mieć dzieci, możesz dać mi synów, nowe pary rąk do pracy na roli. Zawsze mi się podobałaś.

Szczególnie niechętnie zareagowała Ida na słowa o nowych parach rąk do pracy. Zastanawiała się, czy Mikkal i Raija w ogóle byli brani przez Emila pod uwagę. Czyżby Sofia nie wymyśliła sobie tego wszystkiego, co mówiła?

- A co z moimi dziećmi?

Emil miał nadzieję, że Ida o tym nie wspomni. Prze­myślał to i uznał w końcu, że cudze dzieci jednak na zawsze pozostaną cudzymi dziećmi. Co prawda Ida je urodziła, ale ich ojciec był górskim Lapończykiem. Porządny gość, ale skąd można mieć pewność, co sie­dzi w tym jego rodzie. A przecież on, Emil, i tak ry­zykuje, bo w rodzinie Idy nie brakuje dziwaków. Ale Idę zawsze uważał za najpiękniejszą i najmilszą dziewczynę w okolicy. Tyle razy przechwalał się, że się z nią ożeni, więc gdyby nic z tego nie wyszło, na­raziłby się na śmieszność.

- Znajdzie się jakieś wyjście, Ido - rzucił niedbale, starając się zbagatelizować sprawę. - Przyjdę jeszcze raz i wtedy na spokojnie porozmawiamy. Na razie tylko sobie to wszystko przemyśl. Nie proszę cię bo­wiem o odpowiedź od razu, rozumiesz...

Ida wyostrzyła uwagę i teraz baczyła na każde je­go słowo. Uchyliła szerzej okno, mimo że trochę przemarzła.

- Nie chcę o tym rozmawiać później, Emilu. Omówmy to od razu! Co to za wyjście wymyśliłeś względem moich dzieci?

- No cóż, można by je oddać na wychowanie na przykład twojemu bratu. Ma taki duży dom...

- Mam oddać Mikkala i Raiję Knutowi i Anjo? To masz na myśli? Mam porzucić swoje własne dzieci?

- Kto tu mówi o porzuceniu? - sprzeciwił się Emil. - Oddasz je przecież rodzinie! A my będziemy mieć dość własnych dzieci, które wypełnią izby. Po kilku latach na­wet nie będziesz tęsknić za tamtymi.

- Mikkal i Raija to są moje własne dzieci! - rzekła Ida, jak nigdy dotąd pewna swojej decyzji. - Kocham je nad życie. Zostały poczęte z wielkiej miłości Ailo i mojej. I prędzej bym zdarła ręce do krwi od ciężkiej pracy i ja­dła wyłącznie chleb z brzozowej kory, niż bym je odda­ła komukolwiek! Nigdy, Emilu, nigdy ich nie oddam!

Ale Emil upierał się przy swoim.

- Lepiej będzie, jeśli sobie znajdziesz kobietę bez­dzietną - oznajmiła lodowatym głosem Ida.

- Jest późna godzina. Nie wiesz, co mówisz, kocha­na. Zajdę do ciebie za dnia. Ręczę, że popatrzysz na to bardziej rozsądnie. Zrozumiesz, co dla ciebie najlepsze.

- Nigdy nie byłam bardziej rozsądna niż w tej chwili - przerwała mu Ida podniesionym głosem. - Nie musisz mnie pytać więcej, Emilu. Moja odpo­wiedź pozostanie niezmienna. Nigdy w życiu nie po­ślubię człowieka, który nie będzie chciał wychować moich dzieci jak własne. Nie wyjdę za ciebie, Emilu. Mówię: nie, i to jest moje ostatnie słowo.

- Myślisz, że znajdziesz kogoś, kto będzie gotów karmić i łożyć na cudze dzieci?

- Jeśli nie, to trudno. Poradzimy sobie - odparła dumnie Ida.

- W każdym razie Sedolf na pewno nie jest w sta­nie nikogo utrzymać. Ledwie sam sobie radzi. Zresz­tą dla takich jak on żona i dzieci, obojętnie cudze czy własne, i tak się nie liczą.

Ida wzruszyła ramionami.

- Czyżby był u ciebie? - Emil nagle nabrał podej­rzeń. - Dlatego nie chcesz mnie wpuścić do środka?

- Nie dlatego nie chcę cię wpuścić - odpowiedzia­ła Ida. - A to czy u mnie jest, czy go nie ma, nic cię nie obchodzi. To moje życie. Nie rozmawiasz z przy­szłą żoną.

Emil zaklął siarczyście, wywołując zdumienie Idy. On - zawsze taki pobożny.

- Nie licz na to, że wrócę tu na kolanach - rzucił na odchodnym.

- Nie liczę - odparła Ida, rozbawiona w duchu. - Bo i tak nic z tego nie będzie.

Wstrzymała oddech, zamykając okno i zaciągając zasłony. Była wściekła.

Bliźnięta, o dziwo, spały spokojnie. Nie obudziły ich podniesione pod koniec rozmowy głosy Idy i Emila.

Cienka strużka światła przenikała przez uchylone lekko drzwi. Pamiętała, że je zamknęła.

Szal spadł jej z ramion, gdy weszła do kuchni. Sedolf przykucnął przed paleniskiem i wsparty na łok­ciach, pochylił głowę.

Ogarnęła ją fala czułości. Podeszła do niego i po­gładziła po włosach.

- Emil mimo wszystko gotów był się ze mną oże­nić - powiedziała cicho, ale zdecydowanie. - Chce mnie i wszystkie dzieci, jakie wspólnie spłodzimy. Te, które już mam, są dla niego nic nie warte.

- No cóż, Emil zawsze bardzo pilnował, by pokry­wać krowy najsilniejszym bykiem - rzekł Sedolf, wstając. Objął Idę ramieniem i popatrzył na nią z ukosa. - Słyszałem, Ido, jak go odprawiłaś. Byłaś wspaniała. Mój Boże, ty to potrafisz zmrozić męż­czyznę! Przypuszczam, że poszło mu w pięty.

- Raija i Mikkal są całym moim życiem. Pokiwał głową, gładząc ją po włosach.

- Wiem, najdroższa, i rozumiem dlaczego. Prze­stań się już zadręczać Emilem. Może znajdzie sobie jakąś równie pozbawioną uczuć pannę.

Ida objęła Sedolfa w pasie i wtuliła się w jego na­gi tors.

- Zdaje się, że oświadczyłam ci kategorycznie, iż nie masz wstępu do mojego alkierza. Ale ta ława jest strasznie twarda, nie położę się na niej. Sama jednak nie zasnę dziś w nocy. Przyjdziesz do mnie?

Uśmiechnął się tym swoim osobliwym uśmiechem.

- Przyjdę, o ile będziesz pamiętać, że sama tego chcia­łaś.

Ida pokiwała głową. Objęci wpół, przekroczyli próg alkierza.

Tej nocy żadne z nich nie mogło spać samo.

7

Emil szedł ścieżką prowadzącą w dół i kiedy był już niemal nad samym brzegiem, zauważył, że mię­dzy wyciągniętymi na ląd łodziami coś się poruszyło. Drewniane szopy majaczyły na tle ciemnej nocy na podobieństwo szczytów wynurzających się z mroku.

Roześmiał się w duchu z tego porównania, niezwy­kłego u tak przyziemnego człowieka, za jakiego się miał. Tak naprawdę jednak nie było mu do śmiechu.

Przeklęty Sedolf! W kuchennym oknie chaty na cy­plu świeciła się skręcona parafinowa lampa. A może to poświata od ognia z paleniska? Nie przypominał sobie, żeby w kuchni było jasno, kiedy szedł w tam­tą stronę. Ale może dlatego, że taki był zaabsorbowa­ny Idą? Przeklęty Sedolf!

Zaintrygowało go, kto się kręci koło szop. Może jakiś złodziej? Dawno, co prawda, nie słyszał, żeby komuś ukradziono łódź, ale kto wie?

Postanowił sprawdzić.

Przynajmniej na chwilę przestanę rozmyślać o Idzie i o tym nędzniku, uznał, po czym, wyjąwszy ręce z kieszeni, zboczył ze ścieżki.

Noc była chłodna. Miał nadzieję, że nikogo nie spotka, bo trudno by mu było wytłumaczyć się ze swojej obecności w okolicy cypla. W pobliżu nie by­ło żadnych innych zabudowań, więc nawet gdyby próbował wyjaśniać, że przechodził tędy przypadkiem, nikt i tak by mu nie uwierzył. Tym bardziej że do swojego gospodarstwa miał stąd dosyć daleko.

Emil zatrzymał się i nastawił uszu, ale doszły go jedynie ciche uderzenia fal o brzeg. Od strony fior­du wiał słaby wiaterek, cieplejszy niż wiatr od lądu. Noc nie powinna być mroźna. Mrużąc oczy, Emil spojrzał na zachmurzone niebo, zadowolony, że nie będzie musiał na razie palić w oborze. Trochę się za­oszczędzi drewna i torfu, pomyślał. Ważne, żeby być ostrożnym, przezornym i oszczędnym, bo nigdy nie wiadomo, co przyniesie przyszłość.

Nagle rozległ się przeciągły świst i Emil osunął się na ziemię.

Uderzenie było tak silne, że pomimo chłodu prze­leżał całą noc, nie odzyskując przytomności.

Zdziwił się, gdy zobaczył błękitne niebo i pochy­lonego nad sobą Sedolfa. Na swoim przemoczonym ubraniu zauważył białe zacieki. A w palcach w ogó­le nie miał czucia.

- Na miłość boską! Co ci się stało? - zapytał zanie­pokojony Sedolf, który o bardzo wczesnej porze zjawił się na brzegu, żeby wypłynąć na krótki poranny połów.

Zdziwił się, gdy zauważył ciemno ubraną postać, leżącą między łodziami tuż przy linii przypływu. Ob­rócił na bok bezwładne ciało i dopiero wówczas po­znał, że to Emil. Zaczął go cucić w popłochu, prze­rażony, że nie żyje.

Emil zamrugał powiekami, nie pojmując, dlaczego jest tak jasno. Twarz Sedolfa dwoiła mu się w oczach.

Powoli wracała mu pamięć. Schodził na brzeg, że­by sprawdzić, kto się kręci między łodziami. A potem poczuł silne uderzenie w plecy, jakby trafił go kamień.

- To ty mnie tak załatwiłeś? - zapytał Sedolfa.

- Ja? Co ci, u licha, przyszło do głowy? Jak możesz mnie podejrzewać? - krzyknął Sedolf, a w jego głosie słychać było złość i zawód.

Emil szczękał zębami i cały trząsł się z zimna.

Wystarczyłoby powodów, żeby pozostawić go tu­taj i odejść, pomyślał Sedolf. Ale są i takie, które prze­mawiają za tym, żeby mu pomóc.

- Trzeba cię, chłopie, zanieść pod dach! - rzucił w końcu zdecydowanym głosem. - Zabieram cię do Idy, czy tego chcesz, czy nie!

Emil milczał, zbyt wyczerpany, by się sprzeciwiać. Ostatnim miejscem, gdzie się teraz chciał znaleźć, by­ła chata Idy, ale rozumiał, że nie ma wyboru.

Sedolf podźwignął go i, podpierając, poprowadził w stronę zabudowań.

- Zdaje się, że już dziś tędy szedłeś - rzucił z nie­skrywaną goryczą Emil, zauważywszy świeże ślady na ziemi.

Ale Sedolf w milczeniu wiódł go pod górkę do cha­ty, z której komina unosił się swojski dym. Wiedział, że Ida właśnie gotuje dla dzieci jedzenie.

Zdziwiony, że drzwi są zaryglowane, krzyknął gło­śno, że wrócił. Otworzyła mu blada jak ściana.

Sedolf, nie bawiąc się w długie wyjaśnienia, we­pchnął Emila do środka.

- Wróciłem, Ido, nie spodziewałaś się tego, prawda? - odezwał się Emil, siląc się na uśmiech. Bez powodzenia.

- Co się stało?

- Nie wiem - odrzekł Sedolf ponuro i posadził Emila na ławie, opierając go o ścianę, żeby się nie zsu­nął. - Znalazłem go między szopami na łodzie. Leżał nieprzytomny na brzegu.

Ida uchwyciła się ramy okna i przymknęła oczy.

- Dlaczego zaryglowałaś drzwi? - zapytał Sedolf, tknięty niedobrym przeczuciem.

- Poszłam po mleko - wyjaśniła spokojnie. - I wte­dy zobaczyłam, że ktoś się włamał do piwnicy, gdzie przechowujemy żywność... Ukradł mięso.

- Komu w głowie takie żarty?

- O ile to żart - odpowiedziała Ida i skierowała py­tający wzrok na przysłuchującego się rozmowie Emila.

- Chciałem zobaczyć... wydawało mi się, że coś się rusza przy łodziach... A potem usłyszałem... jakby świst - wyjaśniał Emil. - Więcej już nic nie pamię­tam. Kiedy się ocknąłem, pochylał się nade mną Sedolf. Muszę wracać do domu, wydoić krowy...

Próbował wstać, ale zakręciło mu się w głowie i opadł ciężko na ławę. Ręką pomacał się po biodrze, zaciskając palce na skórzanej pochewce.

- Gdzie mój nóż? - zapytał, rozglądając się wokół. Nadal dwoiło mu się w oczach i widział nieostro.

- Pochewka jest pusta, Emilu - odpowiedział Sedolf i popatrzył zakłopotany na Idę, która zacisnęła usta w wąską kreskę. Skroń pulsowała jej gwałtownie.

- Nie przypominam sobie, żebym widział nóż wśród kamieni naniesionych przez fale przypływu - myślał na głos Sedolf. - Może nie zauważyłem, ale nie sądzę.

- Zdaje się, że znaleźliście jakiś nóż przy tej kobie­cie w lesie? - zapytał Emil z wysiłkiem.

Ida potwierdziła i zapytała:

- Brakowało którejś łodzi?

Sedolf, choć miał dobrą pamięć wzrokową, nie po­trafił sobie tego przypomnieć. Ciągle miał przed oczy­ma postać leżącą na brzegu, zalewaną przez wzbierające fale przypływu. Gdyby nie przyszedł na czas...

- W izbie ojca stoi kufer z ubraniami - zwróciła się Ida do Sedolfa, zauważywszy, że Emil trzęsie się z zimna. - Sięgnij stamtąd coś dla Emila! Albo najle­piej niech idzie się tam przebrać. Nie może przecież siedzieć w mokrych rzeczach, bo się rozchoruje.

Przemarznięty Emil, chcąc nie chcąc, przystał na to, mimo że sytuacja była dla niego wyjątkowo nie­zręczna. Ale Ida robiła dobrą minę do złej gry i zacho­wywała się tak, jakby nie pamiętała nocnej rozmowy.

- Wygląda na to, że między wami wszystko już ustalone - odezwał się Emil, gdy zamknęli drzwi do kuchni.

- Ustalone? - powtórzył Sedolf. - Hmm... Z Idą trudno o taką pewność. Ona jest jak dziki ptak, któ­ry potrafi nieoczekiwanie poderwać się do lotu. Nie ma sensu próbować jej usidlić.

Pozostawiwszy zdumionego Emila samego z Idą, wyszedł do obory nakarmić inwentarz. Potem udał się na nabrzeże, gdzie już kręciło się sporo rybaków. Emil, obserwując go przez okno, zastanawiał się, o czym z nimi rozmawia.

W izbie słychać było tylko gaworzenie niemowląt, które Ida najpierw przewinęła, a potem nakarmiła. Przechodził go dreszcz niechęci, ilekroć spoglądał na te pędraki. Na miły Bóg, opieka nad dziećmi to do­prawdy zajęcie dla kobiet, myślał. Na szczęście nikt nie oczekuje, żeby to robili mężczyźni...

Właściwie takie małe dzieci w ogóle go nie intereso­wały. Dopiero gdy zaczynały rozmawiać i udzielać roz­sądnych odpowiedzi, zaliczał je do gatunku ludzkiego.

Ida nie odzywała się do niego. Bez słowa narzuci­ła mu na ramiona wełniany pled, po czym przyniosła gorące mleko, miskę kaszy i kilka kromek chleba z masłem.

On sam zanadto był zakłopotany, żeby coś powie­dzieć. Zaledwie w parę godzin po tym, jak go odpra­wiła z kwitkiem, potrzebował jej łaski. Siedział tu w pożyczonych ubraniach i czuł cierpki smak poraż­ki. Dodatkowo przygnębiało go to, że ratunek za­wdzięczał Sedolfowi. Co gorsza, okazało się, że Sedolf zadomowił się w chacie na cyplu.

Serce go ściskało, gdy widział, jak ci dwoje zwraca­ją się do siebie nawzajem. Ich gesty, uśmiechy... Jak wie­le oczywistości jest w słowach, które wypowiadają.

A więc Ida dokonała wyboru.

Ponownie został pominięty. Za pierwszym razem pokonał go Lapończyk z gór. Teraz lekkoduch, któ­ry nie posiadał nawet własnego łóżka.

Zresztą rzadko sypiał w tym samym łóżku.

Sedolf wrócił zamyślony i zmarszczywszy czoło, oznajmił:

- Kilku sąsiadów obiecało, że zaraz zaprzęgną konie i zabiorą cię stąd. Odwiozą do domu i pomogą przy obrządku. Olav przyśle ci do pomocy żonę i siostrę. Ja niestety nie mogę. Nie mam odwagi zostawić Idy na­wet na chwilę. To wszystko wygląda dość... dziwnie.

- Nie znalazłeś mojego noża? - zapytał Emil. Sedolf pokręcił głową.

- Nie znalazłem, choć zajrzałem pod każdy ka­mień w miejscu, gdzie leżałeś. - Nabrał powietrza w płuca i dokończył: - Sprawdziłem nawet pod oknem Idy i wzdłuż prowadzącej do chaty ścieżki. Tam też go nie zgubiłeś.

Tylko ten jeden raz została wspomniana nocna wi­zyta Emila.

- Pewnie potrzebował noża - odezwała się głucho Ida. Rozłożyła na podłodze podwójny wełniany koc i ułożyła na nim Mikkala i Raiję.

Emil nie pojmował, jak można znieść nieustanną obecność takich brzdąców, ale Sedolfowi to najwy­raźniej nie przeszkadzało.

- Ojciec się musi o tym dowiedzieć! - Ida popatrzy­ła błagalnie na Sedolfa.

Ten pokiwał głową. Myśl o obcym szaleńcu, który kręcił się nocą w pobliżu chaty i który buszował w za­pasach zgromadzonych w piwniczce tuż obok, wyda­wała mu się nie do zniesienia.

A do tego jeszcze ta napaść na Emila. Całe szczę­ście, że jest młody i silny, bo nie wiadomo, jak by się to skończyło. Napastnik nie wyglądał na kogoś, kto zadręcza się wyrzutami sumienia. Życie ludzkie najwy­raźniej niewiele dlań znaczy. Zresztą najlepszym na to dowodem był sposób, w jaki potraktował Helenę.

- Chyba pojedziemy do Knuta - zadecydował Sedolf. - W gromadzie zawsze bezpieczniej.

Oznaczało to, że nie będzie już potrzebny, i zro­biło mu się żal, że nie powtórzy się miniona noc. Nie zaśnie, czując głowę Idy na ramieniu, nie obudzi się przytulony do niej...

Ale trudno, coś za coś! Najważniejsze jest bezpie­czeństwo jej i dzieci.

Po Emila zajechał wóz. Patrząc za oddalającym się pojazdem, Ida pokiwała z dezaprobatą głową.

- Nawet nie podziękował - stwierdziła.

- A czy kiedykolwiek słyszałaś, żeby to uczynił? - odparł cicho Sedolf.

Nie odpowiedziała.

Ubrała ciepło dzieci i położyła je w komsach, które otrzymała w podarunku od bliskich Ailo. Były to poręczne lapońskie kołyski z wydrążonego pnia, w których dzieci miały ciepło i przytulnie.

Pozamykawszy starannie drzwi, Ida rzuciła zamy­ślone spojrzenie ku saunie, gdzie ojciec urządził sobie schowek. Wszystko, co posiadał cennego, ukrył w jed­nej ze ścian sauny. Reijo sądził, że tylko on wie o tej kryjówce, tymczasem Maja i Knut także wiedzieli, mi­mo to nie od razu bezbłędnie trafiali na właściwe miej­sce. Chyba więc to wszystko, co skrywa schowek, leży tam bezpiecznie. Zresztą, człowiek, który grasował dzi­siejszej nocy koło ich domu, pewnie już tu nie wróci.

U Knuta i Anjo życie zaczęło wracać do normy. Kiedy Ida z Sedolfem zajechali do domu nad rzeką, zastali jedynie Reijo.

- Stało się coś złego? - zapytał, gdy tylko ich zo­baczył.

- W nocy mieliśmy gości - odparł Sedolf. Reijo przezornie zamknął drzwi do izby, w której nadal leżała Helena.

- Z piwnicy zginęło mięso - wyjaśniła Ida. - Ktoś pozbawił Emila przytomności i zabrał mu nóż. Sedolf znalazł Emila dziś rano na brzegu. Gdyby było chłodniej, zamarzłby.

- A co Emil robił w nocy na cyplu? - zdziwił się Reijo, ale ze spojrzeń, jakie młodzi wymienili między sobą, domyślił się odpowiedzi, więc nie pytał więcej.

Kiedy Knut usłyszał nowiny, uparł się, że Ida nie może wrócić na noc do chaty.

- Jestem tego samego zdania - poparł go Sedolf. - Mimo wszystko bezpieczniej jest w gromadzie.

- Jest nas tylko dwóch mężczyzn - oznajmił Knut i popatrzywszy przeciągle na Sedolfa, spytał: - Nie boisz się plotek?

Sedolf roześmiał się.

- Żartujesz chyba. Od kiedy mnie obchodzi, co lu­dzie o mnie myślą?

- A mógłbyś u nas zostać?

- Owszem - odparł przeciągle Sedolf, i tym razem nie mając odwagi spojrzeć na Idę.

Gdyby wiedziała, jak bardzo tego pragnie. Jak wszystko się w nim raduje. Mimo że tak skrywał swo­je uczucia, wszyscy się ich domyślali.

- Moglibyśmy się dziś wybrać razem do lasu - do­dał Knut. - Weźmiemy wnyki, żeby nie wzbudzać po­dejrzeń, i spokojnie rozejrzymy się po okolicy.

- Zacznijmy od strony cypla - zaproponował Sedolf. - Ten zbir na pewno wycofał się gdzieś i ukrył, ale na tyle blisko, by mógł obserwować dom.

- Dlaczego wrócił? - zapytał Reijo. - Może właśnie nad tym się zastanówmy!

Knut Zgodził się Z nim.

- Rzeczywiście, Reijo, najlepiej będzie o to zapy­tać tę, która zna odpowiedź!

- Przecież umówiliśmy się, że nie będziemy na nią wywierać presji - sprzeciwi! się Reijo.

- Tak, ale zanim zostało narażone życie kolejnego człowieka - rzucił twardo Knut. Wrażliwy niegdyś chłopak z jasną grzywką i dziewczęcymi rysami na zawsze pozostał w Finnmarku.

Nawet Anjo nie zdołała go powstrzymać.

- Muszę poznać całą prawdę - odparł. - Chcę wie­dzieć, kogo my właściwie ukrywamy!

- Porozmawiam z nią i przygotuję na to, że przyj­dziesz do niej coś wyjaśnić, ale ja jej pytać nie będę, bo straci do mnie zaufanie, a także poczucie bezpie­czeństwa, jakie wspólnie z Anjo tak pieczołowicie staraliśmy się jej przywrócić. Ona jest tak zalęknio­na, że wystarczy poruszyć się inaczej, a już cała drży.

- Mój ty najwspanialszy tato! - odezwała się Ida z miłością, głaszcząc go po policzku. Trzymając na ręku jedno dziecko, bo drugie niosła Anjo, weszła za Reijo do izby, w której leżała Helena.

Sedolf pozostał w przestronnej kuchni, dość bli­sko by usłyszeć całą rozmowę, ale niewidoczny dla oczu Heleny, która go przecież nie znała. Uznał, że obecność zbyt wielu osób może ją spłoszyć.

Reijo usiadł na stołku obok łóżka. Helena nie spa­ła, a kiedy ujrzała otaczające ją kręgiem grono przy­byłych, oczy rozszerzyły jej się z lękiem. Znała tylko Reijo i Anjo, no i oczywiście Knuta. Zawsze jednak przerażała ją jego potężna postać. Mężczyźni zazwy­czaj wprawiali ją w zakłopotanie, a mąż Anjo wyda­wał się jej taki wysoki!

Drobną rudowłosą dziewczynę też już kiedyś wi­działa. Przyglądając się jej uważnie, nagle doznała olśnienia. Tak, to musi być córka Reijo. Jaka piękna! Mieli podobne spojrzenie, nos...

Helena odruchowo dotknęła dłonią policzka. Nie udało jej się dostać lustra od Anjo. Anjo powiedzia­ła, że pożyczyła je komuś przed paroma dniami. To wyjaśniło Helenie więcej niż chciałaby wiedzieć.

- Wiesz, Heleno, wolałbym tego uniknąć - zaczął Reijo łagodnym głosem. - Stało się jednak coś, co umocniło Knuta w przekonaniu, że należy cię spytać o sprawy, o których być może wolałabyś zapomnieć. Bardzo cię proszę, postaraj się mu odpowiedzieć.

Szare oczy Heleny ciemniały w miarę, jak Reijo do niej przemawiał, a kiedy skończył, przeniosła spoj­rzenie na Knuta, który stał w nogach łóżka.

- Wspomniałaś Reijo, że nazywasz się Helena i masz osiemnaście lat - zaczął. - To niewiele nam mówi. Musimy wiedzieć o tobie więcej. Dlaczego i z kim przybyłaś w te strony?

Spuściła wzrok i popatrzyła w dół na swoje dłonie i nadłamany paznokieć.

- Ktoś cię ciężko poranił nożem. Rozumiem, He­leno, że boisz się tego mężczyzny, ale jak mamy cię chronić, jeśli nie wyjawisz nam, kim on jest?

- Reijo mówił, że jestem tu bezpieczna - odezwa­ła się cienkim głosem, jakby dopatrując się nieścisło­ści w słowach Knuta.

- Po co tu przybyliście?

- W Ruiji wszystko jest lepsze - odrzekła wymija­jąco, mimo że wiedziała, iż oczekuje się od niej ja­kiejś konkretnej odpowiedzi.

- Czy szorowałaś kiedyś podłogi, Heleno? Zaskoczona napotkała spojrzenie Knuta. Miał takie wyraziste oczy, lśniące niczym kamienie szlachetne i chyba równie chłodne. Odnosiła wrażenie, że Knut jej nie lubi, co sprawiało, że całkiem straciła pewność siebie. Wśród ludzi, którzy jej nie akceptowali, zawsze zachowywała się niezręcznie. Potrzebowała uwielbie­nia, by mogła roztaczać swój czar. Tego ją nauczono.

- Czy zdarzało ci się wstawać wcześnie, zanim in­ni domownicy się obudzili, po to by napalić w piecu? - nie ustępował Knut.

Dlaczego on pyta ją o takie rzeczy?

- Prałaś ubrania w lodowatej rzece? Dźwigałaś cięż­kie i niewygodne nosidła z wodą? Cerowałaś skarpety przy lichym płomyku lampki, gdy inni już poszli spać?

- Dosyć - ostrzegawczo wtrącił się Reijo, pociem­niały na twarzy. - Dość tego, Knut!

- Dlaczego on mnie o to pyta? - pytała cienkim głosem Helena, ledwie powstrzymując się od płaczu.

- Droga Heleno! - Reijo uchwycił jej dłonie i zaj­rzał głęboko w oczy. Pragnął być dla niej opoką. By­ło coś tak intymnego w kontakcie tych dwojga, że Ida poczuła się zażenowana. Wydało jej się, że oni wszyscy są intruzami, którzy nieproszeni wtargnęli do nie należącego do nich świata.

- Twoje dłonie nie wykonywały żadnego z tych za­jęć, o których wspomniał Knut, prawda? - powtórzył łagodnie Reijo.

Gwałtownie cofnęła ręce i odwróciła spojrzenie, unikając wzroku Reijo.

- To łatwo poznać. My najlepiej wiemy, jak wyglą­dają spracowane ręce. Twoje są gładkie jak ręce dziec­ka. To nie jest, broń Boże, zarzut, wcale nie! Ale uświadamia to nam, że należysz do innej klasy niż my. Dlatego tak trudno zrozumieć całą tę sytuację. Powiedz, czy nikt ciebie nie szuka, nie tęskni za to­bą? Heleno? Przecież na pewno masz rodziców, ro­dzinę, która martwi się, gdzie zaginęłaś?

- Nikt mnie nie szuka - rzekła tylko. Knut westchnął.

- Kim on jest? - zapytał mniej łagodnie niż Reijo. - Musisz przecież go znać. Nie przybyłaś z Finlandii zu­pełnie sama. Jesteś na to zbyt delikatna.

- Dlaczego ten człowiek tak cię skrzywdził? - wtrą­cił się Reijo, uprzedzając pytanie Knuta.

Bał się, że Knut zapyta o to zbyt obcesowo.

- On jest już daleko stąd - odpowiedziała głosem małego dziecka. - Daleko, daleko stąd.

Pobożne życzenie ubrane w słowa, bezradne zakli­nanie sprowadzone do magii pozbawionej mocy, pró­bujące zagłuszyć strach. Tak, przede wszystkim strach.

- Dziś w nocy ktoś napadł na jednego z mieszkań­ców wioski, który omal nie przypłacił tego życiem. Zniknął jego nóż... - dorzucił Knut.

- Nóż? - wyszeptała przerażona Helena i dopiero teraz popatrzyła na Knuta. Wczepiła palce w pled, a oczy rozszerzyły jej się w panicznym strachu.

Przełknęła ślinę i poruszyła ustami, nie wydając z siebie żadnego dźwięku. Łzy popłynęły jej z oczu jak strumyki.

- Kim on jest? Dlaczego pociął cię nożem? Myślisz, że wrócił po ciebie?

Knut przestał się już silić na delikatność. Mówił wprost, rzucając jedno pytanie za drugim.

- Nie po mnie - szeptała, nie przestając szlochać. - Nie po mnie. Na pewno czegoś szuka, może coś zgu­bił. Ale nie mnie...

Knut zastanawiał się, czy jest to prawda, czy tylko pobożne życzenie.

- Kim on jest? - powtórzył swoje pytanie. Ale dziewczyna tylko pokręciła głową, jeszcze mocniej zaciskając usta, jakby w obawie, że wymknie się jej jakieś słowo.

- Dlaczego go chronisz? - próbował się dowiedzieć Knut.

Ona jednak patrzyła tylko na niego, a z oczu nie przestawały jej płynąć łzy. Knut czuł się jak stallo, potwór z lapońskich baśni, który chce wyrwać dziew­czynie serce.

Uniósł brwi i parę razy głębiej odetchnął. Nie zamierzał dłużej naciskać dziewczyny. W popłochu usi­łował znaleźć inny sposób, by dotrzeć do niej.

- Nazywasz się Helena - odezwał się znowu. - Masz osiemnaście lat i pochodzisz z jakiegoś miejsca w Finlandii. To się zgadza?

Ledwie dostrzegalnie skinęła głową, ściskając pled pobielałymi kostkami.

- Zrobimy tak: jeśli odpowiedź na moje dalsze py­tania jest twierdząca, kiwnij głową, jeśli nie: pokręć.

Wstrzymała oddech.

- Przybyłaś do Norwegii razem z kilkoma mężczy­znami - zaczął spokojnym głosem. - Może z jednym...

Nie spuszczał z niej oczu. Powoli pokręciła głową, ale zaraz lekko skinęła.

- Przybyłaś z mężczyzną - rzucił pewnie. - Potęż­nym mężczyzną o gwałtownym usposobieniu, który potrafi być groźny i nosi przy sobie nóż...

Siedziała nieporuszona z uchylonymi ustami. Ona też jakby wstrzymała oddech.

- Nie sądzę, że przybyliście do Norwegii w poszu­kiwaniu lepszego życia. Nie przygoniła was tu bieda. Myślę nawet, że w Finlandii powodziło się wam bar­dzo dobrze. Przypuszczam, Heleno, że przyszłaś na świat w arystokratycznej rodzinie. Z jakiegoś powo­du musiałaś uciekać.

Nie zaprzeczyła. Ale też i nie potwierdziła.

- Człowiek, o którym mówimy, to twój ojciec, brat albo dalszy krewny... albo twój mąż. Nie wiem, ale pra­gnąłbym, żebyś ty sama nam to powiedziała. Zrozum, to nie będzie zdrada! Zresztą nie musisz dochować wier­ności komuś, kto cię pobił do nieprzytomności, pociął nożem po całym ciele i pozostawił w lesie na pewną śmierć. Dlaczego milczysz i chronisz kogoś takiego?

Zaszlochała gwałtownie. Anjo oddała Mikkala Idzie i usiadła niemal równocześnie z Reijo na kra­wędzi łóżka. Helena zarzuciła Reijo ręce na szyję i trzęsła się od płaczu. Anjo pogłaskała ją po plecach. Razem z Reijo robili, co mogli, by ją uspokoić, po­cieszyć i zapewnić poczucie bezpieczeństwa.

Ida pociągnęła Knuta za ramię i razem weszli do kuchni. Ona także miała oczy czerwone od łez i trzę­sły się jej ręce. Bardzo to przeżyła.

Sedolf bez słowa przytulił ją do siebie.

- Co tam się stało? - zapytał po chwili. - Trochę rozumiem po fińsku, ale rozmawialiście zbyt szybko i wiele mi umknęło.

- Mamy do czynienia z jakimś arystokratą - odpo­wiedział Knut. - Z Finlandii. Potrafi być bardzo okrut­ny, no i używa noża.

- Właściwie prócz tego, że to arystokrata, wiedzie­liśmy wszystko.

Knut otarł pot z czoła. Poczuł się zmęczony jak po wielogodzinnej pracy w lesie bez odpoczynku.

- Bóg raczy wiedzieć, dlaczego ona tak uparcie mil­czy. Przecież nie ma za co dziękować temu draniowi!

- Dowiemy się i tego - rzekł zdecydowanie Sedolf. - Pamiętasz chyba, że mieliśmy pójść do lasu.

Knut skinął głową. Mało brakowało, a by zapomniał.

- Powinienem chyba zniknąć z domu, zanim Reijo uspokoi tę dziewczynę. Bo patrzył na mnie tak, jak­by chciał mnie zabić wzrokiem.

8

Las wydał im się taki sam jak zwykle. Nie poraziła ich złowroga cisza, nie wyczuli nic niepokojącego. Na nagich gałęziach drzew chwiały się na wietrze pojedyn­cze liście. Minęła już pora, gdy las zachwycał feerią barw. Teraz dominowała głęboka zieleń sosen, złamana tu i ówdzie rzucanymi przez nie niebieskawymi cieniami.

W wysokich partiach gór spadł pierwszy śnieg. Szczyty okryły się białą warstwą, która znikała za dnia, ogrzana słoneczną dłonią, by potem znów się pojawić. Widoczne z oddali plamy śniegu zalegające­go ocienione kotliny przez cały rok powiększyły się i zwolna na podobieństwo pajęczej sieci oplatały zbo­cza, tworząc niebieskawo - brunatno - biały kobierzec.

Knut i Sedolf zastawiali sidła, uważnie śledząc tro­py zwierząt. Zobaczyli, którędy przemykał się lis, mi­nęli zagłębienia pozostawione przez odpoczywające łosie, odkryli na obrzeżach mokradeł odciśnięte śla­dy łap rysia. Nie brakowało także śladów ludzkiej obecności. Większość z nich łatwo było wytłuma­czyć: kręcili się tu przecież pasterze, którym zaginę­ły owce, zbieracze runa leśnego, a także ci, którzy tak jak oni teraz zastawiali sidła...

W miejscu, gdzie została odnaleziona Helena, na­dal stały koszyki Idy i Anjo. Sedolf uśmiechnął się, rozbawiony, ujrzawszy na dnie koszyka Idy zmarz­nięte borówki.

Przez moment poczuł pokusę, żeby wziąć je ze so­bą, ale w końcu wysypał owoce i zabrał tylko koszyki.

Knut siadł na pagórku gęsto porośniętym runem, mniej więcej w tym miejscu, gdzie leżała Helena. Przez tych parę dni przyroda niemal całkowicie usu­nęła ślady tego, co tu się zdarzyło.

Mech i zgniecione krzaczki podniosły się i zakry­ły zagłębienia na zielonym poszyciu.

- Dlaczego szli właśnie tędy? - zastanawiał się Knut. - Przecież to o wiele trudniejsza droga, a poza tym jeśli ktoś kieruje się na zachód, tędy nie przedo­stanie się na drugą stronę gór. Rozsądniej byłoby zbo­czyć z głównego szlaku dopiero na szczycie...

- Zwróciłeś uwagę, że nie widać też śladów koń­skich kopyt? - rzucił Sedolf.

Knut pokiwał głową. Jemu także wydało się to dziwne.

- Jeśli jednak ten człowiek zamierzał pozbyć się Heleny - ciągnął Sedolf - to jego działanie nie wyda­je się pozbawione rozsądku.

Knut w milczeniu rozważał jego słowa.

- Spróbujmy wczuć się w jego sytuację i myśleć tak jak on - zaproponował Sedolf. - Miejsce jest ustron­ne, idealne na porzucenie ofiary. Właściwie to zupeł­ny przypadek, że ktoś ją tu znalazł. O tej porze zwy­kle nikt już nie zbiera borówek, bo owoce zniszczo­ne nocnymi przymrozkami nie nadają się na konfitu­ry. Na pewno brał to pod uwagę.

Knut był tego samego zdania.

Rozejrzał się wokół. Zdawało mu się, że słyszy ja­kieś szepty w koronach nagich brzóz, niemych świad­ków tego, co się tu zdarzyło.

- A więc, patrząc na to jego oczami, wszystko poszło zgodnie z planem - ciągnął tymczasem Sedolf. - Nie rozumiem więc, dlaczego wrócił? Zastanawia mnie też, czemu to dziewczę tak uparcie milczy.

- Przebąkiwała, że on mógł coś zgubić - myślał na głos Knut, nie przestając przeczesywać krzewinek. Robił to mechanicznie, z pozorną niedbałością.

- Ubrania raczej nie, zaś nóż, który zostawił, był najzwyklejszy w świecie i mógł należeć do każdego. Chodzi na pewno o coś innego, o coś, co ma zwią­zek wyłącznie z nim - podejrzewał Sedolf.

Knut nie odpowiedział, usłyszawszy trzask łama­nych gałęzi. Odgłos dochodził z głębi lasu, ale skały zasłaniały im widok.

- Może jakiś ryś przyczaił się na nas - rzucił bez­trosko i wstał.

Wrzucił do zapomnianego przez Anjo koszyka resztę wnyków i dal znak Sedolfowi, że powinni już pójść.

Sedolf, niewiele z tego rozumiejąc, podążył za Knutem. Kiedy już uszli kawałek, Knut wyszeptał pośpiesznie:

- Mówisz trochę po lapońsku?

- Właściwie nie, ale dużo rozumiem - odparł Sedolf.

- To dobrze! - Knut przeszedł na język nomadów: - Ktoś jest w lesie od strony szczytu. Gdyby to byli ludzie ze wsi, zawołaliby: „Hej, hej!” i pokazali się, prawda?

Sedolf przytaknął, z trudem się powstrzymując, by nie odwrócić głowy.

- Coś mi mignęło wśród drzew - dodał Knut i na­chylił się niespiesznie, żeby zastawić sidła na zająca. - Dostrzegłem nagły ruch. Tuż nad nami. Myślę, że ten ktoś nie może nas słyszeć, ale lepiej być ostroż­nym, prawda?

Sedolf znów przytaknął i uśmiechnął się. Zrozu­miał, że muszą zachowywać pozory, tak by z daleka wyglądało to na zwykłą rozmowę.

Knut pogrzebał przez chwilę w kieszeni, ale nic z niej nie wyjął.

- Jeśli to ten sam człowiek, który skrzywdził He­lenę, to lepiej nie prowadzić go wprost do niej - za­decydował. - Pójdziemy najpierw do chaty Reijo, zro­bimy obrządek i pod osłoną mroku wrócimy do do­mu. Być może ostrożność jest zbędna. Może on wca­le nie będzie nas śledził. Na zdrowy rozum, powin­no mu zależeć na tym, by jak najprędzej stąd uciec.

- O ile to rzeczywiście jest on - rzucił Sedolf i najobojętniej w świecie prześliznął się wzrokiem po wznie­sieniach. Mimo wytężonej uwagi nic nie dostrzegł.

Knut tymczasem starannie założył ostatnie już wnyki, które były dobrym pretekstem do wędrówki po lesie, ale jednocześnie, a może przede wszystkim, sposobem na zrobienie zapasów pożywienia.

Potem zawrócili w dół. Nie wiedząc, czy śledzi ich czyjeś spojrzenie, czy ów ktoś podąża ich śladem, na wszelki wypadek gawędzili po drodze na przemian po lapońsku i po norwesku.

Dotarłszy na cypel, zaryglowali starannie drzwi i rozpalili w piecu. W chacie z drewnianych bali, sta­rannie ciosanych i dopasowanych, by nie wiało przez szpary, szybko zrobiło się ciepło. Wyjrzeli dyskretnie przez okno, ale nie zauważyli nikogo. Wiadomo jed­nak, że ktoś taki nie przyjdzie i nie zapuka.

Knut sprawdził w alkierzach, czy okna są dokład­nie podomykane, a potem usiadł obok Sedolfa przy stole w kuchni. Zrobiło się już ciepło na tyle, że mo­gli ściągnąć wierzchnie okrycia. Sedolf zdjął przez głowę gruby wełniany sweter i podkasał rękawy koszuli. Knut, uczyniwszy to samo, poszperał w kieszeni spodni i coś stamtąd wyjął. Uchwycił wzrok Sedolfa i z uśmiechem demonstracyjnie otworzył zaciśniętą dłoń, tak jak czasem robią dorośli, popisując się przed dziećmi sztuczkami magicznymi. Miał zresztą także równie zadowoloną minę.

Sedolf aż otworzył usta ze zdumienia.

- Znalazłem to - oznajmił Knut. - Przeczesywałem palcami krzewinki i natknąłem się na coś jeszcze poza borówkami. Niewykluczone, że to zasługa mojej matki, która miała niezwykłe zdolności i przekazała coś z tego nam, swoim dzieciom. Bo jak inaczej to wytłumaczyć...

- A więc ten nędznik naprawdę coś zgubił! - po­wiedział zdumiony Sedolf i wziął do ręki leżący na stole pierścień.

Knut podkręcił płomyk w lampie, żeby świecił ja­śniej. Pochylił się, zaintrygowany, próbując dojrzeć drobne wzorki ozdabiające pierścień i rozszyfrować ich znaczenie.

- Wstęga - rzekł Sedolf, ale jego palce wydawały się zbyt duże, gdy trzeba było wskazać misterne wzo­ry. - I oszczep.

Doprawdy ciekawie było wyszukiwać wzrokiem symboli, tak by niczego nie pominąć.

- Skrzyżowane oszczepy - poprawił go Knut. - To na pewno coś znaczy. O, i koński łeb!

Wijąca się ukosem wstęga dzieliła pierścień na dwa pola. U góry widoczne były dwa skrzyżowane oszczepy, zaś u dołu łeb konia. Nie sposób go było nie dostrzec. W miejscu oczu zwierzęcia znajdowa­ły się dwa maleńkie, błyszczące zielono kamienie szlachetne, wstęga zaś była wysadzana nieco większymi czerwonymi rubinami. Pozostałe znaki były grawerowane.

Sedolf zważył pierścień w dłoniach i włożył na pa­lec lewej ręki, uśmiechając się przy tym i błaznując. Dziwnie się czuł z taką ozdobą na palcu, bo zdawa­ło mu się, że biżuteria przynależy kobietom, ale pier­ścień pasował na niego, a nawet był lekko luźny.

Kładąc go z powrotem na stole, powiedział:

- Rozumiem teraz, czemu ten człowiek zawrócił. Ten wykonany ze szczerego złota pierścień musi być wart fortunę. Poza tym kamienie szlachetne też ma­ją swoją wartość. Takich klejnotów nie wyrzuca się ot tak sobie, bez żalu.

Knut dotknął ostrożnie pierścienia.

- Na pewno masz rację, ale moim zdaniem chodzi tu o coś więcej - rzekł spokojnie. - To jest pierścień rodowy z wygrawerowanym herbem.

Knut także przymierzył pierścień, najpierw her­bem do wierzchu, a potem przekręcił go i wówczas wyglądał jak gładka złota obrączka.

- Tą stroną się nosi pierścień, jeśli się nie chce zdra­dzać swojej tożsamości - domyślił się. Przypomniał sobie, co opowiadał mu kiedyś Heino, który wiele wiedział na ten temat, bo obserwował z bliska owe bogate rody z południa.

- A więc ten pierścień pomoże nam ustalić, kim on jest - zrozumiał Sedolf. - Tak, teraz dopiero pojmu­ję, dlaczego on się tu jeszcze kręci. Nie wiadomo z ja­kich powodów zdecydował się na ucieczkę z Finlan­dii, ale sprawa musi być niebłaha...

- Helena chyba też wywodzi się z jakiegoś ważne­go rodu - rzekł Knut. - Przez cały czas mi się zdawa­ło, że jest córką tego oprawcy, i tym tłumaczyłem sobie jej milczenie. Ale teraz przyszło mi na myśl, że to może być jej mąż...

- Nie sądzę. Jest zbyt młoda i niedoświadczona - uznał Sedolf.

- Nie wiem, doprawdy, nie wiem, Sedolfie - westchnął Knut, bawiąc się pierścieniem. - Nie dałbym głowy.

- Myślisz, że on nas śledzi?

- Nawet jeśli, to nie z powodu pierścienia. Nie mógł zauważyć, że go znalazłem. Ty byłeś obok mnie i nic nie dostrzegłeś, więc co dopiero on. Zresztą, gdy­by był pewien, w którym miejscu pierścień zsunął mu się z palca, bez trudu by go odnalazł. Myślę, że on szuka po omacku. Musimy go przechytrzyć. Mam ta­ki plan: wyjdziemy stąd po zmroku, a on, nawet je­śli nas zobaczy, i tak niczego nie pojmie...

Sedolf nie rozumiał, więc Knut wyjaśnił mu to bliżej.

- Jesteście wyjątkowo pomysłowi, ty i Ida - uśmiech­nął się. - To pewnie także spuścizna po waszej niezwy­kłej matce?

- Nasza mama doprawdy była wszechstronną ko­bietą. Teraz już potrafię mówić o niej, nie czując w sercu bólu. Musiało upłynąć wiele czasu! Pomimo to żadnemu dziecku nie życzę takiej matki. To, że wyrośliśmy na ludzi i jesteśmy tacy, jacy jesteśmy, zawdzięczamy wyłącznie Reijo. Takiego ojca każdy może nam pozazdrościć.

Sedolf milczał. Nie znal matki Knuta, Idy i Mai, a trudno rozmawiać o kimś obcym.

- Podobno sypiasz na tej twardej ławie - uśmiech­nął się Knut szelmowsko. - Czy to konieczne?

Sedolf poczuł, że się zaczerwienił. On, który zwy­kle, nierzadko też z Knutem, rozprawiał swobodnie o dziewczętach, teraz zamilkł, jakby miał zapieczętowane usta. Nie potrafił żartować na temat Idy, do te­go w obecności jej brata.

- Czy to tak poważna sprawa, że nie możesz o tym mówić? - zdziwił się Knut z błyskiem w oku.

- Chyba tak - zmusił się do odpowiedzi Sedolf.

- Na to wygląda, chłopie. Kiedy bowiem powstrzy­mały cię jakieś przeszkody? Nadarzała ci się taka oka­zja! Przecież drzwi do alkierza nie dają się zaryglować, a ty... Zadowoliłeś się wąską, krótką i twardą ławą.

Sedolf uśmiechnął się tym swoim czarującym uśmiechem, któremu niejedna panna nie mogła się oprzeć. Sedolf nie przywiązywał nadmiernej wagi do rzeczy, był beztroski, ale życzliwy i w gruncie rzeczy nie było w nim zła.

Teraz też wykręcił się od odpowiedzi. Ta sprawa dotyczyła wyłącznie jego i Idy, nikogo więcej. Nawet Knutowi nic do tego.

- Jednym słowem nie traktujesz tego lekko - po­twierdził Knut. - To mnie trochę uspokoiło, nie prze­czę. Zauważyłem, że się zmieniłeś. Nie poznaję też mojej młodszej siostry! To porządna dziewczyna, ale nie nazwałbym jej cnotką. Masz wobec niej uczciwe zamiary? - zapytał, wykrzywiając twarz.

- Chcę ją poślubić - odparł Sedolf. - Chociaż ona nie przestaje myśleć o Ailo i powtarza, że jest za wcześnie, bym jej cokolwiek proponował. Twierdzi, że jeśli kie­dyś wyjdzie jeszcze raz za mąż, to tylko z miłości. - Sedolf rzucił Knutowi zrezygnowane spojrzenie. - Ale przecież każdemu wolno marzyć, prawda? Jestem jed­nym z tych głupców, którzy łudzą się nadzieją...

- Nawet Ida nie może bez końca żyć przeszłością i pielęgnować starych marzeń. Zwykle twardo stąpa po ziemi, więc i to zrozumie. Domyślam się jednak, że ją najbardziej męczy to, że nie wie, jak zginął Ailo. Tyle jest w tym wszystkim niejasności! A Ida należy do tych ludzi, którzy muszą wszystko zobaczyć na wła­sne oczy i dotknąć własnymi rękami, żeby uwierzyć.

- Poczekam - westchnął Sedolf, spuszczając wzrok. - Nie mam nic prócz tej pary rąk. A to niewiele, żeby za­służyć na uwagę takiej kobiety jak Ida. Tak więc ja też potrzebuję trochę czasu, po to by stać się jej godnym. Lekkoduch Sedolf Bakken musi spoważnieć. Muszę stać się kimś, kto potrafi utrzymać siebie, żonę i dzieci. Za­wsze żyłem chwilą, często na kredyt. A mężczyzna z ro­dziną powinien mieć coś w zanadrzu. Dlatego muszę ze­brać trochę oszczędności.

Oczy Knuta rozbłysnęły.

- Myślę, że niewielu ojców rodzin tu nad fiordem ma coś w zanadrzu. Prawie wszyscy żyją mniej lub bardziej na kredyt. Dlatego też, kiedy rok jest nieuro­dzajny, na morzu hula sztorm albo w lesie brakuje zwierzyny, straszna nędza zagląda im do oczu. Nigdy nie wiadomo, kiedy człowiek popadnie w kłopoty. Ida nie przyszła na świat w bogactwie - mówił dalej Knut. - Te pozory dobrobytu zawdzięczamy ciężkiej pracy i odrobinie szczęścia. Ida także bywała głodna, cho­ciaż pewnie nie pamięta, tak jak ja, smaku chleba upieczonego z kory. Czasami jednak cieszę się, że by­wałem prawdziwie głodny, bo dzięki temu potrafię odróżnić, co w życiu jest ważne, a co całkiem bez zna­czenia. Jest to także pewna wartość, sama w sobie, je­śli rozumiesz, Sedolfie, co mam na myśli...

- Ja także pamiętam smak kory w chlebie - wyznał Sedolf. - Ale nigdy nie uważałem, że wzbogaciło mnie to wewnętrznie.

- Idzie z pewnością wróci rozsądek - pocieszył go Knut. - Czy Emil był u niej w tej sprawie, o której myślę?

Sedolf pokiwał głową ponuro.

- Oświadczył się jej przez okno - rzucił z pełnym goryczy uśmiechem. - Ale wynikła z tego jedna wiel­ka kłótnia. Nawet na mnie nalatywał, mimo że się wcale nie wtrącałem i leżałem na tej twardej ławie ci­cho jak trusia. Na szczęście Ida odprawiła Emila z kwitkiem. Więc przynajmniej jego mam z głowy.

- To znaczy, chłopie, że jest już prawie twoja - uznał Knut. - Zaufaj mi. Zresztą, niby dlaczego miał­byś mieć lżej niż my wszyscy, którzy przemieniliśmy się w wiernych małżonków...

Twarz Sedolf a rozjaśniła się w uśmiechu.

- Nie mów mi, Knut, że tak ci źle! Anjo tańczy ko­ło ciebie, jakbyś był duńskim królem... no, jak on się nazywa?

- Fryderyk - poinformował go z ironią Knut. - Chyba piąty z kolei. Heino dobrze się orientował w tych sprawach, dlatego wiem. Zresztą i Anjo na­uczyła się co nieco, kiedy służyła u namiestnika w Al­cie. Zdaje się, że podsłuchiwała przez dziurkę od klu­cza, chociaż się tego wypiera.

Roześmiali się obaj.

- W każdym razie - ciągnął Knut - Heino nie prze­padał zbytnio za królami. Króla Szwecji nazywał cho­rym na władzę głupcem, a tego naszego Fryderyka szanował jeszcze mniej. Twierdził, że ma skłonności do pijaństwa i nierządu. Z tego, co wiem, to prawda.

- Okazuje się, że nie tylko biedacy mogą zbłądzić i zejść na złą drogę - zauważył Sedolf. - Założę się, że wśród ludzi z wyższych sfer, którzy uważają się za coś lepszego, nie brakuje łajdaków.

- O, tak - przytaknął mu Knut i poturlał pierścień w stronę lampy.

Światło załamało się w czerwonych rubinach, pier­ścień błysnął, jakby mrugnięciem potwierdzał rację Knut a.

Zanim zaczęli obrządzać zwierzęta, poszli do sau­ny i podłożyli porządnie do pieca, żeby szybko zro­biło się ciepło i paliło się długo.

Zapadł jesienny zmrok. Zadziwiające, jak dokład­nie odbiera się wszystkie dźwięki w takie ciemne wie­czory. Może to zmysł słuchu wyostrza się, gdy zmysł wzroku zawodzi?

Knutowi zdawało się, że na ścieżce między oborą a chatą coś zachrzęściło, i miał okropne wrażenie, że każdy jego ruch śledzi tuzin par oczu. Nie było tak chłodno. Za chmurami zniknął sierp księżyca. Za pa­rę dni srebrna tarcza, odbijając się w wodach fiordu, rzucać będzie długie cienie i dawać światło. Ale tego wieczoru nic nie rozświetlało ciemności.

Pogoda sprzyjała planowi Knuta i Sedolfa.

Dwaj młodzi mężczyźni rozebrali się i wszystkie ubrania, a także pierścień, owinęli ciasno w kurtkę, po czym owiązali sznurem tak, że pakunek przypo­minał sporej wielkości twardą kulę. Zostali w samych tylko kalesonach i trzęśli się na samą myśl, że tak ma­ją wyjść na dwór.

Podłożyli drew do ognia, sprawdzili, czy w lampie jest dość parafiny, po czym, nie zdmuchując płomie­nia, wyszli. Pośpiesznie zatrzasnęli za sobą drzwi, tak by światło nie oświetliło pakunku z ubraniami, na wypadek gdyby ich ktoś obserwował.

Knut pchnął lekko zawiniątko, które poturlało się z górki w dół na brzeg i w ciemnościach zniknęło im z oczu. Modląc się w duchu, żeby nie zatrzymało się gdzieś po drodze, ruszyli pędem do sauny, w której zrobiło się już na tyle gorąco, by mogli się rozgrzać.

- Czuję się dość idiotycznie - przyznał się Sedolf, usiadłszy na najwyższej półce. Pocił się obficie, a ciemna grzywka przykleiła mu się do czoła. - I bę­dę się czuł jeszcze bardziej głupio, gdy się okaże, że cała ta komedia była niepotrzebna.

- Albo poczujesz ulgę, gdy usłyszysz, że jakiś przy­sadzisty zbir, uzbrojony w nóż, grasuje w okolicy.

Nie polewali kamieni wodą ani nie okładali się brzozowymi witkami, ale poza tym była to prawdzi­wa kąpiel w saunie, i to w środku tygodnia.

- Uff, dawno nie kąpałem się dobrowolnie - rzucił Sedolf, zwijając kalesony i składając je na płask. Od­rzucił do tyłu mokre włosy. Spojrzał pytająco na Knuta, który wykonał mniej więcej te same czynno­ści, i uśmiechnęli się do siebie.

- Na dworze jest strasznie zimno - rzucił Knut. - A podłoże kamieniste...

Tak jakby Sedolf tego nie wiedział.

Otworzyli drzwi i błyskawicznie za sobą zamknę­li, po czym pobiegli w stronę brzegu, wykrzykując głośno. Ktoś, kto ich obserwował, mógłby sądzić, że wyszli się ochłodzić, tak jak zwykle się czyni podczas kąpieli w saunie.

Knut i Sedolf biegli pochyleni. Było tak ciemno, że nie widzieli, gdzie stąpają. Ostre kamienie wbijały się im w stopy, a zimno kłuło ich bose nogi. Wcześniej podzielili się zadaniami. Ponieważ, jak obaj uznali, Knut lepiej orientował się w ciemnościach, jemu przypadło w udziale odszukanie zawiniątka z ubra­niami. Sedolf tymczasem, brodząc wśród glonów, odwiązał łódkę należącą do Reijo. Drąc się na całe gar­dło, śpiewali przy tym sprośne piosenki i wykrzyki­wali pieprzne dowcipy.

- U licha, gdzie ten tobołek? - syknął Knut przez zęby, szukając ubrań.

Może po drodze zmienił kierunek? Tego nigdy się nie da dokładnie przewidzieć, bo zbocze było kamie­niste i nierówne.

Sedolf wypchnął łódź na wodę, a potem przesunął ją w cień szopy, starając się przy tym robić jak naj­mniej hałasu. Dno łodzi ledwie zaszurało o kamienie.

Knut zdążył wreszcie znaleźć zawiniątko z ubra­niami i rzucił je pośpiesznie Sedolf owi. Wiedział do­brze, że jeśli ktoś zaczaił się, by obserwować z ukry­cia chatę na cyplu, nie może równocześnie widzieć tego, co się dzieje na brzegu.

W końcu wychował się w tym miejscu i znał tu każdy kąt.

Dygotał z zimna, ale działo się tak nie po raz pierwszy. Teraz zgodnie z dalszą częścią planu miał narobić tyle hałasu, żeby ów ktoś, kto ich śledził, my­ślał, że do chaty wraca ich dwóch.

Biegnąc pod górkę, rozmawiał sam ze sobą, na przemian starając się naśladować głos Sedolfa. Cho­ciaż nie wychodziło mu to idealnie, nie przejmował się zbytnio, licząc na to, że z daleka nie da się wy­chwycić drobnych niedoskonałości.

Cieszył się, że chata Reijo leży na odludziu, ina­czej ich plan spaliłby na panewce.

Nim wyłonił się z niewidocznej dla obserwatora strefy, odetchnął głęboko, po czym ruszył pędem, jakby gonił go sam diabeł.

Wśliznął się przez uchylone drzwi, błyskawicznie się cofnął i wszedł jeszcze raz. Potem zaryglował drzwi i wszedł do pogrążonej w mroku izby Reijo. Niewiel­kie okienko umieszczone wysoko nad podłogą wycho­dziło na tył domu, wprost na sosnowy zagajnik szu­miący na wietrze i rzucający przedziwne cienie.

Otwarcie okienka zajęło mu dłuższą chwilę, ale uda­ło mu się je w końcu uchylić tak, że nie rozległ się ani jeden trzask czy zgrzyt. Nie podstawiając stołka, żeby nie zdradzić drogi ucieczki, podciągnął się do ramy. Wy­magało to wysiłku, ale Knut dorastał w twardej szkole życia, co mu się teraz przydało. Wiedział, że musi sobie poradzić, i do głowy mu nie przyszło, że może mu się to nie udać. Co znaczy odpowiednie nastawienie!

Przecisnął nagi tors przez ciasny otwór, podrapaw­szy się mocno, i z niepokojem pomyślał, czy ta eska­pada nie zaszkodzi szlachetniejszym partiom jego ciała poniżej pasa.

Podciągnął biodra nieco wyżej i oparł o wąską, twardą ramę. Okienko, które miało zawiasy umiesz­czone na górnej części ramy, opierało mu się na ple­cach i ramionach i gdy się przesuwał, czuł się tak, jak­by zdzierano z niego skórę.

Przypomniało mu się, jak Sedolf powiedział, że bę­dzie mu głupio, gdy cała ta komedia okaże się niepo­trzebna. Sam miał podobne odczucie.

Zacisnąwszy zęby, podciągnął się jeszcze bardziej, obrócił się bokiem, a potem już bez większego trudu przecisnął nogi. Zdawało mu się, że na ramie zostały całe płaty skóry z jego pleców, ale w ciemności nie mógł tego sprawdzić.

Zeskoczył na ziemię w chwili, gdy zadął silniejszy wiatr, za co Knut był mu bardzo wdzięczny, gdyż stłumił odgłos zatrzaskującego się okienka.

Knut stanął na palcach i poprawił okienko, żeby z zewnątrz nie było widać, że jest otwarte, i pod osło­ną sosen obszedł chatę. Potem przeczołgał się bezgło­śnie do ścieżki i przemknął po cichu w dół na nabrze­że. Ukryty za szopą wszedł do wody i brodząc po ko­lana dotarł do łodzi, w której już czekał Sedolf.

Trząsł się jak galareta, gdy sadowił się przy sterze.

- Myślałem, że już się ciebie nie doczekam - wy­szeptał Sedolf, starając się bez większego plusku po­ruszać wiosłami.

Lekkie uderzenie wioseł słychać było jedynie przy brzegu. Sedolf płynął w cieniu wynurzającego się z wody wzniesienia, niewidoczny dla kogoś, kto być może obserwował dom, a potem skierował łódź ku ujściu rzeki. Knut drżącymi rękoma usiłował rozsu­płać owinięty linką tobołek z ubraniami, z trudem powstrzymując szczękanie. Sedolf zmarzł jeszcze bardziej, wystawiony na ostry wiatr także przez ten czas, gdy Knut przebywał pod dachem.

Wreszcie Knutowi udało się wyjąć zwinięte ubra­nia. Swoją kurtkę zarzucił na ramiona towarzysza, który nie przerywał wiosłowania. Sam założył przez głowę jego wełniany sweter.

Odważyli się do siebie odezwać, dopiero kiedy wpłynęli do rzeki.

- A niech to, nigdy jeszcze nie brałem udziału w czymś równie szalonym - roześmiał się Sedolf, wkładając ręce do rękawów kurtki.

Knut, wtórując mu śmiechem, założył spodnie, wełniane skarpety i buty. Potem przejął wiosła, tak by i Sedolf mógł się ciepło ubrać.

- Masz pierścień? - zapytał Sedolf. Knut poklepał się po kieszeni spodni i przytaknął.

Płynęli w górę rzeki, a gdy dotarli do miejsca, gdzie las zgęstniał, wystarczająco daleko od fiordu i cypla, przybili do brzegu. Wciągnęli łódź na ląd i chwyciw­szy pod pachę części garderoby, których nie zdążyli na siebie włożyć, co sił w nogach pobiegli do chaty Knuta. Nie zdołali się rozgrzać szybkim biegiem i przemarznięci wpadli na schody.

Na progu powitała ich Anjo. Była blada, a w jej oczach czaił się lęk. Gdy ujrzała ich całych i zdro­wych, wyraźnie poczuła ulgę, która natychmiast przemieniła się w złość.

- Gdzie wyście się, u licha, podziewali przez cały dzień? - zawołała, wspaniałomyślnie wpuszczając ich do środka. Przy kuchennym stole czekali także Ida i Reijo. Ida poderwała się odruchowo, ale zaraz usia­dła. - Czy zdajecie sobie sprawę, że my tu umieramy ze strachu? - pokrzykiwała Anjo, wyrywając się zde­nerwowana z objęć Knuta.

Sedolf opadł na jeden ze stołków, a Knut siadł na ławie obok Reijo i wyjaśnił zadyszany:

- Byliśmy na cyplu. Obrządziliśmy inwentarz. Wy­dawało nam się, że ktoś nas śledzi. Dlatego też mu­sieliśmy się stamtąd ewakuować w dość dramatyczny sposób.

- Komu, u diabła, przyszłoby do głowy was śle­dzić? Głupcy z was! - wyzywała ich Anjo, która jak już wpadła w złość, to nie przebierała w słowach.

Knut przełknął ślinę. Wiedział doskonale, że pod przykrywką gniewu żona próbuje ukryć strach i że zaraz znów będzie jego serdeczną i wyrozumiałą Anjo. Potrzebował jej ciepła bardziej niż kiedykolwiek, czuł się bowiem na wskroś przemarznięty.

- Okazuje się, że Helena miała rację, przypuszczając, że jej oprawca coś zgubił - rzekł spokojnym gło­sem i położył na stole pierścień.

Rozejrzał się z satysfakcją po pełnych niedowie­rzania twarzach. Sedolf także się uśmiechnął, widząc zdumienie obecnych. To była ich wielka chwila, za­dośćuczynienie za wszystkie nieżyczliwe słowa.

- Chyba nie znaleźliście tego na cyplu? - spytała Ida.

- Wydawało nam się, że ktoś nas przez cały czas obserwuje - wyjaśnił Knut. - Może to wcale nie był on, ale woleliśmy nie ryzykować i nie przyprowadzać go wprost do kryjówki Heleny. Dlatego poszliśmy na cypel. Nie sądzę, żeby on zauważył, że coś znalazłem.

Spojrzawszy na Reijo, który uważnie oglądał pier­ścień, dodał:

- Chyba będziemy musieli pokazać go jutro two­jej młodziutkiej przyjaciółce. Zobaczymy, jak zare­aguje.

9

Knut zrazu nalegał, a potem usilnie prosił, by Re­ijo pokazał pierścień Helenie. Ale on odmówił, tłu­macząc:

- Lepiej zrób to sam, ona i tak nie spodziewa się po tobie niczego dobrego. Zadaj jej pytania, na które chcesz znać odpowiedź. - W kącikach ust Reijo poja­wił się grymas. - Co do mnie, nadal uważam, że po­winniśmy dać jej czas i poczekać, aż sama nam zechce wszystko opowiedzieć.

- Traktujesz ją jak własne dziecko - westchnął Knut zrezygnowany. - Wszystkim pokrzywdzonym przez los istotom pragnąłbyś przychylić nieba. A ja się boję, że coś niedobrego wisi w powietrzu.

Reijo wzniósł oczy ku niebu.

- Nie chcę się do tego mieszać - rzekł otwarcie. - Ani brać na siebie odpowiedzialności. Nie chcę wie­dzieć, o co zamierzasz ją pytać. Pamiętaj jedno, nie wolno ci doprowadzić jej do takiego stanu jak wczo­raj. Obsypałeś ją gradem pytań, Knut. I sam się prze­konałeś, że nie przyniosło to żadnych efektów. Prócz tego, że wyładowałeś swoją złość.

Knut spuścił głowę zawstydzony. Reijo miał rację.

- Będę teraz delikatniejszy - obiecał.

Pozwolili Helenie zjeść w spokoju śniadanie. Dziew­czyna w milczeniu spoglądała pytającym wzrokiem na Anjo. Opuchlizna zaczęła powoli ustępować, odsłaniając prawdziwe rysy dziewczyny: drobną twarz w kształcie serca, dołek w brodzie.

- Jesteś coraz ładniejsza - powiedziała Anjo i pogła­skała Helenę lekko po policzku. - Niebawem pożyczę ci lusterko. Jeszcze tylko trochę poczekaj. - Uśmiech­nęła się, ale zaraz z powagą dodała: - Wiem, że Knut przestraszył cię wczoraj. Zachował się doprawdy jak nieokrzesany gbur. Ale zrozum, on nie chciał źle.

- A czego chce teraz? - zapytała Helena spłoszo­na, opierając się plecami o wezgłowie łóżka. Przypo­minała przerażone zwierzę.

- Knut sądzi, że znalazł coś, czego szuka ten czło­wiek, którego tak się boisz. Chce cię zapytać, czy roz­poznajesz ów przedmiot.

Anjo popatrzyła na Knuta ostrzegawczo i tak jak się umówili, dała mu znak, żeby wyjął pierścień.

Knut naprawdę się starał, zresztą nie był z natury gruboskórny. Umiał dostrzec potrzebujących. Miał gołębie serce. Nierzadko zdarzało mu się płakać. Je­go duże dłonie potrafiły być bardzo delikatne. Ku swojemu strapieniu zdawał sobie jednak sprawę, że Helena nie dostrzega w nim tych cech. Dla niej był niczym stallo, choć może nigdy o tym lapońskim po­tworze nie słyszała.

Knut usiadł na brzegu łóżka, tak jak zwykł siadać Reijo. Wpadło mu bowiem do głowy, że gdy stoi nad Heleną, przytłaczając ją swą sylwetką, potęguje tyl­ko w niej strach.

- Znalazłem coś wczoraj - odezwał się cicho i wy­ciągnął zaciśniętą dłoń.

Helena nie odezwała się, ale wzrokiem śledziła każdy jego ruch, tak jak zalęknione cielę renifera wo­dzi za drapieżnikiem.

Knut westchnął ciężko, świadomy, że i dla niego, i dla niej lepiej będzie tego nie przedłużać.

Podsunął bliżej dłoń i otworzył ją.

Helena zamrugała powiekami nerwowo, a potem zacisnęła oczy i wtuliwszy się w pled, zatrzęsła się od płaczu.

Anjo natychmiast przygarnęła ją i ukołysała ni­czym dziecko.

- Czy przez cały czas mnie oszukiwaliście? - szlocha­ła rozhisteryzowana Helena. - Celowo kłamaliście, wmawiając mi, że jestem tu bezpieczna? Mimo że on tu jest? Po co chce mnie stąd wziąć? Przecież jestem nic niewarta. Nienawidzi mnie... Jestem mu kulą u nogi... Jak mogliście mnie tak okłamać? Nie mogę uwierzyć...

Anjo głaskała ją po plecach i pocieszała ciepło i przyjaźnie, tak jak tylko ona potrafiła uspokoić przerażonego człowieka. Anjo znała wszystkie zauł­ki strachu, gdyż kiedyś sama błąkała się wśród nich.

- Może jest gdzieś we wsi, ale tutaj go nie ma - za­pewniała. - Uczyniliśmy wszystko, co w naszej mocy, aby go stąd odciągnąć. On nie ma pojęcia, że tu jesteś. Knut znalazł pierścień przypadkowo. Możesz nam coś o nim opowiedzieć? To jego sygnet, prawda?

Helena pokiwała głową, nie przestając szlochać, ale więcej nic nie wyjawiła.

Skinięciem głowy Anjo nakazała Knutowi wyjść z alkierza. Knut czuł się jak ostatni łajdak. Przepuścił Reijo, który bez słowa minął go w drzwiach.

Sedolf i Ida siedzieli przy stole naprzeciwko siebie. Anjo zatroszczyła się, żeby izby, w których posłała im na noc, sąsiadowały ze sobą, ale Knut nie miał żad­nej wątpliwości, że z tego nie skorzystali. Sam leżał długo, nie mogąc zmrużyć oka, nawet kiedy Anjo już zasnęła, ale nie słyszał skradających się kroków ani skrzypienia otwieranych ostrożnie drzwi.

- Mieliśmy rację, pierścień należy do człowieka, który tak okrutnie obszedł się z Heleną - odezwał się Knut. - Dziewczyna myśli, że on przebywa w naszym domu.

- Ona chyba nie zaznała w życiu poczucia bezpie­czeństwa - orzekła Ida. - Ciągle się boi, zauważyliście?

- Nie byłabyś taka mądra, gdyby ktoś cię tak urzą­dził - odparł Knut oschle, ale zaraz dodał, ocierając czoło: - Wybacz, Ido! Nie chciałem być niemiły. Trudno się dziwić jednak, że ta dziewczyna jest prze­rażona. Nigdy nie przeżyłaś takiego strachu i pewnie nie będziesz miała ku temu powodu. Chyba tylko Anjo potrafi ją tak naprawdę zrozumieć. Ja także nie raz się w moim życiu bałem. Nadal na samo wspomnie­nie pewnych zdarzeń ściska mnie w dołku, ale to i tak za mało, by w pełni pojąć, co tkwi w tej dziewczynie. Czuję się jak ostatni nędznik, że wiedząc o tym wszystkim, naraziłem ją na kolejny wstrząs.

- Jeśli ten człowiek kręci się gdzieś w okolicy - rzekł z pozornym spokojem Sedolf - to może się okazać, że nam wszystkim grozi wielkie niebezpieczeństwo.

Knut przyznał mu rację.

- Ta myśl nie daje mi spokoju. I modlę się, by nie okazała się prorocza. A wiele lat upłynęło od czasu, gdy ostatni raz modliłem się szczerze! Jak to zupeł­nie nieznajoma dziewczyna może wywrócić życie człowieka do góry nogami...

- Musimy pojechać na cypel - przypomniał mu Sedolf.

- Rzeczywiście - odparł Knut roztargniony, nie przestając myśleć o Helenie i o potężnym mężczyźnie uzbrojonym w nóż. W jego głowie roiło się od najbar­dziej przerażających wersji zdarzeń, które tłumaczyłyby tajemnicę obecności dziewczyny w tych stronach.

- Pojadę z wami. To mój dom! - oznajmiła Ida, pa­trząc bez lęku to na brata, to na Sedolfa. Z wysunię­tą do przodu brodą i rękami opartymi na biodrach wyglądała na osobę zdecydowaną. Cała jej postawa wyrażała determinację...

- Ale to niebezpieczne - stanowczo sprzeciwił się Sedolf.

- Ida potrafi posługiwać się nożem. Jak trzeba, wy­patroszy rybę, a także podzieli ubitą zwierzynę - oznajmił Knut oschle. - Niech jedzie z nami.

Sedolf pokręcił głową.

- Może uznacie, że to głupie, ale ja po prostu czu­ję, że Ida nie powinna jechać. Cóż z tego, że potrafi posługiwać się nożem? Ten człowiek jest bardzo groźny. A ona jest kobietą, i to nie dość silną. Nie za­bierajmy jej. Zdecydowanie się temu sprzeciwiam!

- A kto ci dał prawo decydować za mnie, Sedolfie Bakken? - wycedziła aksamitnym głosem Ida. - Póki co, sama za siebie odpowiadam! Sama! Słyszysz?

Sedolf uchwycił jej wzrok. Było to zderzenie dwóch silnych osobowości. Dwie pary oczu ciskały błyskawice, nikt nie zamierzał ustąpić.

- Mam nadzieję - rzekł w końcu Sedolf - że nie za­pomnisz, iż byłem temu przeciwny. Troszczę się o ciebie, Ido. I żadne prawo na świecie nie zabroni mi tego. Ty też mi tego nie zabronisz, choć jesteś ta­ka dumna i uparta. Nic na to nie poradzę, że cię ko­cham. Tak, może i jestem głupi, ale pragnę cię chro­nić przed wszelkim niebezpieczeństwem. Więc myśl sobie o mnie, co chcesz. Wszystko mi jedno. Wiem tylko, że się boję o ciebie, i dlatego chcę, żebyś tutaj została. Ale masz rację: zmusić ciebie nie mogę... nie chcę. Oby tylko ten twój upór nie sprowadził na cie­bie nieszczęścia.

- Jadę z wami! - oświadczyła Ida. - I dziękuję, Sedolfie, za twoją troskliwość, ale potrafię sama o sie­bie zadbać.

Anjo wyszła do nich, a w jej jasnych oczach malo­wało się zmartwienie.

- Och, Knut, Knut - westchnęła ciężko. - Znowu to samo.

Pogłaskała męża po włosach i przytuliwszy się do niego, oparła policzek na jego jasnej grzywce.

Kochała go pomimo jego młodzieńczej gwałtowno­ści. Załatwiał sprawy po swojemu, często nie bacząc na uczucia drugiej strony. I pomimo dobrych chęci nie­rzadko wszystko psuł. Taki już był: mężczyzna i chło­piec w jednej osobie. Miał gorące serce, ale brakowało mu taktu. Nie potrafił uchwycić subtelnych niuansów cudzej wrażliwości, zapominał, jak łatwo ludzi zranić.

Sam był twardy i nie litował się nad sobą, nie przy­chodziło mu więc do głowy, że inni mogą mieć cień­szą skórę.

- Znasz ją, Anjo - odezwał się Knut. - Jak myślisz, kim on dla niej jest?

Anjo potrząsnęła głową, nie odrywając policzka od włosów Knuta.

- Właściwie jej .nie znam. Ona traktuje mnie po trosze jak matkę, ale otoczyła się szczelnym murem i nikogo do siebie nie dopuszcza. Chyba tylko Reijo ma szansę przebić się przez ten mur. Czuje się przy nim bezpieczna. Ale mimo to i jemu się nie zwierza. Opowiada mu tylko to, co sama chce.

- Dlatego, że się boi? - zapytała Ida. Siedziała z pod­partą brodą, usiłując sobie wyobrazić tak wielki lęk...

- Tak, dlatego że się boi - odparła Anjo zamyślo­na. - Człowiek może aż tak się bać, Ido. Może być ta­ki bezradny, osaczony, pochwycony w sieć strachu, którą ktoś zdołał go omotać. Nie wiem, kim on dla niej jest. Nie wiem, jak wygląda, nic o nim nie wiem. Jedynie to, że musi być na wskroś zły, nie wyobra­żam sobie, by było inaczej.

- Wracamy na cypel - powiedział Knut. - Ktoś mu­si się zająć inwentarzem, nie zaszkodzi też rozejrzeć się, czy całe to nasze wieczorne przedstawienie mia­ło jakiś sens. Nie denerwuj się niepotrzebnie! Sedolf i ja potrafimy na siebie uważać...

Sedolf popatrzył zagniewany na Idę.

- Gorzej, że ona także postanowiła jechać z nami. Czy nie mogłabyś, Anjo, przemówić jej do rozsądku?

Anjo spojrzała badawczo na Idę. Charakterystycz­nie wysunięty podbródek wskazywał na bojowe na­stawienie dziewczyny. Anjo znała ją na tyle dobrze.

- To już postanowione? - zapytała.

Ida skinęła głową, wdzięczna, że choć Anjo ją po­parła. Znów poczuła, że się do siebie zbliżyły. Anjo była wyjątkowym człowiekiem.

Sedolf patrzył to na jedną, to na drugą.

- O Boże - westchnął w końcu bezsilnie. - Ja chy­ba do końca życia nie zrozumiem kobiet.

- Na pewno - odparła Anjo miękko. - Nigdy nas nie zrozumiecie, już my się o to postaramy. Różnimy się, my, kobiety, i wy, mężczyźni, i niech tak pozostanie. Powinniśmy stanowić nawzajem dla siebie tajemnicę.

Knut wzniósł oczy ku niebu i uśmiechając się kpią­co, ale z miłością, ucałował dłoń Anjo.

- Ty moja tajemnico, mogłabyś znaleźć jakiś bez­pieczny schowek dla tego pierścienia? Może któregoś dnia pomoże nam rozwikłać zagadkę. Chyba że oka­że się nieodgadniona niczym kobieta.

Anjo wzięła pierścień od męża i ucałowała Knuta w skroń.

- Ja tu się postaram wszystkiego dopilnować! - zwróciła się do Idy. - A ty rób to, co ci nakazuje ser­ce i rozum.

Sedolf prawie się nie odzywał do Idy. Siedzieli tuż obok na wozie; gdy podskakiwał na wybojach, obija­li się o siebie. Ale nawet wówczas Sedolf nie spojrzał na nią.

Minioną noc spędzili w sąsiadujących ze sobą izbach. Sedolf domyślał się, dlaczego Anjo zadbała o to, by jego drzwi dzielił tylko krok od drzwi Idy.

Słyszał, że Ida je zamyka, ale nie rygluje. On tak­że nie ryglował swoich.

Spał niespokojnie. Słyszał, kiedy obudziły się ma­luchy. Ida przemawiała do nich łagodnie, by zasnęły, a potem zanuciła kołysankę, której melodię i on pa­miętał z dzieciństwa. Słowa gdzieś mu się zagubiły po drodze do dorosłości. Daremnie próbował sobie przypomnieć zapomniane wersy. Zapragnął pójść do Idy, tak bardzo potrzebował przytulić się do ciepłe­go ciała i poczuć na szyi jej ramiona.

Ale Ida ani jednym słowem czy spojrzeniem nie zachęciła go, żeby przyszedł. A on bardzo się lękał, że może go odrzucić.

To, że dopuściła go tak blisko, wcale nie znaczy­ło, że wolno mu ich związek traktować jako coś oczy­wistego. Nie dała mu podstaw, by mógł tak sądzić.

Dlatego pozostał sam na swoim posłaniu, choć ona spała tuż za ścianą. Leżał cicho i nasłuchiwał. Wyda­wało mu się, że słyszy jej oddech, i próbował oddychać w tym samym rytmie, by poczuć się bliżej niej. Ale to chyba był tylko wytwór wyobraźni, bo ściany w chacie Knuta i Anjo nie były takie cienkie.

Nie wiedział, że Ida zachowuje się dokładnie tak samo.

Teraz siedzieli obok siebie na wozie Knuta, a mi­mo to byli sobie dalecy. Tłumione słowa często od­gradzają ludzi niewidzialnym murem.

Myśli, których nie dzieli się z drugim człowiekiem, bardziej szkodzą niż te, które człowiek odważy się wypuścić w świat.

Kiedy dotarli na otwarty teren nad brzegiem fiordu, Knut wstrzymał konia, by Sedolf i Ida mogli się prze­siąść obok niego na kozioł, skąd roztaczał się znacznie rozleglejszy widok. Ida była ubrana w czarną spódni­cę i czarny kaftan. Na głowę i ramiona zarzuciła sza­ry szal, a do kieszonki przyszytej na szwie pod spód­nicą schowała nóż, o którym nie wspomniała nikomu.

Przypomniała sobie pożegnanie z Anjo.

- Jesteś bardzo podobna do swojej matki: przekor­na, uparta i dumna - powiedziała żona Knuta, tuląc ją do piersi. - Należysz do tych nielicznych kobiet, które poradzą sobie w życiu same. W odniesieniu do ciebie nie są to wyłącznie czcze słowa.

Ida pokiwała głową, przekonana, że to prawda.

- Raija poradziła sobie, więc i ty sobie poradzisz - powtórzyła Anjo. - Jesteś silna, choć może nie do końca jeszcze odkryłaś w sobie całą swoją moc.

Siedziała obok Sedolfa. Oboje zachowywali pozor­ną obojętność, ale za każdym razem, gdy dotknęli się ramionami, ich ciała przeszywał dreszcz.

- Dym unosi się z komina - odezwała się Ida, a w jej głosie zabrzmiał niepokój.

- Podłożyłem solidnie do pieca, zanim uciekłem przez okno - odparł Knut. - Wystarczyło na całą noc.

- Chyba poniosły nas nerwy - powiedział Sedolf i odetchnąwszy z ulgą odważył się otoczyć Idę ramie­niem. Dał jej w ten sposób do zrozumienia, że jego milczenie spowodowane było niczym innym jak tyl­ko troską o nią. - Pewnie Knut zauważył cień rysia! Niepotrzebnie urządziliśmy taką komedię. Wiosło­wać w środku czarnej jesiennej nocy niemal nago! Lu­dzie by się skręcili ze śmiechu, gdyby to usłyszeli. Nie sądzisz, Knut?

Knut, nie odpowiadając, pogonił konia i wóz ru­szył dalej. Zanim wjechał na pochyłość prowadzącą do chaty, Sedolf i Ida zeskoczyli z kozła, żeby nie przeciążać poczciwej i wiernej szkapiny.

Rychło jednak się okazało, jak płonne były nadzie­je, że nie grozi im żadne niebezpieczeństwo.

Wejście do chaty zostało sforsowane, zamek roz­bity... Nie pomógł nawet rygiel założony od środka.

Knut wszedł pierwszy z nożem w ręku i rozejrzał się, wyostrzając zmysły. To już nie była zabawa! Bał się, byłby głupcem, gdyby się nie bał. Ale na szczę­ście strach go nie paraliżował.

Sedolf, równie czujny, szedł tuż za Knutem, osła­niając Idę. Serce waliło mu w piersiach i nie był w sta­nie myśleć o niczym poza ukochaną.

Zaś Ida miała wrażenie, jakby znalazła się w jakimś nierzeczywistym świecie. Czuła, jak w koniuszkach palców pulsuje jej krew. Właściwie nie bała się, nie leżało to w jej naturze, raczej rozbawiło ją, że się tak skradają wzdłuż znajomych ścian.

Knut otworzył drzwi do sąsiadujących z kuchnią pomieszczeń. W alkierzach było pusto. Zauważył, że okienko w izdebce Reijo jest tylko przymknięte, do­kładnie tak jak przedtem.

- Nikogo nie ma - powiedział w końcu, co pozo­stali przyjęli z wyraźną ulgą.

Ida uścisnęła dłoń Sedolfa, uświadamiając sobie, że nawet nie wie, w którym momencie złapała go za rę­kę. Ale ciepło od niego płynące podniosło ją na duchu.

- A jednak ktoś tu był - zaprzeczyła, wskazując głową stół, na którym leżała nadłamana kromka chle­ba, masło i stał kubek z wypitym do połowy mlekiem. - Chyba że to wy zostawiliście po sobie ten bałagan. To do was podobne.

Sedolf pokręcił głową.

- Ktoś tu był po nas. Bezczelnie sobie siedział i się posilał! No nie, są pewne granice! - oburzał się.

- Ten człowiek musi mieć wyjątkowo silne nerwy - zauważył Knut.

Ida przemknęła wzrokiem po izbie, weszła do swo­jego alkierza i zajrzała, czy nie zginęły jej kosztowno­ści. Ktoś w nich grzebał, ale odłożył z powrotem na miejsce, uznawszy zapewne za bezwartościowe. Otworzyła mieszek z lapońskim srebrem, żeby spraw­dzić, czy nic nie brakuje, i zauważyła, że węzeł na sznurku zawiązany jest inaczej, niż zwykła to robić.

- Nic nie zginęło - oświadczyła Knutowi zdziwio­na, bo nie pasowało jej to do obrazu mężczyzny, któ­ry sobie wytworzyła, ujrzawszy zakrwawioną i nie­przytomną Helenę. Sądziła, że ktoś, kto jest tak bru­talny, rabuje także i kradnie.

Wyszli na podwórko. Koń zaprzężony do wozu najwyraźniej się niecierpliwił i przebiera! nogami nie­spokojnie. Zapewne zastanawiał się, czy każą mu tak stać przez cały dzień.

Ida poklepała go i przemówiła doń przyjaźnie, gdy tymczasem Knut sprawdził wszystkie zabudowania gospodarskie, saunę, oborę.

Tylko w saunie odnaleźli ślad obecności obcego. Na podłodze leżała wiązka brzozowych gałązek z resztką pożółkłych liści.

Knut zaklął pod nosem.

- Nie do wiary! Ten zuchwalec urządził sobie ką­piel! Niech to wszyscy diabli!

Cisnął brzozowe witki z całej siły, ale, choć trochę mu ulżyło, nie uciszyło to w nim całej złości.

- Zniknął - zawiadomił Sedolf, który także zrobił rundkę między zabudowaniami. - Nie widziałem ni­kogo. Nic nam nie grozi.

Weszli razem z Idą do obory. Pomogli jej przy­nieść siano, odgarnęli gnój. Targał nimi gniew skiero­wany przeciwko wrogowi, który okazał się bardziej przebiegły niż oni i nie odkrył przed nimi twarzy. Czuli się tak, jakby walczyli z jakimś cieniem.

- Ktoś powinien naprawić te drzwi - odezwała się Ida. - Wiszą na zawiasach i nie mogę ich porządnie zamknąć. Niedługo zima, a przez te wszystkie szpa­ry strasznie ciągnie.

- Przesadzasz jak zwykle - uznał Knut, nawet nie patrząc w stronę drzwi. - Ale skoro tak chcesz, to ci je naprawimy. Mam nadzieję, że ten nędznik jest da­leko stąd. Wszystko się we mnie trzęsie ze złości, gdy o nim pomyślę. Trudno, jak Helena nie chce o nim gadać, to jej sprawa. Nic mnie to nie obchodzi. To jej życie, nie moje.

Knut zawsze trochę wyolbrzymiał sprawy, gdy był poirytowany. Taki już był w dzieciństwie, to była je­go broń.

- Resztę możecie sami dokończyć - powiedziała Ida, żałując w duchu, że w ogóle tu przyjeżdżała.

Wydawało jej się, że to dobry pomysł. Chciała udo­wodnić Sedolfowi, że nie potrzebuje jego nadmiernej tro­ski. Czuła się osaczona, gdy ktoś opiekował się nią zbytnio. Nie tego przede wszystkim szukała w mężczyź­nie! Tymczasem tylko go rozgniewała. Zupełnie nie rozu­miał, o co jej chodzi. Po raz kolejny przekonało to Idę, że Sedolf nie jest podobny do Ailo i nigdy go nie zastąpi Ailo wystarczyło, że spojrzał jej w twarz, i od ra­zu z uśmiechem pojmował, o czym myśli. Rozumiał równie dobrze jej milczenie, jak i słowa, które do nie­go kierowała. Sedolf musiał wszystko usłyszeć. Może i domyślał się co nieco, ale nie był w stanie pojąć za­wiłości kobiecego serca.

Ida stwierdziła, że owszem, Sedolf rozpala w niej wielką namiętność, ale to związek czysto cielesny. Żyć u boku kogoś, komu ciągle trzeba wszystko wyja­śniać... nie, tego by nie wytrzymała.

Nie znaczyło to, że Sedolf jest głupi, takie twier­dzenie nie byłoby prawdą. Ale tak bardzo się różnili. Najskrytszych strun jej wrażliwej duszy Sedolf nigdy nie dotknie.

Koń kręcił się, wierzgając kopytami, szarpał łbem, z jego nozdrzy unosiła się para. Był z jakiegoś powodu niespokojny. Ida zmarszczyła brwi i jakby przyciągana niewidzialną siłą, podeszła do zwierzęcia. Nawet przez myśl jej nie przeszło, że coś złego wisi w powietrzu.

Później Ida miała dość czasu, żeby przypomnieć so­bie wszystko, co poprzedziło tę chwilę. Nie pojmo­wała, że mogła być aż tak głupia. Głupia i bezmyślna.

Pewnie dlatego, że w swoim obejściu czuła się bez­pieczna. Na cyplu nigdy nie zdarzyło się nic złego.

To był dom Reijo, a wszystko, co miało związek z oj­cem, otaczała aura bezpieczeństwa. Póki mieszkała z ojcem, nigdy nie musiała się niczego bać.

Zbyt późno dostrzegła rękę, powstrzymującą zwierzę, które pomimo to starało się ostrzec Idę. Nie­stety, nie zrozumiała w porę tych sygnałów.

Potężny mężczyzna wyrósł przed nią jak góra.

- Sedolf! - przeraźliwy krzyk Idy przeciął ciszę po­ranka.

Nim zdobyła się na jakiś opór, mężczyzna zacisnął rękę na szyi Idy, aż zakręciło jej się w głowie, i po­machał przed oczami nożem Emila.

Ogarnął ją strach przemieszany ze złością. Łzy po­płynęły jej z oczu. Zdołała jednak wykrztusić po fińsku:

- Nie duś mnie! Nic ci to nie da.

Uchwyt zelżał. Nie na tyle jednak, by uznała na­pastnika za człowieka, ale wystarczająco, by mogła złapać oddech.

Trzymał ją przed sobą jak tarczę i ściskał brutal­nie. Wełniany szal zsunął jej się z głowy i spadłby, gdyby nie był związany. Ogniste rude włosy odcina­ły się jak płomienie na tle bladej twarzy mężczyzny.

Knut właśnie opowiadał Sedolf owi jakąś frywolną historyjkę, gdy w przytulny mrok obory wdarł się krzyk Idy. Sedolf nigdy się nie dowiedział, jak zakoń­czyła się ta historia. Wybiegł na dwór, nim Knut zdą­żył się poruszyć. Pewnie na tym polega różnica po­między bratem a mężczyzną, który kocha każdą cząstką siebie, każdą swoją myślą...

Sedolf stanął jak porażony. Dłoń, która już chwy­tała za nóż, zamarła na wysokości biodra.

- Ida... - wyszeptał tylko, podchodząc o krok bliżej, ani na chwilę nie spuszczając wzroku z przysadzistego mężczyzny. Kiedy jednak zobaczył, że ten przybliżył do policzka Idy ostrze noża, zatrzymał się. Stał ze zwie­szonymi rękami, dysząc ciężko, jakby przebył milę. Nadbiegł Knut i przystanął obok niego.

- Boże - wymamrotał. - Po co myśmy ją brali?

- Nie dała się powstrzymać - odparł Sedolf głosem bez wyrazu, czując, że jest temu tak samo winny jak wszyscy.

- Puść moją siostrę! - poprosił Knut. - Na cóż ci ona? - Twoja siostra uda się ze mną w dalszą drogę - odezwał się głosem szorstkim jak tarka obcy mężczy­zna i zaśmiał się chrapliwie.

- Dlaczego? - spytał Sedolf. - Pamiętaj, jeśli spad­nie jej włos z głowy, to znajdę cię, nawet gdybym cię miał szukać do końca życia! Lepiej pozwól jej odejść!

- Młodość kocha bardziej sercem aniżeli głową - stwierdził z ironią obcy. - Chyba wiecie, do czego je­stem zdolny? Trochę za długo tu zmarudziłem. Nie­bawem mogę zacząć wzbudzać ciekawość. Dlatego postanowiłem czym prędzej opuścić te strony, i to ra­zem z twoją siostrą!

- Jeśli już musisz kogoś ze sobą zabierać, to weź mnie - zaproponował Sedolf, postępując krok naprzód.

Ida krzyknęła.

Ostrze noża musnęło jej delikatną szyję.

Obcy pociągnął za końce szala, zerwał go z szyi dziewczyny i cisnął pod nogi. Tak żeby Sedolf i Knut zobaczyli kapiącą z rany pod uchem krew. ' - Nie sądzę, żebyś był równie miłym towarzy­szem podróży jak ta mała - odpowiedział. - Potrzeb­na mi łódź! I wy mi ją przygotujecie. Jeśli zobaczę, że coś kombinujecie, ona poczuje to na własnej skó­rze. - Wskazał na Idę. - Nie muszę was chyba przekonywać, że potrafię zrobić użytek z tego noża. Rzeczywiście, nie musiał.

- Dobrze. Przygotujemy łódź - odezwał się Knut, mimo że serce mu krwawiło, gdy patrzył na Idę. - Ale nie myśl, że nie ruszymy za tobą w pogoń. - Ode­tchnął głęboko i dodał: - Helena była obca. Teraz jed­nak chodzi o jedną z nas, tę, którą bardzo kochamy.

- Wiem, że podążycie za nami - odparł mężczyzna rozluźniony, pozwalając sobie na uśmiech. - Nie je­stem głupcem. Ale nie próbujcie robić tego wcześniej niż za dwadzieścia cztery godziny. Ostrzegam, jeśli przed upływem tego czasu zauważę, że nas ścigacie, zabiję ją. Dla mnie jest obca. Zapewniam, że nie za­braknie mi odwagi. Odebrać komuś życie jest łatwiej niż przypuszczacie. - I odsłaniając w uśmiechu białe zęby, ciągnął dalej:

- Nie myślcie sobie, że was nie zauważę. Byłem żoł­nierzem, więc nie próbujcie mnie zwieść. Niektórzy my­śleli, że mam dodatkową parę oczu na plecach, że po­trafię słuchać też opuszkami palców. Jeśli rzeczywiście ją kochacie, to poczekajcie cierpliwie tę jedną dobę.

- I tak ją zabijesz.

Mężczyzna zrozumiał wypowiedziane z wściekło­ścią słowa Sedolfa, mimo że padły po norwesku.

- Niekoniecznie. Jeśli będziecie się trzymać z dale­ka... Jeśli ona będzie grzeczna... Jeśli wszystko pójdzie gładko... to może się zdarzyć, że ją gdzieś zostawię. Pozwolę, żeby poszukała drogi do domu albo żeby­ście wy ją odnaleźli. Nie jestem przecież potworem.

Co do tego akurat mieli inne zdanie.

- Łódź! - zażądał mężczyzna. Nie mieli wyboru. Zrobili, co im kazał. W bezsil­nej rozpaczy spoglądali, jak ciągnie Idę za sobą do łodzi. Jak nakazuje jej chwycić za wiosła i odpłynąć, ani przez chwilę nie przestając grozić jej nożem.

Sedolf podniósł szal, który właściwie należał do Anjo, i przyłożył go do twarzy. Ogarnęła go rozpacz przemieszana z gniewem, kiedy pomyślał, do czego doprowadził ten diabelski upór Idy!

Tymczasem łódź opłynęła cypel i zniknęła za ska­listym zboczem.

- W ogóle nie zapytał o Helenę - stwierdził Knut. - Gdyby to nie było takie naiwne, gotów byłbym sądzić, że spotkaliśmy samego diabla.

- Bez względu na to, kim jest, zabiję go, gdy tylko wpadnie mi w ręce. A wówczas nie pozwolę mu się zasłonić tak delikatną istotą jak Ida. Ruszam za nimi!

- Teraz nie możesz! - powstrzymał go Knut. - On nie żartował!

- Po południu - odparł Sedolf, rozumiejąc grozę sytuacji. - Znam tu każdą ścieżkę i każdy kamień. Le­piej niż on. Lepiej niż Ida.

- Tylko nie narażaj jej na śmierć! W spojrzeniu Sedolfa kryła się kompletna pustka.

- Jakże bym mógł? Czy miałbym wówczas po co żyć?

10

Ida nie mogła oprzeć się wrażeniu, że to wszystko nie dzieje się naprawdę. Wiosłowała zawzięcie, czu­jąc w plecach ból nie do zniesienia. Jej dłonie pokry­ły się bąblami, na długo nim znaleźli się na wysoko­ści równiny na samym dnie doliny u kresu fiordu, w pobliżu ludzkich siedzib.

Ale nie był to kres tej wyprawy.

- Wiosłuj, mała - odezwał się chrapliwym głosem mężczyzna, który siedział naprzeciwko i nie spusz­czał z niej wzroku. Na jego ustach błąkał się uśmiech.

Ida mimowolnie przypomniała sobie Helenę, jej posiniaczoną twarz i zakrwawione ciało.

Nie, ten człowiek nie musiał jej grozić! Dobrze wiedziała, że nie żartuje!

- Płyniemy dalej - wyjaśnił. - Potrzebuję konia, ale obawiam się, że tu byśmy się zanadto rzucali w oczy. Pewnie cię znają w okolicy. Mam tylko nadzieję, że nie jest tak we wszystkich zakątkach nad fiordem?

Ida pokręciła głową. Zaśmiał się cicho.

- O takiej pięknej dziewczynie na pewno krążą le­gendy. Ale to bez znaczenia. Zdobędziemy konia, nie wzbudzając niepotrzebnego zainteresowania.

- Dokąd zamierzasz się udać? - zapytała Ida. Napast­nik budził w niej odrazę, niechętnie z nim rozmawia­ła, ale wyczuwała instynktownie, że tylko w taki sposób może uśpić jego czujność i rozszyfrować jego plan.

Bo Ida wcale nie zamierzała się poddać. Teraz on miał przewagę, ale to się może zmienić.

Nie miał pojęcia, że pod spódnicą ukryła nóż. Nie był pewnie przyzwyczajony do tego, że kobiety no­szą przy sobie ostre narzędzia. Popełnił jednak nie­ostrożność, nie sprawdzając tego, co napełniło Idę przeświadczeniem, że i on popełnia błędy.

Bez wątpienia to zły człowiek, ale tylko człowiek, przekonywała w duchu samą siebie.

- Widziałem mapę tych okolic - mówił. - Mam ją tutaj - wskazał palcem na głowę.

Ida nie miała żadnych powodów, by w to powątpie­wać. Są ludzie obdarzeni dobrą pamięcią wzrokową.

- Zauważyłem, że niektóre doliny prowadzą wprost na płaskowyż, skąd można się przedostać na zachodnie wybrzeże.

- Dolina Kit, dolina Signal - wyliczyła Ida. Skinął głową.

- Ale to jeszcze daleko stąd - dodała Ida, intensyw­nie myśląc. Pot spływał jej po plecach, ale umysł mia­ła dziwnie chłodny i myślała jasno.

Nigdy nie widziała mapy okolicy, ale dobrze zna­ła te tereny. Reijo był niezwykłym ojcem. Nie uwa­żał, że córka powinna wyłącznie siedzieć w domu i wykonywać typowo kobiece zajęcia. Przeciwnie, pragnął, by poznała piękno przyrody, którą on sam tak bardzo ukochał. Ida więc wiele wędrowała z nim po górach i orientowała się, którędy groźny niezna­jomy zamierza uciekać.

On tych miejsc nie znał. Doliny zaś i szczyty, a tak­że górskie oczka mogą się niezorientowanemu wydać do siebie podobne. Trudno je rozróżnić, jeśli nie poznało się w dzieciństwie ich kształtów i nazw, tak jak się poznaje przyjaciół...

Mogłaby go oszukać... Udać, że prowadzi go na za­chód, w stronę płaskowyżu, a tymczasem obrać inny kierunek...

Po południu, gdy dotarli daleko w głąb fiordu, ol­brzym nakazał jej przybić do brzegu. Ida długi czas już zaciskała zęby, zmęczona nadludzkim wysiłkiem. Nie miała pojęcia, czy ostała się jej jeszcze jakaś war­stwa skóry na dłoniach. Bała się puścić wiosła ze stra­chu, że zdarte do żywego ciała dłonie przylgnęły na dobre do drewna.

- Wiosłujesz jak mężczyzna - zauważył.

Ida wykrzywiła twarz w grymasie. Jeśli w taki spo­sób próbował być miły, to równie dobrze mógł sobie tego oszczędzić.

Wyszli na brzeg z dala od ludzkich siedzib. Ida wciągnęła łódź na ląd. On nawet palcem nie kiwnął, by jej pomóc, zresztą wcale się tego po nim nie spo­dziewała. Wyraźnie się niecierpliwił, gdy cumowała dokładnie, ale ona nie chciała, by ojciec stracił łódź.

Napastnik najwyraźniej wolał nie kusić losu. Na wypadek gdyby natknęli się na kogoś, schował nóż do pochewki zawieszonej przy pasku na wysokości bioder. Nóż Emila nie pasował do zbyt dużego, za­pewne pochodzącego od noża odnalezionego przy Helenie, futerału. Ida wiedziała jednak, że nie ozna­cza to dla niej nowej szansy. Ten groźny człowiek po­trafił atakować błyskawicznie. Wyjąłby nóż szybciej, niż zdążyłaby rzucić się do ucieczki.

Miał niemal dwa razy dłuższe nogi i mimo masyw­nej sylwetki poruszał się ze zwinnością, która ją zdu­miała. Trzymał się blisko niej, przypadkowo spotkani ludzie mogliby ich wziąć za parę. Takie właśnie chciał stworzyć pozory.

Maszerowali nieprzerwanie. Ida czuła się śmiertel­nie zmęczona, jej organizm, wyeksploatowany wysił­kiem ponad miarę, protestował. Bolał ją krzyż, ale choć z trudem, dotrzymywała mężczyźnie kroku i czasami musiała podbiegać, by nie zostawać w tyle.

On zaś zupełnie się z nią nie liczył. Szedł niczym żołnierz, prosty jak struna, równym tempem. Obojęt­nie czy droga prowadziła w dół, czy pięła się w górę.

Biedna Helena, pomyślała Ida. Wędrówka z tym człowiekiem z pewnością nie należała do przyjemności.

Na niewielkiej łące zobaczyli pasące się konie, wśród których dominowała rasa północna. Te nie­wielkie zwierzęta, których przodkowie pochodzili ze stepów na wschodzie Rosji, były niebywale wytrzy­małe. Dożywały zwykle sędziwego wieku i do końca pracowały. Doskonale radziły sobie w tym trudnym krajobrazie.

Ale Fin wolał większe konie, co, gdy się widziało jego postawną sylwetkę, bynajmniej nie dziwiło. Gdyby ten olbrzym dosiadł konika północnego, pew­nie złamałby mu grzbiet. Większy i silniejszy ogier z południa był bardziej odpowiedni.

Wzięli konia nie zauważeni przez nikogo. Brutal­ny wobec ludzi mężczyzna przemówił łagodnie do zwierzęcia i poklepał je przyjaźnie. Ktoś taki, zgod­nie z wyobrażeniami Idy, w ogóle nie powinien lubić zwierząt. Tymczasem, o dziwo, koń odniósł się do niego ufnie. Nie protestował też, gdy Fin chwycił Idę i posadził na jego grzbiecie. Dziewczynę zdumiało niewymownie, że koń jest mu taki posłuszny. Tak wrażliwe zwierzę powinno wyczuć i przejrzeć na wylot człowieka, któremu towarzyszyła. Może więc ko­nie wcale nie są takie mądre, jak jej się zdawało? Co do innych zwierząt także nabrała wątpliwości.

Bliskość olbrzyma napawała ją wstrętem. Nie mo­gła znieść dotyku jego ramion, ucisku jego ud. Ale jednak jazda konna mniej męczyła niż piesza wę­drówka, tyle że nie dało się teraz opóźnić ucieczki. Ida miała jednak dziwnie nieprzyjemne uczucie, że Fin przejrzałby ją na wylot, gdyby tylko spróbowa­ła grać na zwłokę. Chyba jeszcze za wcześnie, by go przechytrzyć. Póki co wolała się nie narażać na jego gniew. Ten człowiek był zdolny do wszystkiego.

Sedolf na pewno podąży ich śladem, poruszy nie­bo i ziemię, żeby ją odnaleźć. Knut zapewne będzie mu towarzyszył. Emil może też, o ile zdoła zdusić w sobie gorycz. No i Reijo, kochany ojczulek, ode­rwie się od łóżka chorej Heleny i także ruszy na po­szukiwanie swojej jedynej córki.

Przybędą.

Tylko czy ona zdoła wytrzymać do tego czasu i czy będzie w stanie im pomóc? Bo jeśli Fin przyło­ży jej do gardła nóż, to wówczas i cala armia na nic się nie przyda.

Złapią go, oczywiście, ale jej nie zdołają uratować.

Jechali do późnego wieczora, póki koń niósł ich na swym grzbiecie. Siedzący za plecami Idy mężczyzna wycisnął z wierzchowca wszystkie siły. Widać nie był takim przyjacielem zwierząt, jak jej się z początku zdawało. Potrafił je tylko odpowiednio podejść.

Okolica, w której się zatrzymali, pozbawiona właści­wie roślinności, porażała surowością. Tylko wilgotny mech porastał skaliste zbocza. Tuż obok sączył się wą­ską strużką strumyk. Ugasili pragnienie i napoili konia.

Oczywiście Ida sama musiała zadbać o rozgrzane zwierzę. Poklepała je po pysku i wytarła mu sierść, z której w chłodnym i wilgotnym powietrzu unosiła się para. Nazwała konia Kasztankiem, bo uznała, że takie imię do niego pasuje.

Fin nie rozpalił ogniska, żeby nie zdradzać swoje­go położenia i nie ułatwiać zadania tym, którzy wy­ruszą w pogoń. Ida trzęsła się z zimna. Miała co praw­da pod spodem wełnianą bieliznę, a pod kaftanem grubą flanelową bluzkę, jednak mimo to marzła. Weł­niany szal pozostał na podwórku przed chatą. Kiedy cumowała łódkę, była spocona niczym teraz ten koń, ale bez protestu podążyła za Finem. Gdyby odmówi­ła, musiałaby ponieść tego konsekwencje. Wolała nie sprawdzać, jakie. Ten człowiek był naprawdę bez­względny...

Ida przypomniała sobie Helenę.

Mężczyzna podszedł powoli do niej i do zwierzę­cia. W mroku zajaśniały jego białe jak len włosy. Ida z trudem znosiła jego obecność. On jednak ani na chwilę nie spuszczał z niej oka, pilnował, by nie ucie­kła. Nie mógł wiedzieć, że Ida nigdy nie zdecydowa­łaby się na ucieczkę nocą. Bała się, że mogłaby runąć w przepaść, co równałoby się pewnej śmierci. Wola­ła już pozostać zakładniczką.

- Dziwna z ciebie kobieta - odezwał się Fin, usa­dowiony na kamieniu obok. W słabej poświacie księ­życa tylko od czasu do czasu wyglądającego zza chmur widać było zarys jego twarzy. Choć głos miał zimny, Ida domyśliła się, że w jego ustach takie sło­wa oznaczają uznanie.

Wzdrygnęła się i odwróciła twarz, by ukryć przed nim swoje uczucia.

Ale może ten człowiek przywykł do tego, że bu­dzi jedynie wstręt i nienawiść?

- Jak się nazywasz? - Ida.

- Rzeczywiście! - Pokiwał głową. - Tak się do cie­bie zwracali. Przypomniałbym sobie, gdyby mi się chciało wytężyć pamięć. Ważniejsze jednak sprawy zaprzątają mi głowę aniżeli kobiety.

I bez tego Ida domyślała się, jaki jest jego stosu­nek do kobiet.

- Co z Heleną?

Pytanie padło tak nieoczekiwanie, że Ida aż od­wróciła się zaskoczona. Myliłaby się jednak, przy­puszczając, że dostrzeże w jego twarzy choć odrobi­nę uczucia. Fin obojętny, a nawet znudzony, czyścił sobie czubkiem noża paznokcie. Ida w nagłym odru­chu zdecydowała się skłamać.

- Helena umarła wczoraj wieczorem - odpowie­działa. - Precyzyjna robota! - dodała, mimo że posta­nowiła trzymać język za zębami. Gwałtowna natura jednak wzięła w niej górę.

- Helena była tchórzem, tak samo jak i jej brat - odparł mężczyzna głosem pozbawionym nawet odro­biny człowieczeństwa.

- Wydawała się taka drobna. Musiała być piękną kobietą.

Ida, która nie czuła zbytniej wspólnoty z Heleną, kiedy spały pod jednym dachem, teraz gotowa była bronić jej jak lwica.

- No cóż, uroda nie zawsze idzie w parze z odwa­gą, Ido - rzekł. - W twoim przypadku jest inaczej. Czasami podziwiam te walory w człowieku, nawet gdy jest on moim wrogiem. A skoro zyskałem przewagę, mogę sobie pozwolić na wspaniałomyślność. Ida milczała.

- Co mówiła Helena przed śmiercią? Możesz mi opowiedzieć od razu albo wycisnę to z ciebie nieco później.

- Czy jeśli poznasz prawdę, przestaniesz mnie po­trzebować? - zapytała Ida w przypływie desperackiej odwagi.

- No cóż, akurat tego ci nie powiem. Na te słowa Ida zamilkła.

- Nic nie mówisz - rzekł wreszcie.

- Dlaczego zostałeś? - zapytała Ida niewinnie. - Czemu nie uciekłeś jak najdalej stąd, po tym jak ją zostawiłeś na pewną śmierć? I dlaczego właściwie nie zabiłeś jej od razu, zamiast narażać na takie męki?

- Nie wiesz, czemu zostałem? Ida pokręciła głową. Księżycowe światło nadawało miedziany blask jej włosom.

Wyraźnie odetchnął. Ida omijała spojrzeniem jego dłonie. Zauważyła bowiem, już kiedy siedzieli w ło­dzi, że na palcu jego prawej ręki widnieje jaśniejszy ślad po pierścieniu. Ale obiecała sobie, że nie da tego po sobie poznać.

- Za dużo pytasz, Ido! Stanowczo za dużo. Piękne dziewczyny nie powinny być mądre. A jeśli już są, le­piej, żeby się z tym nie zdradzały!

- W naszych stronach trzeba mieć trochę oleju w gło­wie, obojętnie czy się jest pięknym, czy też nie. Jeśli się nie ma, to lepiej od razu położyć się i zdechnąć!

Roześmiał się cicho.

Ida marzła, a poza tym była głodna. Póki co mo­gła jednak wytrzymać i bez jedzenia. Wystarczyło, że ugasiła pragnienie. Bardziej obawiała się chłodu.

- Zmarzniemy tu w nocy - odezwała się.

- Nie, w nocy na pewno nie będzie nam zimno - odparł.

Ida wyczuła w jego głosie ostrzeżenie. Wydał jej się odrażający. Ale nie dlatego, by rzeczywiście brakowa­ło mu urody. Gdyby o nim nic nie wiedziała, uważała­by go pewnie za bardzo przystojnego mężczyznę. Był wysoki, silnej postury, ale nie otyły, bardzo harmonij­nie zbudowany. Miał duże, starannie wypielęgnowane dłonie, które z pewnością nigdy nie trzymały wideł. Idzie wydawały się mało męskie. Mężczyzna, według niej, powinien mieć mocne dłonie, których wnętrze po­krywa zrogowaciała skóra, i nic nie szkodzi, jeśli za krótko obciętymi paznokciami zbierze się czarna ob­wódka brudu. Umięśnione ramiona winny być ogorza­łe od słońca i wiatru niezależnie od pory roku.

Fin był silnym mężczyzną, co do tego Ida nie mia­ła wątpliwości, ale o jego bladej, gładkiej dłoni nikt nigdy nie powie „graba”.

Miał posępną, jakby wykutą w kamieniu twarz. Dla takiego mężczyzny niejedna kobieta gotowa by­łaby umrzeć, byleby go dostać, a każda utwierdzona w przekonaniu, że jej miłość wystarczy, aby wyszedł ze skorupy zwanej milczeniem, wolałaby później, by skrywane przez niego mroczne tajemnice pozostały nieujawnione.

Jasne oczy w kolorze szarozielonym, charaktery­stycznym dla Finów, wydawały się u niego jakby bar­dziej rozmyte, przejrzyste.

No i te białe włosy, nieczęsto spotykane nawet u młodzieńców, przyciągały spojrzenia.

Miał pewnie nieco powyżej trzydziestu lat.

Chociaż właściwie na nią nie patrzył i prawie się nie odzywał, przez cały czas czuła, że jest pod jego kontro­lą. Ta porażająca świadomość krępowała ją bardziej, niż mogłyby to uczynić łańcuchy. Uosabiał niemą groź­bę. Bardziej bała się tego, co może powiedzieć, niż te­go, co już powiedział. Księżycowy blask oświetlał jed­ną stronę jego twarzy, druga zaś była pogrążona w ciemności. Kontrast między tym, co jaśniało w księ­życowym świetle, a tym, co kryło się w granatowym mroku, przerażał ją. Ten człowiek chyba nie zdawał so­bie sprawy z tego, jak oddziałuje na otoczenie.

A może jednak? Może go to nawet bawiło?

Ida nie chciała o tym myśleć. Przez cały czas przy­woływała obraz Heleny. Uświadomiła sobie, że wie o niej niewiele: jasnowłosa, szarooka, mówiła niskim, głębokim głosem. W brodzie miała dołek.

Mówił o Helenie i jej bracie z taką pogardą...

Czyżby był jej mężem?

Ta myśl wydała jej się nieprzyjemna.

Czy możliwe, że ten mężczyzna wydał się Helenie pociągający? Stanowili pod wieloma względami prze­ciwieństwo. Twardy, chłodny olbrzym przy drobnej niewinnej kobiecie, prawie dziecku.

Był jednak przystojny.

Młodej rozmarzonej dziewczynie mógł się wyda­wać księciem z bajki i łatwo uległa jego urokowi.

A może nie łączyły ich żadne uczucia? Ludzie z ich sfery nie zawsze pobierali się z miłości. Często kiero­wało nimi wyrachowanie.

- Czy Helena była twoją żoną? - zapytała Ida, zdzi­wiona, skąd wzięła w sobie tyle odwagi. Najważniej­sze jednak, że nie zapomniała, by mówić o Helenie w czasie przeszłym. Była z siebie dumna. To nadawa­ło kłamstwu solidne podstawy.

- Nie zamierzasz ustąpić? - odezwał się głosem po­zbawionym wyrazu. - Mówiłem ci już, że zadajesz zbyt wiele pytań. Nic ci nie pomoże, droga Ido, nawet jeśli ustalisz, jak się nazywam czy kim była dla mnie Helena. Wiesz, że odebrałem jej życie. Czy to ci nie wystarczy? Może ona zdążyła coś ujawnić? Nie powie­działaś mi wszystkiego, prawda? A ja nadal czekam.

- Helena nic nie powiedziała - odrzekła Ida cicho. Było jej zimno, a dodatkowo przeszły ją dreszcze, gdy usłyszała, jak beznamiętnie mówi o tym, co zro­bił z Heleną. Tak jakby mówił o pogodzie. Nawet się nie zająknął.

- W takim razie mogę ci podać jakiekolwiek imię i nazwisko - roześmiał się cichym, urywanym śmie­chem, wyraźnie zadowolony. Przypominał teraz ko­ta wylizującego śmietankę. A więc jednak nie wszyst­kie uczucia skrywa pod maską, pomyślała Ida. Choć tyle ostało się w nim z człowieka.

- Tak, mogę sobie wymyślić nazwisko - rzekł z ociąganiem. - I opowiedzieć ci dowolną historyjkę o swoim życiu. I tak nigdy się nie dowiesz, czy to prawda. O to ci chodzi?

- Przynajmniej nie musiałabym się zwracać do cie­bie bezosobowo - odparła Ida, nadal nie pojmując, skąd bierze się w niej odwaga i tupet, by rozmawiać z nim w taki sposób. Zdawała sobie sprawę, że mo­że posunąć się za daleko, że go rozdrażni. Ale rów­nocześnie olśniło ją nagle, że Helena obudziła w nim gniew, mimo że, jak można przypuszczać, była bier­na i zgodna.

Ida miała inną naturę.

Zapewne odezwało się w niej dziedzictwo Raiji: cięty język i nieposkromiony charakter.

Nieprawdopodobne, ale odniosła wrażenie, że jej osoba go bawi.

- Nie zdradzę ci swego nazwiska - oznajmił kate­gorycznie.

Ida zrozumiała, że nie ma sensu nalegać. Nie nale­żał do mężczyzn, z których cokolwiek można wydo­być podstępem.

- Możesz mnie nazywać, jak chcesz - zapropono­wał. - Wymyśl coś! No, na przykład Oskar.

- Oskar do ciebie nie pasuje - wyrwało się Idzie.

- W takim razie zwracaj się do mnie Pułkowniku.

Ida słyszała, że pułkownik to wysoki stopień w woj­sku. Wydawało się jej jednak, że Fin jest jeszcze zbyt młody, by mógł osiągnąć taki stopień. Może jednak znaczenie miała jego wysoka pozycja społeczna? Pew­nie jest kimś bardzo ważnym.

- Tak jest, Pułkowniku - odpowiedziała, udając po­korę, ale nie bardzo jej to wyszło. Była zbyt dumna. Oboje rodzice mieli zbyt sztywne karki, by przeka­zać swojemu dziecku pokorę. - O, to lepiej pasuje - dodała. - O wiele lepiej.

Nic dziwnego, że pierścień miał dla niego taką wa­gę. Ktoś, kto choć trochę się na tym wyznawał, do­skonale wiedział, że taki pierścień jest równoznacz­ny z podpisem.

Maja! olśniło nagle Idę. Maja żyje teraz w takim świecie.

Znad fiordu Lyngen strasznie do niej daleko, jesz­cze dalej z miejsca, gdzie siedziała w tej chwili. Byli teraz wysoko w górach, skąd rozciągał się widok na odnogi fiordu i kilka położonych poniżej zagród.

Ale kiedyś Maja obejrzy pierścień i wówczas do­wiedzą się, kim był ten człowiek i dlaczego tak postąpił. Może Helena także przemówi i zdecyduje się wyjawić prawdę?

Tajemnica nie została pogrzebana, jak przypusz­czał. Ta świadomość dodała Idzie sił.

Wstał i włożył nóż do pochwy. Poklepał konia i zwie­rzę z trudem się podniosło.

- Co teraz? - zdziwiła się Ida zaskoczona.

- Ruszamy dalej, nie bacząc na noc - odpowiedział. - Tyle że na własnych nogach, bo koń nie da rady nas udźwignąć. Idziemy! Przecież obawiałaś się, że zamarz­niesz na śmierć.

Pokiwała zgodnie, czując w sercu niewypowiedzianą ulgę. To znaczy, że nie zamierza wziąć jej przemocą, by w ten sposób się rozgrzać, jak się w duchu obawiała.

- W nocy niepotrzebna mi twoja pomoc. Sam znaj­dę drogę - rzucił, wskazując głową na niebo, które się rozchmurzyło i odsłoniło gwiazdy. - Nocą gwiazdy mówią mi to, co chcę wiedzieć.

Ida stropiła się, przypomniawszy sobie, że zamie­rzała wywieść go w pole. Może z jakimś nierozgarniętym mężczyzną dałaby sobie w ten sposób radę, ale nie z nim. Cokolwiek bowiem by mówić, ten czło­wiek głupi nie był. Domyślała się, że specjalnie jej to powiedział, by uprzedzić jej zamiary. Może ją przej­rzał? Może dlatego z uśmieszkiem na ustach jej to oznajmiał? W mroku błysnęły jego zęby, ale włosy wydawały się jeszcze jaśniejsze.

Ruszyła przodem we wskazanym przez niego kie­runku.

Zastanawiała się, co by się stało, gdyby spróbowa­ła go oszukać, a on by to odkrył.

Nie chciał pozwolić, by opóźniała marsz. Nikogo, kto by ich śledził, nie zauważyła.

- Gdyby nie ja, mógłbyś pojechać teraz konno - powiedziała. - Nie sądzę, żebyś potrzebował mnie jeszcze. Pewna jestem, że poradzisz już sobie bez tru­du. Znasz kierunek.

Nie zareagował. Stawiał duże kroki, a ona, chcąc nie chcąc, musiała za nim nadążyć.

- Zamierzałem opuścić to miejsce samotnie - oznaj­mił. - Masz rację. Pogalopowałbym, co koń wyskoczy. Myślisz wyjątkowo logicznie jak na kobietę. Gdyby wszystkim kobietom pozwolono tyle myśleć, na świe­cie zrobiłby się straszny bałagan.

- Chciałeś mnie tutaj zostawić? - zapytała Ida z wa­lącym sercem. W uszach jej szumiało, bynajmniej nie z powodu szybkiego marszu.

- A po cóż miałbym cię ze sobą brać? Potrzebowa­łem cię jedynie po to, żebyś mi opowiedziała o Hele­nie, a także by zabezpieczyć się przed natychmiasto­wym pościgiem. Uciekłem, usłyszałem o Helenie. Po­goda mi sprzyja. Za skałami nie czają się cienie. Zresz­tą trudno ukryć się w ciemnościach, gdy księżyc uda­je słońce.

Zamilkł.

- Nie potrzebuję już ciebie. Zamierzałem cię zabić tu na szczycie.

- Dlaczego tego nie zrobiłeś? - zapytała Ida, z tru­dem wydobywając z siebie słowa.

Przyznał, że wcale nie zamierzał dotrzymać słowa danego Knutowi i Sedolfowi. Był pozbawiony wszel­kich skrupułów. Przez cały czas nosił się z zamiarem odebrania jej życia. Dlatego się zatrzymali...

A ona, naiwna, myślała, że chciał rozbić obozowi­sko, żeby odpoczęli. Ze pozwolił ugasić pragnienie jej i zwierzęciu przed wyruszeniem w dalszą drogę.

Nawet dopatrzyła się w nim jakichś ludzkich cech... Jak bardzo się można pomylić! Nie wszyscy ludzie są z gruntu dobrzy, jak błędnie sądziła.

- Nic nie mówisz - odezwał się. - Inne krzyczały­by, wylewały łzy, mdlały i błagały, bym darował im życie...

- Ja taka nie jestem - odpowiedziała po prostu Ida. - Cóż, jeszcze przez jakiś czas muszę trzymać język za zębami. Nie przychodzi mi to bynajmniej łatwo. Nigdy nie otarłam się tak blisko o śmierć.

Uśmiechnął się ponownie.

- Bawisz mnie - rzekł. - Właśnie dlatego wezmę cię ze sobą, chociaż na trochę. Doprawdy mnie bawisz!

11

Sojusznika Sedolf znalazł w Reijo, który tak samo jak on uważał, że nie należy zwlekać z podjęciem po­ścigu.

- Nie zamierzam siedzieć bezczynnie i czekać, aż ten szaleniec zamorduje mi córkę - oznajmił Reijo, a w jego zielonych oczach pojawił się chłodny błysk. - Ufasz mu? - zapytał Knuta, który skłonny był wy­pełnić żądanie porywacza i przez dobę nie podejmo­wać żadnych działań.

Knut uciekł spojrzeniem.

Siedzieli w kuchni. Anjo też przyszła do nich, po­zostawiwszy otwarte drzwi do izby, w której leżała Helena. Dziewczyna właśnie zasnęła.

- Czy on się zorientował, że Ida ma przy sobie nóż? - zapytała Anjo.

Sedolf popatrzył na nią zdumiony.

- Nic o tym nie wiedziałem. Naprawdę ma nóż?

- To bez znaczenia - uciął Reijo twardo. - Nawet jeśli, nie czyni jej to równorzędnym przeciwnikiem. Ten człowiek ją zabije, jeśli go nie powstrzymamy.

- Powiedział... - zaczął Knut, ale Reijo mu przerwał.

- Kłamał. Skoro Helenę, którą przecież dobrze znał, poranił i bez żadnych skrupułów porzucił nie­przytomną na pewną śmierć, tym bardziej nie ma co liczyć na to, że wspaniałomyślnie wypuści Idę! Cóż ona dla niego znaczy? Ten człowiek nie cofnie się przed najgorszym. Nie mam co do tego żadnych złudzeń!

Zaległa złowroga cisza.

- Nie sądzę, żeby chciał się przedzierać w głąb fior­du - stwierdził Reijo po chwili, wysłuchawszy uważ­nie relacji z tego, co wydarzyło się na cyplu. Nie mógł sobie darować, że go przy tym nie było. Może uda­łoby mu się zapobiec nieszczęściu. Serce rozsadzał mu straszliwy ból. - Ale tak na dobrą sprawę nie ma zbyt wielu możliwości - rzekł z namysłem.

- Zamierzał przedostać się na zachód - usłyszeli dobiegający od strony drzwi głos Heleny.

Wszyscy jak na komendę odwrócili się. Byli przeko­nani, że Helena śpi. Nie przypuszczali, że słyszy, o czym mówią, tym bardziej że rozmawiali po norwesku.

Dziewczyna stała boso w nazbyt obszernej nocnej koszuli Anjo i opierała się o framugę.

Anjo pierwsza otrząsnęła się ze zdziwienia, pode­szła do niej i otoczyła ramieniem, po czym poprowa­dziła do stołu. Pozostali w milczeniu rozsunęli się i zrobili dla niej miejsce na długiej ławie pod ścianą.

Dziewczyna usiadła skulona, przez co wydawała się jeszcze drobniejsza.

- Naprawdę stąd odszedł? - zapytała szeptem. - Nie ma go już tutaj?

Sedolf potwierdził.

Przełknęła ślinę. Nareszcie nic jej nie grozi! Może odsunąć w niepamięć groźby, szyderstwa i upokorze­nie. Zapomnieć o ostrych nożach!

- Mówił, że na północy straszna bieda i harówka, dlatego chciał się przedostać na wybrzeże - powtó­rzyła, nie patrząc na nikogo. Wypowiedziane po fiń­sku słowa zabrzmiały tak cicho, że ledwie zrozumieli ich znaczenie. - Liczył, że na wybrzeżu spotka kup­ców i uda mu się dostać na statek handlowy płynący na południe, do miasta, w którym żyją ludzie z na­szych... z jego sfer...

Helena przełknęła ślinę. Trudno jej było mówić, ale dłużej już milczeć nie chciała.

- Do Bergen? - zapytał Reijo. Pokiwała głową, trochę niepewna.

- Tak, to chyba ta nazwa.

- Przynajmniej wiemy, dokąd się kieruje - powie­dział Reijo, posyłając Helenie ciepły uśmiech. - Bar­dzo nam pomogłaś! Dziękujemy.

- Twoja córka jest taka piękna i młoda... I ma ma­lutkie dzieci... On nie może jej skrzywdzić! Ale masz rację, Reijo - powiedziała po chwili, zerkając ku nie­mu. - Nie wolno mu wierzyć. Był żołnierzem i na­uczył się zabijać. Wydaje mu się, że ma do tego pra­wo, bo dozwolone jest wszystko, co jemu przynosi korzyść. Musicie go odnaleźć i powstrzymać. Twojej córce grozi śmiertelne niebezpieczeństwo! On nie do­trzyma żadnych obietnic. Kłamie z taką łatwością, że chyba już sam nie potrafi odróżnić prawdy od fałszu. Jak więc inni mają to poznać?

- Jesteś jego krewną? - zapytał Knut.

Helena pokręciła głową i rozszlochała się. Pozwo­lili jej się wypłakać. Jedynie Sedolf czuł się strasznie bezradny i nie mogąc usiedzieć w spokoju, przecha­dzał się nerwowo w tę i z powrotem po wyszorowa­nych do białości deskach podłogi.

- Nie przypuszczałam, że on taki jest - chlipała He­lena, a łzy nie przestawały jej spływać po policzkach. - Miałam piętnaście lat, gdy go poznałam. Był przyja­cielem mojego brata, razem służyli w armii. Nigdy nie widziałam równie przystojnego mężczyzny... Zresztą tak naprawdę nie znałam ich wielu. Zakochałam się nieprzytomnie. On tymczasem w ogóle mnie nie do­strzegał. Traktował mnie jak powietrze. - Helena osu­szyła palcami oczy i zmuszając wargi do uśmiechu, ciągnęła: - Specjalnie nie ma nad czym płakać. Teraz już nie. Byłam zaręczona z innym. Ustalono, że go poślubię, kiedy skończę szesnaście lat, ale urządziłam taką histerię, że wysłano mnie do rodziny do Szwecji. Zaręczyny zostały zerwane, a rodzina narzeczonego zażyczyła sobie, by ogłosić, że straciłam rozum. Te­raz wydaje mi się, że mieli rację. Rzeczywiście zacho­wywałam się wówczas jak obłąkana. W moim życiu wszystko ułożyłoby się inaczej, gdybym postąpiła zgodnie z wolą rodziców i zaakceptowała ich plany. W końcu jednak dostałam tego, do którego wzdycha­łam. Nie miałam pojęcia, że poprosił ojca o moją rę­kę. Wydawało mi się, że w ogóle mnie nie dostrzega, nigdy ze sobą nie zamieniliśmy słowa, a tymczasem z dnia na dzień zostaliśmy sobie poślubieni. Teraz Anjo chlipnęła.

- Biedne dziecko! Nigdy już nie będziesz musiała tak żyć!

Helena nie opowiedziała wszystkiego, przemilcza­ła dwa straszliwe lata u boku bezlitosnego tyrana.

- Musiał uciekać z powodu mojego brata. Nie wiem, dlaczego zabrał mnie z sobą. Może obawiał się, że wyjawię, dokąd uciekli? Nie potrzebował mnie. Krytykował mnie na każdym kroku. Cokolwiek ro­biłam, wszystko było źle. Dwa konie, które zabrali­śmy z sobą, zajeździł na śmierć. Musieliśmy sprzedać powóz. Przyłączyliśmy się do rodziny Lapończy­ków... - Helena ukryła twarz w dłoniach. - Zabił ich, kiedy spali. Okradł ze srebra. Podpalił jurtę. Oddali­liśmy się ich zaprzęgiem. Kiedy zbliżyliśmy się do ludzkich siedzib, wypuścił renifery...

Nie chciała mówić, dlaczego chciał się jej pozbyć.

- Jest groźny - powtórzyła tylko. - Nieobliczalny. Czasami mu się zdaje, że jest panem tego świata.

Reijo zacisnął pięści.

- Powinnaś nam była opowiedzieć o tym wcze­śniej, moja droga - stwierdził z ciężkim sercem.

- Wtedy twoja córka nie znajdowała się w jego rę­kach - odrzekła Helena. - Przysięgłam być mu po­słuszna. Niezależnie od tego, co mi uczynił, nic mnie nie zwalnia z tego obowiązku.

Sedolf wzniósł oczy ku niebu, ledwie powstrzymu­jąc się od złośliwego komentarza.

- Helena odebrała inne niż my wychowanie - wy­jaśniła Anjo.

Jej słowa uświadomiły im coś niezmiernie ważnego. Łatwo kogoś osądzać, trudniej zrozumieć. Potrafili wyobrazić sobie piekło, przez które przeszła Helena, i tym bardziej nie pojmowali, dlaczego wykazywała tak ślepą lojalność wobec męża - okrutnika. Ale Helena pochodziła z innego, obcego im świata.

Nie pojmowali niepisanych reguł i więzi łączących albo dzielących ludzi tego pokroju.

Helena pozostała dla nich obca pod wieloma względami.

- Jak on się nazywa? - zapytał Knut. Helena spuściła wzrok i zagryzając wargi, uparcie wpatrywała się w swoje dłonie.

- To nie jest przecież zdrada wobec niego - ode­zwał się Reijo najłagodniej jak potrafił. Czuł łomota­nie w skroniach. Wiedział, że ucieka im cenny czas, ale informacje Heleny uważał za ważne. - Może jego nazwisko okaże się nam potrzebne. Kiedyś odrucho­wo niemal wypowiedziałaś, jak się nazywasz...

- Czuję się tak, jakbym go zdradzała. Wiem, że wam wydaje się to niemądre, ale w moim pojęciu jest to zdrada. - Nerwowo ściskała ręce i w końcu wystękała: - Nazywa się Curt Hallencrantz ze Spydenborga. Jest drugim z kolei synem, a więc nie odziedziczy ty­tułu - dodała. - Poza tym jest oficerem, pułkownikiem.

Reijo potrząsnął głową zmęczony.

- Nasza Maja poślubiła Williama Runefelta, on odziedziczy tytuł...

Helena popatrzyła na niego, rozszerzywszy oczy ze zdumienia, i osunęła się na ziemię jak szmaciana lalka.

Reijo zaniósł ją do łóżka.

- Co jej się stało? - zastanawiał się Knut, marsz­cząc czoło. - Najwyraźniej nazwisko małżonka Mai zrobiło na niej piorunujące wrażenie.

- Zemdlała raczej z powodu nadmiaru wrażeń! - wyjaśniła Anjo, która nie doszukiwała się w tym ni­czego nadzwyczajnego. - Pierwszy raz wstała z łóżka i o własnych siłach przeszła aż tutaj. Na pewno tro­chę zmarzła. Poza tym przywołany z pamięci wstyd i poczucie winy na nowo ją pogrążyły. Ten przystoj­ny Hallencrantz całkowicie ją stłamsil. Nie spocznę, jakem Anjo Elvejord, póki to dziewczę nie wyprostu­je karku i nie nazwie się na powrót człowiekiem!

Reijo i Knut zajęli się przygotowaniami do drogi, a Sedolf udał się do Emila.

Nie przyszło mu to łatwo, bo nigdy nie lubił o nic prosić.

Teraz gotów był błagać Emila na kolanach, byleby tylko zgodził się przyłączyć do nich. Potrzebowali kogoś zaufanego. Sedolf liczył się z tym, że sytuacja może ich zmusić do popełnienia czynu, o którym po­winno wiedzieć jak najmniej osób.

- Przyszedłeś sprawdzić, czy nie wyzionąłem du­cha? - zdziwił się Emil, naprawiający połamany przez wiatr płot.

- Nie, chciałem tylko zapytać, czy przyłączyłbyś się do nas. Ruszamy w pościg za człowiekiem, który napadł na ciebie i zabrał ci nóż - rzekł Sedolf, opie­rając się na wbitym właśnie przez Emila słupku.

- Aż tak mi na tym nożu nie zależy - odparł Emil. - A tego, który mnie zaatakował, wolałbym nie spotkać ponownie. Jeszcze nie przestała mnie boleć głowa od upadku.

- To ten sam mężczyzna, który pobił do nieprzy­tomności i poranił kobietę, odnalezioną w lesie przez Sofię, Henriettę, Anjo i Idę.

- Tym bardziej wolę go nie spotkać - uznał Emil, nie przerywając roboty. - Nie chciałbym, żebyś mnie brał za tchórza, Sedolf, po prostu uważam, że mnie ta sprawa nie dotyczy. Co z tego, że ma mój nóż?

- Teraz ma także Idę - przerwał mu głucho Sedolf. Emil podniósł pełen niedowierzania wzrok i kazał Sedolfowi powtórzyć.

- Ta rodzina zawsze się w coś uwikła - rzekł po chwili, opierając się na trzonku siekiery. - Ida nie jest wyjątkiem.

Sedolf stał nieporuszony i czekał.

- Ty i Reijo oczywiście ruszacie w pogoń? Sedolf pokiwał głową twierdząco i wyjaśnił:

- Knut jedzie także. Potrzebna nam jeszcze jedna osoba. Nie chcę za wiele rozpytywać ani brać byle kogo. Albo pojedziesz ty, albo nikt.

Emil wstrzymał oddech. Odmowa Idy nadal go mocno bolała. Ale wstyd mu trochę było za wypo­wiedziane w gniewie pełne goryczy słowa.

Rudowłosa Ida z promiennym uśmiechem pozba­wiła go wszelkiej nadziei, choć w jego myślach nale­żała już do niego...

Trafiała mu się szansa, żeby odzyskać utraconą twarz.

Czy Sedolf pomyślał o tym? Emil spojrzał na niego, mrużąc oczy. Nie byli już przyjaciółmi. Tak się często dzieje, kiedy dwaj mężczyźni zakochają się w tej samej kobiecie. Póki dla obydwu była nieosiągalna, ich przy­jaźń trwała. Ale kiedy jeden z nich dostał ją naprawdę, wyniknęły z tego same kłopoty.

- Nie chciałbym, żeby mój nóż odebrał Idzie ży­cie. Niezależnie od tego, czyją pchnięty ręką - stwier­dził. - Ruszam z wami. Muszę tylko poprosić kogoś, żeby zajął się gospodarstwem. Domyślam się, że to może potrwać nieco dłużej niż do jutra rana?

Sedolf potwierdził skinięciem głowy.

- Spotkamy się na cyplu - rzucił krótko na odchod­nym, wdzięczny, że Emil zgodził się przyłączyć do po­ścigu, i dodał trochę zakłopotany: - Cieszę się, Emilu.

Jak trudno czasem ludziom niegdyś sobie bliskim odnaleźć właściwe słowa!

Nie na darmo się mówi, że największymi wroga­mi są byli dobrzy przyjaciele.

Około południa czterej mężczyźni spotkali się na cyplu.

Na ich posępnych twarzach czaił się lęk.

- Domyślamy się, dokąd on chce się przedostać powiedział Reijo. - A także którędy ucieka. Wiem, że to ryzyko, ale zamierzam je podjąć. Jestem ostatnim człowiekiem, który by chciał narażać życie Idy... ostatnim, który chciałby ją na cokolwiek narażać...

- Krótko mówiąc - zwrócił się Sedolf do Emila - Reijo uważa, że powinniśmy ruszyć najpierw w górę doliny, a potem przedostać się na drugą stronę szczy­tów. O ile Fin z Idą podążają tym szlakiem, o którym myślimy, mamy szansę ich dogonić. Musimy ryzyko­wać! Plan ten ma jeszcze jedną zaletę. Fin nie spodzie­wa się nas od tej strony, od której go podejdziemy. Na pewno jest przekonany, że będziemy iść jego śladem.

- Natomiast Ida może się tego domyśli - dodał Knut.

Emil skinął głową. Teraz zrozumiał, dlaczego osio­dłali wszystkie konie, jakie znajdowały się na cyplu i w gospodarstwie Knuta.

- Doliną pojedziemy konno. Niestety, kiedy skrę­cimy ku szczytom, będzie zbyt stromo. Tam puścimy zwierzęta wolno. Na pewno odnajdą drogę do domu.

Zapadła noc, kiedy rozpoczęli wspinaczkę. Wybra­li najbardziej strome podejście, ale dobrze wiedzieli, że tędy prowadzi najkrótsza droga na szczyt. Znali te tereny, nieraz chodzili tędy na polowania. Nie oba­wiali się więc stromizny, tym bardziej że księżyc oświetlał im drogę.

Dotarłszy na płaskowyż, zatrzymali się na odpo­czynek. Wyjęli przygotowane przez Anjo zapasy po­żywienia. Reijo nie pozwolił rozpalić ognia.

- Czy komuś jest zimno? - zapytał, widząc, że Knut zbiera chrust. - A może widoczność jest słaba?

Wszyscy byli rozgrzani wspinaczką, a księżycowa poświata doskonale oświetlała teren.

- Tu w górze odległości wydają się mniejsze, ognisko widoczne byłoby z daleka. Chyba nie chcemy mu pokazać, że tu jesteśmy, prawda?

Usiedli na mchu, nie rozpalając ognia, i posilili się. Wełniana bielizna chroniła ich przed przemarznięciem.

Zresztą postój trwał krótko.

- On nie będzie odpoczywał tej nocy - Reijo mó­wił tak, jakby znał obcego. Próbował wczuć się w je­go psychikę i starać się myśleć tak jak on.

- Mamy szczęście, że noc jest pogodna - stwierdził Knut. - Łatwo utrzymać właściwy kierunek.

- To on ma szczęście - poprawił go Reijo. - My i bez gwiazd byśmy nie zbłądzili. Nie, Knut, wyglą­da na to, że sprzyja mu sam diabeł.

Sedolf poruszał się jak lunatyk. Kroczył za Reijo miarowo, niemal mechanicznie, myślami zaś poszy­bował daleko ku Idzie.

Ten Curt Hallencrantz był taki potężny. Przy tym przytłaczającym wzrostem trollu Ida zdawała się zu­pełnie bezbronna.

Powinien zabronić jej jechać na cypel. Ale tak się bał, że się na niego rozgniewa, że wolał ustąpić i prze­milczeć swoje zastrzeżenia.

Powinien jej zabronić...

Ale jak można w ogóle czegoś zabronić Idzie?

Jest taka dumna, uparta...

Ida nigdy nie da się ujarzmić mężczyźnie. Wiedział o tym i godził się na to.

Ale i tak ją kochał. Niech sobie inni mężczyźni mówią swoje, ale on gotów był dać jej tę wolność. Bo rozumiał, że jego Ida jest ptakiem, a ptaków, jeśli się je naprawdę kocha, nie można więzić w klatce.

Powinien jednak zabronić jej jechać... Nie powi­nien jej był odstępować ani na krok...

Jacy byli naiwni, sądząc, że oprawca Heleny uciekł! Poczuli się bezpieczni, mimo że nie sprawdzili do­kładnie wszystkiego. Dopiero po tym, gdy Ida zosta­ła uprowadzona, uświadomili sobie wspólnie z Knu­tem, że zbrodniarz schował się w piwniczce, gdzie przechowywali jedzenie. Trzeba tupetu! Że też nie przyszło im to od razu do głowy!

Sedolf był pewien, że Reijo nigdy nie zachowałby się tak bezmyślnie.

To Reijo powinien był z nimi jechać, nie Ida...

Gdyby, gdyby...

Nie da się cofnąć czasu i naprawić błędów. Gdyby to było możliwe, życie stałoby się doskonałe. Widocz­nie jednak nikomu nie jest dane być doskonałym.

Sedolfa ogarniał strach, że już nigdy nie zobaczy Idy żywej. Czarno robiło mu się przed oczami, ale parł do przodu w ślad za Reijo.

Widział też oczami wyobraźni, jak Ida walczy o ży­cie z tym dwa razy większym od niej mężczyzną. Albo jak on kaleczy jej gładką skórę ostrym nożem Emila.

Wyobrażał sobie, że ten potwór bierze ją siłą.

Na jej plecach widoczne na pewno jeszcze były śla­dy jego palców. Niemal fizycznie czuł dotyk jej cia­ła, czuł jego ciepło.

Wzbierała w nim nienawiść, gdy sobie pomyślał, że ten łajdak mógłby dopuścić się przemocy wobec dziew­czyny. W jego oczach było to gorsze niż zabójstwo.

Kłębiły mu się w głowie wszystkie te straszne my­śli, a nogi stąpały po skałach i mchu, brnęły w śnie­gu. Przemoczył buty, nie zważał na przykryte cienką warstwą lodu i świeżym śniegiem kałuże. Bo w jego głowie była tylko przestrzeń na myśli o Idzie, na strach, na miłość.

Powinien był ją powstrzymać...

Noc jeszcze nie zdecydowała się całkiem, czy po­zostać, czy też ustąpić miejsca świtowi, kiedy wę­drowcy natknęli się na konia.

- Ukradł go Halvorowi - rozpoznał Sedolf i po­ciemniało mu w oczach.

Przykucnęli. Nie ulegało wątpliwości, że ten wspa­niały koń nie żyje.

Miał poderżnięte gardło, nie cierpiał więc długo.

Byli wstrząśnięci, widząc pozbawione życia pięk­ne zwierzę. Nadal wilgotne i ciepłe, nie całkiem jesz­cze ostygło.

- Zajeździł go - rzekł Emil z goryczą. Reijo, sprawdziwszy dokładniej, zaprzeczył:

- Nie, koń złamał nogę. W tej sytuacji lepiej było go zabić, niż pozwolić mu umierać w cierpieniach. Może ten człowiek nie jest całkiem pozbawiony uczuć? Ale za bardzo nie powinniśmy w to wierzyć.

Cztery pary oczu wpatrywały się w mrok. Gwiaz­dy zbladły, księżyc skrył się za chmurami. Musieli czekać na świt, żeby się zorientować, na ile zbliżyli się do Idy i jej porywacza.

Ranek odbierze im przewagę, jaką mieli. Co bę­dzie, jeśli znajdą się blisko Fina i Idy bez możliwo­ści ukrycia się na otwartej przestrzeni?

- Teraz muszą iść na własnych nogach - odezwał się Reijo z nadzieją. - A Ida z pewnością nie ma już sił, by poruszać się szybko. A nawet jeśli ma... to na pewno będzie próbowała opóźnić marsz. Ida nie jest głupia.

Wszyscy nabrali przekonania, że Ida i Fin, który ją uprowadził, muszą być gdzieś blisko. Koń nie leżał przecież długo martwy. Pomimo nocnego chłodu nadal biło od niego ciepło.

Nasłuchiwali uważnie, ale nic nie słyszeli. Czuli jednak wyraźnie bliską obecność Idy.

To uczucie było przytłaczające.

Reijo mignęła przed oczami twarz Raiji.

- Potrzebowałbym teraz twojej pomocy - powie­dział bezgłośnie, poruszając tylko ustami. Ale obraz Raiji zblakł.

Knut rzekł:

- Chyba powinniśmy się gdzieś ukryć i poczekać na świt. Nie warto, żebyśmy weszli prosto na nich...

12

Księżyc świecił jak latarnia, oświetlając im drogę na płaskim terenie. Pułkownik uznał, że dalej pojadą konno, ale Ida zaprotestowała.

- Koń nie wytrzyma. Padnie ze zmęczenia.

- Myślisz, że nie wiem, iż próbujesz zyskać na cza­sie? - zaśmiał się. - Ale to nic nie da! Będziesz robić, co ci każę. Ja tu decyduję!

Chwycił ją w pasie i posadził na końskim grzbie­cie. Jego dłoń znalazła się tuż obok przyszytej w szwach spódnicy kieszonki na nóż. Ida wstrzyma­ła oddech. Fin na szczęście nic nie zauważył, bo w je­go zachowaniu nie dostrzegła zmian. Dosiadł konia za jej plecami i popędził biedne zwierzę.

Ida miała wrażenie, że nóż pali ją w udo i zaraz stopi materiał, z którego uszyta jest spódnica.

Ale nic takiego się nie stało.

Dopiero teraz, kiedy siedziała, dając wytchnienie nogom, zdała sobie sprawę, jak bardzo jest zmęczo­na. Już prawie całą dobę nie zmrużyła oka i niemal równie długo znajdowała się w drodze.

Mikkal i Raija...

Nie wolno jej się zadręczać. Anjo na pewno za­opiekowała się dziećmi, i to najlepiej jak można.

A jeśli już ich nigdy nie zobaczy?

Do oczu napłynęły jej łzy. Pośpiesznie zacisnęła powieki, nie dając im spłynąć po policzkach. Zagryzła zęby tak mocno, że omal nie pękła jej szczęka.

Nie może pogrążyć się w rozpaczy! Nie wolno jej się poddać! Bo to tak, jakby całkiem zrezygnowała i złoży­ła swój los w ręce tego zimnego jak lód mężczyzny.

Zaciskała oczy tak długo, póki nieznośna pustka, jaka ją ogarnęła, nie ustąpiła. Ida nie miała wyboru. Musiała być odważna. Bo jeśli straci nadzieję, to jak­by pozwoliła tej bestii zabić się od razu.

- Jesteś zawiedziona, że pomoc nie nadeszła? - usły­szała głos, który budził w niej coraz większą odrazę.

- Nadejdzie - odrzekła spokojnie. Jego ironia nie zdołała w niej zasiać nawet ziarna niepokoju. Ida do­brze znała najbliższych sobie mężczyzn i była pew­na, że ruszą w pogoń, ale równocześnie wiedziała, że zachowają największą ostrożność. Ojciec potrafi być sprytny jak lis... Tak, ten fiński kolos, kpiący z jej bli­skich, nie zna Reijo Kesaniemi.

- Czy oni wiedzą, że tak im ufasz? - udawał zdzi­wienie, chwytając się mocniej końskiej grzywy i bez­litośnie poganiając konia.

Noc była chłodna. Mgła opadła nisko, trudno się było rozeznać w terenie.

- Kobiety powinny być lojalne - dodał. - Ale roz­czarowuje mnie twoja naiwność. Sądziłem, że jesteś inna...

Nie dokończył, bo koń potknął się i runął.

Ida poczuła szum w uszach, a potem wszystko za­snuło się mgłą. Ocknęła się na ziemi, strasznie piekł ją policzek. Usłyszała rżenie konia i głuche uderzenia kopyt o skały. Miała wrażenie, że znalazła się w sa­mym środku rozszalałej burzy.

Pułkownik ciskał najgorsze przekleństwa. Ale jego głos dochodził jakby przez mgłę.

Ida, mrużąc oczy, podźwignęła się i chwiejnie sta­rała się utrzymać równowagę.

Policzek nadal ją piekł, a kiedy go dotknęła, zoba­czyła na palcach krew.

Fin, nie przestając przeklinać, stał nad leżącym mię­dzy skalnymi blokami koniem. Mgła opadła niżej, za­słaniając Idę do połowy. Ani oni, ani koń nie mieli szans zauważyć osypiska. Nie pomyślała nawet, że mo­głaby wykorzystać ten moment na ucieczkę. Mrok i mgła ukryłyby ją przed złoczyńcą. W ogóle nie wpa­dło jej do głowy, że ta chwila przeznaczona jest dla niej.

Ida nie widziała niczego oprócz konia.

- Zostawisz go w takim stanie? - zapytała Fina, który dokładnie zbadał kończyny zwierzęcia, a po­tem wstał i odszedł parę kroków.

- Nic się już nie da zrobić - odpowiedział obojęt­nie. - Ma złamaną nogę. Poza tym jest wycieńczony. Koniec z nim.

- Ale przecież nie możesz go tak zostawić! - wy­krzyknęła Ida. - Przecież on jeszcze żyje i cierpi. Czy to nic dla ciebie nie znaczy?

Wzruszył ramionami. Ida poznała już Fina na ty­le, by wiedzieć, że zwierzę nic go nie obchodzi.

- To przecież tylko koń - rzucił lekko. - I tak zdech­nie. Godzinę wcześniej czy później, co to za różnica? Albo zamarznie na śmierć, albo zginie z głodu. Mam sobie zawracać tym głowę? Przecież to i tak mu nie po­może. Zresztą i tak by niebawem padł z wycieńczenia.

- Zamierzałeś jechać na nim, aż padnie? - zapytała Ida, nie chcąc uwierzyć, że można być takim zimnym, pozbawionym wszelkich uczuć okrutnikiem. Mimo wszystko ciągle ufała, że w tym człowieku, gdzieś głę­boko, tkwi odrobina dobra, choć przecież jego występki temu zaprzeczały. Naiwna Ida nie dopuszcza­ła do siebie myśli, że ktoś może nie mieć serca.

Ale jednak taka była prawda. Dopiero teraz na do­bre przejrzała na oczy.

- Cóż ci szkodzi zabić tego konia? - rzuciła, poru­szona do żywego.

Ale on odwrócił się do niej plecami.

- Nie zabijam koni - odpowiedział z wyraźną nie­chęcią.

- Co do ludzi nie masz takich oporów, prawda? Czyżby ten koń był więcej wart niż Helena?!

- Nie zabijam koni - powtórzył. Tymczasem mgła opadła. Ida straciła swoją szansę.

Chwila, jakby stworzona dla niej, minęła. Dopiero te­raz uświadomiła sobie, jaka możliwość przeszła jej koło nosa.

Działała instynktownie. Wszystko w niej cierpiało wraz z tym biednym zwierzęciem, w którego oczach czaił się ból.

Przecież ten koń nic nie zawinił Finowi! Przeciw­nie, bez skargi niósł go na swym grzbiecie w mroku nocy. I nadal by niósł, gdyby się nie potknął. A ten potwór chce go tak po prostu pozostawić na zimnych jak lód skałach i skazać na długie męczarnie.

Jak on tak może?

Ida podwinęła spódnicę i płacząc ze złości, sięgnę­ła po nóż. Oślepiona łzami niepotrzebnie długo ma­nipulowała przy kieszonce. Wreszcie siadła przy ko­niu, poklepała go po pysku i szepnęła, że na pewno będzie się pasł niebawem na najzieleńszych i najbar­dziej soczystych niebiańskich pastwiskach. Ukryła nóż, żeby nie spłoszyć zwierzęcia. Fin, dziwnie wy­trącony z równowagi, nic nie zauważył. Koń patrzył w bok, ufny, że Ida uczyni co dla niego najlepsze.

Ida, szlochając, powiodła dłońmi po końskiej szyi. Nie raz towarzyszyła ojcu przy uboju. Przywykła do widoku krwi. Ale jeszcze żadne zwierzę nie poniosło śmierci z jej ręki. Nie przypuszczała nawet, że była­by zdolna coś takiego uczynić.

- Lepiej przestań ryczeć - rzucił Fin chrapliwie. - Na mnie kobiece Izy nie działają.

Ida odszukała tętnicę przerażonego konia. Nabra­ła powietrza głęboko w płuca, jeszcze raz pomacała, nie chcąc zadawać zwierzęciu więcej bólu niż to ko­nieczne, i pewną ręką wbiła ostrze noża w miejsce, gdzie czuła pulsowanie. Koń szarpnął łbem, próbo­wał podnieść się na przednie nogi.

Krew trysnęła Idzie wprost na ubranie i spłynęła po rękach ku łokciom.

W jednej chwili Fin znalazł się przy niej i wyrwał jej nóż z dłoni. Popchnął ją na ziemię i warknął:

- Chciałaś go wypróbować na mnie? - Zważył nóż w dłoniach i wytarł ostrze o mech, aż błysnęło. - Na­prawdę miałaś taki zamiar?

Ida skinęła głową obojętnie.

Rzeczywiście rozważała taką możliwość, chociaż zdawała sobie sprawę, że nie zdoła pokonać tego ro­słego mężczyzny. Cieszyła się, że przynajmniej ulży­ła cierpieniu zwierzęcia.

- Zaskakujesz mnie, Ido - roześmiał się. - Dopraw­dy mnie zaskakujesz. Nie spodziewałbym się takiej od­wagi nawet po tobie, chociaż wiem, że jesteś kobietą wyjątkową. Poza tym bawisz mnie, nadal mnie bawisz...

Jego słowa oznaczały dla Idy odroczenie wyroku śmierci.

Uśmiechnął się do niej czarująco. Pewnie niektóre kobiety ulegały jego urokowi, zwłaszcza te, które lu­bią silnych i dominujących mężczyzn.

Fin podrzucił nóż, a potem wsunął go do kieszeni.

- Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, że go sobie zachowam - rzekł, tak jakby Ida miała co­kolwiek do powiedzenia. - Gdzie ty go ukrywałaś? - zapytał zaintrygowany, kiedy już uszli spory kawałek drogi. - Nigdy by mi nie przyszło do głowy, że kobie­ta może mieć przy sobie nóż. Nawet nie pomyślałem, żeby to sprawdzić. Helena nigdy nie brała do ręki no­ża. Czy wśród tutejszych kobiet to jest normalne?

Ida pokręciła głową.

- Wiedziałem, że jesteś wyjątkowa! - wykrzyknął i gdy­by nie to, że Ida poznała go dostatecznie dobrze, mogła­by ulec wrażeniu, że jest tym faktem zachwycony. - No, gdzie go miałaś, powiedz! - powtórzył pytanie.

- Pod spódnicą - odpowiedziała Ida i odrzuciwszy dumnie głowę, wysunęła do przodu podbródek. Nie zdawała sobie sprawy, ile było w tym geście hardości.

- Frapujące - mruknął pod nosem i uśmiechnął się. Ida nie rozumiała znaczenia tego słowa, ale za nic w świecie nie przyznałaby się do tego.

Szli w milczeniu, aż w końcu Ida poczuła, że za­raz padnie jak zajeżdżony koń.

- Mam nadzieję - zwróciła się do Fina - że jeśli się potknę i złamię nogę, to postąpisz ze mną tak jak z koniem. Zostawisz mnie.

Fin zatrzymał się i roześmiał na cały głos, jakby usłyszał jakiś przedni dowcip.

- Jesteś zmęczona? Skinęła głową, uznawszy, że nie ma sensu tego ukrywać. I tak wkrótce nogi nie zechcą jej dłużej nieść.

- Nie udajesz?

- Nie.

- Poddałaś się? - zapytał, udając szczere zdumienie.

Ida całkiem opadła z sił. Osunęła się na kolana, sta­rając się słuchać, co do niej mówi. Poczuła się jednak taka senna, że mogłaby zasnąć w każdej pozycji. Wszystko jej było jedno, pragnęła jedynie spać.

- Poddałaś się? - zapytał ponownie. - Myślałem, że masz więcej hartu. Zawiodłaś mnie, Ido.

Ale dziewczyna nie słyszała już jego słów, bo na­prawdę zasnęła. Jej ciało zachwiało się i osunęło na kamieniste podłoże, mokre od rosy. Fin, zdumiony, wpatrywał się w nią, stuknął ją czubkiem nogi, ale ona nawet nie poruszyła palcem. Ukucnął przy niej i podniósł powiekę. Nie udawała. Naprawdę spała! Spała jak zabita!

Nie chciało mu się wierzyć, że się poddała. Był pe­wien, że gdyby nie zmorzył jej sen, nadal wystawia­łaby swoje ostre kolce. Zastanawiał się, ile trzeba, by ją złamać. Nigdy dotąd nie spotkał tak dumnej ko­biety. I tak fascynującej.

Nie pojmował jej, ale od dawna nikt go tak nie za­intrygował. Prawdę mówiąc, już od wielu lat żaden człowiek nie zdołał w nim obudzić jakiegokolwiek zainteresowania.

Może to te rude włosy czyniły ją wyjątkową?

Ale nie! Spotkał przecież w swym życiu wiele ru­dowłosych kobiet i one, tak jak większość przedsta­wicielek tej płci, rozczarowały go.

Kobietom brakowało charakteru.

Ta wywodziła się z innej klasy społecznej. Ale przecież miał w swym życiu wiele służących, sypiał też z chłopkami. Wszystkie go nudziły. O Helenie w ogóle nie warto wspominać. Helena rozczarowała go już na samym początku i tak już ciągnęło się do końca. Ale ubawił się szczerze, zgarniając ją sprzed nosa innemu i łamiąc wszelkie konwenanse. Poza wszystkim związek małżeński z Heleną z jego wła­snego punktu widzenia był bardzo korzystny.

Biedna Helena, może nie powinien jej tak pokale­czyć, ale ona i tak nie czuła, jak ciął ostrzem jej gład­ką skórę, bo straciła przytomność.

Nikt nie zrozumiałby jego intencji. Nikt, kto nie widział ulubionych bluzek Heleny ozdobionych ko­ronkami na przodzie od ramion aż do talii, bluzek, które musiała zostawić w Finlandii.

W chwili śmierci chciał ją ustroić w koronki, któ­re tak lubiła. Ot, taki żart. Nóż był ostry, a jego to bawiło.

Nie powinien był zostawiać noża. To nierozsądne. Ale wydawało mu się, że nóż przy martwej Helenie spotęguje efekt dramatyczny.

Ułożył ją we mchu wśród krzewinek. Podobała mu się taka kompozycja. Czarno - biały strój na tle soczy­stej zieleni i wśród borówek, które miały barwę krwi.

Chyba nigdy za życia nie wyglądała tak interesują­co. Skąd mógł przewidzieć, że nie umrze od razu? Po­winien jej chyba zadać głębsze rany...

Helena na pewno poszła prosto do nieba, uderzy­ła go nagła myśl. Wyobraził sobie, jak siedzi teraz na białym obłoku, przystrojona w biel, w której jej za­wsze było do twarzy, i gra na złotej harfie.

Ta filigranowa istota, uosobienie cnoty, krążyła pewnie na anielskich skrzydłach wokół Boga Ojca.

Uśmiechnął się sam do siebie. Miał nadzieję, że He­lena widzi go teraz z wysokości i złości się jak za życia. Przypomniało mu się, jak zaciskała usta w wąską kreskę.

Trusia Helena. Całkowite przeciwieństwo Idy.

Chyba nie jest możliwe, by kobiety potrafiły na za­wołanie zapaść w sen? Chociaż nie zdziwiłoby go, gdyby Ida potrafiła. Niech sobie jednak nie myśli, że w ten sposób opóźni ucieczkę. Nie nabierze go. Sko­ro śpi, to pewnie jej bez różnicy, gdzie śpi. Nachylił się i przerzucił Idę sobie przez ramię, zdumiony, że jest taka lekka. Maszerując ku rozjaśniającemu ciem­ność nocy świtowi, śmiał się sam do siebie. Tak wła­śnie obchodzili się z kobietami mężczyźni pierwotni. I tkwiła w tym głęboka mądrość.

Zwolnił nieco, bo Ida, wprawdzie lekka, jednak tro­chę ważyła. Poza tym zaczynał odczuwać także pew­ne zmęczenie. Był na nogach już od kilku dni i nocy, wędrował zaś od miesięcy. Helena była mu prawdzi­wym utrapieniem. Powinien ją zostawić w Finlandii. Zabrał ją ze sobą, by go nie wydała, a przy okazji ze­mścić się w ten sposób na rodzinie za tego łajdaka, brata Heleny, który dopuścił się zdrady.

Nigdy się nie dowiedzą, jak umarła.

To najlepsza dla nich kara.

Niech sobie czczą we wspomnieniach tę swoją He­lenę.

Fin maszerował, niosąc Idę przez plecy, i zatrzy­mał się dopiero, gdy zobaczył naturalne zagłębienie otoczone skalnymi blokami od strony, z której mógł pojawić się pościg.

Spuścił Idę na ziemię.

- Niosłem cię na plecach, póki nie zaczął się dzień - powiedział. - Teraz już czas się obudzić.

Idę bolała cała lewa strona ciała, Fin bowiem nie zadał sobie trudu, żeby ją położyć na ziemi. Wcale się nie przejmował tym, że może sobie zrobić krzywdę. W ogóle nie troszczył się o nią jako o człowieka.

A jednak niósł ją taki kawał drogi.

Dlaczego?

Ida usiadła z trudem, zacisnęła zęby, żeby nie jęk­nąć i nie dać po sobie poznać, jak bardzo ją boli. Tej przyjemności mu nie sprawi!

- Nadal cię bawię? - zapytała, nie kryjąc pogardy. Skinąwszy głową, oparł się o pagórek i obserwo­wał ją spod jasnych rzęs.

- Bawisz mnie - potwierdził. Teraz, gdy Ida się trochę wyspała, wróciły jej siły i na powrót stała się sobą. Posiadała rzadką zdolność życia chwilą i nie lękała się spojrzeć w oczy najwięk­szemu niebezpieczeństwu. Nigdy nie uginała karku.

- Zabiłeś kogoś? - zapytała i zaraz dodała: - Poza Heleną?

Powiedziała to na szczęście spokojnie, nie wzbu­dzając w nim podejrzeń.

Najwyraźniej uznał, że po prostu się przejęzyczyła.

- Oczywiście - odpowiedział, wyciągając się wy­godnie. - Przecież ci mówiłem, że jestem żołnierzem.

- Oficerem - sprostowała Ida. - Nie sądziłam, że oficerowie sami zabijają.

Uniósł jasną brew z wyraźnym uznaniem. Miał ochotę pochwalić dziewczynę za to, że nadal myśli logicznie. Wystarczyła jej ta odrobina snu, by odno­wić siły i znów stawić opór.

- Zanim dotarłem do waszej wioski, zabiłem pię­cioro ludzi - powiedział, nie spuszczając z niej wzro­ku. Ciekaw był, jak to przyjmie.

Patrzyła z niedowierzaniem.

- Nie wierzysz mi? - Zaśmiał się.

Ida nie odpowiedziała. Miała przed sobą najbar­dziej bezwzględnego łotra, jakiego kiedykolwiek wi­działa, nie wolno jej jednak stracić głowy. Wyczuwa­ła, że nie spotka jej najgorsze, póki zdoła utrzymać go w napięciu. Ten człowiek po prostu musi nie­ustannie walczyć. A słowne potyczki wyraźnie go ba­wiły. Dopóki będzie dla niego godnym przeciwni­kiem, nic złego się jej nie stanie.

- Zabrałem starcowi nóż, bo swój gdzieś zgubiłem - zaczął beznamiętnie, jakby relacjonował jakieś zwykłe zdarzenie. - Podejrzewam właściwie, że schowała mi go Helena. W ostatnim czasie nie można jej było już zupełnie ufać. Zwróciła się przeciwko mnie - pokręcił głową z dezaprobatą. - A kiedy zabiłem tych Lapoń­czyków i podpaliłem ich jurtę, wpadła w straszną hi­sterię. Nigdy jej takiej nie widziałem.

Fin pogrzebał w kieszeni i rzucił Idzie pod nogi mały woreczek.

Serce jej podskoczyło. Nóż, który znaleźli przy Helenie, był lapoński. A to było srebro lapońskie. Klamra, brosze, guziki... podobne do tych, które trzy­mała w domu w skórzanym mieszku na dnie kufra. On wiedział o tym, bo grzebał w jej rzeczach.

- Zdaje się, że znasz się trochę na tym - zagadnął. Ida wyjęła ostrożnie ozdoby, które on uważał za bezwartościowe. Dla niej były to skarby, tak samo jak dla tych ludzi, którym zostały zrabowane.

Jeden z guzików odróżniał się od pozostałych. Był okrągły, na nóżce, ozdobiony wzorem identycznym jak na szerokiej klamrze, znajdującej się wśród srebra.

Ida, dotykając ozdób, przypomniała sobie historie opo­wiadane przez Ailo. Ailo potrafił wspaniale opowiadać.

- Sama widzisz, kogo zabiłem - rzucił lekko. - By­li nic niewarci, ale srebro zawsze można przetopić.

Nic niewarci? Ida poczuła ucisk w żołądku.

- Może się mylisz - odparła i wziąwszy z kupki sre­bra okrągły guzik i klamrę, pokazała mu je bliżej. Bez strachu napotkała jego spojrzenie. - Wygląda na to, że trafiło w twoje ręce srebro ze skarbu stallo. A to może oznaczać, że nie jesteś całkiem bezpieczny. Kto wie, czy nie ciąży na nim klątwa? Sam wiesz, jaki los spotkał poprzednich właścicieli.

Ida wymyśliła na poczekaniu tę historię. Bo tak na­prawdę każda rodzina uważała srebro ze skarbu stal­lo za najcenniejsze trofeum. Nie ciążyła oczywiście na nim żadna klątwa. Ale tego, rzecz jasna, bez­względny Fin nie mógł wiedzieć.

- Srebro ze skarbu stallo? - zapytał z powątpiewaniem. Ida uśmiechnęła się uspokajająco.

- Stallo to taka postać z lapońskich baśni. Bardziej człowiek niż troll, uosobienie zła. Ale jeśli ktoś jest sprytny, może go pokonać.

- Opowiedz! - poprosił. - To może być zabawne.

Ida pokręciła głową, jakby się krygowała. Zgarnę­ła srebro do woreczka i odrzuciła Finowi tak, jak on to zrobił.

- Wiesz, zdarzyło się, że opowieścią ktoś wykupił się od pewnej śmierci - rzekł tajemniczo. - Albo że ją odwlekł w czasie.

- Ach, tak? - odezwała się szyderczo. Miała zamiar opowiedzieć mu o stallo z własnej woli, bo nadal byli równorzędnymi przeciwnikami w walce na słowa, ale gorączkowo szukała w pamię­ci takiej historii, która rozbawiłaby go, a zarazem po­uczyła, że zło prędzej czy później zostanie ukarane.

- Słyszałaś o Szeherezadzie? - zapytał. Ida nie kojarzyła z niczym tego imienia, którego nie umiała nawet powtórzyć.

Fin, który lubił popisywać się swoją mądrością, wyjaśnił:

- W pewnym dalekim kraju żył sobie król, który, zawiódłszy się na swojej niewiernej żonie, zabił ją. Po­przysiągł przy tym zemstę na całym rodzie kobiecym. Kazał rano zabijać każdą kobietę, z którą spędził noc.

- Cóż za miła opowieść - rzuciła zgryźliwie Ida.

- Przez trzy lata codziennie dostarczano mu na za­mek dziewicę, którą kazał zabijać następnego ranka - ciągnął jasnowłosy olbrzym, który wyraźnie lubił tę historię. - Tak się działo dopóty, dopóki na zam­ku nie zjawiła się księżniczka Szeherezada. Opowie­działa królowi baśń, ale nie dokończyła jej, i król, cie­kaw dalszego ciągu, zachował księżniczkę przy życiu do następnego wieczoru. I tak co noc Szeherezada kończyła jedną baśń i zaczynała zaraz następną, któ­rą przerywała w najciekawszym miejscu. Tak się działo przez tysiąc i jedną noc.

- I co dalej? Została stracona? - zapytała Ida.

- Mam ci zdradzić, jaki cię czeka los? Ida westchnęła ciężko.

- A więc chcesz posłuchać o stallo? Proszę bardzo. Nabrała powietrza. Wiedziała, że wygrała cenny czas, potrzebny ojcu, Sedolfowi i Knutowi, którzy z pewnością spieszą jej na ratunek.

- Ale to równocześnie opowieść o Lapończykach, musisz się z tym pogodzić. Może przekonasz się, że niezależnie od tego, co sądzisz, to także są ludzie. A więc posłuchaj!

Żył sobie kiedyś Japoński chłopak. Któregoś dnia zabłądził i znalazł się przy ziemiance stallo. Nie od­ważył się odmówić, kiedy gospodarz zaprosił go do środka, i posłusznie usiadł obok niego przy ogniu. Minęła chwila i chłopak odezwał się znienacka:

- Widzę w ogniu złoto i srebro.

- Jak to możliwe? Ja nic nie widzę - zdziwił się stal­lo, który był okropnie chciwy.

- Po prostu nalałem sobie do oczu ołowiu - odpo­wiedział młody Lapończyk. - Tylko w taki sposób można dojrzeć w płomieniach twoje skarby.

- To nalej i mnie - zażądał stallo.

- Jeśli się położysz na plecach, tak żebym mógł do­sięgnąć do twoich oczu, to czemu nie? - zgodził się chłopak.

Stallo posłusznie się położył, a młody Lapończyk, przytrzymawszy powieki olbrzyma, nalał mu do oka rozgrzanego ołowiu.

- Parzy, parzy! - wrzasnął stallo.

- Ale z ciebie słabeusz! Uspokój się! - rzekł chłopak. No i stallo uciszył się. Chłopak tymczasem wlał ołów do drugiego oka olbrzyma. Stallo znów narzekał, że go parzy, ale chłopak pocieszył go, że już skończył. Stallo patrzył i patrzył, ale nie zobaczył ani srebra, ani złota. Nic nie widział, nawet ognia. Rozwścieczony, chciał zabić chłopaka, ale nie mógł go złapać. Po namy­śle poprosił gościa, żeby wypuścił najpierw jego kozy, a na końcu największego kozła z wielkimi rogami. Chłopak zaczął wypuszczać kozy, a stallo stanął w wyj­ściu w rozkroku i obmacywał każdą po kolei. Młody Lapończyk wypuszczał zwierzęta bardzo powoli. Zabił starego capa i obdarł go ze skóry. Stallo poganiał chło­paka, ale ten powtarzał, że nie ma się co spieszyć.

- Wypuszczaj mojego kozła! - ryknął stallo.

Chłopak okrył się skórą i trzymając przed sobą łeb z wielkimi rogami, na czworakach podszedł do wyjścia. Stallo pomacał skórę i rogi i wypuścił go.

- A teraz ty sam wychodź! - zawołał stallo zado­wolony, że udał mu się podstęp.

- Już wyszedłem - odrzekł chłopak. Stallo ruszył w pogoń, ale chłopak był szybszy.

- Jak się nazywasz? - zawołał Stallo. Postanowił wysłać za zbiegiem swoich synów, żeby go zabili.

- Tak jak powiedziałeś! - odkrzyknął Lapończyk. - Nazywam się Ja Sam!

I rzucił się do ucieczki.

Kiedy synowie olbrzyma wrócili do domu, okrop­nie się rozgniewali na widok zabitego kozła.

- Kto zaszlachtował nam capa? - wrzasnęli, miota­jąc przekleństwa.

- Ja Sam - odparł stallo. - Śmierć za kozła!

- I wyobraź sobie, synowie zabili go. Zabili same­go stallo... - dokończyła Ida.

- Prymitywne - podsumował Pułkownik chrapli­wym głosem, choć wysłuchał z uwagą. - A co z tym srebrem? - zapytał.

- Stallo ukradł je Lapończykom... Ale to już inna historia, której nie będę zaczynać. Nie jestem prze­cież Szeherezadą. Nie zamierzam opowiadać ci baśni tak długo, jak zechcesz mnie słuchać.

- Opowiedziałaś - odezwał się pozornie przyjaź­nie. - I to bardzo ciekawie. Póki co nie widać niko­go, kto spieszyłby ci z pomocą. Zdaje się, że wcale się nie zjawią.

- Przyjdą - odrzekła ze spokojem Ida, ani trochę nie tracąc pewności siebie.

- Możesz się przespać - powiedział nieoczekiwanie Fin, napotykając pełne niedowierzania spojrzenie dziewczyny. - Przecież wiesz, że jesteś ostatnią oso­bą, którą bym chciał zabić we śnie.

Ida doszukała się w tych słowach odrobiny rozsąd­ku. Nikt nie zabija godnego siebie przeciwnika w tak tchórzliwy sposób.

A on chyba nadal traktował ją jak równą sobie.

- Przed nami daleka droga. Nie myśl, że będę cię niósł... I jeszcze jedno: nie próbuj mnie przechytrzyć! Śpię bardzo czujnie...

Usiadł wygodnie i skrzyżowawszy ręce na pier­siach, zamknął oczy. Ida przyjrzała mu się uważnie. Zawsze się jej zdawało, że mężczyźni w czasie snu mają twarz dziecka. Ale się myliła...

Skuliła się, przemarznięta i poobijana. Tak bardzo marzyła o odpoczynku. Do końca jednak nie była pew­na, czy Fin nie robi sobie okrutnych żartów. Była przy­gotowana na to, że za chwilę szarpnie ją i każe wstawać, że wyrwie z błogiego snu i każe znowu maszerować.

W końcu jednak go posłuchała.

Fin siedział z przymkniętymi powiekami, czeka­jąc, aż dziewczyna zapadnie w głęboki sen. Wstał po cichu i spojrzał na nią, śmiejąc się w duchu. Zgarnął srebro, ale pozostawił okrągły guzik i klamrę. Srebro ze skarbu stallo.

Gdyby w jego życiu było miejsce dla kobiet, Ida byłaby odpowiednia.

Ale czekała go jeszcze daleka przeprawa, a kobie­ty są w drodze tylko zawadą.

Ida bawiła go, mogłaby go zmusić do walki. Chęt­nie by się z nią zwarł w pojedynku na słowa i wal­czył, póki nie uznałaby jego wyższości.

Chętnie by się przekonał, jak długo by to trwało.

Sprawiłoby mu to przyjemność. Niestety, nie miał czasu. W oddali na szlaku dostrzegł jakiś ruch. Dziewczyna nic nie zauważyła, pochłonięta opowia­daniem. To byłoby zbyt proste...

Z drugiej strony, zbyt proste byłoby pozbawić ży­cia śpiącą kobietę. Przecież to jeszcze prawie dziec­ko. I tak się dobrze przy niej bawił.

Postanowił zażartować. Na ziemi obok śpiącej po­łożył nóż, który jej wcześniej zabrał, razem z srebrem ze skarbu stallo.

Ci, którzy go ścigają, i tak jej nie uwierzą. Czy ktoś z nich w ogóle słyszał, że opowieścią można się wy­kupić od śmierci?

Spojrzał po raz ostatni na Idę o miedzianych włosach. A potem popatrzył ku zachodowi, tam gdzie prowadzi­ła go droga. Ruszył biegiem, śmiejąc się sam do siebie.

Tę historię sam wymyślił. A zakończenie serdecz­nie go ubawiło.

13

Leżeli w ukryciu, oczekując świtu, a kiedy już zrobi­ło się jaśniej i, jak okiem sięgnąć, na płaskowyżu nie do­strzegli żywej duszy, zrozumieli, że postąpili niemądrze.

Sedolf bez słowa wstał i ruszył przed siebie.

- Nie wolno nam tracić głowy - upomniał go Re­ijo, gdy go dogonił. - Nadal musimy zachować czuj­ność i mieć oczy szeroko otwarte, Sedolfie. Bo nie­możliwe, by zeszli gdzieś daleko od tego szlaku. Ida nie dałaby rady.

- A może on właśnie dlatego porzucił Helenę na odludziu, że nie miała sił już iść? - rzucił Sedolf po­nuro, oświecony nagłą myślą. I wyobraził sobie, co czeka Idę, gdy ta osłabnie.

Reijo pomyślał o tym samym. Skłamałby, gdyby próbował przekonywać siebie i Sedolfa, że jest inaczej.

Czterej mężczyźni posuwali się naprzód w milcze­niu, obawiając się najgorszego.

Nagle Sedolf zatrzymał się raptownie. Zauważył, że w mchu między skałami coś błysnęło. Nachylił się i podniósł z ziemi srebrny guzik na wierzchu ozdo­biony wzorem przypominającym płatek śniegu.

Pozostali mężczyźni zgromadzili się przy nim, przyglądając się temu, co znalazł.

Reijo zmrużył oczy i popatrzył ku zachodowi, gdzie chłodne niebo zdawało się blade, jakby wyzute z błękitu.

- A więc szli tędy - powiedział. Obejrzał uważnie ziemię. Mech w paru miejscach był lekko zadeptany, ale na skalnym podłożu nie pozostały żadne ślady.

- To chyba lapońskie srebro. Zdaje się, że Helena wspomniała coś o tym, że spotkali Lapończyków.

Przypomnieli sobie słowa dziewczyny, co tylko wzmogło ich niepokój.

Sedolf schował guzik do kieszeni i ruszył za Reijo. W oddali dostrzegli skalne bloki ustawione ciasno obok siebie. Kamienny mur stworzyła natura na dłu­go przed tym, nim w tych stronach pojawili się pierwsi ludzie.

Z miejsca, gdzie przystanęli, od owych głazów dzieliła ich spora odległość, ale kamienny mur przy­ciągał ich wzrok.

- Gdybyś szukał schronienia... - odezwał się zamyślo­ny Reijo. - Czy na jego miejscu zatrzymałbyś się tam?

- To jedyna możliwość - odparł Emil. Nawet on wyczuwał napięcie. Doskonale rozumiał cichą wście­kłość Sedolfa, ponieważ zdawał sobie sprawę, jak wielkie niebezpieczeństwo grozi Idzie z rąk tego na wskroś złego człowieka.

Gdyby Idzie stało się coś złego...

Czarno mu się zrobiło przed oczami na samą myśl o tym. Ta dziewczyna od dawna zajmowała w jego sercu szczególne miejsce. I chociaż nigdy nie połączy­ła ich prawdziwa bliskość i wiedział, że nigdy jej nie dostanie, za nic w świecie nie zniósłby, żeby została zbrukana przez bezwzględnego oprawcę.

Przyśpieszyli kroku, pełni najgorszych przeczuć. Teraz już wiedzieli, że nie zdołają znienacka podejść porywacza. Nie mieli się też jak przed nim ukryć.

Ten człowiek bowiem schronił się w jedynej kryjówce, jaka w promieniu kilku kilometrów znajdowa­ła się na tym gładkim jak stół terenie.

Nagle Reijo przystanął gwałtownie i powstrzymał Sedolfa, zaciskając mu dłoń na ramieniu.

- Do diabła - wyszeptał. - Co to jest?

Zza skalnych bloków wyłoniła się pochylona sylwet­ka. Mężczyzna na moment przystanął i obejrzał się przez ramię, po czym ruszył biegiem ku zachodowi. Sam.

Przez chwilę stali jak porażeni, niczego nie pojmu­jąc. Nie wierzyli własnym oczom.

Ale z wolna lodowata dłoń strachu wbiła im w ser­ca swe szpony. Sedolf zrzucił z pleców worek, pozby­wając się niepotrzebnego ciężaru. Wszystko migało mu przed oczami, a przygniatający ciężar uciskał pierś.

Nie chciał się przyznać do tego strachu, nie chciał wierzyć w najgorsze.

Ruszył co sił przed siebie. W chłodnym podmuchu wiatru poczuł na policzkach coś ciepłego. Nie zdawał sobie sprawy z tego, że płacze. Biegł jak oszalały przed siebie, słysząc jedynie szum w uszach i odgłos własnych kroków.

Nic nie czuł.

Ale odrzucał od siebie straszliwe przypuszczenia. Nie przyjmował do wiadomości, że stało się najgor­sze. Niemożliwe, dudniło mu w głowie. Tak się nie mogło stać!

Bo Ida była całym jego życiem.

Kiedy już po wszystkim próbował sobie przypo­mnieć, o czym myślał w tej” straszliwej chwili, gdy wa­żyły się losy Idy i jego, nie był w stanie tego odtworzyć.

Bo tak naprawdę wówczas pochłonęła go bezden­na pustka. Wiedział jedynie, że musi dobiec.

Zapewne strach w nim był tak porażający, że jakby w reakcji obronnej organizm usunął to wspomnie­nie z pamięci. Bał się, co zastanie, gdy dobiegnie, ale wiedział, że musi być tam pierwszy i pierwszy zoba­czyć. Gnał więc jak szalony przed siebie, niewiele wi­dząc przez mgłę, jaka zasnuła mu oczy, i potykając się co chwila. Jedynie zarys kamiennych bloków, któ­re urozmaicały monotonny krajobraz płaskowyżu, majaczył mu przed oczami. Głazy, które na począt­ku dziejów rozrzuciła potężna ręka, wystawały z pła­skowyżu niczym zęby wyszczerzone w uśmiechu.

Potknął się i upadł, ale zaraz wstał i biegł dalej. Skalny mur, dzieło natury, zdawał się coraz większy. Nie był jednak tak szczelny, jak się wydawało z dale­ka. Poszczególne głazy oddzielały szerokie przerwy.

Sedolf zauważył ją. W przerwie między blokami mignęła mu zwinięta w kłębek postać.

Nie żyje... poraziła go nagła myśl. Straszliwe sło­wa, których przez cały czas nie dopuszczał do swej świadomości. Wiszące nad nim niczym mroczny cień. Przed którymi zamykał oczy, od których chciał uciec na wszelkie sposoby, nawet w szaleństwo.

Nie żyje...

Niemożliwe, niemożliwe, dudniło mu w skro­niach. Niemożliwe, niemożliwe...

Nie Ida.

I dopiero teraz, dopiero w tym momencie, kiedy zdawało mu się, że ograbiono go ze wszystkiego, co stanowiło sens jego życia, pojął, jak bardzo ją kocha.

Dlaczego, zamiast się chować jak przestraszeni chłopcy, nie ruszyli od razu w pogoń? Po co zatrzy­mywali się przy martwym koniu?

Gdyby wybrali ten sam szlak...

Gdyby nie pozwolił Idzie jechać na cypel...

Powinien był ją powstrzymać, wracała natrętna myśl.

Ale czy jedno nie zaprzeczało drugiemu? Przecież tak cenił w niej samodzielność i silny charakter.

Sedolf z trudem łapał powietrze. Nie żyje...

Mignęły mu przed oczami bliźnięta: Mikkal i Raija.

Anjo będzie dla nich dobrą mamą... uświadomił so­bie z bólem. Będzie mógł obserwować, jak dzieci ro­sną, jest przecież ich chrzestnym, czyli że ma prawo, a wręcz obowiązek je odwiedzać. Ale już przyzwy­czaił się do myśli, że to będą jego dzieci. Zrozumiał, że traktuje dzieci Idy jak własne.

Przecisnąwszy się między potężnymi głazami, zna­lazł się za murem i w jednej chwili był przy ukocha­nej. Uklęknął i pochwycił ją w ramiona.

Ida żyła.

Reijo, Knut i Emil nie byli w stanie dotrzymać kro­ku Sedolfowi. Emil zrozumiał, że jego uczucie do Idy nigdy nie było tak silne. To prawda, że boleśnie od­czuł, gdy Ida odrzuciła jego oświadczyny. Zapiekło go to do żywego. Doznał upokarzającej porażki. Na pewno zasmuciłby się, gdyby Ida umarła, ale nie prze­żywał tego co Sedolf, który biegł na oślep, bliski utra­ty zmysłów ze strachu o nią. Emil z lękiem pomyślał, co się stanie z Sedolfem, jeżeli znajdzie Idę martwą. Straciłby wówczas cały sens swego życia.

Podążając za nim co sił w nogach, obiegli mur z ka­mieni i zobaczyli, jak Sedolf trzyma Idę w ramio­nach, płacze i całuje ją, gładzi jej miedziane włosy...

Dostrzegli wreszcie, że drobna dłoń dziewczyny poruszyła się.

- Sedolf? - odezwała się zdumiona.

Obudziły ją pocałunki, ale nie czuła odrazy. Nic nie pojmując, otworzyła oczy i ujrzała nad sobą twarz płaczącego jak dziecko Sedolfa.

- Żyjesz, maleńka, żyjesz - wydusił i złożył na jej ustach gorący pocałunek. A potem ujął w dłonie jej twarz i pieścił ją spojrzeniem. - A tak się bałem, że cię straciliśmy, najdroższa - szeptał. - Boże, Ido, ja już myślałem, że nie żyjesz. A wtedy i ja nie chciał­bym żyć! Kocham ciebie, najdroższa. Nie powstrzy­masz mnie, muszę ci to wyznać. Kocham cię, kocham cię, kocham cię - powtarzał w kółko, nie wypuszcza­jąc dziewczyny z ramion i tuląc twarz do jej policz­ka. Poza nią nie liczyło się nic.

Właśnie wtedy nadbiegł Reijo. Chrząknął, bo ści­snęło go w gardle, gdy zobaczył, że Ida jest bezpiecz­na, że nic jej nie grozi. Nadal jednak nie mógł otrzą­snąć się z bolesnego lęku.

Sedolf podniósł dziewczynę, a Reijo przytulił ją mocno.

- Wiedziałam, że przyjdziecie - mówiła z ulgą. - Ani na chwilę nie zwątpiłam, chociaż on usiłował we mnie zasiać niepokój i rezygnację. Chciał mnie pozba­wić nadziei. Ale ja byłam pewna, że pomoc nadejdzie.

Reijo odsunął córkę na odległość ramion i z miło­ścią popatrzył na nią swoimi zielonymi oczami. W jego spojrzeniu kryło się także zdumienie.

- Nie uwolniliśmy ciebie, Ido - wyjaśnił. - Kiedy Sedolf tu dobiegł, tego oprawcy już nie było.

Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale nie wydobyła z siebie żadnego dźwięku. Popatrzyła na Sedolfa, na Emila i na Knuta, którzy stali z tyłu, i w ich twarzach dostrzegła także nieme pytanie.

- Nie było go tu - powtórzyła szeptem. Sedolf pokręcił głową.

Wtedy Ida spojrzała ku zachodowi, ale nie dostrze­gła nikogo.

- Z daleka zauważyliśmy sylwetkę mężczyzny, któ­ry oddalał się biegiem. Myślałem, że cię zabił...

Ida dostrzegła nagle na ziemi swój nóż, srebrny gu­zik i klamrę. Oswobodziwszy się z objęć ojca, pochy­liła się nad leżącymi przedmiotami i po raz drugi po­patrzyła ku zachodowi nic nie rozumiejącym spojrze­niem. Wskazując na nóż, wyjaśniła im:

- Zabrał mi go, po tym gdy uśmierciłam konia. Mu­siałam to zrobić...

- Ty? - zapytał zdumiony Reijo. - Ty to zrobiłaś? Ida tylko pokiwała głową. I wtedy w głowie ojca wszystkie części układanki znalazły się na miejscu.

Oczywiście, że to Ida. Tamten człowiek, komplet­nie pozbawiony współczucia dla innych, nie uczynił­by tego.

Ale przecież pozostawił Idę.

- Jak to się stało, że cię nie skrzywdził? - zapytał Reijo. - Bogu za to dziękuję, ale nie mogę tego pojąć.

Ida potrząsnęła głową.

- Nigdy mi nie uwierzycie - stwierdziła - ale wy­daje mi się, że to baśń uratowała mi życie.

Pokręcili głowami z niedowierzaniem. Ale wysłu­chali jej opowieści.

- Jak widzicie, zostawił tylko srebro ze skarbu stal­lo, no i mój nóż... - zakończyła Ida, wsparta na ra­mieniu Sedolfa, który otulał ją swą kurtką, bo jej wła­sna była całkiem przemoczona.

Ale Reijo jakoś trudno było to przyjąć.

- Niemożliwe, ten człowiek nie był taki. Myślę, Ido, że się mylisz.

A Knut dodał:

- Pewnie widział nas z daleka. Wiedział, że jeśli cię zabije, będziemy go ścigać i nie ustaniemy, póki go nie złapiemy. Jeśli zaś znajdziemy cię przy życiu, on przestanie dla nas istnieć. Założę się, że tak było.

Pozostali skłonni byli przychylić się do wersji Knu­ta. Mężczyźni lubią rozwiązania prawdopodobne. To, co fantastyczne i niezwykłe, oddalają jako niemożliwe.

Sedolf usiadł na mchu i wziął Idę na kolana. Uśmiechnęła się do niego z wdzięcznością. Tak dobrze było siedzieć na suchym, tak cudownie poczuć ciepło drugiego człowieka przenikające do własnego ciała.

A już sądziła, że jest skazana na wieczny chłód.

Otarła się o śmierć. Oni nie zdawali sobie sprawy, jak blisko. Ida nie miała sil opowiadać wszystkiego. Jeszcze nie teraz. Teraz tylko rozkoszowała się tym, że jest wśród przyjaciół.

Zebrali chrust i rozpalili ognisko. Pod osłoną ka­miennego muru chroniącego od wiatru szybko zro­biło się ciepło.

Reijo zdjął z nóg Idy buty i postawił przy ogniu, żeby wyschły. Kompletnie przemarzły jej stopy. Mężczyźni swoje okrycia także suszyli nad ogniem.

Wyjęli zapasy jedzenia, jakie przygotowała im na drogę Anjo: mięso, ryby, chleb z masłem, ser.

Ida poczuła, jak ślinka napływa jej do ust.

Sedolf ułamał jej kawałek chleba i posmarował ma­słem, tak żeby nie musiała używać swojego noża. Po­tem dodał plasterek solonego mięsa.

Idzie się zdawało, że nigdy dotąd nie jadła takich dobrych rzeczy. Wszystko jej smakowało. Nie jadła przecież przez tyle godzin, jedynie wodą gasiła pra­gnienie.

Minęła doba, ale jej się zdawało, jakby minęła wieczność.

Czuła, że może teraz zacząć życie od nowa, bo otrzy­mała je w darze. Była tak bliska śmierci. Przygotowała się już na nią. Zdawało jej się, że dotarła do kresu podróży.

- Co z dziećmi? - zapytała Sedolfa.

- Przecież wiesz, że są pod dobrą opieką, Ido. Anjo rozpieszcza wszystkich, którymi wolno jej się zająć.

- Byłam spokojna, że nie stanie się im krzywda... - powiedziała Ida cicho. - Gdyby...

Skinął głową i wtulił policzek w jej włosy. Pocało­wał jej skroń.

- Ja też o tym myślałem, Ido.

- Naprawdę? - Ida podniosła wzrok i w brązowych oczach chłopaka dostrzegła powagę.

- Myślałem o tym i owym. Gdyby ciebie zabrakło, nie miałbym po co żyć.

Ida zamilkła. Wtuliła jedynie głowę w zagłębienie na jego szyi. Nie była w stanie nic powiedzieć, bo za­lała ją fala wzruszenia.

Najedli się.

- Czy on ci coś opowiedział o sobie? - zagadnął Knut. - Zwykle ludzie łatwo się przed tobą otwiera­ją, Ido. Potrafisz z nimi rozmawiać...

- Pierwszy raz słyszę, że mówisz o mnie coś dobrego - uśmiechnęła się Ida do brata. Zaraz jednak jej twarz spoważniała. - Próbowałam go nakłonić do rozmowy. Kazał mi się zwracać do siebie „pułkowniku”, ale praw­dziwego imienia i nazwiska nie chciał podać. Wspomniał, że musieli uciekać z Finlandii przez brata Heleny. Na­zwał go zdrajcą. O Helenie mówił, że jest tchórzem. Skłamałam mu, że Helena umarła. Wtedy on opowiedział mi, jak pozbawił życia rodzinę Lapończyków.

- Nazywa się Curt Hallencrantz ze Spydenborga. A Helena jest jego żoną - wyjaśnił Reijo i zrelacjo­nował wszystko, czego się dowiedzieli od Heleny.

- Biedna dziewczyna - westchnęła Ida, gdy już skończył. - On mówił, że go bawię...

Reijo zmarszczył brwi, a na jego czole pojawiła się głęboka zmarszczka.

- Zastanawiam się... - zaczął, ale nie dokończył, mi­mo że wszyscy spojrzeli na niego pytająco. Udawał, że tego nie dostrzega. - Od domu dzieli nas dzień marszu - zmienił temat. - Proponuję, żebyśmy wró­cili tą samą drogą, którą przyszliśmy. I póki jesteśmy razem, ustalmy jedno: nie będziemy rozpowiadać wszystkim naokoło, co się wydarzyło. O koniu Halvora też lepiej nie wspominać...

Knut pokiwał głową. Był tego samego zdania.

- Dasz radę iść na własnych nogach, kochana? - spytał Sedolf miękkim głosem.

Ida dopiero teraz dostrzegła go takim opiekuńczym i delikatnym. Nigdy dotąd nie myślała o nim w ten spo­sób. Przekonała się jednak, że Sedolf był gotów dla niej rzucić się w ogień. Dwukrotnie narażał dla niej życie.

- Poradzę sobie - odrzekła. - Może jestem drobna, ale dobry ze mnie piechur. Poza tym on uważał, że nieźle wiosłuję - dodała ze śmiechem. Jak dobrze by­ło znów móc się śmiać. Szli spokojnym krokiem, bez pośpiechu, dostosowując się do tempa Idy. Często się zatrzymywali na odpoczynek i pilnowali, by Ida się posilała. A kiedy Sedolf widział, że jest zmęczona, brał ją na ręce. Tym razem nie pomogły żadne sprzeciwy z jej strony. Zresztą nie miał zamiaru ustąpić. I, o dzi­wo, Ida w końcu ulegała z uśmiechem i pozwalała się nieść. Wyglądało nawet, że sprawia jej to przyjemność.

Ale zejść po urwistym zboczu musiała sama. Kie­dy spojrzała w dół, zakręciło jej się w głowie. Ale cóż miała robić?

- Nie darowałabym sobie, gdybym po tym wszyst­kim, co przeszłam, teraz spadla i roztrzaskała się o skały - wyznała z wisielczym humorem, co wywo­łało uśmiech na twarzach mężczyzn.

Reijo szedł pierwszy, pewnie wskazując córce, gdzie ma postawić nogę. Ida podążała za ojcem, nie mając odwagi spojrzeć w dół. Wpatrzona w skalną ścianę tuż przed nosem i wczepiona palcami w nierówną po­wierzchnię, szukała oparcia dla stóp. Schodziła wolno, krok po kroku. Przemieszczała się dopiero wówczas, gdy była pewna, że stopa się jej nie osunie. Miejscami było trochę mniej stromo, ale Ida i tak schodziła przy­ciśnięta do skały, żeby tylko nie patrzeć w przepaść. Był też taki kawałek, kiedy musieli się wspinać. Ufała, że palce wytrzymają, że ramiona ją podźwigną i że Re­ijo ją właściwie poprowadzi.

Miała wrażenie, że ramiona jej się wydłużają za każ­dym razem, gdy wisi na nich całym ciężarem ciała. Klęła przy tym jak szewc, uzupełniając stare przekleń­stwa tymi, których dopiero co nauczyła się od Fina.

- Nie przypuszczałam, że znasz tyle określeń na szlachetne partie męskiego ciała - dogryzł jej Reijo. - Do tego po fińsku!

Zmieszała się i od tej chwili przekleństwa mrucza­ła tylko pod nosem.

Wreszcie znaleźli się na dole. Emil, Knut i Sedolf musieli już schodzić o zmierzchu, ale i tak całej trój­ce zajęło to mniej czasu niż Idzie.

- Mam lęk wysokości - oznajmiła, kiedy Knut pró­bował naśmiewać się z niej.

Ustalili, że Knut i Emil sami zejdą możliwie naj­szybciej w dół doliny. Knut miał wrócić z końmi.

Nim się zebrali, Ida podeszła do Emila i uścisnąwszy jego dłoń, powiedziała tak cicho, że tylko on ją słyszał:

- Wiele dla mnie znaczy, że to dla mnie zrobiłeś. Emil uśmiechnął się z przymusem.

- Ty mi, Ido, nie mąć w głowie! Nie twoja wina, że tak a nie inaczej ulokowałaś swoje uczucia, prawda? Ja sobie jakoś z tym poradzę. Kiedy patrzę na ciebie i Sedolfa, rozumiem więcej, niż wyraziłyby słowa. Wyda­je mi się, że nam dwojgu nie byłoby tak dobrze razem.

- Czy możemy pozostać przyjaciółmi? - zapytała Ida, nie puszczając jego dłoni.

Wstrzymał oddech i długo patrzył jej w twarz. By­ła taka śliczna, że aż ściskało go z zachwytu.

Nawet teraz, zmęczona i brudna, spłakana, z wło­sami w nieładzie, podobała mu się. Nie potrafił prze­stać porównywać do niej wszystkich innych dziew­cząt i porównanie zawsze wypadało na ich nieko­rzyść. Rozumiał, że był wobec nich niesprawiedliwy...

- Nie wiem, czy powinniśmy próbować od razu. Oboje powiedzieliśmy za dużo, a takie słowa się długo pamięta. Pozwólmy ranom się zabliźnić. A potem zo­baczymy. Nie żywię do ciebie urazy. Nie mógłbym. Do Sedolfa także nie. On też nie jest winien, że tak wyszło.

Ida kiwnęła głową i cofnęła rękę. Popatrzyła mu w twarz raz jeszcze, nim się rozstali.

Reijo rozpalił ognisko. Rozumiał, że Ida i Sedolf p o - winni wyjaśnić sobie w cztery oczy wszystko, co ich dotyczy. Na miejscu chłopaka wiedziałby, co powie­dzieć, tylko że on żył znacznie dłużej na tym świecie. Swojej córce także mógłby udzielić paru dobrych rad.

Ale teraz nie miał odwagi im przeszkadzać.

Zresztą pamiętał, że w młodości też nie przepadał za pouczeniami dorosłych.

Zamiast tego uciekł myślami do Heleny.

Coś z nią muszą zrobić.

Najpierw ta dziewczyna musi na powrót stać się sobą. Co do męża, z pewnością nie zechce go więcej oglądać na oczy. Po tym, co usłyszał od Idy, zrozu­miał, że Helena nic nie straciła, wyrywając się spod wpływu tyrana. Ale Helenę wychowano do czegoś in­nego niż do pracowitego życia w ubóstwie nad fior­dami Ruiji. Nawet dom Anjo i Knuta, uchodzący za zasobniejszy we wsi, był dla niej zbyt skromny.

Kiedy czuwał przy jej łóżku przez wiele nocy, przy­szło mu na myśl, że Helena powinna wrócić tam, gdzie jest jej dom. Teraz czuł, że wkrótce czeka go znów wyprawa do Tornedalen, do ojczystej Finlandii, która w ostatnim czasie dość często go przyzywała.

Uśmiechając się sam do siebie, usadowił się wygodniej i zsunął na twarz kapelusz. To byłby wspaniały pretekst, by znów odwiedzić Maję, pomyślał. Mimo że także tym razem okoliczności wyprawy nie byłyby szczególnie ra­dosne, wierzył, że wszystko zakończy się szczęśliwie. I mimowolnie już cieszył się na to jak dziecko.

- Czy to było pożegnanie? - zapytał niepewnie Sedolf, patrząc za Emilem i Knutem, którzy zniknęli z pola widzenia.

Ida otuliła się kurtką Sedolfa, którą założył jej na ramiona. Trochę jej było żal, że pozostał w samym swetrze, ale zapewniał, że nie jest mu zimno.

- Tak, podziękowanie, przeprosiny i pożegnanie od nas obojga - odpowiedziała.

Sedolf siedział na brzozowym pniu, który zapew­ne nie tak dawno został powalony siekierą. Prowadzono tutaj wyrąb. Na stosach leżały gałęzie i pień­ki, przygotowane do zwiezienia w dół.

Ida usiadła na worku przy stosie drewna, który osłaniał ją od wiatru.

- Nie spodziewałabym się po nim, że się przyłączy do pościgu. Wiedziałam, że weźmiesz w nim udział ty, tata i oczywiście Knut...

- Poszedłem po niego, choć, jak się domyślasz, nie było to dla mnie łatwe - rzekł Sedolf.

- Jemu na pewno też nie było łatwo się zgodzić. Sedolf wzruszył ramionami.

- Możliwe. Ale chyba coś był ci winien za to, co nagadał o twoich dzieciach. Chyba w końcu do niego dotarło, że ta propozycja była dla ciebie jak policzek.

- Nie sądzę, że wszyscy mężczyźni są w stanie to zrozumieć - odezwała się Ida łagodnie, dopiero teraz naprawdę słuchając słów Sedolfa. Do tej pory tak bardzo serio traktowała to, co mówią o jego prze­szłości i braku przyszłości, że nie starała się zobaczyć w nim człowieka, choć od dłuższego czasu dostrze­gała w nim mężczyznę.

- Niewielu mężczyzn potrafi zauważyć w dzie­ciach prawdziwą wartość - ciągnęła. - Choć zależy im oczywiście, by mieć potomka, i to najlepiej syna... Naprawdę znam zaledwie paru takich, którzy na­prawdę cenią sobie dzieci. Lubią na nie patrzeć i wy­obrażać sobie, jaka czeka ich przyszłość. Lubią z ni­mi przebywać i nie uważają, że to strata czasu albo że to urąga ich męskiej dumie.

- Mam nadzieję, że mnie do nich zaliczasz? Ida pokiwała głową.

- Ciebie, ojca, Knuta czasami...

- A Ailo? - zapytał. Czuł, że nie powinno to być dla niego ważne, a jednak nie dawało mu spokoju.

Nie chciał się porównywać z Ailo. Nie chciał stać się nowym Ailo ani jego namiastką.

- Nie wiem - odpowiedziała. - Tego nie wiem. I jest to jedna z tych rzeczy, których się nigdy o nim nie do­wiem. Kiedy byliśmy razem, nie zastanawialiśmy się nad tym. Ailo chyba był przyzwyczajony do tego, że dzieci biegają po obozowisku. Nigdy go jednak nie za­pytałam wprost, co sądzi o dzieciach, a on mi nic na ten temat nie mówił. Czy to dla ciebie takie ważne?

- Chyba nie powinno. W końcu ja to ja. Zsunął się z pnia i usiadł na ziemi obok Idy. Spoj­rzał jej w oczy z uwagą i zapytał:

- Bałaś się? Chcesz może o tym porozmawiać?

Ida chwyciła go za rękę. Czując jego ciepłą dłoń za­ciskającą się na jej zmarzniętych palcach, pomyślała z radością, że jest przy niej i chce jej wysłuchać.

- Sprawił, że pogodziłam się ze śmiercią - odparła zamyślona. - Ale nie poddałam się. Do końca walczy­łam. Nie rozmyślałam wiele. Skupiłam się jedynie na tym, żeby znaleźć jakąś broń przeciwko niemu. Pró­bowałam nakłonić go do mówienia, żeby zrozumieć, jakim jest człowiekiem. Tak naprawdę zaczęłam się bać, kiedy uświadomiłam sobie tok jego myślenia. Zrozumiałam wówczas, że on nie cofnie się przed ni­czym, że inni ludzie w ogóle go nie obchodzą. To prawdziwy potwór. Bez mrugnięcia okiem zadawał ból. Jakie to miało znaczenie, jeśli on tego nie czuł... - urwała i - w milczeniu napotkała wzrok Sedolfa. - Nie wiedziałam, że istnieją tacy ludzie. Sądziłam, że wszyscy wiedzą, co wolno, a co nie. Jego nawet trud­no nazwać złym, bo to zbyt łagodne określenie. On ustalał własne prawa, kompletnie ignorując innych.

- Świat jest wielki, Ido, a ludzie różni - powiedział Sedolf, otulając ją ramieniem. - Groził ci? - odezwał się drżącym głosem z tłumioną złością.

- W pewnym sensie tak. Kiedy mówił, że go bawię, sztywniałam dosłownie ze strachu. Bo zastanawiałam się, co się stanie, jeśli przestanę go bawić... Przez ca­ły czas miałam przed oczami Helenę. Biedna dziew­czyna! Pomyśl, Sedolfie, poślubić takiego potwora! Ona musiała być tak zastraszona, że nawet nie odwa­żyłaby się pomyśleć, by od niego odejść.

- Ona nawet teraz, po tym wszystkim, co jej zro­bił, uważa, że musi być mu wierna, bo przysięgała to przed Bogiem - westchnął Sedolf i zdał Idzie relację z tego, co powiedziała Helena. Jego wersja różniła się trochę od wersji Reijo.

- Boże drogi - westchnęła Ida, kierując swe myśli ku Helenie. Łatwo zapominała o sobie, gdy tylko ko­muś działa się krzywda. Była nieodrodną córką swo­jego ojca. - On chciał ją zabić, żeby się od niej uwol­nić. Dlatego dźgnął ją nożem. Nie zauważyłam, żeby z tego powodu uronił choć jedną łzę. Choć usłyszał ode mnie, że Helena nie żyje, bez przerwy wyrażał się o niej pogardliwie. I ta dziewczyna chce być uczci­wa wobec kogoś takiego?! Do diabła! Już ja z nią po­rozmawiam. Jak kobieta z kobietą.

- I co jej powiesz? - zdziwił się Sedolf, trochę nie­zadowolony, że rozmowa zeszła na Helenę. Przecież chciał rozmawiać o Idzie i o nich...

- Powiem jej parę słów prawdy - rzuciła płomien­nie. - Musi zrozumieć, że ma przed sobą całe życie. Ma dopiero osiemnaście lat i może jeszcze poślubić mężczyznę, który będzie jej wierny. Po co się zamar­twiać tym, co minęło. Tym bardziej że ten jej mąż był ostatnim łajdakiem. Może była w nim zakocha­na, ale bez wzajemności, tego jestem pewna. Helena na pewno jeszcze spotka mężczyznę, którego obda­rzy uczuciem, i przeżyje prawdziwą miłość!

- Wspaniale! - odparł Sedolf i mocniej uścisnął jej ramię. Lubił czuć pod palcami miękką krągłość. - A jak jest z tobą, Ido? Potrafisz udzielać świetnych rad, ale czy sama się do nich stosujesz?

Popatrzyła na niego zdumiona, nie pojmując zra­zu, o co mu chodzi. Dopiero po chwili dotarło do niej, co właściwie powiedziała. Pochyliła głowę. Jej słowa wyrażały prawdę. Ale wypowiadając je, myśla­ła o Helenie. Łatwo rozwiązywać cudze problemy.

- Rozumiem, czemu zadałeś mi to pytanie - odezwa­ła się w końcu, czując nagle, jak bardzo jest zmęczona.

- Myślałaś o mnie, kiedy cię uprowadził? - zapytał. - Wspomniałaś, że byłaś pewna, że przybędę z pomocą. Ale czy myślałaś o mnie poza tym?

- Myślałam o dzieciach - wyznała. - I... tak, myśla­łam o tobie. Niemal z bólem to mówię, ale myślałam o tobie, nie o Ailo.

Zamilkła, wpatrując się w mrok. W ciągu jednej no­cy zrozumiała, że mrok może mieć także różne od­cienie. Nie oznacza tylko ciemności.

Las pachniał jesienią, ową charakterystyczną wo­nią gnijących liści, którą z lubością wciąga się w noz­drza. Przyroda przygotowywała się do długiego snu, do długiego zimowego odpoczynku. Do chłodu. Ale gdzieś w przyszłości czekała nowa wiosna, przebu­dzenie, nowa nadzieja. A potem lato.

Ida pomyślała o tym, jak trudno być młodą rośli­ną przebijającą się w wiosennej ziemi ku światłu i ku pierwszym podmuchom ciepła. Zastanawiała się, czy to bolesne być pąkiem, nim pęknie i rozkwitnie pięk­nym kwiatem.

Sądziła kiedyś, że jedynie młode dziewczęta są ni­by pąki, które pękają, rozkwitając pierwszą miłością.

Ida czuła w sobie ból, ale to był ból przyjemny. Uświadomiła sobie, że w jej życiu nastąpił przełom. Zrozumiała, że nic dwa razy się nie zdarza i nigdy nie będzie już tak jak kiedyś.

Kwiat więdnie na jesieni i tylko jego korzenie w glebie utrzymują się przy życiu. Kiedy jednak nad­chodzi wiosna, roślina na nowo wschodzi, napełnia się życiodajnymi sokami i życiodajną siłą i na powrót staje się kwiatem. Takim samym, a jednak innym.

Ida pragnęła pozostać sobą.

Chciała kochać.

Nigdy jednak nie przeżyje miłości takiej jak z Ailo.

Ailo umarł, nie powróci, by ofiarować jej to, co już było.

Nowa miłość będzie cudowna, ale inna. Nie mia­ła pojęcia, co jej przyniesie, tak samo jak kiedyś nie wiedziała, co przyniesie jej miłość Ailo.

Była dojrzałym pąkiem. Miała odwagę rozpocząć życie od nowa.

Ciemna, mroczna ziemia nie jest dla niej, bo ona przecież żyje i tak wiele może jeszcze ofiarować.

- Odkryłam, Sedolfie, że cię kocham - wyznała nie bez bólu, ale te słowa były prawdziwe i szczere. Musia­ła mu powiedzieć. A kiedy pocałował ją, kiedy ujrzała radość w jego oczach, utwierdziła się w przekonaniu, że postąpiła słusznie. Nie mogła czekać z tym dłużej.

14

Ida spała, kiedy Knut wrócił wozem zaprzężonym w konie.

- Pomyślałem, że tak będzie dla niej najlepiej - wy­jaśnił z uśmiechem, a popatrzywszy na siostrę, któ­ra, ufnie zarzuciwszy Sedolfowi ręce na szyi, zasnęła przytulona do jego piersi, dodał: - Z tego co widzę, mogę już cię powitać w rodzinie!

I poklepał Sedolfa po plecach.

Sedolf uśmiechnął się trochę speszony.

- Chyba tak - odpowiedział. Także Reijo był zadowolony.

- Zabrało ci to sporo czasu, chłopcze! - stwierdził. - Za moich czasów działaliśmy szybciej.

- I kto to mówi? - wtrącił się szyderczo Knut i po­mógł Sedolfowi otulić Idę futrzanymi narzutami, zapa­kowanymi przezornie przez Anjo. A obrzucając Reijo łobuzerskim spojrzeniem, dorzucił: - O ile pamiętam, mama zdążyła dwukrotnie wyjść za mąż, raz legalnie, a raz niezgodnie z prawem, nim została twoją żoną.

- O, twoja mama była niezwykłą kobietą i nie mieści­ła się w żadnych ramach - zapewnił Reijo. Zaskoczyło go, że potrafi żartować na temat Raiji, nie czując ukłu­cia w sercu. I uśmiechać się, wypowiadając te słowa.

- Twoja córka także jest niezwykła - wtrącił Sedolf pełnym ciepła głosem, posyłając Idzie pieszczotliwe spojrzenia.

Reijo odchrząknął i wrzucił na wóz swój worek.

- Myślę, że możesz dziękować Bogu, Sedolfie, że Ida nie jest aż taka niezwykła jak jej matka. Życie z Raiją było bowiem piekłem i niebem. Mam nadzie­ję, że wy tego nie będziecie musieli przeżywać.

Sedolf nie potrafił odpowiedzieć, ale po raz kolej­ny poczuł niezwykłe pragnienie, żeby kiedyś spotkać tę kobietę, o której ludzie tworzą legendy. Czy to możliwe, by była bardziej niezwykła niż Ida?

Sedolf nie mógł wprost oderwać oczu od tej uro­dziwej dziewczyny. Kochał ją. Zwykle taka śmiała i odważna, wydawała się zupełnie bezbronna, gdy spała. Miała cięty język. Pod wieloma względami nie przystawała do wzoru kobiecości obowiązującego w tych stronach. Niekiedy można było ulec fałszy­wemu wrażeniu, że brakuje jej delikatności, ale Sedolf nie mógł sobie nawet wyobrazić, by jakaś kobie­ta mogła mieć w sobie więcej powabu. Ida uosabiała wszystko, czego pożądał i pragnął. Była niczym naj­cudowniejsza księżniczka ze świata baśni.

Obudziła się, nim dotarli do domu nad rzeką. Usiadła i w naturalnym odruchu wtuliła się w ramię Sedolfa. Przestała się w końcu przejmować tym, co rozpowiadają o nim ludzie we wsi. Nie miało to już dla niej żadnego znaczenia.

Plotkarze nie znali prawdziwego Sedolfa. Ona zaś poznała go lepiej niż ktokolwiek. Oczywiście, niektó­re jego cechy lubiła bardziej, inne mniej, ale nie zda­wała sobie dotąd sprawy, jak wielkim go darzy uczu­ciem. Myślała, że kocha się zawsze tak samo.

Jakże była niemądra!

Nie pomyślała o tym, że przecież ona też nie jest ciągle taka sama. Że wszystko wokół niej jest w ciągłym ruchu, rozwija się i ulega nieustannej przemianie.

Kocha się też za każdym razem inaczej. Człowiek zmienia się pod wpływem doświadczeń, zmienia obiekt swoich uczuć.

Może Sedolf zawsze o tym wiedział, ale był na ty­le mądry, by jej nie ponaglać, przekonany, że każdy musi tę prawdę odkryć w sobie sam?

A gdyby Sedolf nie był taki cierpliwy? Mogłaby go stracić.

- Kocham cię - odezwała się cicho i przytuliła się do niego mocniej. - Chyba jesteś dla mnie za dobry...

Reijo, który mimowolnie usłyszał te słowa, wy­krzywił twarz w grymasie.

- Raija kiedyś powiedziała mi to samo. A to nie o dobroć chodzi, ale o miłość. Proszę cię, Sedolfie, pozostań sobą!

- Oj tato, tato! Zawsze masz w zanadrzu złotą myśl na każdy temat - uśmiechnęła się Ida. - Ale zgadzam się z mamą. Naprawdę jesteś za dobry!

- Nie wiem, Ido. Nie wiem... - odpowiedział Reijo po chwili, zamyślony.

Anjo nie posiadała się z radości, kiedy nadjechali. Ściskając mocno Idę, płakała i śmiała się na przemian. Obejrzała ją dokładnie, żeby się upewnić, że napraw­dę nic się jej nie stało.

Ale Ida pośpiesznie oswobodziła się z objęć brato­wej i przemknęła do izby, w której stała kołyska. Po ciemku uklęknęła i pochyliła się nad swoimi dziećmi. Łzy popłynęły jej z oczu na widok znajomych buzi. Głaskała gładkie policzki i jedwabiste loczki, nie mo­gąc się nacieszyć maleństwami. Dzieci były jej naj­większą radością, były całym jej światem, znaczyły dla niej więcej niż własne życie. Dlatego też w peł­nych grozy chwilach, jakie przeżyła w górach, pocie­szało ją jedno: że ten straszny człowiek nie może skrzywdzić dzieci. A kiedy zrozumiała, że on już wy­dał na nią wyrok, i tylko chwilowo odroczył jego wy­konanie, podtrzymywało ją na duchu przeświadcze­nie, że dzieci są pod dobrą opieką.

Wąska strużka światła powiększyła się na moment, ale zaraz znów zrobiło się ciemno. Ida usłyszała za ple­cami kroki Sedolfa. Potrafiła je odróżnić od innych.

Ukucnął obok niej i swoją dużą dłonią pogłaskał ciemne główki. Był przy tym taki delikatny i czuły, że poruszył tym najwrażliwsze struny w sercu Idy.

- Są takie śliczne - powiedział. Z wyjątkiem swojego ojca, nie słyszała, żeby jakiś mężczyzna zachwycał się niemowlętami.

Zamrugała powiekami i podniosła oczy. Musiała sprawdzić, czy Sedolf powiedział to szczerze, czy też może wyczuwając, jakich słów od niego oczekuje, gład­ko je wyrecytował. Zawsze umiał prawić ładne słówka.

Ale twarz Sedolfa nie zdradzała nawet cienia ob­łudy czy fałszu.

Objął Idę i delikatnie musnął palcami jej ramię.

- Powiedz, czy je także gotów jesteś pokochać? - zapytała Ida cienkim głosem.

Chociaż pogodziła się z Emilem, nadal bolała ją je­go propozycja, by oddała swoje dzieci. Kiedy sobie przypomniała, jak rzucił jej w twarz, że żaden męż­czyzna nie jest taki głupi, by karmić cudze dzieci, jeszcze teraz czuła upokorzenie.

Sedolf skinął głową, a ze wzruszenia ścisnęło go w gardle.

- Tak - powiedział nieswoim głosem, czując, jak niezwykła jest to chwila. Zaciskając powieki, walczył ze łzami, ale kilka spłynęło mu po policzkach.

Ida popatrzyła na niego zdumiona i ująwszy w dło­nie jego twarz, scałowała słone krople.

Nie miała odwagi uwierzyć, że to ten, prawdziwy Sedolf, ukrywał się za drwiącym uśmiechem wieczne­go wagabundy!

Chłopak wtulił twarz w pierś Idy i obejmując dziewczynę, płakał jak dziecko, gdy go głaskała po włosach i całowała. Odnalazła w nim takie cechy, któ­re czyniły go jeszcze bliższym ideału mężczyzny.

Nadal wszystko między nimi było nowe. Nadal znajdowali się na początku drogi. Ale Ida wiedziała już, że kocha Sedolfa całym sercem.

Chłopak otarł oczy wierzchem dłoni i uśmiechając się tym swoim osobliwym uśmiechem, mocno przy­tulił Idę.

Wypuścił ją z objęć dopiero, gdy się uspokoił. Ale nie przepraszał, że tak się rozkleił. Nie próbował zbyć tego śmiechem. Był na tyle dojrzały, by zaak­ceptować także tę stronę swojego charakteru. Ida zro­zumiała, że właśnie takiego mężczyzny pragnie u swojego boku.

Bawiąc się rudymi lokami dziewczyny, Sedolf wy­znał, jakby kontynuując przerwaną rozmowę:

- Traktuję je jak własne! Tak, Ido, może cię to roz­bawi, ale ja często łapię się na tym, że nazywam je w myślach „moimi” albo „naszymi” dziećmi. Wiem, że są to dzieci Ailo, ale w sercu uważam je także za swoje. Nie sądzę, bym je mógł kiedyś przestać kochać. Nawet jeśli Bóg jeszcze obdarzy nas potomstwem.

Jakże inaczej brzmiała ta przemowa w porówna­niu z propozycją Emila.

Ailo by polubił Sedolfa, pomyślała Ida. I to osta­tecznie przeważyło szalę. Uznała, że nie znajdzie dru­giego mężczyzny, który by złożył jej tak cudowne i szczere wyznanie miłosne.

- Chcę wyjść za ciebie, Sedolfie - wyszeptała, czu­jąc, że to właściwe miejsce na takie słowa. Klęczeli przy kołysce, objęci wpół, otuleni nocnym mrokiem i ciszą.

- Powiedz to jeszcze raz! - poprosił. Powtórzyła. Uśmiechnęli się do siebie. Zdawali sobie sprawę, że mogą napotkać w życiu niejedną przeszkodę, ale ufali, że jeśli tylko będą ra­zem, zdołają pokonać wszelkie przeciwności losu.

Ich twarze zbliżyły się do siebie, z uśmiechem do­tknęli się czubkami nosów, a ich usta zwarły się w na­miętnym pocałunku. Wargi Idy były niecierpliwe i gorące, jej język łaskotał i drażnił. Sedolf nigdy do­tąd nie spotkał podobnej kobiety. Wiedział, że póki w jego życiu będzie Ida, nigdy nie zatęskni za inną.

Nagle otworzyły się drzwi i w smudze światła uka­zał się wydłużony cień Anjo.

- No, no - odezwała się cicho wesołym głosem. - A myśmy myśleli, że już śpicie.

Niecierpliwe wargi rozdzieliły się niechętnie. Zako­chani, przytuleni policzkami, spojrzeli na żonę Knuta.

- Bardzo się cieszę waszym szczęściem - powie­działa Anjo.

Zawsze była szczera, nigdy niczego nie udawała.

- Kiedy Helena usłyszała, że przyjechaliście, wsta­ła z łóżka. Bardzo chce z tobą porozmawiać Ido.

Sedolf troskliwie podał Idzie rękę.

- Mam nadzieję, że równie chętnie mi pomożesz, kiedy będę schorowaną staruszką - zaśmiała się cicho dziewczyna i pogłaskała go po włosach i po policzku.

- Dobry z ciebie człowiek, Sedolfie! - rzekła Anjo. Chwyciła go pod rękę i leciutko popychając przed so­bą Idę, po cichu zamknęła drzwi. - Jesteś odpowied­nim mężczyzną dla Idy - dodała głosem tak pewnym, jakby nigdy nie miała co do tego żadnych wątpliwo­ści. A Anjo znała się na ludziach.

- Oczywiście, że jestem dla Idy jedynym właściwym mężczyzną - potwierdził Sedolf ze śmiertelną powagą. - Ale zajęło mi trochę czasu, żeby ją o tym przekonać.

- Niektórzy mają skłonność do zamykania się we wspomnieniach i przeżywania dawnej miłości - uśmiechnęła się Anjo. - Ale kiedy zrozumieją, co na­prawdę jest dla nich dobre, bardzo szybko łapią szczęście oburącz.

Sedolf przypomniał sobie, że i Anjo nie była pierw­szą wielką miłością Knuta. Ta kobieta wiedziała więc, o czym mówi.

Helena czekała w swojej izbie, skubiąc nerwowo nocną koszulę. Jej twarz odzyskała naturalny kształt, i choć nadal trochę szpeciły ją sińce, widać już było, że Helena to prawdziwa piękność.

Ida podeszła wprost do niej i objęła ramionami. Polubiła tę dziewczynę, gdzieś zniknęła pierwotna nieufność wobec niej.

Helena, nie przyzwyczajona do takich bezpośred­nich gestów, poczuła się onieśmielona. W jej świecie, ludzie nie reagowali tak spontanicznie. Ale natural­ność i ciepło emanujące od Idy kazały jej zaakcepto­wać zachowanie dziewczyny.

- Nic ci nie zrobił? - zapytała i cofnąwszy się, uważnie przyjrzała się twarzy córki Reijo.

Ida, nie chcąc się narzucać, usiadła z boku przy stole i opowiedziała wszystko: od momentu, gdy groź­ny Fin wyłonił się zza konia i wziął ją jako zakład­niczkę, aż do chwili, gdy po opowiedzeniu baśni, któ­rej sobie zażyczył, poprosił ją, żeby zasnęła.

Helena uważnie słuchała, uśmiechając się raz po raz albo krzywiąc twarz, jakby to ona stała w obli­czu niebezpieczeństwa. A kiedy Ida powtórzyła, co Pułkownik mówił o Helenie i o jej bracie, Finka prze­łknęła ślinę i zmięła nocną koszulę. Dopiero usły­szawszy, że jej mąż odmówił zabicia konia, a potem opowiedział o księżniczce z baśni tysiąca i jednej no­cy, znów uśmiechnęła się lekko.

- Szeherezada - powtórzyła miękko. - Szeherezada i król Szahrijar. Curt znał wiele baśni na pamięć i po­trafił wspaniale opowiadać, ale czynił to niechętnie. Właściwie słyszałam je tylko przed ślubem, potem już nigdy. - Helena siedziała przez moment zamyślona, jakby zapatrzyła się swoimi dużymi oczami w prze­szłość. - Nazwał imieniem Szeherezady jedną z kla­czy, którą ubóstwiał. Była dla niego ważniejsza ode mnie. Ja nigdy nie dorosłam do ideału tej nieosiągal­nej księżniczki z baśni.

Uśmiechnęła się ze smutkiem i dodała:

- W Spydenborgu znajdowała się stadnina koni. Cun związany był ze zwierzętami i przeżywał ich cierpienie. Dlatego nie chciał zabić konia. Ludzie nie wzbudzali w nim takich uczuć.

- On odszedł i nigdy już nie powróci - oświadczy­ła Ida. - Jesteś bezpieczna, Heleno. Specjalnie go utwierdziłam w przekonaniu, że nie żyjesz.

- Nadal jestem jego żoną - oświadczyła. - I od te­go się nie uwolnię.

- Uznaj, że nie żyje - wyrwało się Idzie. - Do diabła, Heleno, on chciał cię zabić! I prawie mu się to udało! Te­raz na pewno zmieni imię i nazwisko. Stanie się inną osobą. Zapomni o tobie. Nigdy się nie dowiesz, czy on umarł, czy nadal żyje. Najlepsze, co możesz uczynić, to pogrzebać wspomnienia o nim. Przecież go na pewno nie kochałaś. Przynajmniej nie takim, jaki był ostatnio!

- Nienawidziłam go. Nawet tak ostre słowa Helena wypowiedziała bez emocji. Ta dziewczyna nie potrafiła okazywać uczuć. Przywykła kryć je pod maską i choć czasem płaciła za to wysoką cenę, nie potrafiła inaczej.

- Nienawidzę go - powtórzyła. - Bóg jednak wie wszystko, także to, czy Curt żyje. Zgrzeszyłabym, ła­miąc przysięgę małżeńską.

- Jeśli Bóg jest taki małostkowy - zaperzyła się Ida - jeśli uważa, że powinnaś być wierna mężczyźnie, który tak cię traktował, to wolę żyć bez Boga.

- Jak możesz mówić takie rzeczy? - żachnęła się Helena i zbladła jeszcze bardziej niż wówczas, gdy usłyszała wiadomości o mężu.

- Takie jest moje zdanie - odparła Ida. - Przemyśl to sobie, Heleno. Chciałabym, żebyśmy zostały przy­jaciółkami.

Helena skinęła głową.

Poza Curtem, do którego nie chciała porównywać Idy, nie spotkała równie impulsywnej osoby. Ta dziewczyna była niczym huragan. Wtargnęła w życie Heleny, przewracając je do góry nogami.

Chciała się zaprzyjaźnić z Idą. Kiedy ją zobaczyła po raz pierwszy, wydawała się jej zupełnie podobna do Reijo. Teraz dostrzegała wyłącznie przeciwieństwa.

Ale ta dziewczyna miała w sobie tyle radości życia! Cie­kawe, czy tego się można nauczyć? zastanowiła się Finka.

Może mogłaby spróbować?

Helena pomyślała, że wśród tych ludzi udałoby się jej zmienić. Zapragnęła upodobnić się do nich i stać się jedną z nich.

Spaliła za sobą wszystkie mosty. Straciła wszyst­ko. Curt starannie to zaplanował. Postarał się, by już nigdy nie miała śmiałości spojrzeć w oczy komukol­wiek ze swego środowiska.

Wszystko, co wiązało się z tamtym światem, przy­woływało jedynie bolesne wspomnienia. Tutaj mo­głaby nauczyć się znów cieszyć się życiem, nauczyć się śmiać. Wyczuwała to.

- Ja także bym chciała się z tobą zaprzyjaźnić, Ido - odpowiedziała z wyuczoną poprawnością. I siedząc sztywno, pozwoliła się uściskać spontanicznej Idzie. - Chciałabym tu zostać - dodała.

Reijo otworzył usta ze zdumienia, ale nic nie po­wiedział, nie chcąc psuć tej chwili. Być może on ja­ko jedyny zdawał sobie sprawę, że to wszystko nie jest takie proste. Chyba tylko on zauważał, że Hele­na nie pasuje do tego miejsca.

Przygarnęli ją do swoich serc i ona powoli, niczym kwiat wiosną, otwierała się przed nimi.

Ale to nie wystarczy.

Helena urodziła się w innym świecie. Odebrała in­ne wychowanie. Nie była jedną z nich i obojętne, jak bardzo by ją pokochali, nie pasowała do nich. Zdra­dzało ją każde wypowiadane przez nią słowo i każ­dy, nawet drobny, gest.

Nie należała do tej samej warstwy społecznej.

Reijo po raz pierwszy tak dobitnie uświadomił so­bie, że istnieje podział na ludzi lepszych i gorszych, choć nie ma to nic wspólnego z ich charakterem. Nigdy się nie zgodzi z opinią, że ludzie z wyższych sfer naprawdę są lepsi. To wierutne kłamstwo.

Bardzo trudno znaleźć się na pograniczu tych dwóch światów. Szczególnie jeśli ktoś spadnie niżej w społecz­nej hierarchii. Reijo wiedział, że Mai także nie było lek­ko, chociaż Maja, lepiej niż ktokolwiek inny, potrafiła stawić czoło najtrudniejszym wyzwaniom.

Ale dla tej wychuchanej panny może się to okazać o wiele bardziej bolesne, mimo że żyjąc u boku tyra­na, poznała też mroczne strony życia.

Helena nigdy nie cierpiała głodu.

Pozostali nie myśleli o tym, szczęśliwi, że udało im się ją uratować.

Reijo także polubił Helenę, ale potrafił trzeźwo oceniać rzeczywistość.

Helena musi wrócić do swoich.

I on będzie tym, który ją odwiezie.

Z zamyślenia wyrwał go głos Idy.

- Powiedz, Heleno, jak potoczyły się losy Szeherezady? Czy ów król ją zabił, kiedy upłynęło tysiąc je­den nocy?

Helena poczuła się nagle strasznie zmęczona.

Wstała po cichu i popatrzyła na piękną i mądrą córkę Reijo.

Curt chyba nigdy nie spotkał takiej kobiety jak Ida. Kto wie, czy nie wydawało mu się, że jest ową księż­niczką, która nocami opowiadała królowi baśnie.

Jej samej nigdy nie udało się upodobnić do owego ideału, choć Curt usilnie starał się ją zmienić.

- Nie skrzywdził cię? - zapytała raz jeszcze. - Nie tknął ciebie?

Ida pokręciła głową. Wiele by uczyniła, żeby usu­nąć strach z oczu tej zahukanej dziewczyny. W tak młodym wieku nie powinno się nosić w sobie takie­go cierpienia.

- Nie opowiedział ci, co spotkało Szeherezadę? - zapytała Helena, uśmiechając się najsmutniejszym z uśmiechów, który pomógł Idzie zrozumieć więcej niż by chciała. - Chyba się muszę położyć. Taka je­stem zmęczona...

Anjo odprowadziła ją do łóżka, a pozostali wpatry­wali się w Idę, powoli zaczynając co nieco rozumieć.

- A więc miałam rację - odezwała się Ida cienko. Podniosła twarz i powiodła spojrzeniem po obec­nych. - Mówiłam wam, że baśń uratowała mi życie - dodała drżącym głosem.

Anjo zarządziła kąpiel. Wielką drewnianą balię po­stawiła na środku kuchni, zaciągnęła zasłony i zagrza­ła dużo wody.

Wszystkich poza Idą wygoniła do gościnnej izby, której nie używali zbyt często. Wychowali się w bie­dzie i chociaż teraz powodziło im się lepiej, to zacho­wali przyzwyczajenia nabrane za młodu. Kuchnia stanowiła serce domu. Tutaj ludzie spożywali posił­ki i wykonywali zwykłe zajęcia. Kobiety przędły i tkały, szyły, prały i zajmowały się dziećmi. Męż­czyźni tutaj przygotowywali sprzęt na połowy, robi­li sidła i garbowali skóry...

A w ciasnych chatach kuchnia nocą zamieniała się w sypialnię.

Chociaż u Anjo i Knuta izb było więcej, kuchnia pozostała sercem domu, stanowiła najważniejsze po­mieszczenie. W izbie gościnnej gospodarze czuli się trochę nieporadnie.

- Do wody - zarządziła Anjo z uśmiechem.

Maja przesłała przez Reijo kilka kostek pachnącego mydła, które Anjo skwapliwie schowała. Reijo oczy­wiście uważał, że to zupełnie niepotrzebna fanaberia, ale w końcu przyznał, że mydło ma ładny zapach.

- Ale kobieta powinna pachnieć kobietą - upierał się przy swoim.

Knut nie był aż tak negatywnie nastawiony do pre­zentu od Mai, zwłaszcza kiedy Anjo używała go do kąpieli. Ale tego Anjo nie zdradziła Idzie.

- Zaraz się zmienisz w prawdziwą kusicielkę - drażniła się z Idą. - Sedolf straci głowę. O ile już jej nie stracił.

Ida także się roześmiała. Jakie to niezwykłe, być tak kochaną.

- Chyba jestem zbyt zmęczona - uznała i ziewnę­ła przeciągle. Zanurzona po szyję, zamknęła oczy, po­zwalając, by Anjo obmyła ją z brudu. Przypomniała sobie dzieciństwo. Nigdy nie była kąpana przez mat­kę, zwykle kąpała ją Elise.

Bóg jeden wie, jak potoczyło się życie Elise i wuj­ka Mattiego. Ida poczuła wyrzuty sumienia, że tak dawno nie wspominali ich w rozmowach. Straszliwa tęsknota przeszyła jej serce niczym strzała.

Anjo umyła Idzie włosy. Rozczesała je starannie i wyszorowała skórę głowy koniuszkami palców. Per­fumowane mydło Mai pachniało ładnie, chociaż tro­chę obco. Nowy kwiatowy zapach mieszał się ze zna­nym domowym.

- Sedolf na pewno nie czuł nigdy takiego zapachu - zapewniała Anjo, mrugnąwszy okiem. - Nawet Knut nie mógł się oprzeć tej woni...

Roześmiały się wesoło, jak to kobiety, kiedy dzie­lą się ze sobą swoimi tajemnicami.

Wreszcie Ida, wymyta i rozgrzana, wytarła się do sucha. Anjo przyniosła tymczasem nocną koszulę z delikatnej tkaniny, tak nieskazitelną, że Ida, nim jej dotknęła, odruchowo spojrzała na swe ręce.

Anjo, przykładając koszulę do siebie, powiedziała z uśmiechem:

- Najpiękniejsza, jaką mam. To także prezent od Mai. Ty nie dostałaś takiej?

- Nie.

- Widocznie Maja uznała, że mam się dla kogo stroić - stwierdziła Anjo, pomagając Idzie założyć koszulę. Zapinana z przodu na śliczne guziczki, mia­ła stójkę obszytą koronką. Misterne koronki zdobiły też półokrągły karczek, dół koszuli i rękawy.

Ida nigdy nie dotykała równie miękkiej i delikat­nej tkaniny.

- Oczywiście, jak na warunki północy, trochę niepraktyczna - dorzuciła Anjo rzeczowo. - Przy­dałaby się może jakaś koszula flanelowa albo weł­niana.

Spojrzała na Idę i obie wybuchnęły śmiechem.

- Obiecuję ci, że Sedolf nigdy takiej nie widział - dodała z powagą.

- Ale ja nie mogę tak wejść do izby gościnnej! - za­protestowała.

Anjo otuliła ją wełnianym pledem.

- Teraz nikt się nawet nie domyśli, co masz na so­bie. Niech to pozostanie naszą małą tajemnicą. Nie­spodzianką dla zakochanego mężczyzny.

W izbie siedział tylko Knut z Sedolfem.

- A gdzie tata? - zapytała Ida.

- Pojechał na cypel, bo przypomniał sobie, że nikt nie zaglądał do inwentarza przez cały dzień - odpo­wiedział Knut.

- Ale przecież Sofia zrobiła obrządek! - wyrwało się Anjo.

Wszyscy popatrzyli na nią i powtórzyli chórem:

- Sofia? Anjo uśmiechnęła się uradowana, choć nie było w tym jej zasługi.

- Dowiedziała się wszystkiego od Larsa, który zastą­pił Emila w gospodarstwie na czas pogoni. I przyszła tu z własnej woli zapytać, czy może wydoić krowy i na­karmić zwierzęta. Pozwoliłam jej na to. Zdawało mi się, że żałuje swojego postępowania. Bardzo chciała z tobą porozmawiać, Ido.

Ida przełknęła ciężko ślinę. Niechętnie uginała kar­ku, niechętnie też wybaczała.

- Sofia zrobiła pierwszy krok - ostrożnie upomnia­ła ją Anjo. - Chyba ci nie spadnie z głowy korona, je­śli wyjdziesz jej na spotkanie. Dobrze mieć przyja­ciół. A nasza wioska jest taka mała...

- Odwiedzę ją - odpowiedziała Ida, pewna, że Anjo dopilnuje, by dotrzymała obietnicy.

Anjo spojrzała na Sedolfa.

- No, przyjacielu, teraz twoja kolej.

- Co takiego? - zdumiał się Sedolf. - Nie będę się kąpał, idę do domu.

Anjo, jeśli chciała, potrafiła zmrozić słowami.

- Do domu? - zapytała. - A dlaczego, jeśli wolno mi spytać? Czyżbyś się bał kąpieli?

Knut z trudem powstrzymał się od śmiechu i mru­gnął do Idy.

Sedolf pokręcił się na stołku.

- Myślałem... - zaczął, spoglądając na Idę z ukosa - ...ludzie mogą gadać. Wezmą Idę na języki, jeśli ro­zumiesz, co mam na myśli. Nie chciałbym narazić na szwank jej reputacji.

- A więc o to chodzi? - Anjo popatrzyła na niego dobrodusznie. - A od kiedy to chłopaki od Bakkenów myślą o reputacji dziewcząt?

Ale Sedolf miał gotową odpowiedź:

- Kiedy spotkają kobietę swojego życia. Te słowa udobruchały Anjo.

- Nigdzie nie pójdziesz, Sedolfie. Tę noc spędzisz z Idą, a jeśli ludzie zaczną plotkować, możesz im po­wiedzieć, że spałeś ze mną.

- Potrafisz przekonywać - uśmiechnął się Sedolf.

- Czy na tyle, że zdołam nakłonić ciebie i Knuta, żebyście wylali perfumowaną wodę z balii? - zapyta­ła z miną niewiniątka. - Może przestanie trochę od was cuchnąć... A potem, Sedolfie, wymyjesz się. Knut pożyczy ci bieliznę...

- Ona nie zawsze jest taka - rzekł Knut, ale Sedolf nie bardzo wiedział, co o tym wszystkim sądzić.

Nalali do balii świeżej wody i uśmiechnęli się do siebie. Knut, wychodząc z kuchni, rzucił, niby mimo­chodem:

- Ida jest wspaniałą dziewczyną, bardzo ją kocham i mam nadzieję, że nigdy nie uczynisz czegoś, co by ją zasmuciło.

- Na przykład, czego? - zapytał Sedolf, zdejmując koszulę.

- Sofia - rzekł Knut. - Inne kobiety... Sedolf pokręcił głową.

- Nie wierzysz, że i ja chciałbym się w końcu ustat­kować? Sądzisz, że nie potrafię docenić tego, że spotkałem tak wyjątkową kobietę jak Ida? Tym razem, Knut, to związek na cale życie.

Knut pokiwał głową i uśmiechnął się.

- Tylko się pośpiesz, nim ci ta wybranka zaśnie!

- Myślisz, że i ja nie jestem śpiący? - zapytał nie­winnie Sedolf.

- Powiedzmy, że mam co do tego pewne wątpliwości.

Ida po cichutku weszła do alkierza i wsunęła się pod pierzynę, trochę się obawiając, że pogniecie pięk­ną koszulę, która równie dobrze mogłaby uchodzić za odświętny strój.

Zapaliła lampkę parafinową i skręciła płomień, by nie było zbyt jasno. Dzieci spały spokojnie w drugim końcu izby. Anjo zaproponowała, że przestawi koły­skę do siebie i do Knuta.

- Żebyście poczuli się swobodniej - powiedziała. Ale Ida jej podziękowała. Chciała mieć dzieci przy sobie. Po nocy, która mogła być dla niej ostatnia, pra­gnęła teraz otoczyć się tymi, których najbardziej ko­cha. Jeśli przebudzi się i przestraszy czegoś, wyciągnie rękę do Sedolfa i sprawdzi, czy leży obok. Może też wstać i popatrzeć, czy dzieci są bezpieczne.

Anjo zrozumiała...

Sedolf, trochę zakłopotany, wszedł boso w samych kalesonach. Nie spodziewał się, że zastanie zapaloną lampę. Ale pomyślał, że to dobrze, bo Idy i jego nie powinien dzielić mrok.

Szczękając zębami, wsunął się szybko pod miękką pierzynę.

Anjo wniosła trochę wielkopańskich obyczajów podpatrzonych w domu namiestnika w Alcie.

Musiał przyznać, że pod tym puchowym przykryciem leżało się wyjątkowo przyjemnie, bo nic nie kłu­ło, a i pchły nie miały się gdzie chować.

Wsunął Idzie ramię pod głowę i wciągnął w noz­drza jej zapach.

- Ślicznie pachniesz, tak oszałamiająco... - wyszep­tał, przytulając ją mocno.

Wplotła palce w jego zmoczone włosy i odgarnęła je do tyłu. Uśmiechnęła się, widząc, jak ta fryzura go odmieniła.

Musnął wargami jej szyję.

- Chyba nie dotrzymam przyrzeczenia, jakie sobie złożyłem - odezwał się cicho, całując jej ramię i rozpi­nając drobne guziczki u koszuli. - I wykorzystam wszelkie sztuczki, by cię uwieść, zanim mnie poślubisz.

- Po co składasz przyrzeczenia, których nie jesteś w stanie wypełnić, Sedolfie? - odparła zmienionym głosem.

Roześmiał się i pocałował ją.

- Masz rację Ido. Kocham cię - powiedział, zdecy­dowany trzymać się jak najdalej od takich przyrzeczeń.

EPILOG

Fragment listu Mai do Ailo z dnia 30 listopada 1749 roku

...Piszę do ciebie ten list, drogi bracie, dołączając życzenia wesołych świąt. Domyślasz się pewnie, że bardzo już bym chciała widzieć ciebie i Williama z powrotem w domu.

Ale to nie wszystko. Dziś otrzymałam list od Re­ijo. Przywieźli go kupcy, którzy wrócili z jarmarku z naszych rodzinnych stron nad fiordem. Dlatego wie­ści są stosunkowo świeże. Mam nadzieję, kochany Ailo, że nie sprawią ci wielkiego bólu. Rozmawialiśmy przecież o tym i sam zdecydowałeś, że tak będzie dla Idy najlepiej. Reijo pisze, że tuż przed jarmarkiem Ida wyszła za mąż za Sedolfa Bakkena. Pewnie pamiętasz kuzyna Simona. Reijo jest chyba zadowolony. Pisze, że młodzi są bardzo szczęśliwi, a Sedolf traktuje dzie­ci jak własne. Wygląda na to, że Ida także okazała się nieodrodną córką swojej matki...

 


Podziel się
oceń
1
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

XVIII Posłaniec śmierci

sobota, 04 sierpnia 2012 21:26

1

Tornedalen, rok 1747

Nadjechali wozem konnym. Mężczyzna i kobieta. Oboje o włosach ciemnych jak noc. Oboje dumnie wy­prostowani. Przystojny mężczyzna, urodzony w tym kraju. Kobieta niepodobna do innych. Tu były jej ko­rzenie. Do niedawna nie miało to dla niej większego znaczenia. Teraz wiedziała, że Finlandia jest częścią niej. Ta świadomość dotychczas tylko w niej drzema­ła. Teraz się zbudziła. Ten kraj stanowił jej przyszłość. Maja wiedziała to z niezachwianą pewnością.

Mila za milą lasów iglastych rozciągniętych na ni­zinach, jeziora przerywające płaszczyzny zieleni. Każdy mógł mieć tu swoje jezioro.

Jej kraj.

Jej i Heino.

Maja weszła w dumny naród. Uciskany i poniżany przez stulecia. Podporządkowany Szwecji przez sześćset lat pełnych wojen i krwi. Uwikłany w zatar­gi pomiędzy .szwedzkimi panami na zachodzie i Ru­sią na wschodzie.

Zaczęło się od chrystianizacji, która często bywała przykrywką dążeń politycznych.

Około roku 1150 nadciągnął Eryk Święty. Na obszarach wokół Abo (obecnie Turku) ochrzcił tamtej­szy lud, nawet wbrew jego woli. Pozostawił po sobie szwedzkich osadników i księży. Ta mała kolonia obroniła się przed Karelczykami i Rusinami, a nawet przed próbujących tam szczęścia Duńczykami.

Sto lat później nadciągnął jarl Birger. Dzięki swej armii rozszerzył panowanie na wschód: Tuurunmaa, Uusimaa i Hame stały się częścią Szwecji.

Szwedzi sięgali wzrokiem jeszcze dalej na wschód. Zaatakowali Karelię. Założyli tam twierdzę Viipuri.

Trzydzieści lat później, w 1323, zawarto pokój, w którym uznano szwedzkie zwierzchnictwo nad Finlandią. Ponad sto lat wielmożowie szwedzcy wła­dali krajem jak swą własnością.

Od 1470 zarządzał nim Sten Sture Starszy. Było to dwadzieścia pięć spokojnych lat zakończonych krwa­wymi sporami granicznymi z Rusią. Pokój zawarty w Nowogrodzie w 1497 roku potwierdził tylko stare granice. Lata potyczek okupionych śmiercią Szwe­dów i Rosjan nie przyniosły nikomu zwycięstwa.

Po śmierci Stena Sture Młodszego Szwecja i Fin­landia dostały się pod władanie Danii. Finowie wspie­rali wyzwoleńczą walkę Gustawa Wazy. W 1523 ro­ku Duńczycy zostali zmuszeni do ustąpienia.

Do Finlandii dotarła reformacja.

Po kilkuletnich walkach z Iwanem Groźnym Gustaw I Waza, król Szwecji, włączył całe Suomi do swego kró­lestwa. Chciał zapewnić godne lenno dla syna, Jana.

Były to ciężkie czasy dla fińskiego ludu uciskane­go przez wielmożów szwedzkich, prowadzących po­tyczki z Rusinami.

W roku 1595 zawarto pokój. Granice Finlandii po­deszły niemal do Morza Barentsa.

Jej ludność próbowała przeciwstawić się szwedz­kiej arystokracji, by stworzyć wolne Suomi dla jego mieszkańców. Finowie wywołali wojnę, nazywaną później wojną drągów i w 1596 roku ponieśli druzgo­cącą klęskę. Był to rok walki, nadziei i krwi.

W siedemnastym wieku pod władaniem Karola IX, arystokracja fińska straciła swą siłę. Jej przedstawiciele wżeniali się w szwedzkie rodziny, aż zatracili narodo­wą tożsamość. Finlandia miała rodzaj samorządu, ale cała władza spoczywała w szwedzkich rękach. W woj­nie trzydziestoletniej Finowie brali udział na równi ze Szwedami. Otrzymali nawet swą część łupu, jednak większa część ludu fińskiego cierpiała, płacąc wysokie podatki i dostarczając mężczyzn do wojska.

Jednak mimo wszystko wiek siedemnasty oznaczał lepsze czasy dla Finlandii. Rządy objął generalny guber­nator, ludziom zaczęło się lepiej powodzić. Kres rozwo­jowi gospodarczemu kraju położyła królowa Krystyna. Sprawiła, że system feudalny objął cały kraj. Bezlitośnie ściągano podatki, co oznaczało upadek dla wielu gospo­darstw chłopskich, a Szwedzi zmonopolizowali handel.

W czasach króla Karola X Gustawa znów polała się krew. Uderzyli Rosjanie, pragnąc odzyskać stra­cone ziemie. Nie powiodło się im, jedynie wielu mło­dych mężczyzn zbyt wcześnie rozstało się z życiem. Rosjanie nic nie uzyskali.

Pod koniec wieku, pod rządami króla Karola XI, ożywiło się fińskie rolnictwo. Kraj rozkwitał.

Ale nadeszły lata nieurodzaju: 1695, 1696, 1697. Jedna czwarta mieszkańców zmarła z głodu.

Karol XII wciągnął Finlandię w kolejne wojny. Przez dwadzieścia lat trwała Wojna Północna. Nowe podatki. Nowe pobory. Znów rozpacz.

Przez trzy lata Finami władał car Piotr Wielki. W ramach pokoju zawartego w roku 1721 Szwecja musiała oddać Rosji cale okręgi Kakisalmi i Viipuri.

W latach 1741 - 1743 Szwedzi znów przystąpili do wojny z Rosją i po traktacie pokojowym z Abo od­dali kolejne fińskie ziemie.

Ostatni przedstawiciele fińskiej arystokracji byli niezadowoleni równie jak lud, ale mieli większe niż reszta narodu możliwości wyrażenia swego stanowi­ska. Caryca Elżbieta w czasie ostatniej wojny wręcz zachęcała Finów do uwolnienia się spod władzy szwedzkiej. Obiecywała im samorządne państwo pod zwierzchnictwem Rosji.

Do takich zmian nie doszło, ale myśl o niepodle­głości zakiełkowała wśród Finów.

Pod rządami Gustawa III nastąpiły lepsze czasy. Objęto uprawą nowe tereny, regulowano rzeki, roz­wijał się system władzy państwowej.

Jednak marzenie nie umierało.

Marzenie o niepodległości. Marzenie o tym, żeby móc być Finami w fińskim państwie rządzonym przez Finów.

Naród fiński dużo wycierpiał. Przez wiele lat był uciskany.

Ale pozostał dumnym narodem.

Nadjechali wozem konnym, gdy skończyła się zi­ma. Syn Petriego Aalto, ten, który był pierwszym stu­dentem. Pierwszym, który miał zdobyć wykształce­nie, zostać pastorem.

Heino Aalto. Jedyny, który umiał czytać. Miesz­kańcy wioski uważali go za dziwaka. Był jednym z nich, więc nawet się nim szczycili, gdy im tak paso­wało. Jednak omijały go codzienne rozmowy o zbo­żu, pogodzie, dzieciach sąsiada, rybach, polowaniu.

Heino Aalto. Życzyli mu jak najlepiej. A on ich za­wiódł. Zawiódł również ich nieśmiałą wiarę, że dzie­ci biedaków też mogą do czegoś dojść w życiu.

Jako pierwszy powrócił z Norwegii z czymś więcej niż pustymi kieszeniami i straconymi złudzeniami.

Miał ze sobą kobietę. Nie wszystkim się spodobała. Była jednocześnie i ładna, i brzydka. Niektórzy widzie­li to, inni owo. Jedni twierdzili, że ona coś w sobie ma. Inni chichotali, że to czarownica, która rzuciła czar na biednego Heino.

Heino nie chciał wywoływać gorączki wśród mło­dych zapaleńców, jednak nie mógł ukrywać prawdy.

Powiedział, że w Norwegii znalazł złoto.

Musiał przecież wytłumaczyć jakoś bogactwo swo­je i Mai. Nie powinni szeptać, że kradł.

Kupił gospodarstwo, jedno z tych, które stały pu­ste już od wielu lat. Nie wszystkim powodziło się do­brze... Doprowadził dom do porządku. Kupił las. Miał ambitne plany. Nie wystarczało mu samo tylko posiadanie pieniędzy.

Maja dostała dom. Dwupiętrowy, z dużą piwnicą. Miał salon z zasłonkami tak cienkimi, że mogła przez nie patrzeć. Miał tyle okien, że mogła wyglądać na wszystkie strony świata. Łoże w sypialni osłaniała brokatowa zasłona, także z konieczności, gdyż w zi­mie nie mogli palić wystarczająco dużo w piecu.

Maja miała też szafy na suknie. Jednak nie stała się panią, gdyż odmówiła zatrudnienia służby. Sama na kolanach szorowała podłogi w swym domu. Sama go­towała jedzenie, prała i łatała ubrania.

- Nie urodziłam się, aby haftować przy pogawęd­kach z eleganckimi paniami - powiedziała Heino. - Pozwól mi robić to, co lubię.

Gdy upłynął rok, mogli ten dom nazwać swoim, mimo że oboje urodzeni byli w ubóstwie, w ciem­nych, ciasnych pomieszczeniach.

Weszli w bogactwo nagle, ze świadomością, że nie­koniecznie może im to posłużyć.

W sąsiednich wsiach wielu chłopców spakowało plecaki i ruszyło do Norwegii. Opowieści o Heino, który gdzieś tam nożem wycinał złoto ze skały, roz­niosły się szerokim echem.

Nie tego chciał Heino, ale nie mógł zabronić lu­dziom snuć marzenia. Sam niewiele się od nich różnił pod tym względem. Rozumiał ich sposób myślenia: sko­ro jemu się udało, dlaczego nie mieli spróbować sami?

Heino przemawiał do wielu. Mówił, że to nie było łatwe. Ze to niemal nadludzkie szczęście sprawiło, iż je­mu się powiodło. Że w tym nadmorskim kraju ludzie także harują. Ze głodują, że znają smak kory w chlebie.

Uśmiechy słuchających mówiły mu, że nie całkiem mu wierzą. Bogaty człowiek nie mógł przekonać ubo­gich chłopców.

Nadeszła wiosna. Heino obchodził swoje lasy. Chciał siać zboże na polach jak sąsiedzi. Chciał ho­dować konie, bo kochał te zwierzęta. Ale to lasy nadawały jego spojrzeniu przenikliwość. To one sprawiały, że snuł plany na przyszłość.

Zanim stopniał śnieg, zatrudnił mężczyzn do wy­cinki drzew i do transportu drewna nad rzekę. Za­warł umowę z szyprem, który przewiózłby je dalej na południe. Stocznie leżące wzdłuż wybrzeża po­trzebowały drewna.

Heino wierzył w to. Wierzył, że to będzie ich przy­szłość. Jak długo istnieć będą ludzie i morze, będą po­wstawać statki. A na ich zbudowanie potrzeba dużo dobrego drewna.

- Las jest naszym bogactwem - obwieścił Heino Mai. - Las, a nie złoto. Las jest naszym zielonym zło­tem. Da dochód i nam, i wielu innym.

I tak się stało.

Młodzieńcy, którzy nie odważyli się podążyć za szalonym marzeniem o złocie i odejść z domu, mo­gli zarabiać pieniądze u Heino Aalto. Nie był ani ary­stokratą, ani Szwedem, ale płacił im za wykonaną pracę. I nie był skąpym pracodawcą.

Nie miał jeszcze trzydziestu lat, a zdołał zrealizo­wać więcej marzeń, niż kiedykolwiek ich miał.

Pracował całymi dniami. Najczęściej w lesie, przy rzece, którą spławiano bale do Zatoki Botnickiej, skąd statek przewoził je dalej na południe. Wybrał się nawet do Tornio. Doglądał wszystkiego sam, chciał wiedzieć o wszystkim od momentu ścięcia drzewa do załadowania go na statek. Równie dobrze mógł chwy­cić za siekierę i pocić się razem z innymi. Jego ludzie kochali go za to. Nie było w tej krainie nad leniwie płynącą rzeką wielu bogaczy, a Heino nigdy nie za­chowywał się jak jeden z nich.

Wesołe błyski w jego ciemnych oczach dostrzega­ły nawet staruszki.

Matki zastanawiały się usilnie, dlaczego wcześniej nie przewidziały, że ktoś taki wyrośnie z syna Eiji i Petriego Aalto. Teraz było już za późno. Związał się na dobre i złe z tą kobietą z Norwegii.

Maja dużo przebywała sama. Początkowo jej to nie przeszkadzało, miała przecież tyle do roboty w swoim dużym domu. Wiele pokojów do urządzenia we­dług własnych pomysłów. To zabierało czas, wypeł­niało jej dni. A Heino i tak wracał do domu dopiero na noc, śmiertelnie zmęczony.

Maja chciała móc zetrzeć niepokój z jego oczu. Z trudem jednak udawało jej się wywołać uśmiech męża po tylu tygodniach pracy i troski o ludzi dla niego pracujących.

Nie zainwestował wszystkiego, co mieli. Została re­zerwa, którą trzymał gdzieś w piwnicy, w miejscu, któ­re znał tylko on sam. Maja nie chciała o nim wiedzieć.

Gdyby nie udało mu się sprzedać drewna, Heino straciłby sporo, ale nie wszystko. Mimo to pracował tak, jakby poświęcił na kupno lasu wszystkie swoje pieniądze. Rzadko pozwalał sobie na odpoczynek.

Nie zauważał, że Maja czuła się samotna, że więdła.

Zwrócił na to uwagę tylko jeden raz.

- Uśmiechasz się równie rzadko, jak zakwita kwiat paproci.

- I tak nie bywasz wtedy w domu - odpowiedziała.

Tego marcowego dnia wrócił o wiele później, wy­machując listem. Był napisany po szwedzku, a Maja nie radziła sobie dobrze z tym językiem. Niby po­dobny do norweskiego, ale jednak w formie pisanej wydawał się wzięty z innego świata.

Najważniejszy człowiek w fińskiej części Torneda­len mieszkał w Tornio. Heino powiedział, że ten list jest od niego.

- Arystokracja boi się konkurencji! Boją się, że człowiek o spracowanych rękach może odebrać im część tego wielkiego tortu, którym dzielą się między sobą, rzucając okruchy fińskiemu ludowi.

- Czego od ciebie chce? - spytała Maja, zmęczona.

Całe popołudnie jej skronie uciskał ból nie do zniesie­nia, miała wrażenie, że coś zaraz eksploduje w jej gło­wie. Teraz słyszała głos Heino jakby z oddali. Mówił szybko i gwałtownie jak zwykle, gdy rozmawiał o po­lityce. To jedno z nowych słów, których musiała się na­uczyć. Było jej równie obce jak myśl, że mogą zostać zamieszani w walki między możnymi tego świata.

- Chce ze mną rozmawiać! - odparł Heino. - Ze mną! Nawet nie wiem, jaki on nosi tytuł. Słyszałem o jego domu, Maju. Pewnie sądzisz, że nasz dom jest ładny? To nic w porównaniu z jego domem! I on chce, żebym do niego przyjechał. Chce rozmawiać ze mną o interesach. Czyżby przestraszył się, że Heino Aalto założył swój mały handel? Pewnie nie wie, że zaprosił do swego pałacu syna dzierżawcy i rybaka. Bo on mieszka w pałacu, Maju!

- No to jedź - rzuciła zmęczona i zirytowana.

- On nie ma na nic wyłączności - mówił dalej Heino tak podniecony, że nie mógł usiedzieć w miejscu. Chodził nerwowo pomiędzy meblami, z których był dotychczas tak dumny. Teraz wydawały mu się zbyt toporne. Łatwo mógł sobie wyobrazić, jak mieszkają wielcy panowie, choć nigdy tego sam nie widział. Różnica była na pewno ogromna. - Szwedzi i arysto­kraci nie mają monopolu na cały handel. Zresztą to już wychodzi na jedno. W całej Finlandii nie pozo­stał już żaden fiński ród szlachecki. Wszystkie mają domieszkę szwedzkiej krwi. - Wciągnął powietrze. - Można by sądzić, że wystarczy pracować uczciwie, płacić cholerne podatki, dostarczać drewno na te ich przeklęte statki, by wszystko poszło dobrze. Ale nie, oni muszą i temu przeszkodzić!

- Przecież jeszcze z nimi nie rozmawiałeś, Heino - stwierdziła Maja spokojnie. - Wcale nie wiesz, o co w tym wszystkim chodzi...

Wpatrzył się w nią dzikim wzrokiem. Jego ciemne włosy, zmierzwione, sterczały na wszystkie strony i nie przypominały jego zwykłej, gładkiej fryzury.

- Nigdy bym nie przypuszczał, że staniesz po stro­nie możnych, Maju!

Stała przed nim w swej codziennej sukni. Heino wie­dział, że materiał jest dobrej jakości, bo sam go kupo­wał. Suknia była prosta, ale w jej osadzie przy fiordzie uchodziłaby za suknię niedzielną. Ciemne włosy Maja zebrała w węzeł na karku. W świetle lampy jej brązo­we oczy wydawały się niemal żółte, a miodowe otocz­ki źrenic stały się jeszcze wyraźniejsze.

Pomimo zmęczenia malującego się na twarzy Ma­ja nadal wyglądała zniewalająco.

Założyła ręce pod biustem i zwróciła się do niego:

- Nie staję po niczyjej stronie w tej sprawie, Heino Aalto, wiesz o tym dobrze. Nie mieszam się do two­ich interesów. Chodzi mi tylko o to, żebyś nie był tak cholernie zarozumiały. Jesteś jak tokujący cietrzew, wstrząsasz piórami i patrzysz w niebo. I zawsze masz rację, nawet zanim się dowiesz, o co chodzi. A już na pewno nie wmawiaj mi, że staję po stronie możnych!

On jak cietrzew?

Wyobraził to sobie i nie mógł się nie roześmiać. Schwycił Maję w ramiona i jak zawsze napełnił go przy tym cudowny spokój. Po prostu czuł się wtedy jak w domu, choć nigdy nie powiedziałby tego gło­śno. Nie dlatego, że bałby się, iż Maja wykorzysta kie­dyś jego słowa przeciwko niemu. Ona nie była taka. Jednak wszystkiego nie był w stanie jej powiedzieć.

Przesunął ustami wzdłuż jej skroni. Poczuł nadmierne ciepło. Przyłożył dłoń do czoła żony i zanie­pokojony zajrzał jej w oczy.

- Masz gorączkę, kochanie. Jesteś chora? Maja potrząsnęła głową.

- Jestem tylko zmęczona... Ostatnio często bywała zmęczona. Wzbudzała tym jego nadzieję, że to może to, o czym mówili dawno temu. Pamiętał, jak zawarli niegdyś umowę - że oże­ni się z nią, jeśli zajdzie z nim w ciążę.

Wtedy powiedział to niemal żartem, ale teraz, gdy już zostali małżeństwem, naprawdę pragnął dziecka. Nie mówił Mai o tym, bo wówczas comiesięczne roz­czarowanie byłoby jeszcze większe. A kochał ją na­dal pomimo to. Kochał ją tak, że aż bolało go w pier­siach, gdy zbyt długo jej nie widział. A działo się tak aż nazbyt często. Mówił, że poświęca się dla niej. Chciał ofiarować jej wszystko i stać się kimś. Chciał, żeby pamiętano go nie tylko jako syna dzierżawcy, który miał szansę się wybić jako pastor.

- Powinnaś się położyć - wyszeptał, biorąc ją na ręce. Pozwalała mu na to, mimo że czuła wewnętrz­ny sprzeciw. Heino gotów był przenieść ją na rękach przez życie, a Maja chciała być samodzielna. Jednak potrafili dojść do porozumienia: co wieczór zanosił ją po schodach do sypialni.

- Nie musiałaś czekać na mnie do tak późna - po­wiedział cicho, z czułością w głosie.

- Nie czekałam - odparła zgodnie z prawdą. - Czas sam mi zleciał.

- A co robiłaś?

- Siedziałam.

Heino nie rozumiał jej i wiedział, że nigdy nie zro­zumie, nawet gdyby mieli żyć razem i sto lat.

W ich sypialni panował chłód. Maja czekała z do­łożeniem drewna na powrót Heino. Trudno było uwolnić się jej od wpojonej oszczędności. Nie zuży­ła niczego, nie zastanowiwszy się, czy to przypad­kiem nie resztka.

Heino postawił żonę na ziemi, nie wypuszczając z ob­jęć. Jedną ręką rozplatał węzeł jej włosów i rozczesał je palcami. Ich zapach zawsze go oszałamiał. Jej zapach.

- Mario Aalto - wyszeptał z ustami przy jej policz­ku - chyba naprawdę cię kocham.

Usta przesunął na jej usta. Pocałunek wywołał uśmiech Mai.

- Ciągle jesteś chłopcem, Heino! W jej glosie słychać było oddanie. Ale i teraz nie była w stanie powiedzieć, że go kocha. Słowa te wy­dawały się jej zbyt wielkie, wypełniały jej usta tak, że nie mogła poruszyć językiem, wręcz ją dławiły.

Rozpinał jej suknię. Szczególny uśmiech Heino bardziej niż słowa przekonywał Maję, że jej pożąda.

Zadrżała lekko. Nie była to pora roku odpowiednia na miłosne igraszki na podłodze. Zrzuciła pantofle i po­ciągnęła męża za rękę w stronę łoża. Wsunęli się po­przez niewielką szparę w zasłonie, zaciągając ją szybko. Wskoczyli pod puchową kołdrę, ulegając złudzeniu, że w tym ich ciemnym zakamarku już zrobiło się cieplej. Heino ściągnął z siebie ubranie. Nagi drżał pod kołdrą, mimo że wewnątrz aż płonął. Jego dłonie powędrowa­ły stałymi ścieżkami, napotykając znane już części bie­lizny, haftki i koronki. Lubił czuć je pod palcami, lubił wiedzieć, że jego Maja nosi takie luksusy. Śmiejąc się, pomagała mu. Unosiła się tak, aby mógł uwolnić ją od kolejnego ciuszka, rozwiązywała tasiemki, gdy jego mocne palce traciły delikatność.

Była ciepła i miękka i miała własną wolę, własne ży­czenia i marzenia dotyczące jego ciała. Heino nigdy nie wiedział, jak się to dalej potoczy. Zaskakiwała go. Był na tyle mężczyzną, że go to cieszyło. Wolał być z praw­dziwą kobietą niż z lalką.

Zimno panujące w sypialni powstrzymało ich przed bardziej fantazyjną grą. Ich ciała tęskniły za sobą. Obejmowali się tak ciasno, że sam dotyk stawał się jed­ną wielką pieszczotą. Ramiona i nogi ocierały się leni­wie o siebie, usta napotykały usta.

Samo muśnięcie opuszkami palców działało podnie­cająco, leciutki pocałunek mógł rozpalić ogień. Zapach ciała, jego ciepło dawały żar, który długo nie wygasał.

Kochali się powoli, rozkoszowali się wzajemną blis­kością i tym, że oboje dawali i brali. Dobrze im było w swoich objęciach.

Ucisk na skroniach Mai minął. Obejmowały ją sil­ne ramiona Heino, głowę miała wspartą o jego pierś. Skóra nadal była gorąca.

- Kocham cię - powtórzył. Po fińsku brzmiało to jeszcze lepiej: - Mina rakastan sinua.

Język Heino. W końcu będzie i jej językiem. Ale te słowa nadal były niemożliwe do wymówienia.

Maja nie była pewna, czy zasłużyła na tego mężczyz­nę. Czy zasłużyła na tak oszałamiającą, graniczącą z uwielbieniem miłość. Mimo spędzanych samotnie go­dzin, mimo dokuczliwego osamotnienia wiedziała, że wszystko robił z miłości do niej. To miłość nadawała sens jego życiu. Jednak Maja nie mogła powiedzieć mu tych słów.

Westchnęła tylko, przepełniona wspomnieniem nie­dawnej rozkoszy.

Nagle już nie ucisk, ale ostry ból przeszył jej głowę.

Bezwiednie wbiła paznokcie w pierś Heino, siadając gwałtownie i wpatrując się w ciemność.

- Co się stało, Maju?! Heino potrząsnął nią lekko, ale nie zareagowała.

Objął ją i przytulił mocno, obawiając się tego, czego nigdy nie potrafił zrozumieć ani się z tym pogodzić.

Była napięta niczym struna, ale oddychała spokoj­nie. Może zbyt spokojnie? Żeby to tylko nie było to przerażające zimno!

Nie wiedział już, jak długo tak siedzieli. Wystar­czająco długo, żeby zacząć marznąć. Zasłonie wokół łoża nie udawało się odgonić mrozu.

Zaczęła mówić głosem pozbawionym wszelkich uczuć:

- Oni toną, Heino. Ida. Ailo. Reijo. Knut. Oni toną. Nie powinnam była dać Idzie broszy. Nie tak miało być. Ida nie była przeznaczona Ailo. Nie tak miało być.

Zadrżała. Zaczęła płakać, wsparta o ramię męża. Ocierała oczy, nie mogąc powstrzymać łez. Objęła go ciasno za szyję.

- Skąd ja to wiem, Heino? Dlaczego mam takie wi­zje? Nie chcę tego! Nie chcę! Ale one same do mnie przychodzą!

Przytulał ją, głaskał po włosach, przemawiał czu­le. Był równie zrozpaczony jak Maja. Żadne z nich nie mogło zrozumieć, co się z nią działo. Nie mogło uwolnić jej od tego nieznanego. Jakże by chciał prze­jąć to od niej! Jednak to stanowiło część jej własne­go życia, część jej samej, jak słuch czy wzrok. Był to zmysł wykraczający poza granice zjawisk zrozumia­łych, aż przerażający w swej mocy.

Przekleństwo Mai i jego.

Znów zaczęła mówić o broszy:

- Nie powinnam była dać jej Idzie, nie powinnam. Tego nie wolno łączyć. Została dana z miłości, po­dzielona z miłości...

- Nic nie zdarzy się Idzie tylko dlatego, że dałaś jej broszę - odparł spokojnie. Pociągnął Maję za sobą pod kołdrę, okrywając dokładnie. - Spij teraz, ukochana. Już minęło. Przecież nic się im nie stało, prawda?

Pokręciła głową.

Gdyby coś takiego wydarzyło się komuś innemu, Heino uśmiałby się zdrowo. Ponieważ mówiła to Ma­ja, przyjmował serio jej słowa o tym, co działo się set­ki mil od nich. O czymś, o czym nie mogła wiedzieć! Wierzył jej jednak, czuł, że wiedziała więcej niż inni. To dotyczyło Ailo, a z nim łączyły ją więzy ściślejsze niż tylko więzy krwi.

Objął Maję mocniej i poczuł, jak jej ciało odpręża się i zaczyna ciążyć. Zasnęła! Zamknął oczy i zaczął prosić Boga, któremu zawierzył tyle lat temu, żeby oszczędził Mai takich przeżyć. Była tylko słabą ko­bietą, która nie powinna aż tak cierpieć.

2

Heino pojechał do Tornio.

Pałac wielmoży go przytłoczył.

Marcus Runefelt był spokrewniony z niemiecką, szwedzką oraz fińską arystokracją. Jego matka była Finką, więc uważał, że mieszka w swojej ojczyźnie oraz że jej służy.

Był ważnym człowiekiem, dobrze wykształconym w Niemczech. Mówił płynnie kilkoma językami i znakomicie prowadził interesy. Do tej pory miał niepisaną wyłączność na handel drewnem w północ­nej Finlandii, a raczej, jak wolał mówić, w fińskiej części Vasterbotten. Był lojalnym poddanym króla, jego rodzina była dobrze widziana na dworze, mimo że pochodziła z rubieży szwedzkiego królestwa.

Mało go obchodziło, czym handlowali pomiędzy sobą chłopi i co przesyłali drobnym kupcom. Spra­wował kontrolę nad tą częścią kraju, władał nią ni­czym książę. Zawsze wiedział, kto z kim handluje, ja­kie ustalili ceny i od czego zaczynali.

Póki nie pojawił się ten łobuz spod Ylitornio. Nie wiadomo, jak to zrobił, ale otrzymał zezwolenie na handel drewnem. Wykupywał małe kawałki lasu, a po­tem połączył je w duży obszar. To zaniepokoiło Mar­cusa Runefelta. Nie mówiąc o tym, że ten człowiek na własną rękę spławił drewno do Zatoki Botnickiej. I że udało mu się znaleźć na nie kupca, właściciela stoczni.

A to było dotychczas domeną Runefelta, jego mo­nopolem.

Zaniepokoiło go to poważnie. Jego imperium obej­mowało dużo więcej niż tylko las, ale las był niewątpli­wie ważną jego częścią. Runefelt nie lubił konkurencji. Wręcz jej nie cierpiał. Całe życie trwał w przekonaniu, że jest ponad wszystkim, a teraz jakiś chłystek z biedo­ty zagraża jego imperium! Najgorzej, że nie wiedział, jakim cudem tamten tego dokonał.

Wszystko, co miał i o co walczył Marcus Runefelt, miało przejść na jego syna. Chłopak studiował jesz­cze we Francji. Ojciec był z niego dumny. Niedługo William skończy dwadzieścia pięć lat. Żaden biedak nie zabierze tego, co się mu należy!

Heino wiedział, jak to jest być biednym. Wiedział też, jak to jest być bogatym. Ale nie był w stanie po­jąć, jak można było być tak niewiarygodnie bogatym i mieć przy tym taką władzę, jaką miał Runefelt.

Urzędnik króla. Kupiec. Wielmoża. Obyty w świe­cie polityk.

Runefelt był tym wszystkim naraz.

Heino czuł się mały, siedząc w miękkim fotelu w biurze tego człowieka i sącząc sherry z kryształo­wego kieliszka. To był zupełnie inny świat, choć tak niedaleko jego własnego domu. Już teraz nie wiedział, jakimi słowami opisze to wszystko Mai.

- Przypuszczam, że jesteśmy konkurentami, panie Aalto - rzekł Marcus Runefelt.

- Działam na tak małą skalę, że chyba nie mogę stanowić dla pana konkurencji - odparł Heino. Czuł do siebie obrzydzenie za to podlizywanie się Runefeltowi. Maja by go potępiła. Sam nie wiedział, dla­czego tak robi.

- Zajmujesz się drewnem? Heino od razu zwrócił uwagę, że Runefelt mówi mu na „ty”. Był to znak, że nie zalicza go do rów­nych sobie.

Rozmawiali o lesie, pracy. Runefelt usiłował wycią­gnąć od niego, ile płaci drwalom, a ile żąda za drewno. Ciekaw był także, skąd Heino wziął pierwsze pieniądze.

- Uśmiech losu - odrzekł Heino. - Bogaty ożenek w Norwegii.

Runefelt słyszał zupełnie inne pogłoski na ten te­mat, ale je przemilczał.

Trzymali się na dystans, mierząc się nawzajem wzrokiem. Od razu uznali się za przeciwników, któ­rzy nigdy się nie pojednają. Obaj byli urodzonymi przywódcami. U jednego zdecydowało o tym pocho­dzenie, u drugiego charakter.

- Nie chciałbyś tego sprzedać? - spytał niby od nie­chcenia Runefelt, obracając kieliszek w palcach. Jak na sześćdziesięciolatka trzymał się świetnie. Włosy miał siwe, ale wiek nie dokonał innych spustoszeń w jego ciele. Promieniował witalnością.

Heino powoli potrząsnął głową. Wysączył resztę al­koholu z kieliszka, nie spuszczając wzroku z przeciw­nika. Marcus Runefelt wymienił sumę, która cztero­krotnie przewyższała tę, którą zapłacił za las. Heino wiedziałby, co zrobić z tymi pieniędzmi. Odstawił jed­nak kieliszek, podniósł się i powiedział:

- Jeżeli to wszystko, o czym chciał pan ze mną roz­mawiać, nie warto już marnować pańskiego czasu. Lasu nie sprzedam.

Wbrew swej woli Runefelt podziwiał upór, dumę i wiarę w siebie tego człowieka. Nie wstał, dając mu odczuć swą wyższość.

- Ufam, że znajdziesz drogę - rzekł. Nie raczył za­dzwonić po służącego, podkreślając jeszcze mocniej dzie­lącą ich przepaść. - Cena się nie zmieni, Aalto, nawet gdy­byś długo czekał. Pozostanie taka, jaką wymieniłem.

Heino potrząsnął głową.

- Z całym szacunkiem dla pana, nie sprzedam mo­jego lasu. Ani panu, ani nikomu.

- Mam nadzieję, że los nie sprawi, że spotkamy się jako nieprzyjaciele - rzucił Runefelt. - Mnie by się to nie spodobało. Ani tobie.

Heino skinął głową na pożegnanie. Czoło mu się spociło i miał tylko nadzieję, że tamten tego nie za­uważył.

W drodze powrotnej mijał galerię portretów mę­skich przedstawicieli rodu. Ostatni w szeregu wisiał portret młodego mężczyzny o wyrazistych rysach twarzy. Bez wątpienia syn Marcusa.

Następca tronu, pomyślał Heino gorzko. Ten chło­pak nie musi martwić się o przyszłość. Dostanie wszystko za darmo. W czepku urodzony!

Heino zapamiętał każdy szczegół twarzy młodego Runefelta. Poznałby go na pewno, gdyby kiedyś go spotkał. To się chyba nigdy nie zdarzy, ale i tak nie chciałby stać przed nim z czapką w dłoniach.

Nie przypuszczał tylko, że w przyszłości zniena­widzi tego człowieka z ważniejszych powodów niż ten, że jest synem swego ojca...

- Chyba go nie lubię - rzekła Maja zamyślona, gdy Heino opowiedział jej o wizycie. - Wiedziałabym na pewno, gdybym go zobaczyła. Ale oni chyba już ta­cy są, ci którzy mają władzę. Lubią ją okazywać. No i trzymać ze wszystkich sił to, co zdobyli.

- Wszyscy tacy jesteśmy - przyznał Heino. - Ja też nie oddam mego lasu. Ani gospodarstwa. To moje. Nasze. Przejdzie na nasze dzieci.

- O ile wszystkiego nie zabierze szwedzki król - uśmiechnęła się Maja smutno. - Albo rosyjski car.

- Po moim trupie!

Heino nadal dużo przebywał poza domem, weszło już mu to w krew. Dni płynęły. Nastała wiosna. Śnie­gi topniały, a rzeka wyrywała się Z okowów lodu. Pączki zamieniały się w listki. Mężczyźni wracali z la­su w ubraniach ciężkich od wilgoci.

Maja zaczęła tkać. Umiała tkać zarówno na du­żych krosnach, jak i małych, lapońskich, które przy­wiozła z Norwegii. W jednym z pokoi w ich nowym domu zachowały się krosna. Przez dwa dni, kiedy nie znalazła sobie innego zajęcia, naciągnęła osnowę. Od niechcenia zaczęła tkać chodnik z podartych na pa­sy, spranych zasłon i pościeli, które znalazła w do­mu. Nic nie była w stanie wyrzucić.

Maja odkryła, że lubi to zajęcie. Przestała tkać pro­sty chodnik. Zapragnęła stworzyć coś pięknego. W osnowę zaczęła wplatać gałganki o różnej grubo­ści i kolorach. Przed oczyma miała najrozmaitsze ob­razy. Może w lecie ufarbuje wełnę?

Heino uśmiechnął się, gdy mu o tym opowiedzia­ła. Potargał jej włosy, jak miał w zwyczaju. Maja wi­działa, że był zmęczony. Zbyt zmęczony. Nie chciał jej słuchać, mówił, że nie ma czasu na odpoczynek.

Teraz czekał niecierpliwie na pierwsze spławianie drewna rzeką.

Dotychczas jego pracownicy przewozili drewno po rzece skutej lodem saniami zaprzężonymi w konie. Taki transport wymagał dużego wysiłku, był czasochłonny i drogi. Wieloma zaprzęgami przewożono zbyt mało drewna. Teraz wszystko drewno, które cze­kało ścięte, kiedy lód był niepewny, miało zostać za­ładowane na tratwy i spławione do Zatoki Botnickiej. Był to początek przygody, uważał Heino. Potem wszystko pójdzie jak z płatka. Dopiero teraz pan Mar­cus Runefelt powinien targać swe siwe włosy. Dopie­ro teraz Heino zamierzał przysporzyć zmartwień te­mu człowiekowi, który uważał, że ma wyłączność na handel drewnem na wschodzie Vasterbotten.

- Nie musisz z nimi płynąć - uważała Maja. Nie chciała spędzać bez męża nocy w pustej i zimnej sy­pialni. Wtedy wychodziły z ukrycia wszystkie zmory przeszłości. Tylko kiedy mocno przytuliła się do Heino, znikały.

- To jest bardzo ważne - bronił się Heino. Maja nie powinna sądzić, że on traktuje to wyłącznie jako przy­godę. Oczywiście, to też, ale miał również poważniej­sze powody. - Ludzie, którzy dla mnie pracują, wie­dzą, że jestem jednym z nich. Widzieli, że harowałem z nimi całe dnie w lesie, tak samo się pocąc. Jeździłem z nimi do wsi z ładunkiem. Jeździłem razem do Pohjanlahti. Muszę popłynąć na pierwszy spław. Jest to równie istotne, jak udział we wszystkich poprzednich pracach. Oni mnie znają. Ja znam ich. Wiedzą, że do­ceniam ich pracę, bo ja sam wiem, jak ciężki jest każ­dy jej etap. Chyba widzisz w tym sens, Maju?

Pokiwała głową, obejmując go w pasie.

- Gdyby tylko wszyscy mężczyźni na tym świecie byli tacy jak ty, Heino Aalto! W każdym razie ci, któ­rzy mają władzę. Wtedy wszystkim byłoby dobrze żyć, także tym, którzy nie mają zbyt wiele.

Jego ramiona objęły ją.

- A co tam u ciebie? - spytał łagodnie. - Czy mo­gę zacząć cieszyć się na następcę mojego małego kró­lestwa?

- Niestety nie - odparła smutno. Głównie z jego po­wodu. Jej samej już to tak nie bolało. Tyle razy się za­wiodła. Wypłakała tyle łez za każdym krwawieniem, że niemal pogodziła się z tym. Oczywiście, nadal by­ła nadzieja, ale słabła z każdym miesiącem. Nawet przyzwyczajała się już do myśli, że stała się bezpłod­na. Że nie będzie mogła mieć dzieci z jakiegoś powo­du. A Bóg jeden wie, że wiele rzeczy się zdarzyło, któ­re mogły się do tego przyczynić...

Ale nie mogła tego powiedzieć Heino. Nie mogła go tak całkowicie zawieść.

- Zawsze można popracować nad sprawą - wy­szeptała mu do ucha. Musiała stanąć na palcach, aby dosięgnąć. Dobrze napaliła w sypialni. Było tak cie­pło, że nie musieli zaciągać zasłon. Tak ciepło, że mo­gli miło spędzić czas na skórach przed kominkiem. - Czy to nie ty, mój drogi Heino, lubisz pracować przez cały dzień?

- Jeżeli chodzi o ten rodzaj pracy, to tak - wyszep­tał gorąco prosto w jej usta.

Już ją trzymał na rękach. Wbiegł po krętych scho­dach na górę, kopniakiem otworzył przymknięte drzwi do sypialni. Zauważył jej przygotowania.

- Czyżbyś to zaplanowała? - spytał poruszony. Maja skinęła głową z szelmowskim błyskiem w oku.

- Uważam, że nie można ciągle tylko harować.

- No i?

- Dużo czasu upłynęło od ostatniego razu.

- No i?

- Tyle mówisz o tym następcy...

Okręcił ją wokół siebie, aż obojgu zawirowało w głowach. Śmiali się.

- Jeszcze! - żądał. - Jeszcze! Oszołomieni padli na łoże.

- Tak często jestem sama - wyznała z nagłym smut­kiem. - Marznę wtedy, Heino. Nie jestem stworzona do samotności. Potrzebuję mężczyzny, czułości. Po­trzebuję ciebie.

- No i? - domagał się, całując jej blizny. Całował usta, pragnąc wyczarować te słowa, na które czekał od momentu, gdy ją ujrzał w półmroku izby Reijo.

- Bo przypuszczam, że czuję do ciebie coś pięknego i ważnego - wyznała ostrożnie. - Bo sądzę, że to miłość...

Spojrzał na nią z niedowierzaniem. Wstrzymał od­dech, wpatrując się w nią i pragnąc wybadać, czy cza­sem nie kłamie, czy nie udaje dla niego. Ale ujrzał szczerość w jej spojrzeniu.

Czy wreszcie mu to wyzna? To, na co zawsze cze­kał, powoli tracąc nadzieję?

Maja objęła wzrokiem całą twarz męża. Spojrzała prosto w jego ciemne oczy pod gęstymi brwiami. Był taki ładny, gdy się uśmiechał. Chciała, żeby uśmiech­nął się i teraz, tylko do niej.

- Heino, właśnie tak czuję. I to jest coś prawdzi­wego. Czuję, że to prawda: kocham cię.

Więcej nie zdołała powiedzieć, gdyż jego usta za­kryły jej i wycałowały resztę słów. Niczego więcej nie pragnął usłyszeć. Jeszcze nie teraz. Jego serce i tak omal nie pękało ze szczęścia. Czuł się spełniony. Miał ją całą. Była jego kobietą.

- Nigdy nie pożałujesz, że weszłaś w moje życie - obiecał. Zapamięta te słowa. Ale tego nie mógł wie­dzieć teraz.

Powoli rozbierali się nawzajem. Pieścili się bez po­śpiechu. Kochali powoli. Spokojnie, przepełnieni uczuciem, którego wcześniej nie zaznali.

Rozmawiali ze sobą, objęci. Znów się kochali, jesz­cze spokojniej. Mając czas na sycenie się każdą se­kundą aktu. Potem zapadła cisza.

Ogień na kominku wypalił się. Także i ich najdzik­sze płomienie się nasyciły. Ale nadal czuli w sobie żar, który nigdy nie wygaśnie.

Heino ucałował spotniałe czoło Mai. Ona wtuliła usta w jego ramię, na którym spoczywała jej głowa. Heino poczuł, że mu drętwieje ręka, ale za nic nie chciał jej przesunąć.

- Jestem szczęśliwy - wyszeptał. - Po prostu uczy­niłaś mnie najszczęśliwszym człowiekiem w całym Tornedalen.

Odpowiedziała uśmiechem.

Heino zdmuchnął lampę. Poczekał, aż Maja za­śnie. Uwielbiał słuchać jej sennych pomruków.

Dopiero przed świtem sen go zmorzył.

Obudził się jednak wcześniej niż zwykle, jeszcze zanim musiał się ubrać i coś zjeść.

Wspaniale było tak leżeć i patrzeć na nią w słabym świetle poranka. Zasłony były jasnożółte, prawie bia­łe. Kremowożółte, powiedziała. Nie miał pojęcia, skąd wzięła takie słowo. W każdym razie pozwalały na przenikanie światła dnia.

Heino doceniał to. Nie musiał mieć zegara, który wbijałby mu się w uszy swymi uderzeniami co pół i co godzina.

Maja też nie chciała mieć zegara w salonie. Nie miała zamiaru żyć według jakiejś tarczy, twierdziła stanowczo. Najlepszy zegar, jaki znała, był na niebie.

Nawet mimo chmur wiedziała, kiedy ma wstać, a kie­dy się położyć. No i kiedy jest głodna.

- Nie śpisz? - uśmiechnęła się do niego promien­nie. Była przymilna i miękka jak kot. Ramiona oplo­tły jego kark, a na ustach błąkał się nieznany mu jesz­cze uśmiech. - Doprawdy chyba nadal cię kocham - wyznała.

Pocałunek spiął ich nagie ciała. Od razu odnalazły się, splotły i w szaleńczym rytmie zaspokajały się nawzajem.

Heino nie pozostało po tym zbyt dużo czasu. Maja nigdy jeszcze nie widziała, żeby tak szybko się ubrał.

- Nie muszę nic jeść - zapewnił. - Jeszcze nigdy nie byłem tak syty.

Jadł pocałunki i sycił się uściskami. Zmusił ją, że­by nie wstawała.

- Chyba uda nam się wyruszyć w ciągu dnia - stwierdził.

- Prześlesz mi wiadomość? - Maja nie lubiła cze­kać w niepewności.

- Oczywiście - odparł. - Wyślę kogoś, gdy odbije­my od brzegu. Szkoda, że nie płyniesz z nami, ale chłopy nie chcą żadnej kobiety na pokładzie. Nie na tak ważnej wyprawie.

Maja wykrzywiła się w grymasie.

- Dobrze, że nie ma tu Idy. Urwałaby ci głowę.

- Tęsknisz za nimi, prawda? - Heino spojrzał jej w oczy.

Pokiwała głową.

- Tu jest moje życie - wyznała cicho. - Ale oni są moją rodziną. Pewnie, że za nimi tęsknię.

- Obiecuję ci - rzekł Heino - że gdy interesy za­czną się toczyć same, zabiorę cię tam. Spotkasz się z rodziną. Chyba nie będzie to już dla nas niebez­pieczne?

- Nie - odparła Maja stanowczo. - To już minęło. Wyjazd mi pomógł.

- To dobrze - odetchnął Heino. - No, muszę iść. Pryncypał nie może się spóźnić.

Maja zdmuchnęła pocałunek z dłoni w kierunku Heino. Poszedł. Jej Heino.

Dużo czasu zajęło jej zrozumienie, że tak właśnie jest. Ale tym bardziej czuła wagę tego faktu. Tym bar­dziej było to doskonałe. I od razu, nawet słysząc je­go kroki na schodach, zaczęła za nim tęsknić. Zaczę­ła tęsknić do jego powrotu do domu. Dzień już za­czął się jej dłużyć.

Przed południem nadbiegł chłopak. Zdyszany opo­wiedział Mai, że Heino popłynął w dół rzeki. Pięć ło­dzi, mówił, pokazując rękami, jak głęboko były zanu­rzone, ile bali na nich spoczywało, ilu ludzi płynęło i kto to był. Maja znała niektóre imiona, a nawet mo­gła sobie przypomnieć twarze.

A więc Heino dziś nie wróci. Czeka ją długa, sa­motna noc.

Spróbowała tkać, ale w ręce wpadały jej wyłącznie kłębki o ciemnych kolorach. Tkała rząd za rzędem granatowy, ciemnozielony i brązowy. Nie podobało jej się to.

Wstała od krosien. Odeszła. Czuła, że nie ma nad nimi władzy. Kierowała nią jakaś obca siła.

Zaczęła się niepokoić.

Niepokój rósł. Gdy zapadł zmierzch, ubrała się i poszła do wioski.

Był sam początek maja.

Nad rzeką zgromadzili się ludzie. Maja wiedziała, że tak nie powinno być, większość z nich o tej porze miała co robić w domu. Dojono krowy, była pora ko­cenia się owiec. Ludzie kładli się wcześnie, aby oszczędzać światło i zbierać siły na następny dzień.

Niektórzy ją rozpoznali. Rozstąpili się przed nią, po­zwalając dojść do środka zgromadzenia. Maja nie pa­miętała, kto jej to powiedział, ale zapamiętała słowa:

- Łódź Heino się wywróciła. Na nią poszły następ­ne trzy. Nikt nie wie, dlaczego się przechyliła. Może była nierówno załadowana. Rzeka tam płynie spokoj­nie, ona nie zawiniła.

- Heino? - spytała Maja, ledwo poruszając blady­mi wargami.

Mężczyzna potrząsnął głową.

- Nie wiadomo. Kilku z nas wzięło konie i sanie i pojechało tam. Musimy ich przywieźć do domu, ży­wych czy umarłych.

Maja pokiwała głową. Powinna była wziąć sanie. Musi tam pojechać, zrobić coś pożytecznego.

Dlaczego tym razem zawiodło ją przeczucie? Wła­śnie teraz, gdy mogła uratować swego męża? Mogła go zatrzymać, sprawić, żeby nie pojechał. Ale nic nie czuła, nic, dopóki nie było już za późno.

Dlaczego nic nie czuła?

- Powinnaś pójść do domu - stwierdził mężczyzna. - Stanie tutaj nic nie pomoże. Tylko marzniesz, możesz zachorować.

Maja potrząsnęła głową. Spojrzała na rozmówcę niewidzącym wzrokiem.

- Muszę tam pojechać - powiedziała. - Tam, gdzie ich wnoszą na ląd.

- On mógł zginąć!

Maja skinęła głową. Była na to przygotowana.

- Przecież nie możemy zawieźć tam wszystkich kobiet!

- Jestem żoną Heino - stwierdziła Maja nieoczeki­wanie twardo. - Potrafię zatrzymać krwotok. Uśmie­rzyć ból.

Spojrzał na nią z powątpiewaniem.

- Gdzie taka mała kobieta mogła się tego nauczyć?

- Muszę tam pojechać.

Tym razem usłyszał ją ktoś z tłumu.

- Ja cię zawiozę. W końcu jesteś żoną pryncypała.

Maja wdrapała się na sanie. Była zbyt cienko ubra­na na jazdę w wieczornym wietrze. Ale nie marzła. Czuła w sobie żar. Nic nie wiedziała o Heino, ale czu­ła, że będzie potrzebował pomocy.

Maja zwróciła się do jedynej osoby, z którą miała kontakt. Do jej najbliższej, która zrozumie jej prośbę.

Wszystko w niej wzywało Ailo. Wywoływała go, błagała o pomoc, o przyjazd. Wierzyła, że więź po­między nimi nadal istnieje i że przekaże jej wołanie. Że Ailo je zrozumie.

Gdy dotarli na miejsce, było już prawie ciemno. Oszczędziło to Mai widoku ogromu zniszczeń. Wi­działa tylko zarysy stosu belek na rozdeptanym brze­gu rzeki. Ciała leżące na brzegu. Ludzi. Sanie.

Mężczyzna, z którym przyjechała, poszedł się rozpytać. Wrócił, przynosząc pewną nadzieję.

- Heino Aalto żył jeszcze godzinę temu. Zawieźli go do domu we wsi. Dostał się między dwie belki. Ale nie jest ciężko ranny, powiedzieli mi. Mam cię tam zabrać?

Potrząsnęła głową.

- Jaka jest sytuacja?

- Straszna - odpowiedział jej stojący obok mężczy­zna. - Nigdy nie widziałem tyle krwi. Te przeklęte belki niektórych rozgniotły na miazgę...

Głos go zawiódł.

Maja zaczęła podwijać rękawy.

- To im jestem potrzebna - oznajmiła stanowczo. - Oni mnie potrzebują. Zabierz mnie do umierających.

Mężczyzna zawahał się, ale zrobił, co kazała.

3

Było ich dwudziestu. Ośmiu ocalało, gdyż płynęli dwiema ostatnimi łodziami. Byli w stanie wyhamo­wać i ominąć miejsce katastrofy. Uwijali się teraz przy wyławianiu towarzyszy. Trzech zginęło na miej­scu, zmiażdżonych. Pięciu walczyło o życie. Czterech lżej rannych przeżyło. Umieszczono ich w domach, gdzie otrzymali pomoc.

Wieczór był chłodny.

Maja weszła pomiędzy umierających.

Wniesiono ich na sanie, jakby już nie żyli. Sanie zaciągnęli do stodoły i na tym poprzestali. Serce Mai przeszył ból.

Uklękła. Spódnica natychmiast przesiąkła krwią.

Jeden z nich był jeszcze przytomny.

- Pani nie powinna tracić na mnie czasu - wystękał. - Ja i tak umieram.

To cud, że jeszcze mówił. Jego jedna noga była zmiażdżona powyżej kolana. Ktoś zacisnął sznurek ponad raną, ale było widać, że mężczyzna się wy­krwawił. Maja próbowała powstrzymać krew. Użyła całej swojej mocy, ale wiedziała, że jej nie wystarczy. Mogła tylko ulżyć nieco cierpieniu rannego.

- Chyba jesteś aniołem - wyszeptał, gdy otworzył oczy. Już nie widział w niej żony Heino. Nie pozna­wał jej. Była kimś, kto łagodził jego ból. - Aniołem Boga. Czy ja już nie żyję?

Maja potrząsnęła głową.

- Ale umieram...

Nie odpowiedziała. Nie chciała kłamać.

- Dziękuję! - wyszeptał drżącym głosem, zanim za­mknął oczy. Jego twarz przybrała wyraz niebiańskie­go spokoju.

Maja siedziała jeszcze chwilę z rękami na krwawej masie, która jeszcze niedawno była nogą. Cofnęła je w końcu, wytarła w spódnicę, naciągnęła koc na twarz umarłego i przeszła dalej. Ktoś inny może od­mówić nad nim modlitwy. Ona tego nie umiała.

Jeden z tych, którzy płynęli ostatnią łodzią, szedł za nią jak cień. Patrzył, co robiła, choć nic z tego nie rozumiał. Wystarczało, że łagodzi cierpienia rannych.

- To na nic - szepnął, gdy położyła dłonie na pier­si chłopca, który nie mógł mieć więcej niż piętnaście, szesnaście lat. Wyglądało na to, że ma połamane że­bra. Kaszlał krwią i chwilami bredził. - Nie uratujesz żadnego! Oni umrą! - krzyknął.

Maja jakby go nie słyszała. W myślach recytowała swoje zaklęcia. Wiedziała jednak, że jej moc nie jest związana z żadnymi słowami. Chłopak przestał krwawić. Mówił o dziewczynie. Maja zastanawiała się, czy się kiedykolwiek będzie mógł do niej uśmiechnąć, poprosić do tańca...

Zebrała spódnicę i wstała. Poczuła, że jest śmiertel­nie zmęczona. Dopiero teraz spojrzała na swego to­warzysza. Był młodszy od Heino. Miał jasne włosy i przemoczone ubranie; widać wyławiał innych.

- Jak to się mogło stać? - spytała, zakładając za ucho pasmo włosów.

- Zaczęliśmy o kilka dni za wcześnie - odpowie­dział zmęczonym głosem, opierając się o omszałą ścianę. - Powinniśmy byli zaczekać, aż rzeka będzie całkiem wolna od lodu. Pierwsza łódź wpadła na du­żą krę. Chyba przesunęło to jakoś ładunek, bo się przechyliła. Na drugiej łodzi nie zauważyli niebez­pieczeństwa i wpakowali się prosto w nią. Trzecia nie mogła już zmienić kursu. To pogorszyło sprawę. Maja mogła to sobie wyobrazić.

- Czy to Heino nie chciał czekać? - spytała.

- To nie była tylko jego wina. Wszyscy chcieliśmy wy­ruszyć. Żaden z nas nie chciał czekać dłużej niż inni...

- Widziałeś Heino? Skinął głową.

- Wyciągnąłem go. Dostał się pomiędzy belki. Twarz Mai wykrzywiła się.

- Był nieprzytomny, ale nie krwawił. Jedna noga może wyglądała trochę dziwnie, lecz nie aż tak jak u tych tutaj. Oddychał. Zabraliśmy go do jednego z domów. Mogę cię tam zaprowadzić.

Maja pokiwała głową.

Usłyszeli jakieś zamieszanie, odgłosy końskich ko­pyt. Ludzie wzburzyli się. Ktoś biegł w stronę stodoły.

Maja wyszła na spotkanie przybysza.

Ręce wskazywały na nią, ktoś mówił coś szybko po fińsku.

Maja podeszła do jeźdźca. W mroku dostrzegała tylko uprząż i końskie oczy i czuła ciepły oddech zwierzęcia.

Mężczyzna był inny, niż sobie wyobrażała. Opisy nigdy nie były mocną stroną Heino. Od Marcusa Runefelta bila władczość. Na dodatek patrzył na nią z wysokości końskiego grzbietu.

- Jesteś żoną Heino Aalto? - spytał. Żoną, a nie małżonką, zauważyła Maja. Może nic w tym dziwnego. Była brudna, powalana błotem i krwią. Włosy wy­sunęły się z węzła. Nie wyglądała na małżonkę boga­tego człowieka. Była - żoną.

- Tak, to ja - odpowiedziała, prostując kark. Lam­py oświetliły jej zaciętą twarz, uwydatniając blizny. Oczy świeciły takim blaskiem, jakiego Marcus Rune­felt wcześniej u nikogo nie widział. Wszystko to nada­ło Mai niesamowity wygląd, jak z nierzeczywistego snu. Wiatr zaczął szarpać jej włosami, tak że przypo­minały ptasie skrzydła, płaszcz furkotał. Drobna ko­bieta, ubrana na czarno, w mroku nocy. Dumnie wy­prostowana przed władczym mężczyzną na koniu.

- Słyszałem, że twój mąż żyje. Możesz mu przeka­zać, że Marcus Runefelt nadal proponuje mu kupno lasu. Ale cena może spaść z każdym dniem zwłoki.

- Heino nie sprzeda lasu - odpowiedziała mu chłodno. - Jeżeli przejechałeś tę długą drogę konno tylko po to, trud był nadaremny.

Przez tłum przeleciał szmer, gdy zwróciła się do pana na „ty”. Na nim jej lodowaty ton nie zrobił większego wrażenia.

- A jeżeli umrze - oznajmi! - mogę zapłacić ci ty­le samo. O ile słyszałem, Heino Aalto nie będzie w stanie prowadzić dalej interesu.

Maja potrząsnęła głową. Splecione przed sobą rę­ce teraz oparła wyzywająco na biodrach.

- Kim ty jesteś - spytała drwiąco - że masz czelność przyjechać tu ledwie godziny po tym, jak mój mąż zo­stał ciężko ranny, i proponować mi kupno tego, co było jego życiem? Kim, u diabła, myślisz, jestem, że miałabym się na to zgodzić? Nigdy! Nigdy! A jeśli He­ino umrze, ja poprowadzę dalej jego handel, dla nie­go. Nasz las nie jest na sprzedaż za żadną cenę!

Ludzie stojący wokół Mai wstrzymali oddech. Chyba jeszcze nikt nigdy nie odezwał się tak do Mar­cusa Runefelta! Samo to mogło wystarczyć, żeby wtrącić ją do więzienia!

On jednak tylko się zaśmiał.

- Przemyśl moją propozycję - poradził. - Może okaże się dla ciebie korzystna.

Odjechał, nie zaszczycając jej spojrzeniem.

Maja odwróciła się. Nie zobaczyła już mężczyzny, który miał ją zaprowadzić do Heino. Widziała tylko innych, nieznanych, trzymających lampy. Ludzie pa­trzyli na nią z niechętnym podziwem. Była wśród nich obca, mimo że Heino był jednym z nich. Ale już o tym zapominali. Swoją przemową do Runefelta przełamała wiele barier. Zaimponowała im odwagą.

- On nie chciał cię zranić - odezwał się za nią ktoś po szwedzku.

Maja zatrzymała się, pozwoliła, żeby się zbliżył. Przypomniała sobie w przebłysku, że widziała syl­wetkę drugiego konia.

Mężczyzna był wytwornie odziany.

- Pracujesz dla niego? - spytała Maja po norwesku. - Sądzę, że wyraziłam się jasno. Nasz las nie jest na sprze­daż!

Zerwał kapelusz, odsłaniając gęste, jasne włosy i wysokie czoło. Miał prosty nos i mocny podbródek.

- William Samuli Hugo Runefelt - przedstawił się, wyciągając dłoń. Maja umyślnie udała, że jej nie za­uważa.

- A więc syn - stwierdziła, patrząc mu w oczy. - To nie zmienia sprawy. Ten las nie jest na sprzedaż. Ani teraz, ani później! Jeżeli Heino nie będzie mógł prowadzić dalej handlu, ja go zastąpię.

Długo zakładał kapelusz.

- Podziwiam twoją postawę - powiedział szcze­rze. - Ale to nie jest praca dla kobiety. Kobiety nie są stworzone dla tylu zmartwień i konieczności po­dejmowania decyzji, które ona za sobą niesie. A już na pewno nie do obciążeń fizycznych przy pracy w lesie.

- Wszystkie te piękne słowa oznaczają, że kobieta się do tego nie nadaje - odparła Maja. - Ale ja tak. Je­stem kobietą, która potrafi wykonywać zadania męż­czyzny. No, może z wyjątkiem bycia ojcem - dodała sarkastycznie.

- Jesteś niezwykłą kobietą - stwierdził młody Runefelt. - Mam nadzieję, że ojciec nie zdławi w tobie tego żaru.

Uśmiechną! się do niej nieśmiało i wycofał w mrok, nie spuszczając jej z oczu.

Maja dopytała się o drogę do domu, gdzie umiesz­czono Heino. Zmierzono ją tam wzrokiem, zanim wpuszczono do środka. Może i widywano tu lepiej odziane kobiety, ale to jej nie obchodziło.

Trafiła do dużego gospodarstwa. Na tyle dużego, że była tam służba. Jedna ze służących szła przed nią, otwierając kolejne drzwi.

Mai to nie oszołomiło. Jej własne gospodarstwo było równie duże. Nie musiała się płaszczyć.

Przy łóżku, gdzie spoczywał Heino, siedziała star­sza kobieta o jasnych, lekko siwiejących włosach ze­branych w węzeł na karku. Niewysoka, pulchna, z ru­mianymi policzkami i bladoniebieskimi oczami.

Mężczyzna leżał z przymkniętymi powiekami, ale trudno było stwierdzić, czy spał.

- Jestem jego żoną.

Kobieta podniosła się szybko, mimo że pewnie miała koło sześćdziesiątki.

Maja położyła dłonie na policzkach Heino. Nie poruszył się, ale oddychał.

Szybko ściągnęła z niego koc. Zobaczyła, że go umyto i przebrano w koszulę nocną. Posłała kobie­cie spojrzenie pełne wdzięczności.

- Nie krwawił - rzekła pani domu. - Jedna noga jest złamana, ale nie krwawił...

Maja wyczuła wahanie w głosie kobiety. Spojrzała na nią przenikliwie.

- Ale jest coś jeszcze? - spytała. Wiedziała, że tam­ta nie powiedziała czegoś ważnego.

Kobieta westchnęła ciężko. Powoli pokiwała gło­wą. Spojrzała Mai w oczy. Zamrugała, jakby odgania­jąc zaskakującą myśl.

- Nie poruszył nogami - rzekła. - Z rękami jest w porządku, ale nogami wcale nie poruszył.

Maja zadrżała.

Położyła dłonie na tej nodze, która nie była złama­na. Zgięła ją w kolanie. Nie poczuła żadnego oporu, noga była bezwładna. Wyraz twarzy Heino się nie zmienił. Wpiła paznokcie w jego udo.

Leżał nieporuszony. Żaden mięsień twarzy nie drgnął.

Maja poczuła, jak poci się jej czoło. Przesunęła dłońmi wzdłuż jego nóg aż do bioder.

Zamknęła oczy i skupiła się. Skupiła się na Heino. Chciała przekazać mu całą swoją moc, moc, którą chciała wydobyć zewsząd. Chciała, żeby z jej pomo­cą walczył.

Maja czuła się zdrętwiała i zmarznięta, gdy skoń­czyła. Kobieta wpatrywała się w nią. Nie wiedziała, czego była świadkiem, ale z pewnością nikomu o tym nie wspomni.

Maja okryła Heino kocem. Marzła. Jego twarz przybrała normalną barwę.

- Nie cierpiał - powiedziała kobieta. - Był przy­tomny, gdy go tu przynieśli. Mówił o tobie - dodała z ciepłym uśmiechem. - On cię bardzo kocha.

Maja pokiwała głową.

- Wiem - rzuciła. - Czy naprawdę nic go nie bolało? - Nic.

Maję to jeszcze bardziej zaniepokoiło. W duszy znów wołała brata. Tylko Ailo mógł jej teraz pomóc. Tylko on mógł dać jej siłę, której potrzebowała, tylko on mógł ją zrozumieć.

Ailo!

Był to niemy krzyk.

Nie zdziwiło jej wcale, gdy w odpowiedzi na jej wołanie na niebie pojawiła się zorza polarna. Mogła być pewna, że Ailo wkrótce przybędzie.

- Założyłam mu jedną z koszul po moim zmarłym mężu - odezwała się kobieta niepewnie. - Ty też mo­żesz się umyć, przebrać w jakieś moje rzeczy...

Maja skinęła w roztargnieniu głową. Podziękowała.

- Opatrywałam rannych - odparła na nie zadane pytanie kobiety.

Maja, już umyta i przebrana, usłyszała pukanie do drzwi.

- Szukam niejakiego Heino Aalto - powiedział mężczyzna.

Maja zorientowała się, że to ktoś z wyższej klasy.

- Jest tutaj - odpowiedziała. - Jestem jego żoną.

- Maria Aalto? - Przybysz wydawał się być zorien­towany. Przyjaźnie uścisnął jej dłoń. Nie był to mocny uścisk ręki chłopa, ale nie był też pozbawiony cha­rakteru. - Przysłał mnie tu młody pan Runefelt. Je­stem ich lekarzem rodzinnym. Przekazał mi, że twój mąż miał wypadek. Widziałem łodzie, zorza dobrze je oświetla. Czy to coś poważnego?

- Mamy powody sądzić, że tak - odparła za Maję kobieta.

Zaprowadziła lekarza do łóżka Heino. Maja poszła za nimi.

Wprawne dłonie zbadały śpiącego Heino. Lekarz zmarszczył czoło, dopiero potem spojrzał na Maję.

- Muszę go jeszcze raz zbadać, dokładniej. Teraz nie mogę powiedzieć nic pewnego.

- Czy można go przewieźć? - spytała Maja. - Chcia­łabym, żeby był w domu.

- Nie umiem odpowiedzieć, zanim go nie zbadam, gdy się obudzi. Może jutro?

Maja skinęła głową. Pewnie zostanie tu przyjęta na noc.

- Jak pan sądzi? - spytała. - Jest sparaliżowany? Lekarz wzdrygnął się, jakby wypowiedziała jakieś przekleństwo.

- Nie mogę jeszcze tego stwierdzić.

- Ale nie wyklucza pan tego?

Milczał, zajęty zakładaniem płaszcza i czapki.

- Otrzyma pan zapłatę, gdy wrócimy do domu - rzuciła Maja. - Nic nie mam ze sobą.

Brwi lekarza uniosły się wysoko na czoło.

- Myślałem, że pani to zrozumiała - odparł nieco zażenowany, jakby mowa o zapłacie go krępowała. - Nie oczekuję honorarium. Moje wydatki pokrywa rodzina Runefelt, jestem jej lekarzem.

Maja rozumiała. Był to lekarz wyłącznie rodziny Runefeltów, nikogo innego. Wielcy państwo mieli swój styl.

- Proszę pozdrowić Williama Runefelta i przeka­zać, że nie potrzebuję jałmużny - rzuciła chłodno. - Nie mogę sobie jednak pozwolić na zrezygnowanie z pana usług. Sama zapłacę tyle, ile zażądałby zwykły lekarz. A nawet więcej, bo jest to dodatkowe obcią­żenie dla pana. Nic nie wezmę od Runefeltów. Ani teraz, ani nigdy.

Lekarz był nadal zmieszany, ale Maja nie miała wątpliwości, że przekaże jej słowa pracodawcy.

- Dumna jesteś - stwierdziła starsza kobieta, gdy odjechał.

- Tak - odparła Maja. - Tak mnie wychowano i ta­ka jestem. Nie będę niczego przyjmować od Runefeltów. Marcus Runefelt chciał kupić nasz las. Przybył tu dziś w nocy, żeby mi to oznajmić. To było wstrętne.

- Jego syn nie jest taki zły, przynajmniej tak mó­wią ludzie. Jest bardziej fiński od ojca, jeśli mnie ro­zumiesz.

Maja pokiwała głową.

- Mimo to nic od niego nie chcę. - Maja była nie­przejednana.

Przez twarz starszej kobiety przeleciał uśmiech, jakby ta cecha nie była jej obca. Wyciągnęła do Mai dłoń.

- Nie zdążyłam się przedstawić. Jestem Marja Kivijarvi.

Maja odpowiedziała uściskiem dłoni. Nic jej to nie mówiło. Była dla niej po prostu przyjazną kobietą, która przyjęła ich pod swój dach.

- Mój syn, Kari, prowadzi gospodarstwo - opowia­dała Marja. - Jesteśmy sami. Pewnie to dla niego zbyt duża odpowiedzialność, ale czasem nie szkodzi wcze­śnie dojrzeć.

Maja słuchała nieuważnie. Nie była z tych, którzy łatwo nawiązują kontakt z obcymi. Nic zresztą jej te­raz nie interesowało poza Heino. Podeszła do łóżka. Przysunęła krzesło i usiadła. Wszystko w niej woła­ło o uzdrowienie męża.

Wiedziała jednak, że z paraliżem nie uda jej się wy­grać. Nieważne, jak bardzo tego pragnęła, nigdy nie była bardziej bezsilna.

Czuwała nad nim całą noc. Siedziała w półmroku roz­świetlanym słabym światłem lampy i tylko na niego pa­trzyła. Wspominała. Niemal płakała, gdy uświadomiła sobie, że tak długo nie dopuszczała go do swego serca. Ile czasu zmarnowała. Widziała to teraz wyraźnie. Po­trzebowała nieszczęścia, żeby to zrozumieć.

Tym bardziej czuła ulgę, że zdążyła mu powie­dzieć, że go kocha. Nigdy by jej nie uwierzył, gdyby mu to powiedziała teraz, po wypadku. Wtedy dum­ny, hardy Heino nazwałby to współczuciem niezależ­nie od jej szczerości. Nigdy by go nie przekonała.

Nadszedł ranek. Zdmuchnęła lampę. Spojrzała na małżonka, z którym przysięgła spędzić resztę życia.

Znała go i wiedziała, jaki był witalny. Rozumiała, że duża część jego męskiej dumy opierała się na świado­mości własnej siły fizycznej. Maja zastanawiała się, jak będzie wyglądało ich życie, jeśli to najgorsze okaże się prawdą. Nie była w stanie wyobrazić sobie Heino, który nie może być takim mężczyzną, jakim zawsze był: o spracowanych dłoniach i spocony od wysiłku.

Marja uchyliła drzwi. Była zaskoczona, że Maja nie śpi.

- Czyżbyś wcale nie spała?

Maja pokręciła głową.

- Chcę być przy nim, kiedy się obudzi.

- Bardzo go kochasz? Maja potwierdziła. Tak właśnie było. Bardzo go kochała. Wygładziła koc, którym przykryty był Heino. Wstrząsnęła głową, odrzucając włosy.

Marja ściągnęła brwi na ten widok. Coś nie dawa­ło jej spokoju od czasu, gdy młoda żona Heino Aalto pojawiła się wczoraj w jej domu.

- On cię przywiózł z Norwegii, prawda? - spytała ostrożnie.

Szybki uśmiech przeleciał przez twarz Mai.

- Przywiózł? Cóż, można to i tak nazwać.

- Skąd pochodzisz? - pytała dalej Marja, opierając się o framugę okna. Miała widok na rzekę i belki. Jej nagle spotniałe dłonie ściskały parapet.

- Lyngen - odpowiedziała Maja. - Jykea - dodała, gdyż znane tu były tylko fińskie nazwy.

- Dobrze mówisz po fińsku.

- Tak jak wielu tam - wyjaśniła Maja z uśmiechem. - Wielu Finów osiedliło się w naszej dolinie. Mój ojciec, przybrany ojciec - dodała szybko - jest Finem. Jego ro­dzice przybyli tam w czasie wielkich wojen.

Zamilkła. Sama nie wiedziała, dlaczego opowiada o sobie tej kobiecie. Ona nie musiała tego wiedzieć.

- Ożenił się z Norweżką?

- Moja matka była Finką - rzuciła Maja sztywno. - Została sprzedana jako dziecko - dodała wyzywająco, patrząc na plecy Marji. - Lapończycy wzięli ją do Norwegii, mniej więcej w tym samym czasie, gdy przybył tam Reijo, mój ojczym. Później się pobrali. Byłam wtedy dziewczynką.

- A twój ojciec?

- Był Lapończykiem - odpowiedziała, nadal nie ro­zumiejąc, dlaczego opowiada o sobie gospodyni, no i dlaczego jej życie tak tę kobietę interesuje. - Synem tego człowieka, który zabrał mamę do Norwegii. By­ła w tym jakaś ironia losu. Ale to już nieważne. Mik­kal nie żyje. Mama też...

Ramiona Marji zapadły się.

Mikkal...

Ilu mogło tak się nazywać? Ilu miało ojców, któ­rzy zabrali ze sobą dziecko do Norwegii? Ilu wresz­cie kochało tę kobietę? Ale coś się jej nie zgadzało.

Maja była pewnie w wieku tego dziecka, które ona wtedy miała ze sobą... tego chłopca, Ailo. Coś się nie zgadzało.

- Masz rodzeństwo?

- O, tak. - Maja ujrzała oczami wyobraźni kocha­ne twarze. - Mama miała skomplikowane życie. Ja je­stem najstarsza. Potem jest Knut, którego miała z Kallem. Była jego żoną. On zginął na morzu. Dalej Ida, która jest córką Reijo. Nasza najmłodsza. No i Elise, którą wzięła na wychowanie, gdy ona straci­ła rodziców. No i jeszcze Ailo, który jest synem Mik­kala. Mikkal ożenił się z inną...

Marja starała się oddychać spokojnie.

A więc okłamali ją wówczas. Co Raija robiła wte­dy z mężem innej i jej dzieckiem? Gdzie były jej wła­sne dzieci? U ojca, u męża?

Na Boga, kim właściwie była jej córka? Ta młoda kobieta powiedziała, że nie żyje...

Raija wtedy ją okłamała...

A Matti...

Też ją to zabolało. Przyjechał z Norwegii z ładną żoną. Elise. Polubiła ją.

Aki nigdy nie lubił Mattiego. To wiele zepsuło. Tylko dla Kariego mogła być matką. Teraz był już na tyle dorosły, że jej nie potrzebował. Pewnego dnia przyprowadzi dziewczynę, z którą będzie chciał się żenić. Matkę przeniesie do komórki. Krąg się za­mknie. W końcu Aki wziął ją z ubogiego domu...

Więc Matti także kłamał.

Albo ukrył prawdę... Oboje stanęli przeciwko niej.

A teraz ta młoda kobieta weszła w jej życie. Zrzą­dzenie losu? Nie zrobiła tego specjalnie, nie szukała jej. Maria Aalto...

Była wzruszona. Pierwsze dziecko Raiji, które córka nazwała po niej... Weszła do jej domu, gdy Marja tego najbardziej potrzebowała. Ale nic o tym nie wiedziała.

Marja ściskała brzeg parapetu. Z trudem oddycha­ła. Łzy przesłoniły jej wzrok.

W sercu czuła głęboki żal. Przecież nie miała wy­boru, gdy wychodziła za Akiego. Może sprawiła tym zawód Mattiemu. Może dlatego odszedł z Raiją. Ona na pewno stała po stronie brata.

Ale Raija skłamała, opowiadając o swym życiu. Przekazała matce ładną historyjkę, którą ona chętnie przyjęła. Chciała przecież wierzyć, że tej córce, któ­rą wysłała do Norwegii, powiodło się. Teraz nic już nie wiedziała. Chyba nie było jej zbyt dobrze. Dwóch mężów. Mikkal. No i to gadanie o Petri Aalto...

O Boże, przecież to ojciec Heino!

Zastanawiała się, czy Maja o tym wie. Miała wiele pytań. Tylko Maja mogła na nie odpowiedzieć.

Powoli odwróciła się od okna.

Maja ze zdziwieniem ujrzała zapłakaną twarz go­spodyni. Nie zauważyła, że tamta płakała. Ale jej uwaga skupiona była tylko na Heino.

- Dobrze się czujesz? - spytała ostrożnie.

Marja ujrzała w jej twarzy własne rysy, rysy twa­rzy Erkkiego, ale przede wszystkim Raiji. No i ta miodowa otoczka źrenic jak u Mikkala...

Widziała już w nocy, ale nie chciała tego przyjąć do świadomości. Teraz nie miała wyjścia.

Dobrze, że Aki już nie żyje. I tak trudno mu było zaakceptować Raiję. Dla Akiego dzieci Erkkiego jak­by nie istniały. Były z innej epoki, gdy Marja nie na­leżała do niego. Nie interesowało go nic, co się dzia­ło wcześniej.

- Pewnie o mnie słyszałaś - odezwała się Marja nie­pewnie. - Powinnaś mnie znać. To ja... sprzedałam dziecko trzydzieści lat temu. To po mnie jesteś na­zwana, Mario. Bo jesteś córką Raiji, prawda?

Maja wpatrzyła się w Marję Kivijarvi. Dopiero te­raz ujrzała to, co powinna zobaczyć dawno. Rysy twarzy matki zatarły się już w jej pamięci. Minęło ty­le czasu...

Ale powinna rozpoznać Idę w tej kobiecie!

Pokiwała powoli głową. To była prawda. I może tak miało być.

- Jestem córką Raiji - potwierdziła. Nie mogła się zdobyć, żeby objąć tę kobietę. Była jej krewną, ale to nie pomagało.

- Ja jestem matką Raiji - powiedziała Marja. A więc miała babkę. A zatem ten chłopak, Kari, był jej wujem.

- Matti nie opowiedział nic o nas? Marja potrząsnęła głową.

- A mama? Maja przełknęła ślinę. Widać matka miała swoje powody. A Matti był lojalny wobec siostry.

Czuła się bardziej samotna niż kiedykolwiek.

Ailo! Ailo! Nie dam rady sama!

- Nie czuję radości - rzuciła Maja sztywno. Schwy­ciła bezwładną dłoń Heino, która nie dała jej żadne­go wsparcia. Ale w sposób naturalny uciekała się do niego. - Przykro mi. Może to przyjdzie później.

Marja pokiwała głową. Udało jej się ukryć zawód przed Mają. Ta kobieta była córką Raiji nie tylko z wyglądu.

Raija nigdy nie była jej ukochanym dzieckiem. By­ła córeczką tatusia, Erkkiego.

Maja była jej wnuczką, a trzymała ją na taki sam dystans jak Raija. Czy to miała po matce?

Bolało tak samo.

4

Przyszedł lekarz. Był równie nieprzystępny i sztywny jak wczoraj. Towarzyszył mu młody Ru­nefelt.

Marji aż poczerwieniały policzki. Jej oczy przebie­gły nerwowo po podłogach i meblach. Czy wszędzie jest czysto? Czy wszystko w porządku? W końcu był to syn Marcusa Runefelta!

Kari, przeciwnie, spoglądał na niego hardo. Przy­witał go krótko. Maja zdążyła dostrzec cień nienawi­ści w spojrzeniu chłopaka, który okazał się być jej wujem. Odszedł wkrótce, wymawiając się robotą w obejściu.

Dwie pary oczu zwróciły się ku Mai: lekarza i Wil­liama Runefelta.

- Odzyskał przytomność?

Maja skinęła głową, patrząc w stronę lekarza. Mło­dego arystokratę pominęła. Nie wiedziała, jak by się miała do niego zwracać, a zresztą nie chciała wie­dzieć. Tytuły i tak były chyba dziedziczne, więc mło­dy Runefelt o tylu imionach mógł tylko czekać na nie, dopóki stary nie wyzionie ducha.

- Tylko na chwilę - odpowiedziała. - Nie poznał mnie. Mówił o ratowaniu ludzi.

- A więc mówił? Znów pokiwała głową.

- Poruszył się?

- Wcale - odparła, starając się zachować spokój. Musiała być silna, mimo że wszystko w niej krzycza­ło ze strachu.

Mar ja dopowiedziała za nią:

- Leży od początku w tej samej pozycji.

Lekarz zbliżył się do łóżka z wielką, czarną torbą.

- Chcę go zbadać - stwierdził stanowczo. Spoj­rzawszy na Maję, dodał: - Sam.

Maja przystała na to. On wiedział lepiej, co nale­ży robić. Nie miała zresztą siły na stawianie oporu. Pozwoliła się zaprowadzić do najlepszego pokoju Marji - dwa kroki przed Williamem Runefeltem. Obyty w świecie młody człowiek pozwalał kobiecie iść pierwszej.

Marja szybko wystawiła najlepsze filiżanki i poszła do kuchni osobiście dopilnować, żeby kawa dla syna najpotężniejszego człowieka w okolicy była dosta­tecznie mocna.

- Wieści o tobie prędko dotarły do Tornio - powiedział cicho William Runefelt. Miał miły głos.

Maja spojrzała na niego. Zauważyła, że użył fińskiej nazwy miasta, choć jego ojciec z pewnością użyłby szwedzkiej, Tornea. Jakie wieści miał na myśli?

- O dzielnej żonie Heino Aalto, która na kolanach, w błocie, nocą, obwiązywała rany umierających pasa­mi oddanymi ze swej spódnicy - rzekł Runefelt bez cienia szyderstwa. Maja zrozumiała, że tylko powta­rzał słowa ludzi. - Własnymi rękami zatrzymywała krwotoki, była unurzana we krwi aż po łokcie, ale nie odeszła, póki nie pomogła każdemu z nich.

Maja uśmiechnęła się krzywo.

- Tak oto tworzy się bohaterów - i bohaterki.

- Oczywiście byli i tacy, którzy mówili, że chyba nie kocha męża, skoro traciła czas na umierających, zanim do niego poszła.

- Oczywiście - potwierdziła Maja. Trudno było jej rozmawiać z młodym Runefeltem. Cały czas miała świadomość, kim on jest. Nie żeby czuła się mniej od niego ważna, ale ponieważ on najwyraźniej sam sie­bie oceniał jako lepszego.

- Moja propozycja skorzystania z usług lekarza do­mowego to nie żadna jałmużna.

Maja nie spodziewała się, że poruszy ten temat. Wstała, splatając ręce pod biustem. Niewidzącym wzrokiem patrzyła na okazały zegar podłogowy babki.

- Tak to odczułam.

- Stary Bergfors nie umie się zgrabnie wyrażać - westchnął Runefelt. - W jego ustach nawet zwykłe powitanie może zabrzmieć jak obraza. Poinstruowa­łem go tak dobrze, jak mogłem, ale żaden z niego dy­plomata. Takt nie jest jego mocną stroną, choć na pewno potrafi być dyskretny.

Maja zrozumiała aluzję.

- List byłby wystarczająco... taktowny - rzuciła ostro.

- Nie wiedziałem, czy umiesz... Zamilkł.

Maja spojrzała prosto w jego niebieskie oczy.

- Nie wiedziałeś, czy umiem czytać? Może nie po­chodzę z arystokracji, ale nie jestem głupia!

Pochylił głowę, zarumieniony.

- Umiejętność czytania nie ma nic wspólnego z głupotą czy mądrością, Mario Aalto - odparł zmie­szany. - Prędzej z możliwościami czy pochodzeniem. Jest wielu mądrych ludzi w Tornedalen, którzy nie umieją czytać. Ale przyznaję, że nieuprzejme było z mojej strony zakładać, że ty nie umiesz.

- Zapłacę za lekarza - oświadczyła Maja zdecydo­wanie. - Nauczono mnie, żeby płacić za siebie.

- Nie możesz przyjąć podarunku? Potrząsnęła głową, spoglądając na niego z powa­gą.

- Nie takiego podarunku. Myślę, że Heino także odebrałby to jako jałmużnę. On jeszcze żyje, choć wszyscy uważają, że jest inaczej. Wiem, że wyzdro­wieje. I na pewno źle by przyjął wiadomość, że do­glądającego go lekarza opłacił Runefelt. Chyba do­brze wiesz, dlaczego?

William Runefelt pokiwał głową.

- Każdy mężczyzna powinien mieć taką żonę, jak ty - rzucił nagle, uśmiechając się.

Maja nie rozumiała jego komplementów. Nie wie­działa, że to była sztuka, którą ludzie jego stanu wcześnie opanowywali.

Marja uratowała ją, wnosząc kawę w srebrnym dzbanku. Podała też cukier w salaterce i śmietankę w dzbanuszku, także srebrnych.

Chyba jej drugiemu mężowi nieźle się powodziło. Tego na pewno nie odziedziczyła po Erkkim Alata­lo, pomyślała Maja.

Marji drżały lekko dłonie, gdy nalewała kawy. Wil­liam Runefelt rozmawiał jednak równie gładko i wy­twornie z siwiejącą wdową po chłopie Akim Kivijarvi jak z odzianymi w jedwabie damami.

Maja nie brała udziału w rozmowie tych dwojga. Starali się ją wciągnąć, ale odpowiadała nieuważnie, okazując brak zainteresowania. Ich głosy zlały się w jej uszach w jednostajny szum.

Lekarz Bergfors zdjął marynarkę i przyłączył się do nich.

- To jest poważna sprawa - zwrócił się do Mai. - Cud, że w ogóle żyje.

- Jak bardzo poważna? - spytała Maja, starając się ukryć drżenie głosu. Dłoń ściskała mocno filiżankę. - Czy będzie chodził?

Lekarz spojrzał na nią oczami, które niejedno wi­działy, mimo że obracał się głównie w kręgach ludzi uprzywilejowanych.

- Macie dzieci? Maja potrząsnęła głową.

- Nie będzie już nigdy chodził. Ma złamany krę­gosłup. Jest sparaliżowany od klatki piersiowej w dół. Już nie będzie mężczyzną, tylko pacjentem.

- Czy znasz się na tym? - spytała Maja ostro. - Nie zgadujesz? Na tyle się znasz, żeby stwierdzić to na pewno?

Lekarz pokiwał głową.

William Runefelt wykrzywił usta w rodzaju uśmie­chu.

- Mój ojciec nie wybrałby kogoś niekompetentne­go na lekarza domowego, Mario Aalto. Możesz być pewna, że Bergfors jest najlepszym lekarzem po na­szej stronie rzeki.

- No dobrze - rzuciła Maja. - Co ja mogę zrobić?

- Będzie leżał w łóżku - stwierdził lekarz. - Jak rozu­miem, wiódł czynne życie. Może zgorzknieć, ale będzie musiał się z rym pogodzić. Nie ma innej możliwości.

Heino, w łóżku... Przez resztę życia? Maja wiedzia­ła, że to na pewno je skróci. On tego nie wytrzyma. Ona też nie. Nie będzie tylko się nim opiekować przez resztę ich wspólnego życia!

A może dlatego została obdarzona niezwykłymi mocami?

Nie, nie wolno jej tak myśleć.

- Ale ma siłę w rękach? - spytała. Lekarz przytaknął.

- I nie ma uszkodzonej głowy?

- O ile mogłem stwierdzić, nie. Ale ponad połowa jego ciała będzie teraz tylko dodatkiem. Mężczyźnie trudno się z tym pogodzić.

Maja zacisnęła zęby. Heino nigdy nie będzie tylko rękami z dolną częścią ciała jako dodatkiem!

- Chcę go zabrać do domu. Mogę?

Bergfors pozwolił nalać sobie drugą filiżankę ka­wy. Rozparł się wygodnie w miękkim fotelu Marji.

- Myślę, że tak, o ile zachowa się ostrożność.

Maja pokiwała głową. Nie wiedziała, jak tego do­kona, ale nie chciała, żeby Heino leżał tu dłużej. Czu­ła się taka samotna! Tak okropnie samotna. On mu­si dojść do siebie, musi pomóc jej coś wymyślić!

- Potrzebujesz porządnego wozu - zauważył Wil­liam Runefelt.

Maja właśnie się nad tym zastanawiała. Przydało­by się coś z dachem.

- Pożyczę ci - zaproponował mężczyzna.

- Nie - zaprotestowała gwałtownie, lecz zamilkła. Zagryzła wargi. - Heino nigdy by się na to nie zgo­dził... - dodała spokojniej. Wiedziała też, że Heino wolałby nie obciążać sobą innych, mimo że Marja okazała się rodzoną babką Mai.

- Potrzebujesz krytego powozu, żeby go przewieźć do domu. Twój mąż jest ranny. Jazda pod gołym nie­bem mogłaby mu zaszkodzić. O ile rozumiem, Bergfors uważa, że przewożenie go nie jest najlepszym pomysłem, ale wiem, że tego pragniesz. Mam taki powóz. Bez żadnych monogramów i herbów, całkiem zwyczajny.

Maja uśmiechnęła się słabo. „Całkiem zwyczaj­ny”... To jasne, że długo przebywał za granicą. Mało kto w ich okolicach miał taki powóz. Całe Torneda­len będzie od razu wiedziało, że Heino jedzie do do­mu ekwipażem Runefeltów.

Ale nie miała wyboru.

- Chętnie go pożyczę - rzekła sztywno. - Zakładam, że przyślesz woźnicę. Ani ty, ani twój ojciec nie może przyjechać. Najwyżej lekarz, to mu od razu zapłacę.

Heino wrócił do domu powozem Runefelta. Maja siedziała sztywno wyprostowana obok leżącego, wła­ściwie zadowolona, że nadal spał i nie wiedział, co się z nim dzieje. Towarzyszący jej lekarz najwyraźniej czuł się równie niezręcznie. Mruknął coś, że traktu­ją go jak jakiegoś lokaja. Maja nie wiedziała dokład­nie, co to słowo oznacza, będzie musiała poczekać z wyjaśnieniem na Heino.

Marja była szczerze wzruszona przy rozstaniu. Błagała, żeby nie traciły kontaktu. Maja pokiwała sztywno głową. Nie była pewna swoich uczuć wobec tej kobiety i nie wiedziała, czy chce się czuć z nią bli­żej związana.

Marja miała tylko Kariego. Maja rozumiała, że dla babki ważne było powiększenie rodziny. Ale Maja nie chciała stać się żadną nową Raiją, nie chciała jej zastępować. Nie była pewna, kim właściwie jest dla Marji.

O Boże, Ailo, pomyślała. Ja też potrzebuję kogoś mojej krwi. Kogoś, kto mi pomoże odnaleźć w tym wszystkim sens!

W końcu została w domu sama z Heino, z poczu­ciem, że taka sytuacja będzie trwała wiecznie.

Mogła polegać tylko na sobie, musiała uwierzyć, że podoła obowiązkom, które dotąd wypełniał Heino.

Przyszło się jej o tym przekonać już kilka godzin po odjeździe powozu.

Nadszedł jeden z ludzi pracujących dla Heino. Czapkę trzymał w dłoniach. Widać było, że przeżywa wagę chwili. Oznajmił, że nazywa się Josef Haapala.

- Ludzie się niepokoją - mówił. - Zastanawiają się, co się dzieje. Wiemy, że Marcus Runefelt uwziął się na Heino. Dla nas oznacza to koniec. Runefelt ma swoich własnych pracowników i słabo płaci. Mógł tak robić, długo był jedynym pracodawcą w okolicy. Wielu z nas jest u niego na czarnej liście...

Mężczyzna spojrzał na czapkę, którą obracał w dłoniach.

- Rozumiem, dlaczego się niepokoicie - odpowie­działa Maja. - Ale Runefelt nie kupi naszego lasu, do­póki Heino i ja mamy siłę odmawiać.

- Myśleliśmy, że... Maja pokiwała głową.

- Któż inny w okolicy ma powóz? - spytała tylko. Josef Haapala zrozumiał. Czasem trzeba robić coś, czego by się nie chciało.

Maja wzięła głęboki oddech. Nadeszła okazja ukrócenia ewentualnych plotek.

- Powinniście wiedzieć - oznajmiła - że Heino już nigdy nie będzie mógł pracować z wami w lesie.

Mężczyzna wpatrywał się w nią, oniemiały.

- Heino stracił władzę w nogach. Jest sparaliżowa­ny od piersi w dół.

Cisza aż dzwoniła im w uszach.

- Sparaliżowany? - powtórzył Josef.

- Tak. Ale żyje - powiedziała Maja z naciskiem.

- Co będzie z nami? Mamy rodziny na utrzyma­niu, same poletka nie wystarczają.

- Jedyne, co się zmieniło, to fakt, że Heino nie bę­dzie przebywał z wami tak jak kiedyś. Poza tym nic się nie zmienia. Pracę zachowujecie, robicie to samo, co wcześniej. Heino nadal będzie podejmował decyzje.

Maja przerwała i zastanowiła się chwilę.

- Czy mogę ci ufać? - spytała.

Mężczyzna pokiwał głową, zmieszany. Nie miał pojęcia, do czego zmierza ta kobieta.

- Heino nie może sam doglądać wszystkiego jak kiedyś. A ludzie na pewno nie zniosą kręcącej się wśród nich kobiety. Poza tym Heino mnie potrzebu­je. Czyli że musimy mieć kogoś, kto przejmie na sie­bie wiele z zadań Heino.

Spojrzała na niego znacząco. Josef Haapala prze­łykał gwałtownie ślinę, nie mogąc wydobyć głosu.

- Ludzie wybrali cię, żebyś tu przyszedł, prawda? - spytała spokojnie.

Pokiwał głową.

- A więc mają do ciebie zaufanie. Przyszedłeś tu, czyli jesteś odważny. Podobasz mi się. Chcę, żebyś był taką osobą. Zastępcą Heino.

- A co on na to?

Maja wytrzymała jego spojrzenie.

- Heino jeszcze nie mówi. Ale nie możemy pozwo­lić na przestoje, prawda? Wy chcecie zarabiać. My mamy umowy. To musi iść dalej. Heino nie czuje się jeszcze dobrze, ale przejmie dowodzenie, gdy tylko będzie mógł. Na razie ja decyduję. Ale potrzebuję wa­szej pomocy, bo nie znam się na tym. Razem uda nam się utrzymać na powierzchni, dopóki Heino nie przejmie steru. Teraz, kiedy nie może dowodzić, nie pozwolicie chyba, żeby nasz statek zatonął?

- Zastępca? - zastanawiał się Josef Haapala, uśmie­chając się lekko.

- Straciliśmy ludzi - Maja drążyła dalej temat tak, aby Haapala się nie rozmyślił. - Nie chcę, żebyście wy i wasze rodziny coś straciły. Wyprawię pogrzeb tym, którzy zginęli. Idź do rodzin ofiar i daj im resz­tę wypłaty, z dodatkiem. Ten wypadek nie powinien nikogo pozbawić środków do życia. Do żniw jesz­cze daleko...

Pokiwał głową. Maja wyszła z pokoju, a on czekał, rozważając jej propozycję.

Zastępca...

Boże, gdyby chłopaki wiedziały, na wyścigi chcia­łyby tu przyjść. A jego niemal zmusili...

Wróciła. Blada, z podkrążonymi oczami, z włosa­mi ściągniętymi w węzeł na karku. Nie pasowała do niej ta fryzura, ale i tak była niezwykłą kobietą.

Może nie taką, o której snuje się marzenia. Nie ma­rzy się o kobiecie, która budzi lęk. A Mai Aalto moż­na się było bać! Josef Haapala cieszył się, że jego żona nie jest taka, ale jednocześnie uważał, że to dobrze, że właśnie Maja była żoną Heino. W przeciwnym razie sytuacja dla wielu z nich stałaby się naprawdę trudna.

Włożyła mu do ręki kilka ciężkich sakiewek. Jesz­cze nigdy nie trzymał tyle pieniędzy!

- Powinno się zgadzać - rzuciła. - Jeśli się w czymś pomyliłam, rozliczysz się z Heino. Nikogo nie chcę oszukać. Pamiętaj powiedzieć im o pogrzebie!

Pokiwał głową.

- A co teraz mamy robić? - zapytał ostrożnie, niepewny, czy ona nie oczekuje, że to on powinien wie­dzieć. W końcu miał być zastępcą.

- Trzeba rozładować zniszczone łodzie. Uratować, co się da. Nadal będziemy przesyłać drewno do Za­toki Botnickiej. Pewnie dotarły tam wieści, co się sta­ło z transportem. Wyślę kogoś z wiadomością, że do­trzymamy umowy.

- Nadal rzeką?

Maja przełknęła ślinę. Boże, dlaczego ona musiała decydować o takich sprawach! Przecież nie znała się na tym. Ale rozumiała, dlaczego Haapala o to pytał.

- Pewnie na razie nie będzie to możliwe - odpo­wiedziała. - Na razie trzeba je przewieźć inaczej. Ale gdy już nie będzie lodu...

Haapala kiwał głową. Może i kobiety nie powinny się na tym znać, to wbrew naturze. Ale ta miała olej w głowie. Uznał, że to sprawiedliwe: nie była prze­cież ładna, a każdemu należy się coś od życia...

- Drwale mogą nadal ścinać. Heino pewno wam mówił, gdzie.

To było jasne.

- Ci, którzy zginęli...

- O, właśnie. - Maja jeszcze nie obejmowała całości. - Potrzebujemy kogoś na ich miejsce. Z tym zdaję się na ciebie, Josefie. Mogę chyba tak się do ciebie zwracać?

Pokiwał głową.

- Do mnie możesz mówić Maja.

Aż zbladł z wrażenia. Nigdy, przenigdy nie zwró­ci się do niej po imieniu! Na zawsze będzie dla nie­go panią Aalto. Zbyt wysoko ją cenił.

- Spróbuj wybrać kogoś spośród tych, którzy na­razili się Marcusowi Runefeltowi - dodała z uśmiesz­kiem. - Niech nie czuje się Bogiem Wszechmogącym.

Coraz bardziej ją lubił.

- Będziesz pierwszym, który porozmawia z Heino, gdy on już dojdzie do siebie - obiecała Maja.

Josef Haapala, którego niemal siłą wypchnięto na rozmowę z Mają, wracał od niej przepełniony poczu­ciem odpowiedzialności, niosąc towarzyszom obiet­nicę dalszej pracy.

Maja dokonała trafnego wyboru. Josef w głębi ser­ca wiedział, że nie może jej zawieść. I nie zawiedzie. Nie tylko dlatego, że była żoną pryncypała. Nabrała w jego oczach cech niemal nieziemskich.

Heino odzyskiwał przytomność na krótkie chwile. Wydawało mu się, że nadal jest na tonącej łodzi. Wy­krzykiwał rozkazy, których nikt nie zdążył wykonać. Wszystko potoczyło się zbyt szybko.

Mówił do Mai, mówił, że ją kocha. Wspominał sy­na, którego powinni mieć.

Maja słuchała i płakała. Zaciskała zęby.

Poszła do wsi i wynajęła dwie dziewczyny do utrzymywania domu w porządku, a także parobka. Płatna pomoc okazała się teraz bardzo potrzebna. W krótkim czasie tyle się zmieniło.

Oporządzanie Heino wymagało wiele wysiłku, nie chciała jednak, by robił to ktoś inny. To był jej obo­wiązek.

Podczas jednego z takich zabiegów Heino ocknął się. Próbował jej pomóc.

Stało się tak po raz pierwszy.

Nie poszło dobrze.

Cisza dźwięczała w uszach.

Maja skończyła, odsunęła miskę.

- Zostań, Maju! - poprosił dawnym głosem.

Usiadła na brzegu łóżka. O Boże, o ile bledszy stał się przez ten tydzień! Oczy płonęły gorączkowym blaskiem. Budził się teraz na dłużej niż tylko na je­dzenie. Chciał rozmawiać.

- Ja nie wyzdrowieję, prawda? - spytał, chwytając ją za przegub dłoni.

Powoli pokręciła głową. Jakby zapadł się w sobie.

- Do diabła ze wszystkim! - zaklął, nie patrząc na Maję.

Opowiedziała mu, co zdecydowała w związku z la­sem.

- Może byłoby lepiej, gdyby Runefelt go kupił - rzucił zrezygnowany. - A co ze mną, Maju? Jaki mam wyrok? Nie mogę poruszać nogami. To się nigdy nie poprawi?

- Nigdy.

- Próbowałaś wszystkiego? - spytał. - Próbowałaś swej... mocy, Maju?

- Tak. Nic nie pomogło. Złamałeś kręgosłup. Bę­dziesz potrzebował metalowego gorsetu, żebyś mógł siedzieć. Tak powiedział lekarz.

- Lekarz? - zdziwił się.

Maja widziała, że jest zmęczony. Zbyt dużo nowe­go na raz.

- Sprowadziłam do ciebie lekarza - rzuciła.

- Pewnie to dużo kosztowało - skrzywił się. - Je­stem tego wart? Chyba niewiele ze mnie pozostało dobrego.

Pochyliła się nad nim, potarła policzkiem o jego policzek i lekko pocałowała.

- Nie myśl tak, Heino. Jesteś moim mężem. Ko­cham cię. Nie mogę cię stracić, rozumiesz?

Jego głos zabrzmiał gdzieś przy jej uchu, Maja mo­gła sobie tylko wyobrazić wyraz jego twarzy. Trzymał ją tak mocno, że aż się bała, że sobie tym zaszkodzi.

- Pewnie byłoby dla ciebie lepiej, Maju, gdybyś jed­nak mnie straciła. Powinienem był zginąć tam, pod wodą.

Trzymając ją, w końcu zasnął. Uścisk zelżał. Po­woli podniosła się, okryła go kocem. Poprawiła mu grzywkę, pogładziła po policzku. Uśmiechnął się przez sen.

Jej serce przepełniała miłość do Heino. Dziwne, że dopiero teraz to sobie uświadomiła.

Na wiele spraw było już za późno, ale wiele dopie­ro się zaczynało. Bała się, ale zarazem czuła się silna.

Chyba jednak była podobna do matki: była dum­na. Umiała trzymać głowę wysoko. Nigdy, przenig­dy nie zamierzała się poddać.

Ani ze względu na siebie, ani na Heino. Nigdy.

5

Życie toczyło się dalej. Drwale pracowali w lesie. Wypełniali zawarte dawniej umowy. Z niektórymi kontrahentami odnawiali zamówienia, inni już nie chcieli współpracować z Heino.

On sam nadal leżał.

Rozmawiał z Josefem, ale decyzje pozostawiał Mai. Ona pytała o radę Josefa, który często nie znał odpowiedzi. Było jej trudno.

Nadszedł dzień, w którym Josef opowiedział Heino o tym, jak wrócił do domu w powozie Runefeltów.

- Co miał z tym wspólnego Runefelt? - spytał. Brą­zowe oczy Heino przyparły Maję do muru. Czasami myślała, że jedyną naprawdę żywą częścią jego ciała są oczy.

- Przyjechał tamtej nocy - odparła. - Byłam wtedy u umierających. Chciał kupić las.

- I dlatego pozwoliłaś, żeby jego woźnica odwiózł mnie ich powozem?

Nigdy nie przypuszczała, że Heino może wypo­wiadać słowa tak lodowatym tonem.

- Był z nim jego syn - mówiła dalej ze stanowczym postanowieniem, że nie pozwoli się wyprowadzić z równowagi. - Przysłał do ciebie lekarza, zanim mnie to przyszło na myśl. Nie mogłam odmówić.

- A więc leczy mnie nadworny lekarz Marcusa Runefelta?

- Tak, doktor Bergfors - potwierdziła. - I jest cho­lernie dobrym lekarzem. A jeśli ci to ulży, to wiedz, że mu zapłaciłam. Więcej, niż by dostał gdzie indziej. Ja też nie chcę jałmużny.

- A co z powozem?

- Musiałeś zostać przewieziony do domu jak najostrożniej. William Runefelt zaproponował powóz. Przecież nikt inny w okolicy nie ma krytego powozu!

- Rozumiem, że dużo rozmawiałaś z młodym Runefeltem?

Umyślnie nie zwróciła uwagi na jego złośliwy ton.

- On nie jest podobny do ojca - rzuciła. - A to była na pewno ostatnia przysługa, którą od nich przyjęliśmy.

- Runefelt zawsze będzie Runefeltem - stwierdził Heino. - Oni zawsze każą sobie spłacić dług co do grosza. Mają to we krwi. Zapamiętaj moje słowa, Ma­ju, oni jeszcze na pewno dadzą o sobie znać!

Okazało się, że Heino miał rację. Kilka dni później przyjechał doktor Bergfors. Maja wpuściła go z wa­haniem.

- Jak pacjent? - spytał, pozwalając Mai wziąć płaszcz i kapelusz.

- Leży - odparła.

- Nie mogłem go tak zostawić. Nigdy przedtem nie miałem takiego przypadku.

- Tak, pewnie u Runefeltów takie rzeczy się nie zdarzają - wymknęło się Mai. Czuła, że to nie było uprzejme, i zagryzła usta. Nie musiała być złośliwa. Ten człowiek, o ile zrozumiała, przyjechał tu z wła­snej nieprzymuszonej woli.

Zaprowadziła go do Heino.

- Kto to, u diabła? - Heino też nie był specjalnie przyjemny.

- Lekarz.

- Nadworny lekarz Runefeltów? - spytał szyder­czo Heino.

- Tak mnie niektórzy nazywają - odpowiedział Bergfors nieporuszony.

- Czego chcesz? Zobaczyć, czy niedługo zdechnę? Czy to dlatego stary cię tu przysłał?

- Przyjechałem z własnej inicjatywy - odparł lekarz. - Między innymi po to, żeby zdjąć miarę na gorset.

- Czy to nie to, czego używają kobiety? - spytał podejrzliwie Heino. - Bo ja żadną babą nie jestem, mimo wszystko!

- Czy chcesz móc siedzieć? - spytał Bergfors. Heino skulił się. Fakt, że musi leżeć, przysparzał mu cierpień. Maja wiedziała o tym, mimo że on nie wspomniał na ten temat ani słowem.

- A będę mógł?

Lekarz wzruszył ramionami.

- Według mnie wszystko zależy od ciebie. Wcześniej nie byłeś tchórzem, dlaczego miałbyś się teraz bać?

- Wcześniej nie było powodów - Heino lubił mieć ostatnie słowo. Westchnął głośno. - Nie podoba mi się to. Nigdy nie przypuszczałem, że będę leczony przez lekarza Runefeltów. Ale skoro już przejechałeś tak długą drogę, dam ci do zbadania moje nędzne cia­ło. Przecież nie mogę ci uciec... No i mam jeszcze jed­no pytanie. - Spojrzał na Maję. - Kochanie, czy mo­głabyś wyjść? Już i tak jest mi trudno. Będę się czuł lepiej, jeśli to pozostanie między mną a tym panem. I może jeszcze starym Runefeltem.

Twarz Bergforsa pozostała nieporuszona.

Maja wyszła.

Dziewczyny, które miała do pomocy, nie mieszkały u niej. Nie potrzebowała ich ani późno wieczorem, ani wcześnie rano. Nie czuła się swobodnie, gdy ob­ce osoby wchodziły jej w drogę.

Ale gdy weszła do salonu, ujrzała, że nie jest sama.

William Runefelt zerwał czapkę z jasnych włosów.

Maja zapomniała, że jako pani domu powinna oka­zywać gościnność.

- Co, u diabła, tu robisz? - syknęła. Uśmiechnął się niepewnie, ale wydawało się jej, że widzi błyski w jego oczach. Ale to może od światła lam­py migoczącej w przeciągu. Zamknęła za sobą drzwi.

- To bezczelność - zaczęła szeptem, żeby Heino jej nie usłyszał.

William położył palec na ustach, a Maja ku swemu zdziwieniu usłuchała.

- W powozie było zimno - oznajmił - a nie chcia­łem, żeby mnie ktokolwiek widział.

- Co, masz na tyle poczucia przyzwoitości? Nie chcesz, żeby cię ludzie widzieli? Ale po co, u diabła, w ogóle przyjechałeś? - spytała z rumieńcami gniewu na policzkach. - Przecież nawet twój ojciec zrozu­miał, że nie sprzedamy lasu!

- Nie dbam o to... - zamilkł. Może powiedział coś, czego nie powinien zdradzić?

Maja dopiero teraz dostrzegła, że był ubrany jak inni, prosto, w ciemne ubranie. Bardziej wyglądał na woźnicę niż na syna Runefelta.

Woźnica...?

Zwróciła uwagę na skrzynkę, którą położył przed sobą na stole. Była podłużna, o długości ramienia, węższa z jednego końca.

- Tu nie chodzi ani o mojego ojca, ani o twojego męża, Mario - mówił. - To jest ważniejsze niż ten ich zatarg. Chcę cię spytać, czy mogę przechować tę paczkę u ciebie.

- Dlaczego?

- Bo nie mogę trzymać jej w domu.

- Czy to coś niebezpiecznego?

Dźwięczały jej w głowie słowa Heino, że Runefeltowie zawsze domagają się spłaty długów.

- Poniekąd - odparł. - Nikt nie może znaleźć jej u mnie. - Jest niebezpieczna dla mnie lub Heino?

- Nikt tu nie będzie jej szukać - odpowiedział, nie spuszczając z niej poważnego wzroku.

- Ktoś może jej szukać? Pokiwał głową.

- To ty powoziłeś? - spytała, chcąc zyskać na czasie.

- Tak. Podoba ci się przebranie?

- Lekarz też jest w to zamieszany? Czy dlatego tu przyjechał, żebyś miał pretekst?

- On tu przyjechał do twojego męża, Mario. Ja za­proponowałem, że go odwiozę. Zawsze mogę powie­dzieć, że zrobiłem to dla rozrywki.

- Jeżeli się zgodzę - powiedziała powoli Maja, nie mając pojęcia, dlaczego miałaby być aż tak niemądra - czy będzie to długo trwało?

- Mamy nadzieję, że nie - odparł, zdradzając, że nie działa sam.

- Krócej niż rok?

- O wiele krócej.

- No dobrze - zdecydowała. - Mam nadzieję, że kiedyś się dowiem, co to jest.

Odetchnął z ulgą.

- Może - odrzekł powoli. - Może, Mario. Tam, gdzie to schowasz, musi być sucho.

Maja pokiwała głową. Przeszedł ją dreszcz. Chyba wiedziała, co może być w paczce, ale nie miała poję­cia, dlaczego ją poprosił o jej schowanie.

- Nie chciałem nikogo w to mieszać - mówił dalej William. - A na pewno nie kobietę. Ale w naszych czasach trudno komuś wierzyć. Zwłaszcza ludziom z moich kręgów.

- Więc przyjechałeś do mnie, bo winna ci byłam przysługę?

- Nigdy tak nie pomyślałem! - zaprotestował. Maja pozostała przy swoim zdaniu.

- To, co robiłaś wtedy, gdy zatonęły łodzie, prze­konało mnie, że jesteś kobietą odważną i z sercem otwartym dla innych. To ważne. Dlatego pomyśla­łem, że mogę ci powierzyć tę skrzynkę.

Wstał. Podniósł paczkę.

- Zaniosę ją, jest bardzo ciężka.

Maja myślała szybko. Musiało być to miejsce, gdzie nie kręci się służba. Zapieczętowana skrzynka mogłaby wzbudzić czyjąś ciekawość.

Zaprowadziła Williama do pokoju, gdzie stały kro­sna. Był mały i pełny materiałów, których zamierza­ła użyć do tkania gobelinów. Dziewczęta nie miały tu wstępu, to było wyłącznie jej terytorium.

Maja zdążyła otworzyć szafę, ale William Runefelt wsunął skrzynkę pod stos gałganków, jakich było tu kilka.

- Czasem najlepiej jest chować rzeczy na wierzchu - powiedział. - Nikt nie będzie tu dokładnie szukał.

Maja nie wpadła na to. Ale wyglądało, że o się nie mylił. Czasami nie dostrzega się tego, co się ma przed oczami.

- Nie wiedziałem, że jesteś artystką - rzucił, przy­glądając się jej tkaninie rozpiętej na krosnach.

Maja wyszła z pokoju, wynosząc lampę. Nie chciała, żeby ten obcy człowiek, syn najważniejszego człowieka w Vasterbotten, widział jej prace. Były zbyt osobiste.

- Wszystkie kobiety tkają - rzuciła krótko. Jednak czuła, że się zarumieniła. Ucieszyło ją, że ktoś docenił jej zdolności. Ale on nie powinien się o tym dowiedzieć.

- Nie te, które znam - odrzekł cicho. - One... ha­ftują - dodał z obrzydzeniem w głosie, jakby nie ce­nił zbyt wysoko kobiet ze swej klasy.

Maja chciała powiedzieć coś w ich obronie, ale nie zdążyła.

Drzwi zewnętrzne nie były zamknięte. Zdarzało się, że Maja po prostu o tym zapominała. Tutaj lu­dzie nie kradli.

Otworzyły się i wszedł ciemnowłosy, niski męż­czyzna odziany w skóry.

Maja stała chwilę nieruchomo, nie mogąc uwierzyć własnym oczom, a potem rzuciła się przybyszowi na szyję. Śmiała się i płakała jednocześnie, ściskała go, głaskała po policzku, wciąż go obejmując.

- Tak bardzo pragnęłam, żebyś się zjawił, Ailo! - powiedziała wreszcie, spoglądając mu w oczy.

- Chyba jeszcze bardziej, moja Maju - odparł z po­wagą. - Jeszcze nigdy tak mocno nie czułem, że mnie potrzebujesz. Ze muszę tu przyjść.

Maja pokiwała głową.

- Nie miałam nikogo innego - potwierdziła cicho. - Zupełnie nikogo. A to był jedyny sposób, żeby do cie­bie dotrzeć...

- Co tu się dzieje? - zastanowił się Ailo, wypusz­czając Maję z objęć. Rozejrzał się za mężczyzną, z którym rozmawiała siostra, gdy wszedł, ale kory­tarz był pusty.

William Runefelt skorzystał z okazji, żeby zniknąć.

- Kto to był?

- Woźnica lekarza - skłamała Maja bez zająknienia.

- Coś się stało z Heino?

Maja zaprowadziła brata do kuchni i opowiedzia­ła mu o wszystkim.

Ailo siedział oparty o ścianę. Oczy omiatały wzro­kiem kuchnię Mai. Duże palenisko, biały piec, półki z miedzianymi garnkami, szafki z drewnianymi drzwiami. Firanki. Maja miała w kuchni firanki! Po­mieszczenie było tak duże jak cały dom Reijo.

Świat Mai.

Ktoś schodził po schodach. Maja zerwała się na no­gi i wyszła na korytarz.

Ailo usłyszał kogoś mówiącego po szwedzku. Tro­chę rozumiał ten język.

- Zbadałem go - mówił Bergfors. - Nie można zbyt wiele tu zrobić. Nic nie czuje od piersi w dół, tak jak wcześniej ustaliłem. Nikt mu już nie pomoże.

- Ale przecież nie może tylko leżeć - odparła Ma­ja ostro. - Mówiłeś mu to?

Lekarz nie chciał odpowiedzieć. Ci okaleczeni, których znał, właśnie tylko leżeli. Nie zaliczali się już do świata normalnych ludzi. Co mieliby w nim do roboty? Bez władzy w kończynach, stale pamię­tając o swoim nieszczęściu? Już lepiej, żeby byli izo­lowani; także dla otoczenia. Po co ciągle sobie przy­pominać o wypadkach i chorobach? Jak by to było, gdyby przebywali wśród innych? Byli przecież tacy... nieestetyczni.

Ta kobieta pewnie nie zna tego słowa, więc nie ma sensu jej tego tłumaczyć.

- Zdjąłem z niego miarę - odpowiedział w końcu.

- Zamówię gorset, który pomoże mu utrzymać po­zycję siedzącą.

Maja pokiwała głową.

- Przywiozę go, gdy będzie gotów.

- Może weź wtedy innego woźnicę - wyrwało się Mai.

- Przecież nie mogłem mu odmówić - odparł le­karz zmieszany. - Miał taką zachciankę. Ci młodzi!

- No tak, nie mogłeś odmówić - zgodziła się Ma­ja, podając lekarzowi płaszcz. Bergfors był na chlebie Runefeltów. Wiedziała, że nigdy by nie przyznał, ale właściwie nie różnił się od dzierżawców mieszkają­cych wzdłuż rzeki.

- Teraz śpi - dodał lekarz, wkładając kapelusz. - Nie będzie mu łatwo. Życie mu się odmieniło. - Spoj­rzał na Maję. - Szkoda, że nie macie dzieci. Tobie też by to dobrze zrobiło. Chyba z tym jest mu się naj­trudniej pogodzić.

Maja przełknęła ślinę. To właśnie przeczuwała w głębi serca i tego obawiała się najbardziej.

I nie było nadziei. Po ich ostatniej wspólnej nocy miała już comiesięczne krwawienie. Ale może to ni­gdy nie miało się udać? Może to ona była bezpłodna?

Cicho weszła schodami na górę do ich sypialni. Lampa się nadal paliła. Przesunęła ją dalej od łóżka, żeby się nie przewróciła i nie podpaliła pościeli. Za­częła teraz zwracać uwagę na takie szczegóły.

Heino spał. Albo udawał.

Maja posiedziała u niego chwilę. Uścisnęła lekko dłonie, pogładziła po policzkach. Była przepełniona czułością do niego. Planowała, jak go przywróci do życia. Ten żelazny gorset był pierwszym krokiem. Heino powinien mieć po co żyć, już ona o to zadba.

Ailo nadszedł za nią cicho. Stanął w progu. Patrzył na nich.

Mała, silna Maja. Wola ze stali w drobnej kobiecie. Ogień w spojrzeniu. I Heino, który był mężczyzną o mocnych rękach. Teraz żyła tylko jego twarz oko­lona ciemnymi włosami. Dłonie leżały bezczynnie na kołdrze.

Można było poczuć się bezradnym.

Maja wstała i wyszła po cichu. Drzwi zostawiła uchylone. Gdyby Heino się obudził i potrzebował jej, usłyszałaby wołanie. Powinna zainstalować dzwonek na sznurku. Na razie bała się, że mógłby się poczuć tym dotknięty.

- Co się u ciebie działo? - spytała Maja, gdy już znów siedzieli w kuchni. Ailo najbardziej podobało się właśnie to pomieszczenie. - Wiem, że pobraliście się z Idą. Wiem też, że był jakiś wypadek, coś z wodą...

Ailo nie zdziwiło, że Maja o tym wiedziała. Było to oczywiste. Jedząc, opowiadał, że właśnie jest w dro­dze do domu. Nie zostanie długo, bo musi do swoich. Musi się z nimi pogodzić, zanim nadjedzie Ida.

Maja kiwała głową ze zrozumieniem. Ale nadal by­ła przekonana, że niedobrze się stało, że Ailo i Ida się pobrali. Raija i Mikkal nigdy nie należeli do siebie, mimo że się kochali całe życie. Może to i miało ro­mantyczne przesłanie, że ich dzieci miały być ze so­bą szczęśliwe. Ale Maja wiedziała, że coś w tym jest nie tak. Przeczuwała ból.

Ale to musiała nieść sama. Tego nie mogła powie­dzieć Ailo.

- Potrzebuję cię, żebyś pomógł mi natchnąć Heino do życia - wyznała. - Nie mogę pozwolić, żeby tak wiądł w pościeli.

- Do jakiego życia? - zastanawiał się Ailo. Rozu­miał, co Heino mógł teraz czuć, rozumiał, że szwa­gier wolałby nie żyć.

- Kocham go - stwierdziła Maja z przekonaniem. - Kocham tego człowieka, Ailo. I wiem, że nie pozwo­lę mu tak leżeć całe życie. Znów będzie pracował. Wy­pełni swój czas czymś wartościowym.

Ailo się nie sprzeciwił, mimo że z trudem to sobie wyobrażał.

- I potrzebuję cię - dodała, patrząc na Ailo z od­daniem. - Potrzebuję kogoś mojej krwi. Kogoś, kto zrozumie mój ból i strach, i pragnienie śmierci...

Milczał, bo nie mógł znaleźć słów, które byłyby w stanie ukoić jej rozpacz.

- A jak się ma Reijo? - spytała niespodziewanie.

6

Przez cały tydzień w okolicy mówiono o wizycie jednego z królewskich ministrów u Marcusa Runefelta. To było wydarzenie.

Ale szczególnie podniecający okazał się fakt, że lu­dziom towarzyszącym ministrowi zginęła broń. Pięć pistoletów.

W towarzystwie Ailo Heino miał lepszy humor. Rozmawiał z nim w inny sposób niż z Mają. Jak męż­czyzna z mężczyzną.

- Wolałbym umrzeć - rzucił. Dni mu się dłużyły. Miał się na tyle dobrze, że już nie sypiał w dzień. Trudno mu było wypełniać czas.

- Też bym tak czuł - odparł Ailo. Wiedział jednak, że to nie Heino jest powodem jego przybycia do Finlandii. Siedzenie w zamkniętym domu napełniało go niepoko­jem. To nie mogło być tym powodem. Nie jedynym.

- Wszystko zainwestowałem w las - mówił dalej Heino. - Wszystko. Kupiłem więcej, niż to było roz­sądne. To miało się zwracać latami. Ale kto mógł przypuszczać, że dojdzie do wypadku, po którym sta­nę się kaleką?

- Czego byś chciał?

- Umrzeć - odparł Heino gorzko. - Nie, może i nie - dodał po chwili. - Jakie to dziwne, że człowiek trzyma się życia pomimo wszystko. Sam nie wiem, czego chcę.

od siebie, od tego, co ze mnie pozostało. Zapytaj Maję! Ona zawsze zna odpowiedź.

Obaj wiedzieli, że Maja i Josef Haapala siedzieli piętro niżej i rozmawiali o drewnie i lesie. Josef po­wiadomił Heino, że otrzymali ofertę od nowego kup­ca, która mogła przynieść dużo pieniędzy. Heino przekazał sprawę Mai, nawet nie chciał przysłuchi­wać się dyskusji.

- Handel drewnem może być twoją przyszłością - rzucił ostrożnie Ailo. - Maja przecież ani razu nie była w lesie, kierowała wszystkim stąd. Ty też byś tak mógł.

- To nie tak miało być - zaprotestował Heino. - Nie miałem być panem. Chciałem pracować razem z ludźmi, pocić się wraz z nimi. Mieć na dłoniach od­ciski i pić tę samą kawę, co oni. Nie chciałem siedzieć na jedwabnych poduszkach i podpisywać papiery. Ty to rozumiesz, Ailo, bardziej niż ktokolwiek! Tak dłu­go byłem wolny i niezależny. Miałem nadzieję, że złoto mi to zapewni na resztę życia. - Zaśmiał się głu­cho. - A teraz jestem całkowicie zależny od innych. Przykuty do łóżka. Przywiązany do pięknej kobiety, która miałaby teraz lepsze życie beze mnie. Powinna była zostać w Jykea, nad fiordem. Może zaznałaby szczęścia? Może on by się ugiął?

- Reijo? - spytał Ailo.

- Co, też się domyślałeś? - Heino uśmiechnął się, zmęczony. - Maja sądziła, że jej tajemnica jest bezpiecz­na. To prawda, nikt jej nie zdradził poza nią samą.

- Najlepsza rzecz, jaka się Mai przydarzyła, to wy­jazd z tobą - stwierdził Ailo z przekonaniem. - I mu­sisz wiedzieć, że na pewno nie jest przy tobie z lito­ści, Maja nie jest taka. Ona cię bardzo kocha. Wszyst­ko robi z miłości.

Heino uśmiechnął się blado znad poduszki.

- No, tak - rzucił. - Teraz to robi z miłości. Ale co będzie za rok? Co za trzy? Za dziesięć? Czy nadal bę­dzie opiekować się mną z miłości? Jestem i pozosta­nę dla niej ciężarem. Jestem od niej całkowicie zależ­ny. To cholerna świadomość. A co, u diabła, mogę jej zaoferować? Nie jestem dla niej mężczyzną. Zwłasz­cza nie w łóżku. Nie mogę się z nią kochać. Nie mo­gę dać dzieci. Jaka kobieta wytrzymałaby takie życie?

- Jeżeli w ogóle jakaś, to właśnie Maja. Jak na ko­bietę jest niezwykła.

- Chciałbyś tak leżeć? - spytał Heino. - Wiedząc, że Ida miałaby spędzić przy tobie resztę życia?

Ailo nie odpowiedział. Ten przykład podziałał mu na wyobraźnię.

- Wydaje się, że twoim ludziom ciebie brakuje - rzucił.

- Jak długo jeszcze? - spytał Heino gorzko. - Pew­nego dnia stanę się dla nich tylko biedakiem, który ledwo może siedzieć. Oni są mężczyznami o spraw­nych dłoniach i nogach, tak jak ja kiedyś. Byliśmy so­bie równi. Wcześniej czy później zrozumieją, że je­stem od nich gorszy.

- Nie wmawiasz sobie tego?

- Dla mnie to prawda. Zapadła cisza. Przerwał ją Heino.

- Gdybym cię o coś poprosił, Ailo, pomógłbyś mi? Pomógłbyś mi się z tego wydostać? Dał mi możli­wość... skończenia z tym?

Ailo oczekiwał takiego pytania, mimo to aż go ukłuło. Heino był mężczyzną. Leżał i wiądł w poście­li, ale nadal był mężczyzną.

- Dać ci nóż? Żebyś mógł nim przeciąć żyły? Czy o taką pomoc prosisz?

Heino pokiwał głową.

- Są dni, gdy jestem tak zdesperowany, że wydaje mi się to jedyną drogą wyjścia. Wtedy miałbym przed sobą niebo albo piekło, przynajmniej dwie możliwo­ści. Tu mam tylko jedną: wieczne nic.

Ailo zaprzeczył ruchem głowy.

- Zrobisz to dla mnie? Okażesz się przyjacielem i zrobisz to?

- Nawet twój najlepszy przyjaciel nie pozwoliłby na to, Heino. Ja nie chcę ci w tym pomóc. Uważam, że potrafisz jeszcze czegoś dokonać. Jeżeli zechcesz. Wszystko zależy od ciebie, nie od Mai. Ona ci wszyst­ko ułatwia i może to jest błąd. Może za dużo bierze na siebie. Czy pomyślałeś o tym, że ona nagle przeję­ła prowadzenie spraw, o których nie ma pojęcia? I cał­kiem dobrze jej to wychodzi. Twoi ludzie są zadowo­leni. Ale wiele ją to kosztuje. I dba o ciebie lepiej niż rodzona matka. Maja robi cholernie dużo dla ciebie. Robi to z miłości, ale to ją kosztuje. Jeżeli uciekniesz stąd, do nieba czy do piekła, jak mówisz, nie zdej­miesz z niej odpowiedzialności. Ale możesz znów być sobą. Na tyle, na ile ci się uda. Robić to, co jesteś w stanie. Głowę przecież masz nieuszkodzoną. Tylko w ten sposób możecie się spotkać w połowie drogi. Tak możesz jej okazać, że ją kochasz.

Heino uśmiechnął się krzywo.

- Maja lepiej by tego nie powiedziała. Choć pew­nie nigdy by się na to nie zdecydowała. Nie chce mnie niepokoić. Nigdy mi nie mówi, że jest zmęczona. - Westchnął. - Myślisz, że tego nie wiem? Że nie wiem, jakim jestem ciężarem, niezależnie od tego, co zro­bię? Nigdy nie będzie tak, jak kiedyś. Nigdy. To po prostu niemożliwe. I nigdy się nie polepszy.

- A więc odpuść sobie las, wszystko. Sprzedaj te­mu bogatemu... jak mu tam?

- Sprzedać Runefeltowi? Nigdy!

- Więc Maja ma nadal męczyć się po to, by zreali­zować twoje marzenia? - Ailo z uśmiechem potrzą­snął głową. - Chyba źle oceniasz moją siostrę. Ona te­raz robi to wszystko, bo uważa, że nie jesteś jeszcze w stanie pracować sam. Ale później nie będzie chcia­ła tracić w ten sposób życia. Aż tak nie lubi lasu.

Heino westchnął. Też znał Maję na tyle, by wie­dzieć, że to prawda.

Maja z wypiekami na twarzy wbiegła po schodach tak lekko, że aż coś ukłuło Heino w sercu. Przypo­mniał sobie, że jest unieruchomiony.

- Josef przekazał mi świetną ofertę. Pewien Akerblom jest zainteresowany handlem z nami. Nie chce mieć do czynienia z Runefeltem.

- Do czego mu potrzeba drewna?

- Do budowy statków.

- Akerblom? - zastanawiał się Heino. - Nigdy o nim nie słyszałem. Może jest Szwedem, który przy­jechał tu w latach, gdy byłem w Norwegii. Wielu z nich osiedliło się po tej stronie rzeki.

- Jest pewna trudność - rzuciła Maja. - Tak?

- Chce rozmawiać z którymś z nas. Ale nie może przyjechać na północ. Chce się z nami spotkać w Oulu. Uleaborg - dodała szwedzką nazwę miasta. Tak, jak przekazał jej Josef.

- Możni tak postępują - stwierdził Heino ze zna­jomością rzeczy. - Rzadko przyjeżdżają do biedaka, który chce coś sprzedać. Trzeba jeździć do nich.

- Nie powinniśmy zajmować się małymi zamówieniami - rzekła Maja. - Takie zamówienie to dużo pra­cy, a mało zysku.

Heino mrugnął do niej.

- Szybko się uczysz - stwierdził z uznaniem. - Po­wiedziałaś Josefowi, żeby pojechał?

Maja potrząsnęła głową.

- Dlaczego nie?

- On by go nie przekonał - odparła.

- Jest tak, jak mówię: szybko się uczysz. Josef Haapala nigdy nie byłby w stanie sprzedać czegoś czło­wiekowi o nazwisku Akerblom. I tak za słabo mówi po szwedzku. - Heino zamilkł na chwilę. - A czy ko­bieta potrafi dojść do porozumienia z człowiekiem, który ma pieniądze na budowę statków?

- Obawiam się, że to jest nasza jedyna szansa - westchnęła Maja. - Chyba że zrezygnujemy z zamó­wienia.

- I co, damy do zrozumienia, że nie jesteśmy zain­teresowani sprzedażą?

Maja wzruszyła ramionami. Bała się. Heino pro­wokował ją do podjęcia decyzji, którą właściwie już podjęła.

Serce biło jej mocno. Po raz pierwszy Heino wy­kazał zainteresowanie handlem. Zwykle nawet nie odpowiadał na jej pytania. Odprawiał ją, mówiąc, że­by sobie sama poradziła.

Teraz myślał o nich. Nie używał tego zimnego i sa­motnego „ty”. Mówiąc o handlu, powiedział „my”!

- To długa podróż, co najmniej dwa dni - zastana­wiała się Maja. Nie podobało jej się to, mimo że sa­ma przygoda ją pociągała.

- Z pewnością możesz pożyczyć powóz od twoje­go przyjaciela, młodego Runefelta - wymknęło się Heino. Trafił celnie. - Przepraszam - powiedział za chwilę. Przez twarz przemknęła mu chmura.

Także Maja pobladła, jej oczy stały się bezdennie ciemne.

- Przepraszam, moja Maju! Nigdy tego nie powi­nienem był powiedzieć. Ale nachodzi mnie tyle głu­pich myśli, kiedy tu leżę. Ale i to mnie nie usprawie­dliwia. Naprawdę nie chciałem cię zranić. Przecież mamy wozy, a już jest ciepło. Nic nie szkodzi, że nie mają dachu i ścian. Przenocujesz w Tornio. Nie bę­dziemy oszczędzać, gdy żona Heino Aalto jedzie w podróż w sprawach służbowych.

Maja przełykała gorycz. To, co wyszło z ust Heino, kłuło jej serce jak kolce pięknych róży. Wtedy, gdy to mówił, tak właśnie myślał. Powiedział to wła­śnie po to, żeby ją zranić.

Najgorsze, ze miała nieczyste sumienie. Że coś mu­siała przed nim przemilczeć. To, co schowała w po­koju tkackim.

Pistolety ministra?

Maja nie wiedziała. Nie chciała wiedzieć. Dopóki nie wiedziała, nie brała na siebie odpowiedzialności. Może to i złe usprawiedliwienie...

- W porządku - odpowiedziała. - Zapomnijmy o tym. Ja już zapomniałam.

Oboje wiedzieli, że kłamała. Nie była w stanie za­pomnieć, nigdy nie umiała. Finlandia w niej tego nie zmieniła.

- Powinnaś chyba wyruszyć za kilka dni - uznał Heino. - Jest tu Ailo. Dziewczyny gotują i sprzątają. Paro­bek obrządza zwierzęta. Czego mi może brakować?

Nie wiedziała, co odpowiedzieć.

- Może przy okazji odbierzesz moją żelazną kamizelkę? Jak będziesz przejeżdżać przez Tornio, zaj­rzysz przecież do tego łapiducha.

Heino nie chciał używać słowa „gorset”, było ko­biece. Miał dostać kamizelkę, a trudno wszak o ma­teriał bardziej męski niż żelazo.

Przygotowania do podróży trwały kilka dni. Maja zdawała sobie sprawę, że to za długo, ale nie chciała, żeby Heino poczuł się opuszczony, zostawiony na pastwę losu.

Dręczyły ją wyrzuty sumienia.

Jeden z ludzi Heino miał być jej woźnicą. Maja uważała, że to niepotrzebne, przecież powoziła już wcześniej. Ale Heino twierdził, że nie wypada, by je­chała sama. Na pewno nie w tej sprawie. Powinna sprawiać wrażenie, że stoi za nią ktoś ważny, a nie jechać jak jakaś dziewczyna na posyłki.

Maję zabolały słowa Heino. Dobrze wiedziała, że nie urodziła się do takiego życia. Znała swoje korze­nie. Do tej pory nie wstydziła się ich, i teraz też nie będzie. Oboje pochodzili z biednych rodzin, ale to nie czyniło ich mniej wartościowymi.

Były to nowe i niebezpieczne myśli w czasach, gdy różnice klasowe ograniczały każdy krok w życiu.

Wyruszyła przy ładnej pogodzie. Zrobiło się już zie­lono. Maja uściskała Heino mocniej niż zwykle, ucało­wała. On zbywał jej pieszczoty, wydawało się, że żona je na nim wymusza. Dawał wyraźnie do zrozumienia, że napięcie erotyczne pomiędzy nimi już umarło.

- Boję się - wyznała.

- To nic strasznego - uspokajał ją. - Po prostu bądź sobą, tylko to się liczy. I nie pozwól, żeby ten ktoś zyskał przewagę. On chce kupić to, co my mamy na sprzedaż. Pamiętaj o tym i nie przejmuj się, jeśli za­cznie używać słów, których nie zrozumiesz. Zwykle mówią wtedy coś, co i tak nie ma znaczenia, tylko po to, żeby ukryć prawdę.

Maja czuła się zagubiona, kiedy tak siedziała na wo­zie. Powoził chłopak imieniem Penti. Znał się na ko­niach, ale nie był rozmownym towarzyszem podróży.

Maja rozglądała się wokół. Krajobraz nie różnił się zbytnio od Tornedalen: nadal szerokie niziny i ciem­ne lasy świerkowe ciągnęły się aż po niebieskie nie­bo, nie oddzielone od niego ani pagórkiem.

Rzeka, szeroko i spokojnie płynąca wzdłuż drogi, dawno temu była granicą pomiędzy dwoma państwami: Szwecją i Finlandią. Teraz wszystko było szwedzkie. Ale rzeka nadal stanowiła granicę pomiędzy narodami.

Krajobraz był otwarty.

Reijo opowiadał, że Raija nigdy nie oswoiła się do końca z górami przy fiordzie Lyngen. Czuła, że ją osaczają, ograniczają. Możliwe, że natura mogła tak działać na człowieka. Jeśli był na to podatny.

Raija na pewno była.

Maja też. Ten krajobraz różnił się bardzo od gór, które tak kochała, od fiordu, na który lubiła patrzeć, który nigdy nie był taki sam.

Tu było inaczej, ale też ładnie. Otwarte przestrze­nie miały swój czar, który podziałał na Maję. Podo­bało jej się tu. Przecież chciała należeć do tego kraju. Mogła zapuścić korzenie w wielu miejscach. Osada przy norweskim fiordzie miała szczególne miejsce w jej sercu. Ale Tornedalen też stało się jej domem.

Przybyli do Tornio wczesnym wieczorem. Dawny znajomy Heino miał w okolicy gospodarstwo, tam miała przenocować. Maja kiedyś spotkała owego znajomego i jego rodzinę. Zjadła z nimi kolację, rozma­wiając uprzejmie. Była zadowolona, że mogła wcze­śniej wstać od stołu, usprawiedliwiając się, że jutro musi rano wyruszyć.

Po raz pierwszy ujrzała pałac Marcusa Runefelta. Zrozumiała, dlaczego Heino trudno było go opisać. To trzeba było zobaczyć na własne oczy.

Przed oczami stanęły jej ubogie chaty dzierżaw­ców na jałowych poletkach ziemi.

Mogła też zrozumieć gorycz Heino. Marcus Runefelt zachowywał się tak, jakby cała Finlandia, a przynaj­mniej fińska część Vasterbotten była jego własnością.

Nie było w porządku, że w ręku jednego człowie­ka spoczywała taka władza i bogactwo.

To do takiego właśnie świata urodził się William Samuli Hugo Runefelt. Dlaczego mu to nie wystar­czało? Dlaczego musiał wedrzeć się do jej świata, świata ludzi prostych?

Miała aż nadto swoich spraw. Nie potrzebowała poznawać jego poglądów.

Dobrze było mieć zaplecze w postaci tego dużego domu Z widokiem na Zatokę Botnicką.

Nie rozumiała, dlaczego tak często Runefeltowie okupowali jej myśli.

Celem jej podróży był Uleaborg, jak Szwedzi prze­mianowali fińskie Oulu.

Odnalazła siedzibę firmy Akerblom. Czekał tam na nią powóz. Pracownik biura przekazał jej, że pana Akerblom nie ma w Uleaborg. Przysłał po nią powóz, żeby zawieźć ją na nabrzeże. Tam czeka łódź, która przewiezie ją do jego posiadłości na wyspie Hailuoto. Nie musi się obawiać długiej podróży, jeśli źle znosi morze. Na wyspie oczekuje ją drugi powóz.

Nie tego spodziewała się Maja. Sądziła, że poroz­mawia z Akerblomem w Ouli, a nie że będzie musia­ła przeprawiać się na jakąś wyspę. Heino miał rację: bogaci stawiali warunki. Ale skoro zajechała już tak daleko, nie cofnie się teraz i nie wróci z nie załatwio­ną sprawą.

- Co z moim woźnicą? - spytała. Nawet jeśli Akerblom nie zaprząta sobie uwagi służbą, ona na to nie pozwoli.

- On i koń zostaną w Uleaborg - odpowiedział mężczyzna. - Zajmę się tym osobiście.

- Zakładam, że nie będzie to jakaś dziura - odpar­ła Maja ostro. - My traktujemy ludzi po ludzku, nie­zależnie od tego, do jakiej klasy przynależą.

Może to zabrzmiało zbyt butnie, ale on i tak nie zdąży przekazać jej słów przełożonemu, zanim ona z nim nie porozmawia. Co będą mówić po jej odjeź­dzie, Mai nie interesowało.

- To porządne miejsce - stwierdził rozmówca. - Mogę ci je pokazać.

Maja dała spokój. Pełna mieszanych uczuć weszła do powozu ich przyszłego klienta.

Ruszyła w nieznane.

Objechali zatokę i dotarli na cypel, gdzie czekała łódź.

Nie była duża. Miała miejsce pod pokładem. Zało­ga złożona z trzech osób pozdrowiła ją uprzejmie, jakby była damą.

Przeprawa nie trwała długo, informacje się zgadzały. Maja nie zdążyła nawet się zastanowić, kim mógł być ten Akerblom. Wiedziała tylko, że był bogaty, a więc przyzwyczajony, żeby wszystko szło po jego myśli.

Gdy Maja poczuła, że przybijają do lądu, wyszła na pokład. W ręku trzymała torbę podróżną. Nikt by jej zresztą nie pomógł. Z bliska wyspa sprawiała wra­żenie większej niż widziana ze stałego lądu. Przybili do cypla. Po lewej stronie zatoki widać było oświe­tlony budynek. Zapadł już zmierzch. Poza czubkami drzew na tle nieba grającego wszystkimi odcieniami niebieskiego Maja nie odróżniała nic.

- No to jesteśmy - odezwał się jeden z członków załogi po zacumowaniu.

- Czy ktoś tu mieszka na stałe? - spytała Maja, wpatrując się w ciemność. Słyszała konie, ale oczy nie zdążyły się jeszcze przyzwyczaić do ciemności i nie mogła ich dostrzec.

- Pan - odpowiedział mężczyzna. - Kiedy jest w Oulu. No i służba utrzymująca dom przez cały rok.

Maja pokiwała głową. A już sądziła, że Akerblom mieszka tu przez cały czas. Myliła się. Miała dziwne prze­czucie, ale nie zawróci przecież, będąc niemal u celu.

Zeszła na ląd na Hailuoto, wyspę, której Szwedzi nadali nazwę Karlo, wyspa Karola. Mieli przecież ty­lu królów o tym imieniu.

Znów czekał na nią powóz. Znów milczący woź­nica. Pozdrowił ją tylko.

Gdy odjeżdżali od pomostu, Maja ujrzała, że łódź szykuje się do odpłynięcia.

Poczuła silny ucisk w skroniach. Niepokój w żo­łądku. Ogarnęło ją przemożne wrażenie, że to wszystko nie jest tak, jak być powinno.

I została sama.

Uwięziona na wyspie.

Cóż za bzdury! Maja szybko odsunęła od siebie te myśli.

Oczywiście, że to bzdury. Akerblom był bogatym handlowcem, a tacy miewają dziwne pomysły. To wszystko.

Heino powiedział przecież, że to normalne. Gdy­by była mężczyzną, pewnie by jej to wcale nie zanie­pokoiło. Heino podobałaby się ta niespodziewana wycieczka na jedną z piękniejszych wysp w Zatoce Botnickiej. Heino uważałby, że to ciekawe zaprosze­nie, że zdradza zainteresowanie kupca ich ofertą.

Wszystko to Maja powtarzała sobie w duchu, sta­rając się spokojnie oddychać.

Ale nie była mężczyzną.

Ogarniał ją coraz większy niepokój.

Powóz zatrzymał się przed głównym wejściem. Uj­rzała długie schody wiodące do dwuskrzydłowych drzwi. Zapalono światła w oknach na dwóch piętrach, jakby trwało tu jakieś przyjęcie. Ogród pełen szelestu li­ści ukrywał pomiędzy świerkami oświetloną altankę. O tej porze roku? Wieczory nie były jeszcze przyjemne.

Wysiadła. Woźnica pokazał jej gestem, że ma wejść.

Maja weszła na schody. Liczyła je, idąc. Piętnaście kamiennych schodów z rzeźbioną balustradą. Ozdobne drzwi, też na pewno dzieło mistrza. Mo­siężna kołatka. Maja umyślnie jej nie użyła. Nacisnę­ła klamkę, też z mosiądzu, i weszła do środka.

Zamknęła za sobą drzwi. Oczekiwała, że zaraz zja­wi się ktoś ze służby, ale panowała cisza.

Słyszała tylko tykanie zegara. To wszystko.

Maja stała, rozglądając się wokół. Hol był duży. Pośrodku sufitu wisiał żyrandol z płonącymi świeca­mi. Na stolikach wzdłuż ścian stały migoczące lam­py, oświetlając piękne przedmioty pochodzące z da­lekich krajów, o których istnieniu Maja nawet nie wiedziała. Cudeńka ze srebra. Suszone kwiaty w wazach o przeróżnych kształtach. Malutkie, owalne ramki otaczające starannie wycięte kobiece profile. Obraz na całą ścianę, przedstawiający obcy jej pejzaż z drzewami uginającymi się pod ciężarem owoców, leniwie płynącą rzekę, pięknych ludzi, jedzących i flirtujących na łonie natury, oswojone leśne zwie­rzęta biorące im pokarm z ręki.

Mai zabrakło tchu z zachwytu. Nigdy wcześniej czegoś tak pięknego nie widziała.

Sądziła, że oni z Heino są bogaci, ale to wszystko przekraczało ich możliwości. Nawet nie mogła o czymś takim marzyć, bo nie wiedziała, że to istnieje.

Znów myśli powędrowały jej do nędznych, sza­rych domów dzierżawców. Poczuła ukłucie wyrzu­tów sumienia, bo przez chwilę pragnęła posiadać te wspaniałości. Przecież to nie było w porządku, żeby jedna osoba miała to wszystko na własność.

Ale takie wspaniałości zawsze zaślepiały ludzi. Ma­ja zdawała sobie z tego sprawę, ale wiedziała także, że nie powinna dać się im omamić. Pochodziła z bied­nej rodziny, ale nie była mniej warta niż ten, który urodził się w takim domu.

Znów poczuła dziecinną ciekawość, kim jest ów Akerblom.

Nie pojawiała się żadna pokojówka.

Maja postawiła na podłogę torbę. Rozpięła płaszcz, zrobiła parę kroków. Podłoga nawet nie skrzypnęła. Była równie dobrze wyszorowana, jak jej własna. Doskonale wiedziała, ile trudu kosztuje utrzymanie jej w takim stanie.

Miała do wyboru czworo drzwi. I schody prowa­dzące na piętro, też oświetlone. Ale także i stamtąd nie dobiegał żaden dźwięk.

A może była tu sama?

Znów bzdurna myśl.

Jaki sens miałoby przywiezienie jej tu i zostawie­nie samej?

Ale przecież łódź odpłynęła!

Chyba nie zacznie się znów bać!

Zamknęła oczy i przeszła przez korytarz. Czuła walenie tętna w skroniach. Jednak ucisk ustąpił, mo­że to coś oznaczało?

Nogi poprowadziły ją do jednych z drzwi. Bez za­stanowienia nacisnęła klamkę i weszła.

W kominku płonął ogień. Wzdłuż ścian szły rzędy półek z książkami. Pachniało dziwnie, ale ładnie.

Maja dostrzegła mężczyznę siedzącego w jednym z foteli. Ręce oparł na poręczach. Najwyraźniej cze­kał na nią.

Gniew wezbrał w Mai potężną siłą. Oślepiła ją wściekłość. To było nadużycie władzy. Zabawa kota z myszką.

- Co, u diabła, ma to wszystko znaczyć, Williamie Runefelt?!

7

Był synem ich najgroźniejszego konkurenta. Czło­wieka, którego Heino nie cierpiał. I to on ją tu spro­wadził, posługując się nędznym kłamstwem!

Dlaczego, Maja nadał nie wiedziała.

- Powód nie jest taki, jak sobie pewnie wyobrażasz - powiedział spokojnym i przyjemnym głosem. - A przy­najmniej nie tylko to.

Nosił spodnie, kilkakrotnie obwiązane w talii dłu­gim, skórzanym paskiem. Koszulę miał rozpiętą pod szyją, kamizelkę też.

Wyglądało to niedbale, ale bystre oczy Mai dostrze­gły, że każdą część ubrania cechowała elegancja, za którą z pewnością trzeba było zapłacić dużo pienię­dzy. Takich rzeczy nie kupuje się nawet w Sztokhol­mie. Musiały pochodzić gdzieś z wielkiego świata.

- Możesz wejść, Mario Aalto. Zdejmij płaszcz i ka­pelusz i usiądź.

- Najpierw muszę się dowiedzieć, o co tu chodzi - odparła, nie ruszając się z miejsca. - A potem wrócić do Oulu.

- Obawiam się, że to już niemożliwe - odrzekł z niezmąconym spokojem. - Łódź odpłynęła z Hailuoto. Wróci dopiero jutro przed południem. Do te­go czasu zmuszona jesteś skorzystać z mojej gościny. Nic nie da stanie w progu.

Maja była nieporuszona.

- Przyjechałaś sprzedać drewno, prawda? Maja pokiwała głową.

- Tak, ale nie Marcusowi Runefeltowi. Miał to być Akerblom.

Nawet północne wiatry szalejące w zimie nie były mroźniejsze od głosu Mai.

- Nadal możesz je sprzedać.

- Nie widzę tu żadnego Akerbloma - odgryzła się Maja. - Tylko Runefelta.

- Ja nie jestem moim ojcem.

- To prawda - odparła. - Ale rozumiem teraz, że lu­dzie mieli rację. Runefelt zawsze będzie Runefeltem. Wygląda na to, że jesteś równie pomysłowy jak ojciec.

William Runefelt nadal siedział. Zmrużonymi oczami obserwował Maję.

- Akerblom to nazwisko mojej matki - rzucił. - Mam prawo go używać. Jestem w równym stopniu Akerblomem co Runefeltem. Może nawet bardziej tym pierwszym.

- To zależy od punktu widzenia - Maja była nie­przejednana. Dłonie, ukryte w kieszeniach płaszcza, zacisnęła w pięści. - Dlaczego mnie tu zwabiłeś? Mu­siałeś przecież wiedzieć, że to ja przyjadę. Świetnie to zaplanowałeś. Dlaczego?

Dopiero wtedy wstał, ale nie podszedł do niej. Sta­nął przy kominku i oparł się o niego. Dorzucił kilka szczap i zapatrzył się w ogień.

- Wplątałem cię w coś niebezpiecznego. Chciałaś znać prawdę, pamiętasz?

Spojrzał na nią jasnymi oczami.

- To niewystarczające wyjaśnienie!

- Ja chcę kupować drewno. Chcę rozpocząć wła­sny interes. Może za plecami ojca, ale nie chcę dłużej czekać na przejęcie jego tak zwanego dzieła życia.

- Oczywiście - odparła Maja tonem zdradzającym, że jego tłumaczenie zupełnie jej nie zadowoliło.

- Sądzę, że możemy ciebie, ciebie i Heino, potrze­bować w pewnej niebezpiecznej sprawie. A nigdy bym was nie przekonał osobiście. Widzielibyście we mnie tylko syna Marcusa Runefelta.

- Jesteś niezwykle przekonujący - rzuciła Maja. Poczuła, jak ogarnia ją zmęczenie. Ale nie usiądzie za żadne skarby!

Wciągnął głęboko powietrze.

- Ostatni powód na pewno ci się nie spodoba. Ale powtarzam, on nie był głównym... - Spojrzał jej pro­sto w oczy. - Jesteś najbardziej ponętną i fascynują­cą kobietą, jaką znam.

- Czy mam paść na kolana i dziękować Stwórcy za to szczęście? - szydziła Maja. - William Runefelt, książę Tornedalen, uważa swoją prostą poddaną za ponętną?

Odwrócił się.

- Sama tego chciałaś.

Odniosła wrażenie, że czuje się dotknięty. Ale mo­że ludzie z jego sfer także to umieją udawać...

- Pragnąłem cię zobaczyć. Miałem możliwość urzeczywistnienia tego pragnienia. Nie postąpiłabyś tak samo na moim miejscu?

- Nie wiem - odpowiedziała Maja. - Nigdy nie by­łam na takim miejscu. I nie miałam takiej władzy nad ludźmi. Zwabiasz żonę innego mężczyzny do twojego domu na wyspie. Stąd nie ma wyjścia. Czy tak zamie­rzałeś prowadzić swój handel? Zwabiając ludzi w pu­łapki? W ten sposób twoja legenda przewyższy ojca!

- Słyszałaś o Goranie Sprengtporten? - spytał nagle.

Maja pokręciła głową.

- Czy to jeden z twoich klientów? A może taki, który działa jak ty?

- To jest ktoś, kto wierzy w to samo, co ja - odpowie­dział William Runefelt. - Jest fińskim arystokratą jak ja i wierzy w wolną Finlandię. Fińską Finlandię. W Suomi bez żadnego szwedzkiego króla ani szwedzkich wpły­wów. Wierzy w Finów rządzących swym krajem.

Dopiero wtedy Maja usiadła, ściskając poręcze fo­tela.

- A więc przechowuję pistolety ministra? - spyta­ła pobladła.

Od razu zrozumiała, że to, co uczyniła, nie było tylko oddaniem przysługi obcemu. Wplątano ją w coś, w czym chodziło o władzę większą niż władza Marcusa Runefelta. W coś równie niebezpiecznego jak wojna.

To miało swoją nazwę.

Zdrada.

Zdrada stanu.

Za to można było zostać ściętym.

Ona - Maja z Jykea - wylądowała w centrum spi­sku. W środku wielkiej polityki. Chodziło o obalenie króla.

- Ukradłeś je? - spytała. Potwierdził skinieniem głowy.

- Któż podejrzewałby syna gospodarza? Przecież niedawno wróciłem ze studiów z zagranicy. Tutaj za­pomina się, że tam można spotkać wielu oddanych naszej sprawie ludzi, także z fińskiej arystokracji. Nie jesteśmy zadowoleni z rządów tego króla. Za bardzo się tu panoszy. Zapomina, że w tym kraju nigdy nie mieszkał szwedzki naród.

- Sądziłam, że arystokracja jest zadowolona - rze­kła Maja. - Wszystko się rozwija. Wszędzie się coś buduje. Większość w imieniu króla, ale nie wydaje się, żeby ludziom z twojej klasy czegoś brakowało.

- Istnieją też wartości niewidoczne dla oczu, takie jak duma i poczucie własnej odrębności. Niedługo fiń­ska arystokracja zniknie, wszyscy staną się Szwedami.

- Czy dla zwykłych ludzi coś się zmieni, jeśli ktoś inny przejmie władzę?

- My na pewno nie będziemy wyrzucać tak wiele pieniędzy z podatków na zabawę w wojny - odparł. - Nie oddamy więcej terytorium i ludzi Rosjanom. Nawet twoi zwykli ludzie będą mieli z tego korzy­ści, Mario.

Maja pokiwała głową.

Nie wiedziała, czy zniesie takie myśli. Czuła jed­nak, że chce wziąć w tym udział. Było to ważne. Wi­działa się w tym.

Wolna Finlandia.

Maja wiedziała także, że również Ailo będzie chciał wziąć w tym udział. O nim pierwszym pomy­ślała, przed Heino...

- Przyjmuję twoje zaproszenie - rzekła uroczyście. - Wierzę, że wszystko odbędzie się godnie.

Dała w ten sposób do zrozumienia, że może ją na­zywać ponętną, ale granice ustanawia ona.

- Oczywiście - odparł. - Długo nazywałem cię Ma­rią. Byłoby dla mnie zaszczytem, gdybyś mówiła do mnie William.

Maja uśmiechnęła się.

- Gdy poczuję, że jest to... naturalne - odparła. - Nie wcześniej.

Przyjął jej odpowiedź.

- Mogę wziąć twój płaszcz?

Maja wstała. Zdjęła płaszcz i kapelusz i podała księ­ciu Tornedalen. Chyba nigdy wcześniej nie pełnił funkcji służącego.

Usiadł z powrotem w swoim fotelu.

- Chyba nie słyszałaś o wojnie drągów? - spytał podniecony.

Maja spojrzała na niego wyczekująco. Spodobało mu się to. Była dobrym słuchaczem.

- To działo się dawno. Sto pięćdziesiąt lat temu. Fin­landia długo już pozostawała pod panowaniem Szwe­dów. Zresztą, to nie była prawdziwa wojna. Jakże by mogła nią być? Ludzie, którzy walczyli drągami...

Uśmiechnął się smutno. Dobrze opowiadał. Wczuwał się w to, co malował słowami.

- Wtedy to chłopi, których tak kochasz, powstali przeciwko ciemiężcy. Ludzie w Osterbotten i w Fin­landii powstali przeciw gubernatorowi Klausowi Erikssonowi Flemingowi. On nie rządził w jedwab­nych rękawiczkach, o, nie! Chłopi zrozumieli, że nie mają wyboru, że gorzej już być nie mogło. Musieli coś zrobić. - Uśmiechnął się krzywo. - Do walki za­chęcał ich też książę Karol w nadziei, że przejmie wła­dzę po Flemingu. Arystokracja zwykle woli, żeby ktoś inny wykonał za nią brudną robotę...

- Jak poszło?

- A jak sądzisz? - odpowiedział pytaniem. - Czego może dokonać gromada prostych chłopów z pałkami przeciwko uzbrojonej armii?

To mówiło samo za siebie.

- Klęska - rzuciła Maja. - I surowe kary dla uczest­ników i dla tych, których podejrzewano o współudział.

William Runefelt pokiwał głową.

- Dobrze myślisz.

- Czy to będzie następna wojna na drągi?

- Nie - odparł. - Tym razem wszystko zostanie za­planowane. Przez najbystrzejsze umysły tego kraju.

- Zaplanowane - powtórzyła Maja z naciskiem - przez najbystrzejsze umysły arystokracji tego kraju? Czy to wielka różnica?

- Nie sądzę, żeby wojna drągów była w ogóle za­planowana - odparł William. - Nie mogła być. Chło­pi nie wiedzieli, na co się porywają. Nie mieli jasnego wyobrażenia o tym, co chcą osiągnąć. Nawet gdyby wygrali, niewiele by zyskali. Książę Karol odniósłby korzyści ze zwycięstwa chłopów, a nie oni. Obietnice księcia były dość mętne...

- A co wy chcecie zrobić dla chłopów?

- Uczynić ich Finami.

- Jest was wielu?

- Wystarczająco wielu - odpowiedział ostrożnie. - Nie wolno mi mówić o innych, narażać ich. Wiesz przecież, że to wszystko grozi karą śmierci?

- Tak, wiem. Dzięki tobie dotyczy to także mnie - odrzekła Maja. - Powinnam przecież polecieć i do­nieść o tym jako porządna poddana. A jeśli zamilczę, stanę się współwinna. A ponieważ przechowuję skra­dzioną broń, na pewno już jestem niebezpiecznym przestępcą. Tak, mam tego świadomość.

William siedział, obserwując Maję znad splecio­nych dłoni.

- Wymieniłeś jedno nazwisko... - dorzuciła Maja. - Goran Sprengtporten. Czy to dobrze, że je znam?

- Jego przekonania dla wielu nie są tajemnicą - od­parł William. - On jest bardziej radykalny niż my. Chce pozbyć się Szwedów za wszelką cenę. Przede wszystkim chce mieć wolną Finlandię. Jeżeli nie osiągniemy tego sami, widzi szansę w przejściu pod zwierzchnictwo Rosji. Bylibyśmy państwem podległym Rosji.

- Czy to jakaś różnica? - zdziwiła się Maja. Rosyj­skim chłopom nie działo się ani lepiej, ani gorzej niż w innych państwach.

- Dla kraju, który przez stulecia był w szwedzkich okowach, to jest różnica.

Maja już nie pytała, czy on sam chciałby być pod­danym Rosji.

- O Boże, cóż ze mnie za gospodarz! - ocknął się William. - Siedzę tu i zanudzam sprawami politycz­nymi, a zapominam, że masz za sobą długą i męczą­cą podróż! Przecież każda kobieta lubi się odświeżyć po podróży. A czeka na nas jeszcze kolacja.

Maja skrzywiła się. William Runefelt najwyraźniej jej nie znał. Nie wiedział, jaką kobietę ma przed so­bą, na ile różną od kobiet z jego sfery.

- Przygotowałem dla ciebie pokój. Ludzie przynie­śli wodę przed pójściem do domu. Służba mieszka w obrębie posiadłości, ale we własnych domach. Nie jesteśmy takimi potworami w stosunku do nich, jak może myślisz, Mario.

Maja pozwoliła, by wziął jej torbę i zaprowadził do pokoju.

Nie prosiła o to wszystko. Gdyby przeczuła pułap­kę, ominęłaby ją, nawet gdyby to pozbawiło ją moż­liwości wzięcia udziału w czymś, co może odmienić los kraju.

Pokój wielkością przypominał jeden z pokoi w jej domu. Było ciepło i przytulnie, w oknach wisiały ciężkie zasłony, stały stół i krzesła o kształtach wcze­śniej przez nią nie widzianych.

Do pokoju przylegała łazienka. Umywalka napełnio­na była letnią wodą, pewnie gorącą, gdy ją nalewano.

Pomyślał o wszystkim. To przerażało.

Zaprosił ją na kolację, kiedy już się odświeży.

Może miał na myśli: kiedy się przebierze? Maja nie odważyła się pytać. Skąd miała czerpać wiedzę o ma­nierach obowiązujących w jego sferze? Była przecież dzieckiem Lapończyka i fińskiej dziewczyny sprze­danej do Norwegii.

Maja wahała się. Jedynym, który mógłby się z niej śmiać, był on, William. Przecież prosił, żeby go tak nazywała. Spróbowała po cichu wypowiedzieć to imię. Dziwnie brzmiało w jej ustach. Choćby dlate­go, że nie spotkała dotychczas nikogo, kto by je no­sił. Było równie niezwyczajne jak on sam.

Maja nie miała pewności, czy kiedykolwiek będzie w stanie tak się do niego zwrócić. Łatwiej było łączyć je z nazwiskiem, wtedy na pewno nie zapomni, kim on jest.

Ale i tak wiedziała, że nie będzie się z niej śmiał.

Nie dali jej za dużo wody do dyspozycji na postoju w Tornio. Wyglądało na to, że tamtej rodzinie wystar­czała kąpiel raz na tydzień. Najwyraźniej nie wszyscy byli jak ona. Ona czuła się okropnie, gdy była brudna.

Rzuciła spojrzenie w stronę zamkniętych drzwi, sa­ma się za to strofując. Przecież młody Runefelt był zbyt dobrze wychowany, żeby wpadać do pokoju damy...

Ściągnęła ubranie podróżne. Czuła ziarnka piasku ocierające się o skórę.

Na szafce leżał kawałek perfumowanego mydła. Nie było to mydło gotowane w domu, o, nie!

Maja długo obracała je w dłoniach i wąchała, my­śląc o kobietach, które mogły mieć coś takiego na co dzień. Które mogły go używać, ile chciały.

Ach, gdyby ona tak mogła! Kąpałaby się dwa razy dziennie!

Maja nie wiedziała tylko, że w dworskich kręgach kąpiel nie była w modzie. Ponad kąpiel przedkłada­no kolejną warstwę pudru lub spryskanie się perfu­mami dla zagłuszenia zapachów ciała.

Na pewno by nie uwierzyła.

Zrobiła pianę z mydła i pokryła nią nagą skórę. Czuła, jakby był to jedwab lub złota przędza.

Zapach ją oszołomił. Syciła się nim, żałując tylko, że nie była to kąpiel. Mogłaby w niej siedzieć cały dzień!

Było to nowe, niezwykłe doznanie. Maja nie mia­ła tylko pewności, czy powinna je polubić.

Kobiety w Finlandii z pewnością długo nie będą miały dostępu do perfumowanych mydeł - ani gdy Szwedzi zostaną u władzy, ani gdy William Runefelt i jego kompani ją przejmą.

Maja wytarła się, drżąc lekko. Kilka razy wąchała jeszcze swoje dłonie. Pachniały nią, ale z dodatkiem tego czegoś nowego, obcego i kosztownego.

To ją oszałamiało.

Nie miała wielkiego wyboru, jeśli szło o przebranie się w coś innego. Przywiozła tylko jedną sukienkę, może nieco strojniejszą niż podróżna. Heino kupił jej ciemnoczerwony materiał, a ona ją uszyła. Wymyśli­ła fason, który jej odpowiadał: szersze rękawy zwęża­jące się ku nadgarstkom, nieduży dekolt, gdyż kołnie­rzyki ją dławiły, spódnica rozszerzająca się od bioder w dół, podkreślająca jej kobiece kształty. Miała bujny biust. Nigdy nie używała gorsetu. Chłopki tego nie ro­biły, a ona uważała się za jedną z nich.

Zebrała swoje ciemne, długie włosy w węzeł na kar­ku. Wiedziała, że nie jest jej w tym uczesaniu do twarzy, sama go nie lubiła. Dawało jej jednak poczucie godności, którego potrzebowała.

Maja uśmiechnęła się do swego odbicia w lustrze o ciężkich, złoconych ramach.

Był to zmęczony uśmiech. Ujrzała kobietę, która mogłaby być ładna. Oczy jedyne w swoim rodzaju. Niektórzy uważali je za ładne. Duże, ciemnobrązo­we, z miodową otoczką wokół źrenicy, tym nieza­przeczalnym dowodem, że jest córką Mikkala.

Ujrzała dumne czoło, ładnie wygięte brwi, prosty, mały nos, wystające kości policzkowe. Zbyt często za­ciśnięte szczęki, usta, które bywały ładne w uśmiechu. Wszystko otoczone ramą ciemnych, gęstych włosów.

No i blizny. Głębokie bruzdy biegnące przez oba policzki.

Była naznaczona na całe życie przez mężczyznę, który nienawidził jej matki.

A William Runefelt nazwał ją ponętną. I fascynującą.

Przez całą młodość była wyśmiewana. Żaden z chłop­ców nie chciał na nią spojrzeć dwa razy. Sądziła, że zo­stanie starą panną.

Simon był najładniejszym chłopakiem wokół fior­du. I to z nim pewnego dnia stanęła przed księdzem.

Heino był też niebezpiecznie przystojnym męż­czyzną, o wiele bardziej męskim niż Simon.

I to on wybrał ją. Pokochał.

William Samuli Hugo Runefelt stał najwyżej ran­gą w świecie Mai. Był młody i miał przed sobą przy­szłość. Miał w sobie coś, choć nie był oszałamiająco ładny. Miał twarz, której się nie zapomina od razu.

I to on nazwał ją ponętną i fascynującą.

Trzej mężczyźni, o których by nigdy nie sądziła, że losy ją z nimi zetkną.

Nie rozumiała tego, zwłaszcza gdy patrzyła w lu­stro. Gdyby była mężczyzną, dziewczyna taka jak ona nigdy nie wydałaby jej się interesująca.

Komplement Williama rozbudził w niej jakieś echo.

Jednak nie patrzyła na młodego Runefelta jak na mężczyznę, w każdym razie jeszcze nie. Nie widzia­ła w nim obiektu pożądania.

Maja musiała kochać nie tylko ciałem, ale i sercem. A jej serce było teraz pełne zgorzkniałego mężczyzny skazanego na leżenie w łóżku.

Maja kochała Heino.

Nie miała żadnej biżuterii. Brosza Raiji to jedyna ozdoba, jaką kiedykolwiek dostała. Nawet gdyby nie od­dała jej Idzie, nie założyłaby jej teraz. Brosza była zbyt wyjątkowa, żeby zostać doceniona wśród tych ścian.

Z wahaniem zeszła po schodach. Ujrzała uchylone drzwi. Nie wiedziała, co za nimi zastanie. Wiedziała tylko, że swoją godność zachowa.

On czekał. Nie przebrał się. Maja nie sądziła, że to dlatego, iż jej nie uszanował.

- Wszystko ostygło - powiedział przepraszająco, wskazując na nakryty stół. - Ale to nadal wyborne rzeczy.

Maja poszła za jego przykładem, wzięła talerz i nało­żyła sobie tego, co on. Niektóre potrawy rozpoznawa­ła, innych nie, nawet po spróbowaniu. Były tam mięsa i ryby. Wędzone, gotowane, smażone, solone. Warzy­wa, których nigdy nie widziała. Sosy kwaśne i słodkie. Biały chleb, smakujący jak powietrze. Ciasta i owoce.

Maja próbowała wszystkiego w przypadkowej ko­lejności, co pewnie by zszokowało dobre towarzy­stwo. Jej sprawiało to jednak tak wyraźną przyjem­ność, że William był zachwycony.

- Uff, teraz brakuje mi chyba tylko razowego chle­ba - westchnęła, kończąc ostatni kawałek ciasta.

Zaśmiał się serdecznie.

- Jaka szkoda, że nie ma wśród nas więcej takich kobiet jak ty!

- W twoich kręgach? - spytała, sącząc wino. Nigdy wcześniej go nie próbowała. Zachwycało ją oglądanie ognia przeświecającego przez trunek w kieliszku, któ­ry bardziej przypominał dzieło sztuki niż naczynie.

- We wszystkich kręgach - odpowiedział, nalewa­jąc i sobie. Wypił ostrożnie łyk. Obserwował ją. Za­stanawiał się, jaka by była, gdyby urodziła się w ro­dzinie arystokratycznej. Może to by ją zepsuło. Ona pozostała prawdziwa. Niewiele znał takich kobiet. Skutecznie oduczano tego.

- Czy ukradniecie więcej broni? - spytała nagle. - Chyba nie uda wam się przejąć władzy w Finlandii bez niej.

- Możliwe - odparł. - Zdobędziemy, ile będzie po­trzebne, posługując się rozsądnymi metodami. Nie podejmiemy żadnych działań, dopóki nie będziemy w stanie wyposażyć armii.

- Czy arystokracja pójdzie pierwsza do boju? - spytała Maja, obracając kieliszek. Wydawała się być całkiem pochłonięta tą czynnością, jednak jej pytania brzmiały ostro i trzeźwo.

To zadziwiająca kobieta, pomyślał William.

- A może raczej chłopi staną w pierwszym szere­gu, jak zwykle?

- Kobiety nie powinny zawracać swoich głów ta­kimi sprawami jak wojna - rzucił lekkim tonem. Nie chciał kierować rozmowy na te tory.

- To ty mnie w to wciągnąłeś - rzekła, odstawiając kieliszek na stół. - Chcę wiedzieć, za co mogę stracić głowę.

Skrzywił się i napełnił jej kieliszek większą ilością wina, niż należało.

- Będziemy potrzebować miejsca gdzieś w waszej okolicy. Może nawet na ukrycie człowieka. U kogoś, kto będzie poza podejrzeniem. Potrzebujemy kogoś, kto zna te okolice i ludzi.

- Heino - rzekła Maja. - Potrzebujecie Heino. A on nigdy w życiu nie przyłączy się do czegoś, w czym udział bierze Runefelt.

- Dlatego potrzebujemy także ciebie, Mario.

Dziwnie było słyszeć, jak zwraca się do niej imie­niem nadanym na chrzcie. Nigdy nie prosiła go, aby nazywał ją Mają. Gdy mówił Maria, to jakby mówił o kimś innym. O niej, ale zarazem nie o niej. Wyda­wało się jej to niejako mniej ryzykowne.

- Jeśli to nie stanie się zbyt niebezpieczne, będę z wami - odparła. - Ale w momencie, gdy życie Heino czy moje znajdzie się w niebezpieczeństwie, wy­cofam się. Powiem, że nigdy o was nie słyszałam. Nie zawaham się!

Pokiwał głową. Wszyscy mężczyźni, których znał, powinni mieć tak sprecyzowane poglądy i tak uczci­wie stawiać sprawy...

- Czy nadal sprzedajesz drewno? Maja o tym też zdążyła pomyśleć. Było jasne, że nie mogła zdradzić Heino, że ten Akerblom to William Runefelt. Nie mogła przecież powiedzieć, że spędziła z nim noc sam na sam w do­mu na wyspie.

Pozostało jej tylko przekazać, że Akerblom się wy­cofał. Ze się nie udało.

A teraz on pyta, czy nadal chce sprzedać drewno.

- To należy do sprawy - dodał. - Akerblom istnie­je naprawdę. Teraz przebywa za granicą, we Francji. Jest z nami. Nie podszyłem się pod niego bez jego wiedzy. To nie tylko panieńskie nazwisko mojej mat­ki. My to drewno sprzedamy dalej. Nie ojcu. Jest to dla nas ważne.

- Ile tego chcesz? I jaką dajesz cenę? Wymienił sumę. Maja odstawiła kieliszek.

- Za tyle nawet nie zetniemy drzewa - odparła. - Jeżeli nie zaproponujesz uczciwej zapłaty, możesz zapomnieć o sprawie.

Wreszcie doszli do ugody. Maja okazała się jed­nym z najtwardszych kontrahentów, z jakimi miał do czynienia.

- Jest jeszcze coś - rzucił po chwili ciszy. Maja spojrzała na niego pytająco.

- Nikt poza nami nie może wiedzieć, kim jest Akerblom.

Skinęła głową.

- Nawet jeśli twój mąż dołączy do nas, nie może wiedzieć, że to ja.

Nie lubiła kłamać, ale na to się zgodziła. Chciała Heino oszczędzić prawdy.

- No i - dodał - kilka razy do roku będziemy mu­sieli się tutaj spotkać. Porozmawiać o interesach.

Maja potrząsnęła głową.

- Na to nie mogę się zgodzić. William pokiwał głową.

- Nigdy nie zrobię nic wbrew twojej woli. Nie mo­gę jednak zaprzeczyć, że mnie pociągasz. Także jako kobieta.

Niebezpieczne słowa...

- Ja mam męża - rzuciła szybko Maja. - Męża, które­go cenię ponad wszystko. Nawet w twoich kręgach mu­si istnieć coś uświęconego. Kocham Heino. Po prostu.

- A co się stanie, jeśli pewnego dnia będziesz po­trzebowała mężczyzny? - spytał, wymownie akcentu­jąc ostatnie słowo. - On jest twoim mężem, ale nigdy nie będzie już dla ciebie mężczyzną.

Nie mogła zaprzeczać. To przecież lekarz Runefeltów zajmował się Heino.

- Świat pełen jest mężczyzn - rzekła Maja. - A ist­nieją kobiety, które mogą się bez tego rodzaju miło­ści obejść.

- Czy jesteś na tyle chłodna, że dałabyś radę? - zdziwił się. - Nigdy nie zatęsknisz do obejmujących cię ramion, do miłości mężczyzny?

- A co, proponujesz mi to?

- Jeśli nadejdzie ten dzień, będę tu. Maja zaśmiała się, odrzucając głowę w tył.

- To najbardziej zarozumiałe słowa, które słysza­łam. A prawdą jest, że mój pierwszy mąż też miał wy­górowane mniemanie o sobie!

- Heino to twój drugi mąż? Potwierdziła.

- Wszystko, co dobre, idzie trójkami - odparł.

- Czy będę mogła tu przyjechać bez zobowiązań? - spytała. - Bez obawy, że zmusisz mnie do pójścia z to­bą do łóżka?

- Ja nikogo nie muszę do tego zmuszać - odparł z wyzwaniem w głosie.

- Doprawdy, sprzedam ci to drewno, panie Akerblom - powiedziała Maja, podnosząc kieliszek z wi­nem do toastu, tak jak robił to wcześniej William.

8

Statek przybił do wyspy przed południem. Maja weszła na pokład. William stal na lądzie. Jego ludzie zachowali obojętne twarze.

Woźnica Mai czekał w Oulu. Mogła wracać do do­mu. Zacząć podróż z jednego świata do innego.

Zaznała już wielu odmian życia. Luksus ją oszoło­mił, ale nie pozwoli! zapomnieć, pod jakim dachem przyszła na świat.

Tęskniła za Heino.

Wyglądało na to, że jego też ucieszył jej powrót. Przez twarz przebiegł mu cień uśmiechu, gdy opo­wiedziała, że udało się zawrzeć umowę.

- Kim jest ten Akerblom? - spytał.

- Starszy pan, z fińskiej arystokracji - odpowiedzia­ła, starając się wpleść jak najwięcej prawdy w kłam­stwo. - Odludek - dodała. - Musiałam dopłynąć aż na Hailuoto. Ma tam wielki dom, którego pozazdrościł­by nawet Runefelt. Przyjął mnie jak królową.

- Nie uznał, że to dziwne prowadzić interesy z ko­bietą?

- Z początku wyglądało na to, że odeśle mnie z po­wrotem do Oulu - odparła Maja. Przydała jej się teraz jej bujna wyobraźnia. - Dopiero gdy opowiedziałam mu o tobie, uznał moją obecność za coś więcej niż obrazę.

- Uważam, że jesteś bardzo bystra.

- Twoja kamizela, niestety, jeszcze nie jest gotowa - rzuciła Maja szybko. - To potrwa jeszcze jakiś tydzień.

- No, to będziemy mieli czas na przygotowanie biura dla Heino - wtrącił Ailo.

- Potrzebuję twojego pokoju tkackiego, Maju - po­wiedział Heino. - Tam jest wystarczająco dużo miejsca. No i jest pokoik obok, gdzie będę spać. To zbyt męczą­ce dla ciebie ciągnąć mnie codziennie z dołu na górę.

- Ale... - zająknęła się Maja. - Przeniosę się tam z tobą - stwierdziła.

Schwycił jej dłoń. Ścisnął, patrząc jej w oczy.

- Nie, moja Maju. Spanie z tobą w jednym łóżku przypomina mi zbytnio to, co straciłem. To, do cze­go już nigdy nie będę zdolny...

Spuściła głowę.

Było to najbardziej przepełnione goryczą rozsta­nie, jakie mogła sobie wyobrazić.

Ale jednocześnie wskazywało, że zwrócił się w stronę życia. Chciał mieć biuro.

- Oczywiście, że oddam ci ten pokój. Są inne, któ­rych mogę używać.

- Może ten, który miał być pokojem dziecinnym - rzucił z bólem w spojrzeniu. - Przecież nigdy nim nie będzie... - dodał, jątrząc ranę.

- Tak, powinien pasować... Maja nie wytrzymała dłużej. Wybiegła z pokoju, płacząc. Usiadła na szczycie schodów i ukryła twarz w dłoniach.

Jak to możliwe, że oni, kochając się przecież, byli zdolni do zadawania sobie tak dotkliwych ran? Prze­cież te słowa paliły jak ogień...

Usłyszała za sobą ciche kroki. Ktoś usiadł koło niej, obejmując ją ramieniem.

Żadnych słów. Tylko porozumienie.

- Mimo wszystko on idzie w dobrym kierunku - powiedział w końcu Ailo. - Wiele z nim rozmawia­łem, przekonywałem. Chciał już to przygotować jako niespodziankę dla ciebie. Zacząłem pakować rzeczy w twoim pokoju tkackim...

Maja spojrzała na niego.

- Znalazłem tam coś - dodał. - Coś, czego bym się nigdy nie spodziewał tam znaleźć...

Pokiwała głową.

- Czy Heino o tym wie?

- Nie. Możesz to wytłumaczyć?

- Tak - odparła Maja. Wiedziała, że może to zro­bić. - Dotyczy to sprawy większej niż ty czy ja.

Ailo spojrzał na nią pytająco.

- To dla Finlandii. Dla wolnej Finlandii.

- Boże - mruknął. - A więc się w to wmieszałaś? - Potrząsnął głową z niedowierzaniem. - Ktoś by mógł powiedzieć, że odziedziczyłaś po Raiji zdolność do ładowania się w kłopoty.

Maja nie odpowiedziała.

- Ten mężczyzna, który tu był, gdy przyjechałem... nie był tylko woźnicą lekarza?

- Nie.

- On nie jest kimś... więcej dla ciebie? Piorunujące spojrzenie Mai sprawiło, że pożałował pytania.

- Co, u diabla, o mnie myślisz? Heino jest moim mężem!

- Nie powiedziałem mu o tym, co znalazłem - zmienił temat Ailo. - Uznałem, że lepiej będzie naj­pierw spytać ciebie. Podejrzewałem, że on o tym nie wie. Ze ma nie wiedzieć...

- Ja chcę włączyć w to Heino - powiedziała Maja powoli. - Może okazać się bardzo przydatny. Oni też tak uważają. Ale jeszcze nie nadszedł czas. On musi się najpierw sam odnaleźć.

Po dłuższej przerwie dodała:

- Sądzę, że i dla ciebie jest w tym miejsce. Tak czuję...

- Nie pozostanę tu długo - odparł Ailo. Maja nie odpowiedziała.

- Powinnaś do niego wrócić - rzucił Ailo. - On nie chciał cię zranić, po prostu jest teraz szorstki. Może niezbyt miły dla nas, ale to oznacza, że zaczyna pa­trzeć prawdzie w oczy. Zróbcie to razem, nawet jeśli będzie bolesne.

Heino też płakał. Maja weszła do łóżka, które dzieli­li. Od czasu, gdy Heino tu leżał, zdjęli ciężkie zasłony.

Bywały noce, gdy przytulała się do niego, szukając jego ciepła. Bywały chwile, gdy mówił, że jemu jest zbyt gorąco, kiedy ona leży tak blisko.

Maja źle sypiała. Starała się nie przeszkadzać Heino, leżała niemal na krawędzi łóżka.

Teraz usiadła tak, że głowa męża oparła się na jej udach. Dłonie głaskały delikatnie jego wychudzoną, ale jakże kochaną twarz.

- Na pewno jeszcze niejeden raz cię zranię - ode­zwał się Heino.

- Wiem.

- Znam cię tak dobrze, że mogę cię zranić mocniej niż ktokolwiek inny. Powinnaś się mnie pozbyć, Ma­ju. Jaką masz ze mnie korzyść?

- A jaką korzyść ma się z kochania? - odpowiedzia­ła pytaniem. - Ja cię po prostu kocham. Nie mogę - i nie chcę - tego zmienić.

- To... nie takie życie chciałem dla nas stworzyć - Heino spojrzał na Maję i zamknął oczy. Dobrze mu było z głową wtuloną w to łono, w którym nie uda­ło mu się umieścić swego dziecka.

- To jest życie, które mamy przeżyć, mój Heino. Nie możemy go zmienić, tak jak się to dzieje w ma­rzeniach. Taka jest rzeczywistość.

- Spróbuję być tym, jakim uważasz, że mogę być - obiecał. - Ja widzę tylko kalekę skazanego na łóżko. Nie wiem, kogo we mnie widzisz, kochana, ale spró­buję być tym człowiekiem!

Rzeczywiście się starał. Gdy przyjechał Bergfors z żelazną kamizelką, zaczęło się nowe życie.

Była to koszmarna konstrukcja. Maja nie cierpia­ła zakładać jej Heino. Ciężka i nieforemna, przypo­minała zbroję z dawnych czasów. Miała metalowe płaszczyzny z przodu i z tyłu, połączone miękką skórą po bokach.

Heino nosił ją na bieliznę, a pod koszulą. Maja mu­siała mu uszyć nowe koszule, żeby pomieściły gorset.

Miała dużo roboty.

Po kilku tygodniach Heino spędzał na siedząco większą część dnia. Na otarte miejsca pomagały ma­ści i dłonie Mai.

Siedział w fotelu wyprostowany jak król. Koc ukrywał jego nogi przed spojrzeniami odwiedzają­cych, a także przed jego własnym wzrokiem. Heino nie cierpiał ich widoku. Nienawidził ich dotykać, bo ich nie czuł. Nienawidził być bezsilnym.

Ale przejął dowodzenie, gdy już mógł usiedzieć w fotelu kilka godzin.

Właśnie tego oczekiwała Maja. O to walczyła. O ten dzień, w którym Heino będzie mógł porozmawiać z kimś innym niż ona, Ailo czy służba. Wiedziała, że wtedy znów stanie się szefem dla swoich ludzi.

Ailo zbierał się do wyruszenia w stronę domu.

Nastało lato. Ciepłe, wonne lato. Zielone, niebie­skie i złote, tak jak las, woda i słońce.

Noce były gorące i ciemne jak aksamit. Czasem księżyc odbijał się w wodzie.

- U nas jest teraz jasno - powiedziała Maja do Ailo z tęsknotą w głosie.

Wieczorami, kiedy Heino już spał, a służba poszła do siebie, rodzeństwo siedziało często w kuchni.

To pomieszczenie najbardziej przypominało im dom nad fiordem.

Ailo już od dawna tęsknił za jasnymi nocami. Cie­szył się, że niedługo wróci do swoich.

- Widuję tu zorzę polarną - dodała Maja. - Ale ciemność zapada wcześniej.

- Nie tęsknisz za niczym innym?

- Tak, za ludźmi. Za Reijo, Idą, Knutem, Anjo. Nie miałam nigdy wielu bliskich. Tu mam nawet babkę, gdybym chciała ją włączyć do mojego życia.

- Ledwo ją pamiętam - rzucił Ailo. - Ale nie była złą osobą.

Maja wzruszyła ramionami. To była sprawa jej ser­ca. Jej życia. Jej decyzji.

Zza otwartego okna dobiegł ich odgłos końskich kopyt.

- Do nas? - zdziwiła się Maja. Wyjrzała przez okno, ale w ciemności dostrzegła tylko zarys sylwet­ki konia i jeźdźca.

Usłyszała czyjś głos wypowiadający jej imię w jej tylko znany sposób.

- Mario, muszę z tobą porozmawiać! Maja popatrzyła na Ailo.

- Wychodzę - rzuciła, wiedząc, że to nie jest roz­sądne. Zawsze ktoś mógł coś zobaczyć.

Ale pokój Heino znajdował się po drugiej stronie korytarza. Nie chciała, żeby rozpoznał ten głos.

Szybko wkroczyła na lawę, przerzuciła nogi przez krawędź okna i zniknęła.

Przywitał ją cichy śmiech. Silne dłonie w miękkich rękawiczkach złapały jej dłonie.

- Zawsze mnie zaskakujesz - powiedział serdecznie. Jego oczy śmiały się - wąskie kreski w mocnej twarzy. Jasną grzywkę odrzucił na bok. - Dobrze cię znów wi­dzieć, Mario. Pamiętałem cię inaczej, jakby... mniejszą?

Maja cofnęła ręce. Odeszła z kręgu światła pod oknem w stronę cienia pod brzozami, które posadzo­no, gdy zbudowano ten dom.

Ale nie odeszła tak daleko, by Ailo nie mógł jej słyszeć.

William Runefelt poszedł za nią.

- Chyba nie przyjechałeś, by mi to powiedzieć - zwróciła się do niego Maja. - O co chodzi? Przyje­chałeś po paczkę?

- Za dwa dni do Karlsborg przybija szwedzki sta­tek - odpowiedział William poważnym tonem. - To w Szwecji, na zachód od Tornio. Przewozi między innymi proch.

- Stąd daleko i do Tornio, i do Karlsborg - rzuci­ła Maja. - Co to ma ze mną wspólnego?

Jego głos był zachrypnięty z podniecenia.

- Jesteście daleko od Tornio. To ma znaczenie. W najgorszym razie będziemy musieli uciekać, każ­dy z osobna. Każdy ukryje się w innym miejscu...

- I mamy kogoś ukryć? William pokiwał głową.

- Jak dobrze jest to zaplanowane? - zastanawiała się. - Jak bardzo jest dla nas niebezpieczne?

- Gorzej będzie dla tych z Lulea, Haparanda, Tornio, Kemi... - William wymieniał nazwy miejscowo­ści leżących wzdłuż wybrzeża.

- No tak - zgodziła się Maja. - Możemy ukryć ja­kiegoś szaleńca. Dokąd pojedzie proch? Prochu nie chcę tu mieć za żadne skarby!

- Na moją wyspę - odparł. - Znasz lepsze miejsce? Nie wpadła na to. Zrozumiała też, że nie będzie mógł tam zabrać swoich towarzyszy. Łatwiej ukryć tam proch niż ludzi. Arystokrację.

- Za dwa dni?

- Jeśli zbierzemy wystarczająco dużo ludzi - skrzy­wił się William. - Okazało się, że niektórzy z nas nie­chętnie idą do akcji. Ale potrzebujemy i pieniędzy...

Wzruszył ramionami.

- A więc za trzy dni. Może cztery. Jeśli nikt się nie zjawi, będzie to znaczyć, że tym razem nie potrzebo­waliśmy waszej pomocy.

Jeszcze ktoś zeskoczył z okna kuchni i podszedł do nich.

- Woźnica lekarza... - rzucił Ailo. Stanął obok Mai. - Ale tym razem na niego nie wygląda. Raczej na je­go pana.

- Kim jest ten człowiek, Mario? Ile mógł słyszeć?

- To mój brat, Williamie. - Maja nie zauważyła na­wet, że nazwała go po imieniu. - Ailo. Przyjechał z Norwegii. Niedługo wraca. To jego nie dotyczy, ni­komu o tym nie powie.

- Nie wiem jeszcze, czy wracam - odezwał się Ailo. Nie spuszczał z Williama oczu. Widać było, że to nie jest byle kto. Jego imię wywołało echo, gdzieś już je słyszał... - Kuszą mnie rzeczy niebezpieczne, to nasza ro­dzinna słabość. Poza tym chciałbym zrobić coś, co wy­maga męskiej odwagi. Słyszałem o szwedzkim statku. O prochu. Przypuszczam, że chodzi o... wielką sprawę? William nie odpowiedział.

- No i słyszałem, że brak wam ludzi. Oto jestem. William spojrzał na Maję. Nie podobało się jej, że Ailo chce wziąć w tym udział. Coś jednak mówiło jej, że on już postanowił.

- Ręczę za niego - usłyszała własny głos. - Jeżeli jest ktoś, na kim zawsze mogę polegać, to mój brat.

Mężczyzna wyciągnął do Ailo dłoń i uścisnął mocno.

- William Runefelt. Ailo aż się wzdrygnął. Runefelt!

Spojrzał na siostrę. Jedyni ludzie, których Heino nienawidził, to rodzina tego człowieka!

- Rozumiesz, dlaczego nie mogę o tym powiedzieć Heino? Jeszcze nie teraz? - spytała Maja cicho.

- Rozumiem - odparł Ailo. - Kryjesz więcej tajem­nic niż ktokolwiek inny, moja Maju.

- Ona cała stanowi zagadkę - przyznał William z głębi serca. - Zagadkę. Nie sądzę, żeby komuś uda­ło się ją rozwikłać.

Spojrzał na Ailo.

- Jeżeli jesteś z nami, musisz jechać ze mną. Ailo skinął głową. Był na to przygotowany.

- To nie potrwa długo - rzucił do Mai, siadając na konia Runefelta. - Zanim minie tydzień, będę z po­wrotem, gotowy na podróż do Norwegii.

Maja pokiwała im ręką na pożegnanie. Nie mogła niczemu zapobiec. Czuła ból, ale wiedziała, że musi go znieść. To, co ma się zdarzyć, musi się zdarzyć.

Najtrudniej będzie wytłumaczyć Heino zniknięcie Ailo. Już wystarczająco mu nakłamała.

- Jest grupa ludzi, którzy walczą o uwolnienie Fin­landii spod władzy szwedzkiej - powiedziała wresz­cie, gdy Heino nie uznał jej pierwszych, wykrętnych wyjaśnień. - Ailo wszedł z nimi w kontakt. Niedługo ma się wydarzyć coś ważnego.

Coraz trudniej było jej znieść badawcze spojrzenie Heino. Nigdy wcześniej tak między nimi nie było. Niech diabli porwą Williama Runefelta! To on wszyst­ko skomplikował, wciągnął ją w to, sprawił, że nie mo­gła już o wszystkim mówić Heino, że były pomiędzy nimi tajemnice...

- Masz z nimi do czynienia?

- Wiem o nich - odparła. - Ailo i ja zwierzamy się sobie.

- Wierzysz w to? - spytał. Gdy tak siedział w swo­im fotelu, zapominało się niemal, że jest kaleką. - To odwieczne marzenie Finów - dodał. - W każdym stu­leciu znajdują się ludzie, którzy próbują. Za każdym razem kończy się tak samo. Wielu mężczyzn nie umiera naturalną śmiercią.

Maja nie odpowiedziała.

- To jego życie - rzekł Heino. - Może z nim robić, co chce. Ale to nawet nie jest jego walka. Nie powi­nien tu przyjeżdżać. Wiesz, co ma się zdarzyć?

Maja wbiła wzrok w swoje dłonie.

- Coś ze statkiem... Heino nie pytał więcej.

Minęły trzy dni. Co wieczór Maja czekała długo w noc. Okno kuchni było otwarte. Oczy wypatrywa­ły na południe.

Nikt się nie zjawiał.

Czwartego dnia dotarły wieści.

W Karlsborg wyleciał w powietrze szwedzki statek. Próbowali go przejąć zamaskowani mężczyźni. Więk­szość załogi była na brzegu. Pochodnia się przechyliła...

Statek przewoził proch.

Mówiono, że zginęli ludzie. Dwóch zbiegło, ale ich rozpoznano. Jeden był młodym fińskim arystokratą, drugi synem chłopa. Szwedzi intensywnie szukali ucie­kinierów. Wiedzieli, że nie szło tu o zwykłą kradzież.

Maja odchodziła od zmysłów ze strachu.

Tylko tych dwóch zidentyfikowano. Wielu zginęło...

Ale nie czuła w sobie pustki. Więź z Ailo nadal ist­niała. To ją pocieszało.

A gdyby tym arystokratą był William Runefelt, ca­łe Tornedalen by o tym mówiło.

- Czy to w tym brał udział Ailo? - spytał Heino. Maja mogła tylko potwierdzić.

- Oby Bóg miał nad nim pieczę. Tego dnia do swej wnuczki przybyła z wizytą Mar­ja Kivijarvi.

Sama powoziła.

Była ubrana na czarno, jak zawsze od śmierci Akiego. Chustkę miała ciasno związaną pod szyją. Była blada. Maja dostrzegła nagle, że babka miała więcej zmarszczek wokół oczu i na czole niż wokół ust.

Oczy starszej kobiety omiotły korytarz. Nie pa­trzyła na Maję. W dłoniach ściskała rękawiczki. Za­wsze marzła w dłonie, nawet latem.

- Nie chciałam się narzucać - powiedziała, gdy Ma­ja ją wprowadziła. - Ale się boję. I jestem sama. Nie miałam do kogo pójść. Jesteśmy prawie obce, wiem. Ale mimo to jesteśmy krewnymi, Maju. Musiałam do ciebie przyjść.

Maja wprowadziła ją do salonu. Uświadomiła to sobie później, że może instynktownie pragnęła, by matka Raiji zobaczyła, jak dobrze jej się powodzi.

Marja rozpięła płaszcz. Rozglądała się wokół. Te­go Aki nigdy nie zdołał jej oduczyć. Według niego to był zwyczaj biedaków.

- Kari wplątał się w coś okropnego - powiedziała wreszcie. - Boję się o niego. Boję się, że stało się coś naprawdę strasznego.

- Statek? - spytała Maja odruchowo. Marja wpatrzyła się w nią zdumiona.

- Skąd wiesz? - spytała szeptem.

- Przecież wszyscy o tym mówią - odrzekła szyb­ko Maja.

- Ten chłopak jest taki narwany - powiedziała Marja. - A mówią o tylu zabitych. I że jeden z nich to chłopski syn...

Maja dzieliła jej lęk.

- Pamiętasz dziecko, które matka i Mikkal mieli tu ze sobą? - spytała. - Mojego brata?

Marja pokiwała głową, dziwiąc się, dlaczego o to pyta.

- Ailo wziął w tym udział - powiedziała Maja. - Też nie wrócił. Nie wiemy, co się stało. Możemy tyl­ko czekać.

9

Nakłonili Marję, żeby zatrzymała się u nich. Po­wiedziała, że w gospodarstwie pozostał parobek. Nie był zamieszany w sprawę, Marja twierdziła, że moż­na na nim polegać. W każdym razie wierzyć, że na­karmi zwierzęta.

Troje przygnębionych ludzi nie miało specjalnie o czym ze sobą rozmawiać.

Marja zebrała się na odwagę i spytała, co się dzia­ło z Raiją. Maja opowiedziała, czując, jakby mówiła o kimś obcym. Gdy chodziło o matkę, tłumiła wszel­kie uczucia.

Także Marja ukrywała swoje uczucia. Dobrze pa­miętała ośmiolatkę, którą wysłali do Norwegii w na­dziei, że spotka ją lepszy los.

Raija nie chciała jechać. Może wyrządzili jej tym wielką krzywdę. Mimo że Raija jej wybaczyła.

Były to wspomnienia, których nigdy nie zdołała wy­rzucić z pamięci. Które nigdy nie przestały jej dręczyć.

Były matką i córką tej kobiety, o której mówiły. To je ze sobą łączyło. Obie były jej obce, tak jak ob­ce były dla siebie nawzajem.

Po południu nadjechał konno chłopak. Ubrany był jak wieśniak, a po koniu było znać długą drogę.

- Szukam Marii Aalto - powiedział po fińsku. Miał może szesnaście lat.

Maja wprowadziła go do pokoju Heino.

- Ja jestem Maria Aalto - powiedziała.

- Twój brat jest ranny - powiedział jak wyuczoną lekcję. - Potrzebuje cię. Tylko ty możesz mu pomóc.

Maja skinęła głową.

Weszła Marja. Słuchała z szeroko otwartymi oczami.

- Jak bardzo? - spytał Heino. - Co jest z bratem Marii?

Chłopak przełknął ślinę. Wzrok wbił w podłogę. Nie proszono go, żeby o tym mówił.

- Brałeś w tym udział? Przerażony potrząsnął głową.

- Jestem tylko chłopcem stajennym u... - zamilkł, przypomniawszy sobie, że nie może ujawniać na­zwisk. - Mówią, że on nie ma już twarzy.

Maja zacisnęła powieki, ale wyobraźnia nadal pra­cowała. Jak to się stało? Dlaczego nic nie przewidzia­ła? Coś złego działo się z jej bratem, a ona nic nie czuła!

- Czy to daleko? - spytał Heino. Maja wiedziała.

- Tak - odparł chłopak. - Ja ją tam zawiozę. Niko­go więcej mi nie wolno.

- Czy jest z wami chłopak, Kari Kivijarvi? - spyta­ła Marja. - Wysoki blondyn. Czy żyje?

- Nie wiem - odparł chłopak. - Naprawdę nie wiem. Tam nie ma ich wielu. Tylko jej brat i jeszcze kilku.

- Oczywiście musisz jechać - stwierdził Heino.

- A co z tobą? Marja odpowiedziała za niego.

- Ja zostanę. On jest teraz moją rodziną. W końcu stara babka się na coś przyda.

- Koń chłopaka może tu zostać. Weź nasze konie i wóz, jeśli trzeba - orzekł Heino.

- Pojedziemy konno - zdecydowała Maja, splata­jąc włosy w ciasny warkocz. - Tak będzie najszybciej.

Wiedziała, że będą musieli po drodze zmieniać ko­nie, ale nie wspomniała o tym mężowi.

Chłopak dostał jedzenie, gdy Maja się przebierała. Włożyła skórzane spodnie Ailo. Może i kobietom nie wypadało chodzić w spodniach, ale nie dbała o to. Spódnica tylko by przeszkadzała w jeździe. Ale za­pakowała spódnicę i bluzkę. Tam, dokąd jechała, nie chodziło się w skórzanych, brudnych spodniach.

Maja wcisnęła warkocz pod jedną z czapek Heino. Czapka trochę się wybrzuszyła, ale nie tak, żeby zwracało to uwagę.

- Dobre przebranie - uśmiechnął się Heino. Nawet ją uścisnął.

Maja ucieszyła się. Tak rzadko jej dotykał. Ona też co­raz rzadziej. Za każdym razem czuła, że mąż ją odrzuca. A teraz pozwolił nawet na pocałunek.

- Będę za tobą tęskniła. Heino uśmiechnął się słabo.

- Ailo bardziej cię potrzebuje. Dobrze, że Żyje. Mam nadzieję, że mu pomożesz!

Maja skrzywiła się. Bez twarzy...

To mogło oznaczać wiele. Czuła jednak, że aż coś się w niej skręcało ze strachu. Marja uścisnęła ją mocno.

- Spytaj o Kariego! - poprosiła. Tylko jeszcze o to dziecko mogła się troszczyć.

Dojechali aż do Zatoki Botnickiej. Już dawno Ma­ja nie jechała tak długo konno. Jej ciało zesztywnia­ło. Trudno jej było usiedzieć. Żałowała także koni. Wiedziała, że to i dla nich za długa droga.

- Dadzą radę - rzucił chłopak. - Musimy tam do­trzeć jeszcze dziś.

- To niemożliwe - wykrzyknęła Maja. - Przecież jedziemy na... wyspę?

Potwierdził.

- Zostawimy konie w gospodarstwie na południe od Tornio. Stamtąd popłyniemy łodzią. Wtedy zdą­żymy. Dla twojego brata liczy się każda godzina.

W umówionym miejscu przyjęto ich konie z obiet­nicą, że zadbają o nie. Porozmawiali chwilę o pogodzie i odeszli na cypel, gdzie czekała łódź. Była podobna do tych, które Maja znała z północy. Miała pięcioosobo­wą załogę. Od razu odbili od brzegu.

Pogoda była dobra, więc nawet zapadający zmrok nie niepokoił Mai. Załoga zresztą sprawiała wrażenie doświadczonej.

Marzła, ale wiedziała, że tylko powinna być wdzięczna wiatrowi. Prędzej dopłyną.

Nie widziała nic oprócz żagla, ale i tak myśli mia­ła zaprzątnięte innymi sprawami.

Świecił księżyc w pełni, co ułatwiało żeglarzom za­danie. Ujrzeli ląd na długo, nim zbliżyli się do brze­gu. Maja zorientowała się, że to inna strona wyspy. Przypłynęli przecież od północy.

Łódź nie przybiła do brzegu. Słychać było, jak ocie­ra się o dno. Jeden z członków załogi zeskoczył i wy­ciągnął ręce w stronę Mai. Zsunęła się w nie bez wa­hania, tuląc do piersi zawiniątko z odzieżą i ziołami. Nie mogły się zmoczyć.

Mężczyzna doszedł z nią do brzegu i postawił na piasku. Chłopak, przemoczony, dotarł chwilę potem. Był zmęczony, słaniał się niemal. Doprowadził ją do dwóch koni pasących się w zaroślach, niewidocznych od strony morza. Siodła leżały w trawie. Osiodłali zwierzęta. Nie mieli czasu nawet na rozmowę.

Chłopak poprowadził ją dróżką przez las.

Zaczęło się rozjaśniać.

Dotarli do domu od innej strony niż ostatnio. Maja niemal go nie poznała. Większość okien była ciemna, tylko z jednego czy dwóch dochodziło słabe światło.

- Ja zajmę się końmi - rzucił chłopak. - Wejdź do środka.

Maja chciała zaprotestować, ale nie dopuścił jej do głosu.

- To nic takiego - powiedział z krzywym uśmie­chem. - Jestem na służbie u dobrego pana. Nie wszy­scy tak mają. Nie daje mi takich zadań codziennie. Zresztą, sam się zgłosiłem.

- Powiem mu, jaki byłeś dzielny - obiecała Maja. Wbiegła na schody prowadzące do domu. Nawet nie zapukała, ale tym razem drzwi były zamknięte.

Chwilę potem ktoś przekręcił klucz w zamku. Drzwi się uchyliły i ukazał się William Runefelt.

Był blady pod opaloną skórą. Miał kilkudniowy zarost i wyglądał tak, jakby czuwał tak samo długo.

- Dzięki Bogu! - westchnął i wciągnął Maję do środka. Drzwi zamknął na klucz. - Poszło źle.

Maja pokiwała głową. - Jak Ailo?

- Był za blisko. - William przełknął ślinę i spojrzał na Maję. - Nigdy nie widziałem takiego ognia... Nie wiem, czy on to przeżyje. Musiałem wezwać Bergforsa. Wprowadzić go we wszystko, co zresztą podejrze­wał od jakiegoś czasu. Na szczęście okazał się na­szym zwolennikiem. Cały czas daje Ailo morfinę. To powinno koić ból, on jednak wije się w cierpieniu.

Mówi dużo, chyba po lapońsku, bo nic nie rozu­miem. Przywołuje jakąś Idę. I ciebie. „Sprowadź Ma­ję!”, wołał do mnie raz po raz...

- Ida to jego żona - wyjaśniła Maja. - Muszę go zo­baczyć. Jak bardzo jest źle, William?

Spojrzała na niego, on jednak unikał jej wzroku.

- Chłopak, który po mnie przyjechał, nie chciał nic powiedzieć. Tylko że Ailo nie ma już twarzy...

- To odpowiada prawdzie, Mario - powiedział Wil­liam. Dotknął lekko jej policzka, ale zreflektował się i wsadził pięści do kieszeni brokatowej kamizelki. - Ailo nie ma już twarzy. To tylko kawałek mięsa. Otwarta rana. Otwór zamiast ust, coś, co Bergfors uzyskał w miejsce nosa, żeby mógł oddychać, i pra­wie zrośnięte szpary, które były oczami. Włosy ma tylko z tyłu głowy. I jedno ucho.

Maja przytrzymała się mocno poręczy schodów. Próbowała sobie wyobrazić to, co William jej opisał. Nie dała rady. Ale przynajmniej była przygotowana.

- A inne obrażenia?

- Złamana noga - odparł. - A ja nie mam nawet draśnięcia, nawet lekkiego oparzenia. A też byłem na tym przeklętym statku!

- Muszę do Ailo - powiedziała Maja. Napełniła ją siła. Poczuła pewność, że Ailo nie umrze. Nie było w niej pustki.

William poprowadził ją do jednego w dużych po­kojów.

Bergfors siedział przy łóżku. Od kiedy przybył, nie odstępował rannego ani na krok.

Maja padła na kolana przy posłaniu brata. Łzy przesłaniały jej widok. Otarła je i zmusiła się do pa­trzenia.

Opis Williama zgadzał się z rzeczywistością. Nie mogłaby stwierdzić z pewnością, że to był Ailo. Nie mogła.

- O Boże - wyszeptała, chociaż wiedziała, że po­moc Najwyższego na niewiele się teraz przyda.

- Był ze mną cały czas - powiedział William. - Roz­poznaliśmy go po ptaku, którego nosił na rzemyku na szyi.

Maja dostrzegła ozdobę. Przełknęła ślinę. Ailo za­wsze rzeźbił ptaki we wszystkim, co mu wpadło w rę­ce: kawałku drewna, kości... Jednego dostała także ona. Był to ptak z rozpostartymi skrzydłami, wiszą­cy na podwójnym rzemyku.

- Wietrzymy jego rany raz dziennie - odezwał się lekarz. - Przybyłaś w najgorszym momencie.

Pokiwała głową.

- Widywałam już brzydkie rzeczy - stwierdziła, odkładając na bok zawiniątko z ziołami. Nie przyda­dzą się teraz. Potrzebne będą silniejsze środki.

Spojrzała poważnie na obu mężczyzn.

- Proszę was, żebyście zostali - powiedziała. - Ale musicie obiecać, że nie przeszkodzicie mi, cokolwiek się będzie działo. Nawet gdybyście sądzili, że ja... umieram.

- O czym, u diabła, mówisz, Mario? Spojrzała na niego ze śmiertelną powagą.

- Niektórzy nazwaliby mnie czarownicą - rzuciła cicho. - Umiem stosować zioła. A gdy naprawdę po­trzeba, mogę więcej. Mówią, że opuszczam swoje cia­ło. Nie wiem. Nie pamiętam. Ale nigdy jeszcze tak mi na tym nie zależało.

Lekarz pokiwał głową. Odnosił się sceptycznie do podobnych praktyk, lecz skoro już miał okazję zobaczyć coś takiego na własne oczy, nie zamierzał od­mawiać.

William nie chciał wierzyć. Ale coś w wyglądzie Mai sprawiło, że nie protestował. Stała się tak... inten­sywna, niemal płonęła. Wokół niej niemal widzieli aureolę przypominającą blask zorzy polarnej.

Maja usiadła na podłodze koło łóżka. Chwyciła obie dłonie brata. Policzek oparła o brzeg posłania i utkwi­ła spojrzenie w Ailo. Nie dostrzegała rany, widziała je­go dawną twarz: uśmiechniętą, ładną, z błyskiem w oku i niesforną, czarną, gęstą grzywką opadającą na czoło.

Jej Ailo.

Ailo Idy.

Skąd brało się to ciepło? Nigdy tak wcześniej nie było. Nie czuła takiego gorąca...

Nie mogła tego nie zrobić. Nie można było dłużej czekać.

Maja czuła, jakby się spalała, ale nie mogła puścić dłoni Ailo. Byli ze sobą związani jako siostra i brat, związani tym przedziwnym żarem, który był jak ogień i lód jednocześnie. Nic innego nie widziała. Nic nie pamiętała. Zapomniała, co ją tu sprowadziło.

Byli razem - ona i Ailo - ten Ailo, którego znała. Widziała jego szelmowski uśmiech, czuła, że on chce walczyć, chce żyć!

Maja czuła się ciepła i lekka. Otaczało ją przedziw­ne światło. Wydawało się znajome, nie obawiała się go. Pozwalała mu się prowadzić dalej, dalej...

Usłyszała śmiech. Zły śmiech. Zwycięski. I ujrzała odjeżdżającego konno mężczyznę.

Nie rozpoznała go, ale wiedziała, że to wróg. Odgoniła go, ale jego śmiech wskazywał, że on się nie poddał. Że to tylko połowiczne zwycięstwo.

Maję prowadziło światło. Czuła takie gorąco, że niemal krzyczała z bólu. Ale żaden dźwięk nie wydo­stał się z jej ust.

Gorąco wzmagało się. Napełniało ją całą. Czuła, że jej skóra się spala, ale nie odczuwała strachu. Nie miała się czego obawiać.

Aż wreszcie, gdy już niemal nie mogła wytrzymać, coś sprawiło, że całe ciepło jakby spłynęło poprzez wnętrze dłoni, opuszki palców...

Potem Mai zrobiło się zimno.

William wiercił się w fotelu. Nie podobało mu się to, czego był świadkiem. To nie miało sensu, Maria nie mogła w coś takiego wierzyć! Nie była przecież tak... prymitywna.

Zerknął na Bergforsa. Lekarz z zainteresowaniem obserwował to, co się działo. Albo raczej, co się nie działo. O ile William mógł stwierdzić, nie działo się nic.

- Ona śpi - szepnął. Chciał wstać, podnieść Marię z podłogi i zakończyć ten żałosny seans.

Bergfors podniósł ostrzegawczo dłoń. Pochylił się do przodu.

William popatrzył na nich.

Ailo - groteskowy bez bandaży na tle białej poście­li. Maria, ubrana jak Lapończyk, śpiąca na podłodze obok niego.

Bratersko - siostrzana miłość, przebiegło mu przez głowę. On miał dwie siostry, ale nie czuł do nich nic szczególnego. One do niego też nie.

To, że od Marii bił blask, było odbiciem światła w pokoju. Nie mogło być inaczej. Nikt nie mógł mieć coraz mocniejszej czerwonozłotej aureoli wokół sie­bie. Ale w głębi duszy słyszał głos daleki od rozsądku. Ów głos mówił, że ona wyglądała tak, jakby mo­gła w każdej chwili zacząć płonąć. Tak jakby stała w ogniu i nie zapalała się.

To nie mogło się dziać naprawdę. To były omamy. Przecież czuwał już czwartą dobę. Oczywiście, że wzrok płatał mu figle, nie mogło być inaczej.

William uwierzył w takie wyjaśnienie. Zwłaszcza gdy aureola przemieściła się od Marii do Ailo. Wte­dy uznał, że coś takiego mogło się pojawić tylko w je­go przemęczonym umyśle. Oparł się wygodnie w fo­telu i zamknął oczy.

Gdy się ocknął, Bergfors wstał. Pochylił się nad Ma­rią, zbadał jej puls, dotknął skóry, uniósł powiekę, rozpiął guzik jej spodni. Potem zostawił ją leżącą.

Spojrzał na Ailo i tylko pokręcił głową z uśmiechem.

Maria była blada, wyglądała jakby na przemarznię­tą. Bergfors okrył ją pledem.

Wyprowadził Williama z pokoju, zostawiając uchylone drzwi. Chusteczką otarł pot z czoła.

- Nie uwierzyłbym, gdyby to nie stało się na mo­ich oczach - powiedział cicho.

- Co się stało? - spytał William. - Maria zasnęła. Coś jeszcze?

Lekarz potrząsnął głową i poklepał Williama po ra­mieniu.

- Jak na tego, który ma wielkie marzenia co do Fin­landii, zbywa ci na wyobraźni. Jesteś zbyt wielkim re­alistą, przyjacielu. Byłeś świadkiem cudu, ale go nie dostrzegłeś. Ona jest niezwykłą kobietą. Niecodzien­ną, niezwykłą, wspaniałą kobietą.

William uśmiechnął się słabo. Z tym mógł się zgodzić.

- Nie widziałeś wokół niej aureoli? Nie widziałeś, jak się zmieniała od słabej i zimnej do rozżarzonej? Nie widziałeś, jak przeszła na Ailo? - Potrząsnął głową. - Są­dziłem, że on umrze tej nocy. Teraz myślę, że przeżyje. Tylko po co? przebiegło przez głowę Williama. Brat Marii będzie potworem bez twarzy.

- Z jego ran przestała się sączyć ropa - mówił da­lej lekarz. - Nie mogłeś tego dostrzec. Jego puls wzbudza nadzieję. A ona śpi zimnym snem...

- Czy Maria umrze?

Lekarz dostrzegł niepokój Williama. Przed oczami stanął mu Heino Aalto. Nieciekawa to historia, uznał, a wszystko działo się wokół tej kobiety, która nawet nie była ładna.

- Pewnie wróci - stwierdził. - Ale to dziwny sen. Ona ma rację: niejeden nazwałby ją czarownicą.

Bergfors czuwał nad rodzeństwem. Notował wszyst­ko, co działo się z Mają, każdy szczegół. Był zafascy­nowany. I zdeprymowany. To kłóciło się ze wszyst­kim, czemu zwykł wierzyć.

Rankiem sen Mai zmienił się na normalny. Zosta­wił ją jednak na podłodze; coś mu mówiło, że tak być powinno.

Była całkiem zesztywniała, gdy się obudziła. Bardzo zmęczyła ją długa podróż na końskim grzbiecie. No i całą noc spędziła w niewygodnej pozycji. Dłonie na­dał trzymały Ailo. Zmusiła się, by na niego spojrzeć. Dłonie brata były ciepłe, nie tak, jak poprzedniego wieczora. Ale twarz nigdy nie będzie twarzą Ailo.

- Chyba uratowałaś mu życie - odezwał się glos. Maja podniosła się z trudem. Ostrożnie puściła dłonie najbliższej sobie osoby. Długo patrzyła na Ailo, zanim usiadła w wolnym fotelu. Lekarz siedział w drugim. Wycierał okulary, nie patrząc na nią.

- Już długo był w stadium krytycznym - stwierdził.

- Pogorszyło mu się. Sądziłem, że umrze tej nocy. Ale nastąpiło przesilenie, jako lekarz nie mogę powiedzieć, że stało się tu coś nienormalnego. Ale jako człowiek, mały wobec rzeczy wielkich, muszę przyznać, że w tym pokoju dziś w nocy wydarzył się cud. On by umarł, gdy­by nie ty. Nie umiem tego wytłumaczyć. A ty? Maja potrząsnęła głową.

- To się zdarzyło kilka razy - powiedziała. - Za­wsze chodziło o kogoś, kogo bardzo kochałam, a kto potrzebował pomocy. Jest coś jeszcze, czym potrafię sterować. Ale to tutaj jest poza zasięgiem mojej wo­li. Nie wiem, na czym to polega. Ale czuję, że za każ­dym razem tracę część siebie. To cena. Może dlate­go nie mogę decydować, kiedy tego użyć. To może mi zaszkodzić.

- Nic nie pamiętasz?

- Tylko gorąco - odparła. - Nigdy tak wcześniej nie było. Już myślałam, że się spalę. Wtedy ze mnie wyszło. Czułam to, szło przez opuszki palców... Wte­dy zaczęłam marznąć i ogarnęła mnie ciemność.

Bergfors pokiwał głową. Wiedział, że musi to zano­tować. Podniecony, zastanawiał się, czy jemu przypad­nie rozwiązanie tej zagadki. Po dzisiejszej nocy już ni­gdy nie zaprzeczy istnieniu zjawisk ponadnaturalnych.

- Zabandażuję go teraz - powiedział. - Gdy się obu­dzi, zobaczysz się z nim. Musimy go nakarmić.

- Jak to robicie?

- Dajemy mu piwo przez słomkę. Ma wartości od­żywcze, może uśmierza ból. Ale trudno zmusić go do ssania. Sprawia mu to trudność.

Maja zrozumiała. Ailo nie miał już warg, nie miał skóry. Miał tylko otwór po ustach.

- William jest na dole - dodał lekarz. - Przeżycia dzisiejszej nocy nieco go przerosły. Nie wie, co o tym sądzić.

- Nie tylko on - uśmiechnęła się Maja. Bergfors popatrzył na nią długo.

- To nie jest moja sprawa - rzucił w końcu - ale twój mąż nie jest już dla ciebie mężczyzną. Podzi­wiam twoją lojalność. Jednak jesteś jeszcze młoda...

- Nie mów więcej! - poprosiła Maja. - Wiem, o czym myślisz, ale nie mów o tym!

Lekarz miał serdeczne spojrzenie. Czuła, że nie był tylko dobrze opłacanym lokajem Runefeltów. Był współczującym człowiekiem.

Zeszła na dół. Znów ujrzała te piękne przedmioty. Cieszyły jej wzrok. Drzwi do pokoju z książkami, bi­blioteki, jak go William nazwał, stały uchylone. Z kuchni dochodziły ją głosy mówiące coś cicho we­sołym tonem. Jak ktokolwiek mógł być teraz weso­ły? Ale to nie była ich walka. Oni nie musieli wczuwać się w życie innych... Może ich dzień zasługiwał na to, żeby witać go śmiechem...

William siedział w głębokim fotelu. Palił fajkę al­bo raczej trzymał ją dymiącą w dłoniach.

- Jak z Ailo? - spytał.

Maja opadła na sofę i z ulgą wyciągnęła nogi.

- Bergfors mówi, że on przeżyje.

William pokiwał głową. Patrzył na Maję, jakby wi­dział ją po raz pierwszy w życiu. Próbował dopatrzeć się czegoś odbiegającego od normy, czegoś, czego brak zwykłym śmiertelnikom, ale nic takiego nie zna­lazł. Widział tylko młodą kobietę.

- Kim ty jesteś, Mario?

- Dzieckiem miłości - odpowiedziała. - Urodzo­nym w grzechu. Moja matka była Finką, a mój ojciec Lapończykiem. Kochali się tak, że unieszczęśliwili wielu innych. Oboje mieli niepokój we krwi. Mikkal i jego Mały Kruk. Nic więc dziwnego, że to się tro­chę odbija na mnie...

- Mały Kruk?

- Tak nazywał mamę. - Maja wzruszyła ramiona­mi. - Nie pytaj mnie, dlaczego. Ale on zawsze rzeź­bił ptaki, tak jak teraz Ailo. Może dlatego jesteśmy takimi wędrownymi ptakami.

- To jakby wasz herb - stwierdził William. - Mój to dwa miecze i kwiat.

Odłożył fajkę do popielniczki i splótł dłonie.

- Opowiem ci, dlaczego poszło źle. Maja objęła rękami kolana.

- W załodze statku było dwóch naszych. Statek miał zacumować trochę za Karlsborg, w Batskarnas. Ale za­cumował w Karlsborg. To nam utrudniło sytuację; gdy­by nas odkryto, bylibyśmy narażeni na atak stacjonują­cych tam żołnierzy. Było nas dwunastu w trzech łód­kach. Wyruszyliśmy pod osłoną ciemności. Wspięliśmy się na statek i okazało się, że zostało tam więcej załogi, niż się spodziewaliśmy. Jeden z naszych stchórzył i zszedł na ląd razem z załogą. Teraz myślę, że mógł na nas donieść... Przejęliśmy kontrolę nad statkiem bez użycia przemocy. Zaczęliśmy opuszczać beczki z pro­chem. Nie chcieliśmy zabrać wszystkich, tylko kilka.

Wziął głęboki oddech.

- Dostrzegli nas z lądu. Wysłali dwóch ludzi, którzy dostali się na statek. Nie zauważyliśmy ich, sądziliśmy, że wszystko jest pod kontrolą. To był nasz największy błąd. Jeden z tych ludzi rzucił się na jednego z naszych, który trzymał pochodnię. Wywiązała się bójka. Zapali­ły się jakieś liny. Jedna beczka rozpadła się, proch się rozsypał. Pośrodku tego wszystkiego znajdowało się pięciu mężczyzn. Ailo chwycił pochodnię, chciał zapo­biec katastrofie. Wtedy nastąpił wybuch. Mnie odrzu­ciło na burtę. Było to morze płomieni, istne piekło. Wskoczyliśmy do wody. Jeden z naszych wziął Ailo. Razem z jeszcze dwoma dopłynęliśmy do łódki, wcią­gnęliśmy Ailo i oddaliliśmy się od brzegu. Kluczyliśmy pomiędzy małymi szkierami i uniknęliśmy pościgu. Gdy nastał dzień, uznaliśmy, że Ailo nie żyje. Odniósł takie obrażenia... Ale dotarliśmy tu i posłałem po Bergforsa. Mój ojciec jest w Sztokholmie, ale pewnie nie­długo wróci. Niepokoje utrudniają mu handel.

- Rozpoznano cię?

- W masce? Ubranego na czarno? - skrzywił się. - Nie sądzę. Zresztą nikogo z naszych nie dostali ży­wego. Jeszcze nie wiem, ilu straciliśmy.

- Był z wami wysoki chłopak, blondyn? Syn chło­pa, całkiem ładny. Siedemnaście, osiemnaście lat. Na­zywa się Kari Kivijarvi. Pamiętasz go?

William skinął głową.

- Odważny i arogancki jak sam diabeł. Nie wiem, co się z nim stało. Z nami go nie było. Kim on jest dla ciebie?

- Moim wujem - uśmiechnęła się Maja. - Moje re­lacje rodzinne każdego zaskakują. Nie każ mi ich tłu­maczyć. Już nie mam sił.

- Chodź ze mną na spacer - zaproponował. - Ścia­ny mnie duszą. Ale jeszcze boję się być sam. Nie mu­sisz ze mną rozmawiać. Po prostu bądź.

Skinęła głową.

Oboje cierpieli z powodu katastrofy. Wzajemna obecność przynosiła im ulgę.

10

Poszli do lasu. Jasnozielone brzozy zmieszane by­ły z ponurymi świerkami, lepiej pasującymi do ich nastroju.

William podwinął rękawy koszuli. Maja pociła się w swoim skórzanym stroju. Ściągnęła kurtkę. Miała pod nią jedną ze swoich przyzwoitych bluzek z mięk­kiej flaneli, też zbyt ciepłą na taki letni dzień.

- Boisz się, że cię złapią? - spytała Maja. Szli wąską ścieżką. On szedł przed nią.

- Nie myślałem o tym - odpowiedział, nie przesta­jąc iść. - Ale po pożarze na statku, po tym, co spot­kało Ailo, boję się śmierci.

Maja rozumiała go. Ją także uderzyło, jak mała od­ległość oddziela życie od śmierci. Ocknął się w niej na wpół zapomniany obraz. Nagle zrozumiała, kim był ten jeździec na koniu z jej snu.

Roto.

Lapoński bóg śmierci. Posłaniec choroby.

Nic dziwnego, że jego śmiech brzmiał zwycięsko. Przecież w końcu zawsze wygrywał.

Przez ciało Mai przebiegł zimny dreszcz. Zobaczy­ła przed sobą Ailo. Wiedziała, jak jego naród go na­zwie.

Naznaczony przez Roto.

Doszli do plaży. Piasek był biały jak śnieg, drobny i delikatny. Szło się po nim jak po dywanie.

William usiadł, opierając ręce o podciągnięte kola­na. Rozpiął jeszcze jeden guzik koszuli.

Maja ściągnęła buty. Miała bose nogi. Dobrze było zanurzyć palce stóp w ciepłym piasku. Całkiem nowe przeżycie. Nad jej fiordem nie było takiego piasku.

- Co teraz pozostało z twoich marzeń? - spytała Maja, zerkając na zielone wybrzeże Finlandii. - Z wielkich marzeń o niezależności i wolności?

- To nas nie załamie - odpowiedział, lecz już nie tak pewnym tonem jak wcześniej. Nie był przygoto­wany na poświęcanie życia ludzi. Nie brał pod uwa­gę przelewu krwi.

Maja zrozumiała, że ci, którzy to planowali, po­chodzili z klasy, która wydawała oficerów. Zwykły­mi żołnierzami byli zawsze chłopi. A na wojnie prze­ważnie ginęli żołnierze...

- Musimy się przyczaić na pewien czas - dodał. Maja zrozumiała, że nadal będzie musiała przecho­wywać pistolety.

- Myślisz, że on nas znienawidzi za to, że go ura­towaliśmy? - spytał William.

- Ailo? Maja bawiła się piaskiem. Przed oczami stanęła jej zmasakrowana twarz brata. Spróbowała wyobrazić ją pokrytą skórą. Nie udało jej się.

- On był taki ładny - powiedziała. - Biedna Ida! Tak niedawno się pobrali. Nie wiem, czy ona będzie w stanie to znieść. Taki straszliwy szok!

- Myślę, że wolałbym umrzeć - wyznał William - niż to.

- Większość wydarzeń ma jakiś sens - odparła.

- Widzisz w tym jakiś sens? Nie odpowiedziała.

- Czy możesz zostać? - spytał, nie patrząc na nią. Łatwiej mu było zaczepić wzrok o lekko pofalowaną powierzchnię wody.

- Tutaj?

Potwierdził skinieniem głowy. Wydawał się bez­bronny, twarz odzwierciedlała jego uczucia.

- Wiesz, że to niemożliwe - Maja ostrożnie dobie­rała słowa. - Oczywiście zostanę tak długo, jak będę potrzebna Ailo. Ale Heino jest także zależny ode mnie. Całkiem zależny.

- I to właśnie sprawia, że wszystko staje się tak trudne - pokiwał głową William. - Czuję się jak prze­stępca. Jak łobuz, który okrada kogoś, kto nic nie ma...

- Jeszcze nic nie ukradłeś Heino, William - odpar­ła Maja spokojnie. - Nie masz za co przepraszać ani za co czuć się nie w porządku.

- Jeszcze nie? - William aż się do niej odwrócił. Ba­dał jej twarz. Nie mógł na to nic poradzić. Jego oczy nigdy dotąd nie widziały kobiety tak interesującej, ponętnej, tak wartej zachodu i wysiłków. - Niebez­piecznie jest dawać mi nadzieję, wiesz.

- Nie to miałam na myśli - powiedziała Maja, ale wie­działa, że świadomie wybrała te słowa. Mogła się odwa­żyć je wypowiedzieć. Miała czas się nad nimi zastano­wić. Ale nadal kochała Heino. Czuła się tak zagubiona...

- Pewnie sądzisz, że to chwilowe zakochanie, prawda? - spytał, nadając nazwę temu, co powstało między nimi.

- Czyż nie? - odpowiedziała pytaniem Maja, a jej oczy znów stały się oczyma mądrej, doświadczonej kobiety. Nigdy tego nie widział u osoby tak młodej. Ale Maja na pewno nie jest zwykłą młodą kobietą, to już wiedział!

- ...Różnię się od kobiet, które znałeś, Williamie. Dlatego uważasz, że jestem fascynująca. Spotkaliśmy się w niezwykłych okolicznościach, to też ma znacze­nie. Nie sądzę, żeby to było czymś więcej. A poza tym tak wiele stoi temu na przeszkodzie...

- Masz męża - pokiwał głową. - To jest główna przeszkoda. Nic innego się nie liczy. To, że pocho­dzimy z innych klas, jest bez znaczenia.

- Może dla ciebie - odrzekła Maja. - Ty nie mu­siałbyś niczego zmieniać. Temu, kto przechodzi w wyższe sfery, na pewno jest trudniej.

William przyznał, że o tym nie pomyślał.

- Ale to coś więcej - dodał. - Więcej niż chwilowe zauroczenie. Więcej niż pożądanie. Więcej niż to, że różnisz się tak bardzo od wszystkich kobiet, jakie znam. Coś we mnie się stało tej nocy, gdy cię ujrza­łem, całą we krwi, dumnie stojącą przed moim ojcem. Odeszłaś od konających i nic cię nie obchodziło, kim on jest. Byłaś pewnie pierwszym człowiekiem, który tak go potraktował. Wtedy zrozumiałem, że jesteś kimś, kto mógłby mnie zobaczyć takim, jakim jestem naprawdę. Wiedziałem... - przerwał sam sobie. - U dia­bła, siedzę tak i staram się uszczęśliwić swoją nie­odwzajemnioną miłością zamężną kobietę!

- Możesz mieć, kogo chcesz, Williamie - powie­działa Maja delikatnie. - Nie musisz się mną męczyć. Możesz mieć, kogo chcesz. Nie pozwól, żebym zmar­nowała ci życie!

- Wszystkie. Z wyjątkiem tej jedynej - odparł. Spojrzenie miał poważne. Jeden policzek mu drgał, jakby powstrzymywał płacz.

- Zapominasz, że ja kocham Heino - dodała Ma­ja. - A jestem kobietą jednego mężczyzny. Jakiś czas potrwało, zanim zrozumiałam, że go kocham. Nic się ze mną nie dzieje nagle. Ja nie zakochuję się od pierw­szego wejrzenia, Williamie.

- Wolno mi żałować, że nie spotkałem cię pierw­szy, prawda? - William podniósł się i wyciągnął do niej rękę. Przyjęła ją i wstała. William podał jej buty.

Poszli wzdłuż plaży. Szli tak blisko, że mogli się trzymać za ręce, gdyby chcieli, tak blisko, że czuli obecność swoich ciał.

Maja odnalazła w tym spokój. Podobało jej się, że tak szli w ciszy. Mimo że znała jego uczucia, wiedzia­ła, że nie stanowi dla niej zagrożenia.

Gdy plaża stała się bardziej kamienista, usiadła, a on pomógł jej wciągnąć buty. Takie drobiazgi od­różniały ich światy. W świecie Mai kobiety radziły so­bie same. W świecie Williama traktowano je jak deli­katne róże.

Mai to się podobało. Inaczej nie byłaby kobietą.

W pewnym momencie się potknęła, ale William zdążył ją podtrzymać i wciągnąć na pas sztywnej tra­wy ponad kamieniami. Jego dłoń trzymała jej dłoń, była silna i ciepła.

Poszli tak dalej, ręka w rękę. On był wysoki i miał długie nogi, ona niska i stawiała drobne kroki.

W oddali na morzu widzieli małe łodzie rybackie. Ludzie wydawali się wielkości lalek.

William objął ją ramieniem.

To nie było właściwe, ale wcale tego tak nie odbie­rali.

- Czuję się jak kawałek drewna unoszony przez fa­le - rzuciła Maja, patrząc na właśnie taki kawałek, który utkwił pomiędzy kamieniami. - Wszystko za­leży od przypadku. Gdy już mi się wydaje, że mam cel w życiu, coś, czemu się mogę poświęcić, wpadam wtedy w jakiś wir, który mnie wyrzuca gdzie indziej. Nic się nie dzieje zgodnie z przewidywaniami...

- A czy ktokolwiek tak ma? - spytał. - Żyje zgod­nie z przewidywaniami? Któż żyje według planu? Na­prawdę chciałabyś tak?

- Może i nie...

- Czy ja jestem takim wirem? - William zatrzymał się i położył ręce na jej ramionach. Delikatnie, jakby była z bezcennej porcelany. - Czy to tak wszedłem w twoje życie?

Maja potrząsnęła głową.

- Byłeś czymś nieprzyjemnym - odrzekła Maja z lek­kim uśmiechem. - Nie ma dla ciebie miejsca w moim życiu, Williamie Samuli Hugo Runefelcie.

- Zapamiętałaś moje wszystkie imiona? Maja wysunęła się spod jego uścisku. Usiadła na kępie trawy na zboczu schodzącym w stronę morza. Zerwała źdźbło trawy i gryzła je w zamyśleniu.

- Może dlatego, że ten Samuli tak nie pasuje do tych pozostałych arystokratycznych imion.

Usiadł koło niej. Wyjął jej źdźbło, dotknął nim swoich ust i schował do kieszeni kamizelki.

- Serce mojej matki biło dla ojczyzny. Nie podda­ła się, gdy ojciec chciał mnie nazwać Samuel, i zosta­ło Samuli.

- Nie jesteś żadnym wirem, Williamie - odparła w końcu Maja. - Moje życie nie potoczy się inną drogą z twojego powodu. Możemy się tu spotykać tak rzadko, że niemal nigdy. Pozostaniemy przyja­ciółmi. Ja żyję tylko wtedy, gdy przebywam z ludź­mi mojego pokroju. To, co dzieje się teraz, to jakby odpoczynek od sianokosów mojego życia. Ale tego pewnie też nie przeżyłeś? Nigdy nie byłeś na siano­kosach?

William potrząsnął głową.

- Tylu rzeczy nie przeżyłeś! Maria była jedyną osobą, która mogła coś takiego powiedzieć. Ona nigdy nie zazdrościłaby mu balu na dworze króla, gdzie szeleściły jedwabne suknie. Ni­gdy nie zazdrościłaby mu srebrnych sztućców i por­celanowej zastawy. Nigdy nie byłaby dla niej celem walka o to, co liczyło się w jego kręgach. W jego nud­nych kręgach...

Maria była jedyną, która mogłaby go kochać za to, kim naprawdę jest, a nie dla ideału, który chciał w nim widzieć jego ojciec i którym tak bardzo lubił się szczycić. Ale jej serce było dla niego zamknięte.

- To, czego nie przeżyłem, chcę przeżyć teraz - stwierdził stanowczo. Przesunął się w stronę Mai, nie dotykając jej. Maja pozostała na miejscu. Widziała je­go zbliżającą się twarz, rozchylone usta, jego oczy...

Aż dotknął jej ust. Nie był to ostrożny pocałunek, war­gi Williama były samym ogniem, bólem i zmysłowością.

Nawet jej nie objął.

Tylko ich usta się dotykały. Tylko głodne usta w de­speracji smakowały i smakowały i nie mogły się nasycić.

Znów Maja pierwsza się wycofała. Znów uciekła przed tą zmysłowością, której się lękała, tym bardziej że czuła, iż przyszła zbyt łatwo.

- Warto było? - spytała. William skinął głową. Grzywka opadła mu na oczy i ukryła jego spojrzenie.

- Tak - odrzekł i wstał. Poszedł, nie oglądając się na nią.

Maja zerwała się i dogoniła go. Chciała ująć go za rękę, ale się nie odważyła. Napięcie między nimi sta­ło się zbyt wielkie.

Szli razem w milczeniu, każde pogrążone w my­ślach. W myślach, którymi nie mogli się podzielić.

Wkrótce oddalili się od plaży. Weszli na ścieżki prowadzące przez las w stronę domu.

- Jeżeli odpoczynek od sianokosów jest podobny do tego - powiedział, stając na pierwszych stopniach - to wiem, że ominęło mnie coś niezwykłego. Uczy­nisz mnie szczęśliwym, Mario, jeśli pozwolisz mi wziąć w nich udział.

Niepewnie pokiwała głową. Sama nie wiedziała, na co się godzi. Ale wiedziała także, iż William Runefelt znaczy już dla niej zbyt wiele, żeby mogła go wyma­zać z życia.

Ona też zasługuje w swoim życiu na chwile odpo­czynku. Chwile, gdy nie robi nic pożytecznego, gdy wczuwa się w siebie i wydobywa na światło dzienne te swoje strony, których nikt nie znal.

Nikt poza tym obcym mężczyzną, który chyba ją kocha.

- Jak tu pięknie, Williamie - powiedziała, ogarnia­jąc wzrokiem ogród. Też nie był pożyteczny, a tylko ładny. I wymagał wiele pracy, żeby takim się stać. - Chciałabym, żeby to miejsce na mnie czekało.

- A ja?

- Ty też - odpowiedziała Maja, spoglądając na Wil­liama. Może dała mu obietnicę, która wiązała go z nią, zamiast zapewniać wolność. Obiecywała wię­cej, niż mogła dotrzymać.

Dzieliło ich tak wiele. Na to, co ich łączyło, nie wystarczało nawet określenie „szaleństwo”...

- Nie zdążyłaś się odświeżyć.

- Później. Najpierw muszę zajrzeć do Ailo.

W oczach Ailo dostrzegła życie. Bergfors zabanda­żował go tak dokładnie, że widać było tylko oczy i otwór ust.

Talerz zupy stojący na stoliku zdradzał, że próbo­wali go karmić. Maja mogła sobie wyobrazić, jaki ból musiało to sprawić bratu.

- Dostaje morfinę - odezwał się lekarz. - To pro­szek, który koi ból. Mówiłem ci chyba?

Maja nie odpowiedziała. Usiadła na posłaniu Ailo. Gdy wzięła go za rękę, poczuła słaby uścisk, znak, że ją poznaje.

Mai wydawało się, że napotkała jego wzrok.

- Zrobię dla ciebie, co mogę, Ailo - powiedziała ci­cho. Łzy płynęły jej z oczu. - Wszystko, co w mojej mocy. Ale ty też musisz walczyć. Bez tego nic nie wskóram. Musisz walczyć.

Znów ten słaby uścisk. Maja uniosła dłoń brata do ust i ucałowała, a łzy ją oślepiały. Poczuła, jak jego ręka robi się cięższa. Zasnął.

Siedziała jeszcze przy nim długo, wypełniona jedy­ną myślą: „Oby Ailo wyzdrowiał!”

Nadal płakała, gdy w końcu włożyła rękę brata pod pled i dobrze okryła. Długo patrzyła na białe bandaże, pragnąc, aby wydarzył się cud. Ale to leża­ło poza jej możliwościami.

- Trzeba czasu - powiedział Bergfors, wyprowa­dzając ją łagodnie z pokoju. - Czasu. To imię najlep­szego lekarza, jakiego znam.

William zadbał o to, żeby dostała ten sam pokój, co poprzednio, gdy niemal porwał ją na wyspę. Gdy siedziała u Ailo, ktoś naniósł wody na kąpiel. Balia stała pełna.

Maja zastanawiała się przez chwilę, czy William umie czytać w myślach. Ale stwierdziła, że kąpiel by­ła dla niego czymś normalnym. Nie pamiętała, żeby kiedykolwiek czuła od niego przykry zapach. On ni­gdy nie musiał się pocić. Mai kojarzył się z nim zapach tytoniu do fajki i jeszcze inny, męski, pochodzący na pewno z jakiegoś słoiczka czy buteleczki. Było to coś jakby korzennego, wytwarzanego w dalekich krajach.

Bez wahania weszła do balii. Mydło czekało na nią, pachnące łąką, latem, kwiatami... Nie mógł ofiarować jej lepszego prezentu. Biżuteria była dla innych ko­biet, Mai wystarczało pachnące mydło.

Przebrała się. Nie wzięła ze sobą pończoch ani pantofli, a w butach do jazdy konnej na pewno nie będzie chodziła po tym domu. Nie wzięła także grze­bienia, więc mokre włosy rozczesała palcami.

Boso, z włosami spływającymi na plecy weszła na salony. Wyglądała na dziewczynkę z bajki, której na­leżało się szczęście, chwała i książę, i która w końcu została księżniczką.

William także zmienił ubranie, ogolił się, umył włosy. Biała koszula była rozpięta pod szyją, spodnie w czerwonobrązowym kolorze opinały wąskie bio­dra i długie nogi. Na stopach miał buty z miękkiej, czarnej skóry.

- W tym domu są pantofle - odezwał się z uśmie­chem, gdy Maja opadła na jeden z foteli. - A także pończochy.

Maja potrząsnęła głową.

- Po poprzednich przyjaciółkach? Zakupione na wszelki wypadek? Nie, Williamie, dziękuję, nie sko­rzystam.

Nikt inny nie odciąłby mu się w ten sposób.

- Jak Ailo?

- Chyba mnie poznał. Ale okrywało go tyle warstw bandaży, że nie jestem pewna.

- Masz ochotę na herbatę? - spytał. - Piłaś kiedyś herbatę?

- Oczywiście - odpowiedziała, mimo że nie pamię­tała jej smaku. - Płynęłam kiedyś statkiem rosyjskich kupców. Jako dziewczynka - dodała, widząc jego zdu­mienie. - Moja matka zamierzała poślubić brata ka­pitana. - Uśmiechnęła się. - Miałam ciekawe życie. Ale tak fascynująca jak moja matka nigdy nie będę.

Pokręcił głową.

- Opowiesz mi o tym kiedyś?

- Zależy, ile takich odpoczynków będzie nam da­ne - odpowiedziała. - Ale raczej nie chcę herbaty. Jej smak wywołałby nieprzyjemne wspomnienia.

- Widziałaś moją altanę? Maja musiała się uśmiechnąć do Williama. Był jak chłopiec chwalący się najładniejszymi zabawkami.

- Ostatnio nie było co oglądać - odpowiedziała. - Teraz podobają mi się kwiaty.

William złapał ją za rękę i pociągnął za sobą. Na schodach odtańczył z nią taniec, nie przejmując się służącymi, które wychyliły głowy z kuchni, uśmie­chając się do pana. Większość z nich miała na niego ochotę, ale on nie był z tych, którzy podszczypują pokojówki. Nie wiedziały, kim jest ta dziwna pani, która przyjechała nocą, ale uważały, że to dobrze sły­szeć śmiech pana Runefelta.

- To tak pasuje, że jesteś boso na trawie - rzucił, gdy biegli ku altanie.

W ogrodzie rosły róże.

Maja opadła na kolana w trawie. Wszędzie było pełno róż w pączkach, gotowych rozkwitnąć lada chwi­la: białych, różowych, czerwonych... Nigdy wcześniej nie widziała róż. Pełną piersią wciągnęła ich zapach.

Wokół rosły inne kwiaty w odcieniach różu. Maja nie znała ich nazw. Tam, skąd pochodziła, nie zakła­dano ogrodów. Wystarczająco wiele trudu musieli włożyć w to, żeby ziemia dała chleb.

Zresztą na łąkach kwitło wiele pięknych kwiatów, jeśli komuś chciało się przypatrzeć.

Ale jakże tu było pięknie!

William ułamał gałązkę z pączkiem róży. Czerwo­nej, jednej z tych, które potrzebowały jeszcze kilku promieni słońca, aby rozkwitnąć.

Maja miała niemal wyrzuty sumienia, gdy dal jej tę różę.

- Jest śliczna - powiedziała wzruszona, podnosząc ją do nosa. Powąchała, przesunęła po policzku, aby poczuć jej miękkość.

William pchnął drzwi altany i wpuścił Maję. Stały tam stolik i ława wzdłuż siedmiu z ośmiu ścian. Wszędzie poduszki. Okna wychodzące na morze by­ły przezroczyste. To miejsce należało do jego matki. Nigdy nie przyprowadził tu żadnej ze swoich przy­jaciółek. Kilka z nich gościło na wyspie, ale żadnej nie zaprosił do altany.

Maja była pierwsza. Jedyna. Uważał, że ona odczu­je atmosferę, która panowała w tym miejscu. Zrozu­mie, że znaczyło dla niego wiele.

Maja zatrzymała się obok stolika z wazonem peł­nym kwiatów. Witraże okien ukazywały ogrody z południowych krain. Nigdy czegoś takiego nie wi­działa, nie miała pojęcia, że ze szkła można stworzyć coś takiego. Musiała ich dotknąć - delikatnie, samymi opuszkami palców. To było szkło, a zarazem od­bicie czyjejś duszy. Maja nigdy nie uczyła się o sztu­ce, ale umiała ją dostrzec.

Przez zwykłe szkło wchodziły do środka obrazy otaczającej ich natury: morze, plaża, widok Oulu i wybrzeża Finlandii. To było okno na Finlandię.

- Podoba ci się?

Mogła tylko pokiwać głową, oszołomiona. Jej ser­ce było wrażliwe na piękno.

- Jeżeli umrę młodo - odezwał się za jej plecami - ofiaruję ci to miejsce, Mario. Tę wyspę.

Nie protestowała. Nie brała jego słów na poważ­nie, czuła się, jakby była we śnie.

William stanął tuż za nią. Objął ją i oparł policzek o jej włosy. Patrzył na to samo, co ona. Delikatnie pocałował skroń, potem czoło. Wargi przesunęły się pieszczotliwie wzdłuż blizn na jej policzkach. Ramio­na zamknęły na jej talii.

- Czy możemy przeżyć tę chwilę razem? - spytał. - Tylko tę chwilę, i udawać, że jej nigdy nie było? Prze­żyć ją w pełni, nie żałując, bo tak naprawdę się nie zda­rzyła?

Obrócił ją ku sobie, nie wypuszczając z objęć.

- Tylko że ja jej nigdy nie zapomnę - odpowiedział sobie William, obsypując jej twarz pocałunkami. - Zachowam ją w pamięci i nigdy nie zapomnę.

Dłonie objęły twarz Mai, usta przykryły usta. Ma­ja oddała mu pocałunek, splatając ramiona za jego plecami.

Jej usta nie wypowiedziały słów przyzwolenia.

Dobrze było znaleźć się w objęciach mężczyzny, poczuć ciepło jego ciała. Być kobietą wzbudzającą po­żądanie...

Jego palce z łatwością porozpinały guziki bluzki, równie łatwo poradziły sobie ze spódnicą.

Padł przed nią na kolana, ściągając jej ubranie, pod­czas gdy usta pieściły odkrytą skórę. Wiedziała, że go przyjmie, czuła, że go pożąda, ale jednocześnie ogar­niało ją paraliżujące zdumienie, że jest w stanie czuć pociąg do mężczyzny, którego nie kocha.

Jej palce wplotły się w jego jasne włosy, przycisnę­ły głowę do piersi, pragnęła czuć na nich dotyk jego dłoni i gorących ust.

Nagle zrozumiała, że nieświadomie pragnęła tego od czasu odjazdu z domu. Przecież nie bez powodu spakowała swoją najładniejszą bieliznę.

William i tak nie zwracał na nią uwagi. Był jak ośle­piony jej nagą skórą, starał się jak najprędzej uwol­nić ją z długich majtek.

Maja opadła na poduszki ławy, rozwarła kolana przed jego dłońmi i ustami, które pragnęły tylko da­wać i dawać, aż zagryzła wargi z rozkoszy.

- Zrób to też dla siebie, William - poprosiła. - Chodź!

Podniósł się powoli. Ciasne spodnie nie mogły ukryć jego pożądania, no i tego, że był hojnie obda­rowany przez naturę. Rozpiął spodnie, usiadł obok niej na ławie i wciągnął ją na kolana. Skierował jej biodra tak, że opadała i opadała, aż pozwolił jej znów się wznieść.

Akt miłosny pośród szklanych kwiatów. Nierze­czywisty, mały Eden.

Dawali sobie nawzajem ciepło, pozwalając rozpa­lić się potężnym płomieniom pożądania. Dawali i otrzymywali zmysłowość i rozkosz. Dawali siebie w tej chwili raju, który nie był dla nich stworzony.

Gdy stanęli przed sobą, znów w ubraniach, znali się lepiej. Na tyle dobrze, że zrozumieli, że to nic mię­dzy nimi nie zmieni.

- Jesteś różą mojego życia, Mario - powiedział tylko.

- Mów do mnie Maja - odparła. Tylko to się zmie­niło.

William pogładził ją po włosach. Miał w rękach klejnot, który chciał zachować na całe życie. Albo ra­czej miał jego blask. Ten klejnot nie był oszlifowany dla niego. Miał błyszczeć dla innego mężczyzny.

- Nic na to nie poradzę, Maju - rzekł. - Kocham cię.

Uśmiechnęła się. Wyjrzała przez okno. Tam leża­ła jej Finlandia. Ta bajeczna kraina tutaj nie należała do niej.

11

Maja pozostała cały tydzień. W ciągu tego czasu statek przypływał na wyspę cztery razy. Przywoził młodych mężczyzn na rozmowy z Williamem. Męż­czyzn, którzy należeli do jego klasy.

Maja nigdy ich nie spotkała. Dla nich chciała po­zostać niewidzialna. William prosił ją kilkakrotnie, by się nie kryła, gdy mieli przyjechać.

- Nie chcę cię krępować - oznajmiła. - Co zamierzasz im o mnie powiedzieć? Co sobie pomyślą? O czym bę­dą mówić, gdy wrócą do domu? Ja nie potrzebuję plo­tek. Ty też nie. Każde z nas żyje własnym życiem, Wil­liamie. Ja nie jestem częścią twojego ani ty mojego.

- Twarda jesteś.

- W moim świecie to konieczne. Ten, kto nie jest twardy, kogo daje się wykorzystywać, zostanie zdep­tany. Ze mną to się nie stanie!

William był pewien, że to nigdy nie nastąpi. Ta ko­bieta miała siłę, której mógł jej tylko zazdrościć.

Zrozumiał też, że miała rację. Miał ogromną ocho­tę pokazać Maję światu, ale napotykał mur nie do przebicia. Przedstawienie jej prowadziłoby do nie kończących się pytań, na które nie chciał odpowiadać.

A to postawiłoby ich oboje w niezręcznej sytuacji.

Jego przyjaciele przywieźli nowiny. Nazwiska po­ległych. Wiadomość o tym, że jeden z nich prawdo­podobnie zdążył przed akcją powiedzieć za dużo swojemu bratu. Ten nie zamierzał milczeć. Odwiedził jednego z przyjaciół Williama z propozycją, by jego milczenie kupiono.

Wszyscy chodzili na palcach. Wiedzieli, że wielu nastawia uszu z nadzieją, że usłyszą, kto jeszcze jest przeciwko królowi. Ich akcja nie uszła uwagi ważniej­szych osób.

Ailo odzyskał przytomność. Odmówił brania więk­szych porcji morfiny.

Maja była akurat u niego, gdy przebudził się na dłużej.

- Przyjechałaś, siostro - rzekł.

Oczy, które Maja mogła dostrzec spod bandaży, pociemniały od bólu. Rozumiała, jakiego cierpienia musi przysparzać Ailo mówienie. Rany pokryła już warstewka skóry, cienkiej i delikatnej, gotowej pęk­nąć przy większym ruchu.

- Leżę tak, naznaczony przez Roto.

Zimny dreszcz przebiegł po plecach Mai. Ze on też tak pomyślał!

- Czasem wydaje mi się, że oboje tacy jesteśmy, Ailo - odrzekła, ściskając jego dłoń. - Naznaczeni przez Roto. Nasza cała rodzina.

- Czy to byłaś ty? - spytał. - Ocaliłaś mnie?

- Tak, to ona - odpowiedział Bergfors za Maję. - To jej możesz dziękować za ocalenie życia. Myślałem, że umrzesz tamtej nocy.

- Było tak jasno - mówił Ailo. - Czy to było Saivo? Byłem tam. Słyszałem odgłos kopyt końskich. Śmiech. Potem zrobiło się ciepło. To musiałaś być ty, Maju...

Ailo ostrożnie poruszał ustami, starając się je sty­kać jak najdelikatniej, żeby nie zwiększać bólu.

- Był też ptak, złocisty ptak, taki jak z bajki...

Bergfors chłonął jego słowa. Zadrżał, gdy opisał ciepło. Maja też o tym mówiła. On to widział. To by­ło dziwniejsze, niż sądził. Przerażające.

Po głowie błąkało mu się słowo: „czarownica”. Ła­two by określić to w ten sposób.

To było tak obce wszystkiemu, co znał i co było uznane.

- Zostaniesz tutaj - powiedziała Maja. - Wyzdro­wiejesz. Zaczekamy na ciebie, no i ten ktoś w Nor­wegii. Mogłabym wysłać list do Idy, żeby wiedziała, co się z tobą dzieje.

- Nie! Nie! Nie do Idy!

Gwałtowność jego protestu przestraszyła Maję i Bergforsa.

- Czy coś jest tam... pod spodem?

Palce Ailo chciały zerwać bandaże. Maja powstrzy­mała go siłą.

- Czy dacie mi przejrzeć się w lustrze... bez banda­ży?

- Nie, Ailo - Maja potrząsnęła głową.

- Czyli jestem martwy. Umarłem dla Idy. Tak bę­dzie najlepiej. Tak chcę.

Bergfors podniósł się, by dać mu więcej morfiny.

- Nie chcę tego. Wolę ból. Nie chcę się otumaniać.

- Przynajmniej weź na noc - poprosiła Maja. - Po­trzebujesz snu, Ailo. Nie musisz być tak hardy.

- Miałem jechać do domu - powiedział, nie zważa­jąc na jej słowa. - Udowodnić, że jestem mężczyzną...

Nie zdołał zapłakać, mimo że jego serce krwawiło.

- Zostawcie mnie samego! Samego!

Maja już nie miała powodu, aby być tam dłużej. Coś w niej chciało tego, ale to nie była ta Maja, któ­rą pragnęła być. Dokonała wyboru.

William zrozumiał to, gdy na śniadanie zeszła ubra­na w skórzany strój do konnej jazdy.

Już nie była bosonogą księżniczką, tylko kobietą z dziczy, która wiedziała, czego chce.

- Wracam dziś do domu, William. Czekają tam na mnie. Ailo ma tutaj opiekę.

- A ja przeżyję bez ciebie? Pokiwała głową.

- Tak sądzę.

- Wrócisz?

- Gdy Ailo będzie tego potrzebował.

- A Akerblom? Maja z roztargnieniem nawinęła na palec pasmo włosów.

- Chętnie będę handlowała z Akerblomem - rze­kła. - Ale nie wiem, czy nadal będę spełniać wszyst­kie jego życzenia.

William zerwał się z fotela i porwał Maję w ramio­na. Uścisnął ją z całych sił, jak tylko kochający męż­czyzna potrafi.

- Nie znikaj z mojego życia, Maju! Nie spraw, że­by stało się puste i bez wartości!

Pocałował ją tak mocno, że niemal zmiażdżył jej usta.

- Nie odrzucaj mnie! Nie zmieniaj w kawałek nie­potrzebnego drewna!

- Nigdy ci niczego nie obiecywałam, Williamie. - Stanowczo odsunęła się od niego. - Jeśli będę potrze­bowała przerw w moim życiu, przyjadę tu - mówiła. - I zdaję sobie sprawę, że pewnego dnia cię tu nie za­stanę. Nikt nie może tak żyć. Ty też nie. Pewnego dnia powiesz dość. Sam wiesz, że nie możesz mnie mieć, dopóki kocham mężczyznę, który potrzebuje mnie bardziej niż ktokolwiek inny.

William straci! apetyt. Otworzył okno wychodzą­ce na ogród i wciągnął pachnące powietrze. Do­strzegł, że róże przy altanie rozkwitły i stały w peł­nej krasie. Już nigdy go nie zachwycą. Będą mu przy­pominać o tej chwili, o bólu. O przegranej, mimo że sądził, że będzie mógł wygrać.

- Jeśli zechcesz się ze mną widzieć, prześlij wiado­mość - powiedział z wysiłkiem. - Będę musiał teraz długo przebywać w domu, w Tornio. Udawać po­słusznego syna, unikać podejrzeń, nasłuchiwać po­głosek. Ale jeśli zechcesz przyjechać, Maju, będę tu­taj. Ailo zostanie, jak długo będzie trzeba, aż odzyska dość sil. Zadbam o to, by zapewniono mu opiekę. Nikt się o nim nie dowie.

Maja spojrzała na wyprostowane plecy i szerokie ra­miona Williama. Ujrzała odbicie jego twarzy w szybie...

Nie znalazła dla niego słów pocieszenia. Nie mo­gła powiedzieć, że wszedł w to z pełną świadomością. Ze sam to wymusił, wiedząc, że nie ma przyszłości.

Nie mogła mu tego powiedzieć.

- Statek przybije za kilka godzin - rzucił, nadal sto­jąc odwrócony plecami. - Na lądzie czeka na ciebie powóz. Jak codziennie, od kiedy przyjechałaś. Zawie­zie cię tam, gdzie zostawiliście konie.

Pozostałe godziny spędziła u Ailo. Mówiła do nie­go. Przywoływała wspomnienia, które dla nich oboj­ga tyle znaczyły. Zauważyła, że opuszcza go napię­cie, że czasem próbuje się uśmiechać.

- Naprawdę nie chcesz, żebym powiadamiała Idę? - spytała wreszcie.

- Nie.

- Ona jest moją siostrą. Znam ją i uważam, że jest wystarczająco silna, żeby stawić temu czoło. Jesteś przecież jej mężem. Kocha cię. Zawsze cię kochała, wiem to. I nie przestanie kochać tylko z tego powodu. - Nie.

- Ciężko jest czekać na kogoś, nie wiedząc, czy on wróci... - Maja spojrzała mu prosto w oczy. - Ja na­wet nie kochałam Simona, mimo to niewiedza była piekłem. Zastanawianie się, czy on żyje. Gdzie jest. Czy ja się kiedykolwiek dowiem. Dla Idy to musi być gorsze, bo cię kocha.

- Jeżeli już koniecznie chcesz wysyłać wiadomość, lepiej napisz, że zginąłem, gdy statek wyleciał w po­wietrze.

- Nie zrobię tego - Maja potrząsnęła głową. - Nie mogę kłamać Idzie. Nie o tobie, nie w ten sposób. Czułabym się, jakbym cię zabijała. - Nabrała odde­chu. - Pewnego dnia możesz zmienić zdanie. Gdy ra­ny się zabliźnią, gdy ból ustąpi... Może zechcesz ją wtedy zobaczyć? Nie, nie mogę skłamać.

- A więc nic nie mów.

- Sam nie wiesz, na co ją skazujesz - stwierdziła Maja smutno. - To oczywiście twoja decyzja, ale uwa­żam, że jesteś dla Idy zbyt surowy.

- Ona nigdy nie może mnie zobaczyć... takiego! Był nieugięty. Maja go już nie naciskała. Nie wró­cili do tego tematu.

Postarała się, żeby pożegnanie było lekkie i pogodne.

William odwiózł ją powozem na statek. Objął ją, musiał jej jeszcze dotknąć. Czuł się jak biedak. Nie mógłby jej kupić za pieniądze całego świata.

Zanim wysiadła, pocałował ją mocno.

Zawrócił powóz, nim wsiadła na statek. Nie był w sta­nie patrzeć, jak odpływa. Wolał ją pamiętać inaczej.

Powóz czekał na Maję, jak było umówione. Mu­siała się uśmiechnąć. Pojazd nie miał oznak Runefeltów, to na pewno z ostrożności. Nikt nie mógł wie­dzieć, że jedzie powozem stanowiącym własność tej rodziny. Była tajemnicą Williama, musiała się z tym pogodzić.

Maja wzięła do domu oba konie, prowadząc jed­nego za sobą. Jechała tak szybko, jak tylko się dało.

Tęskniła za Heino. Chciała go objąć, poczuć jego zapach. Wiedzieć, że on żyje, że go kocha.

Mur, który on wznosił pomiędzy nimi, osłabiał jej uczucie.

Wszystko byłoby inaczej, gdyby nie ten wypadek.

Heino uważał, że utrata cielesnej części ich związ­ku obracała w ruinę wszystko, co ich łączyło.

To było takie niszczące...

Zagroda wyglądała tak samo, jak gdy ją opuszcza­ła. Dlaczego właściwie miałaby się zmienić?

Parobek wyglądał na ucieszonego jej powrotem. Szybko zapewnił ją, że wszystko jest w porządku.

Poszła prosto do Heino. Siedział za swoim biur­kiem, mimo że był późny wieczór. Postanowiła, że nie powie mu, że nocowała pod gołym niebem. Heino ma­rzył przecież, że przeniesie ją przez życie na rękach.

- Ailo żyje? - spytał, zanim jeszcze zdążyła zarzu­cić mu ręce na szyję i pocałować w policzek.

Był zmęczony. Poznała to po zmarszczce pomię­dzy brwiami. Usiadła na krześle przed biurkiem, roz­pięła kurtkę i ściągając buty, zaczęła opowiadać.

- Musi tam pozostać - mówiła. - Ma opiekę. Po­tem, gdy rany się zabliźnią, sam postanowi, co dalej. Ja uważam, że to źle, że nie chce nic mówić Idzie.

- Ty nigdy nie byłaś aż tak oszpecona - odparł Heino. On rozumiał jego decyzję. - Powiesz mi, gdzie on jest? U kogo?

Maja spojrzała mu w oczy. Opowiedziała mu prze­cież o wszystkim - oprócz tego.

- Nie, Heino. Nie wolno mi. Nie naciskał, ale na jego twarzy malowało się coś, czego Maja nie umiała wytłumaczyć.

- Powinnaś się oporządzić, Maju - rzekł. - Potem może pomożesz mi przejść do łóżka.

Popatrzyła na niego. Dojrzała ciemne cienie pod oczami, napięcie w rysach twarzy.

- Sądzę, że najpierw zajmę się tobą, mój Heino. Wyglądasz na bardziej zmęczonego ode mnie.

Teraz też nie protestował. Pomogła mu się roze­brać, zdjąć gorset, umyć się. Przeniosła go na krzesło, do którego przymocowano kółka, i przewiozła na łóżko. Otuliła go dobrze kołdrą. Przysiadła na brze­gu posłania, pogładziła po policzkach. Pocałowała.

- Tęskniłam za tobą, Heino - powiedziała cicho. - Tęskniłam tak, aż bolało serce. Kocham cię, wiesz o tym?

Uśmiechnął się słabo.

- A gdzie jest Marja? - przypomniała nagle Maja.

- Odesłałem ją do domu - odparł Heino sztyw­no. - Nadeszły pogłoski, że w Tornio widziano jej syna. Sądziłem, że może jest w drodze do domu. Tam była bardziej potrzebna. W końcu mamy po coś służbę, prawda?

- Kiedy ją odesłałeś? - spytała Maja pełna nieja­snych przeczuć.

- Wczoraj. Maja oparła czoło o jego czoło. Zamknęła oczy, zrezygnowana.

- Kiedy zaczniesz w końcu myśleć o sobie, Heino?

- Może teraz - odpowiedział. Objął ją. - Jesteś szczęśliwa, Maju?

- Tak. Spokojnym szczęściem. Żyjesz, mimo że mogłeś umrzeć. Wróciłeś do życia i do mnie. Ty je­steś moim życiem, Heino.

- Nigdy nie będzie ci brakowało czegoś innego? Nie odpowiedziała od razu. Nie wiedziała, jakie słowa wybrać. Przerwy w sianokosach jej życia...

- Nie wiem - odparła w końcu. - Gdy mnie obej­mujesz, Heino, gdy dzielisz się ze mną swoim cie­płem, jestem szczęśliwa.

- Chyba zawsze kochałem cię za mocno - mruk­nął na wpół do siebie. - Może tak, jak mój ojciec ko­chał twoją matkę. Niszcząco...

- Nie wolno ci tak myśleć! Ani tak mówić. Nikt nigdy nie uczynił mnie bardziej szczęśliwą niż ty.

- Możesz przysiąc?

Jego oczy płonęły niczym kawałki węgla na tle bla­dej twarzy.

Maja pokiwała głową.

- Przysięgam - odpowiedziała uroczyście. - Nikt nigdy nie dał mi większego szczęścia niż ty! Nikt nie dał mi tyle z siebie co ty, Heino. Nikogo nie kocha­łam tak mocno, jak kocham ciebie.

- A co pamiętasz najlepiej? - spytał ochryple. - Co pa­miętasz najlepiej z naszego życia? Z tych dobrych chwil?

Uśmiechnęła się marzycielsko i położyła obok niego.

- Wypalanie smoły - rzuciła. - Wtedy, gdy z Idą po­szłyśmy się kąpać, a za nami dwóch młodych mężczyzn. Ciebie, który uwiodłeś mnie pomiędzy brzozami.

- Co jeszcze? On też pamiętał ten moment. Pamiętał, jak bardzo był nią zauroczony. Wiedział, że już wtedy ją kochał.

- Noc przed wypadkiem - powiedziała Maja. - Nic się z nią nie równa. Chciałabym umieć zatrzymać czas i uczynić tę noc wieczną. Żylibyśmy w niej zawsze...

Heino przerwał jej pocałunkiem. Takim, który wy­woływał z niepamięci dawnego Heino. Który tyle obiecywał...

Nagle puścił ją. W jego spojrzeniu czaił się ból.

- Idź teraz spać, Maju - rzucił. - Potrzebujesz odpo­czynku. Jutro porozmawiamy. Jutro będziemy razem cały czas. Jutro powiem ci, jak bardzo cię kocham...

Wstała niechętnie. W głębi duszy miała nadzieję, że pozwoli jej zostać, zasnąć u swego boku. Chciała dzielić jego ciepło.

Ale może nie był jeszcze na to gotowy.

Na stoliku nocnym leżała książka. Nie dostrzegła tytułu.

- Zostaw lampę - powiedział. - Odkryłem przyjem­ność czytania przed snem.

Pocałowała go w czoło.

- Spij dobrze, kochanie - uśmiechnęła się. - Bardzo cię kocham.

Patrzył, jak zamyka drzwi. Nasłuchiwał jej kro­ków. Słyszał, jak idzie po schodach i zamyka drzwi sypialni.

Piękne słowa. Ile pięknych słów. Może i były praw­dziwe. Kłamała wtedy, gdy milczała. Maja nie należa­ła do tych, którzy umieją przekonywająco kłamać. Sama o tym wiedziała.

Dlatego milczała.

A on ją tak kochał, że nie był w stanie się nią z ni­kim dzielić. Może to dla niej nic nie znaczyło, ale dla niego dużo.

Bardzo się starał przypomnieć sobie obraz z gale­rii portretów Marcusa Runefelta. Pragnął przypo­mnieć sobie rysy tej twarzy.

Już wtedy poczuł do niej niechęć.

Czy można mieć przeczucia? Chyba nie.

On jednak nie lubił tej twarzy od pierwszej chwi­li. Widział, jak bardzo się od siebie różnią.

Co, u diabła, Maja w nim zobaczyła?

Marcus Runefelt przyjechał do niego osobiście. Wprowadziła go Marja, dygając. Nie mógł pozwolić, aby została i opowiedziała o tym Mai.

Służba otrzymała rozkaz milczenia. Josef Haapala także.

Maja nigdy nie miała się dowiedzieć.

Marcus Runefelt rozkazał przeszukać dom. Zna­leźli drewnianą skrzynkę.

Runefelt pokazał mu zawartość. Wbrew swej wo­li Heino poczuł się dumny z Mai. Jeżeli to dla tej sprawy dała się wciągnąć w spisek, to dobrze. Pamię­tał, jak o tym mówiła. Wierzyła w to. Wierzyła w lep­szą Finlandię.

Dla niego nie robiło różnicy, która arystokracja za­siadała u władzy: fińska czy szwedzka.

- Heino Aalto, czy wiesz, że twoja żona zdradza cię z moim synem? - zagrzmiał Marcus Runefelt.

Tacy ludzie jak Runefelt wiedzieli o wszystkim. Także o tym, że zamierzali handlować z jego synem.

- Chłopak chciał mnie zwieść. I myślał, że mu to się uda, jeśli użyje nazwiska matki - Akerblom!

Wiedział też o jego marzeniu.

- Popełnił zdradę stanu. Może uda mi się jednak go ocalić. Ale nie twoją żonę...

Heino poddał się. Sprzedał staremu las. Pozostało mu tylko gospodarstwo. Już więcej nie będzie han­dlować z Akerblomem. Dobrze zapłacił swoim pra­cownikom na pożegnanie.

Spędził intensywny tydzień podczas nieobecności Mai.

Wiedział już, gdzie była. Wiedział też, z kim.

A więc William Runefelt nie uczynił jej szczęśliwą. Ale to nie wystarczało. William Runefelt już nigdy więcej nie weźmie jej w ramiona.

Maja należała tylko do niego.

W domu panowała cisza.

Służba spała w małym domku. Skonstruowali przemyślny system przywoławczy. Linki szły od je­go łóżka pomiędzy gałęziami brzozy właśnie aż tam.

On i Maja byli sami w domu.

Sięgnął po lampę. Zdjął szkło. Gdy wyciągnął rę­kę, dosięgną! zasłon.

Ogień ogarnął je szybko.

Heino podpalił też kołdrę w nogach.

Zamknął oczy. Złożył ręce. Myślał o tych wszyst­kich chwilach szczęścia, które przeżył z Mają, o tych, które i ona wspominała.

Wkrótce będą razem. Tylko oni dwoje...

12

Obudziły ją krzyki dochodzące z zewnątrz. Była półprzytomna od dymu.

Spoza trzasków usłyszała wykrzykiwane imię swo­je i Heino.

Wstała, zataczając się. Miała na tyle rozsądku, że założyła skórzane spodnie Ailo i jego kurtkę. Otwo­rzyła drzwi.

Heino był sam.

Tylko o tym myślała.

Dym stał niczym wełniana ściana, gryzł w oczy, wypełniał szybko płuca.

Dławiąc się, zamknęła drzwi. Oddychała głęboko, ale czuła, że dym i tak już się tu dostał. Słyszała, jak na dole pękają szyby, wpuszczając więcej powietrza na pożarcie ogniowi.

Co za głupcy!

Rzuciła się w dym. Szła, licząc kroki, próbując odna­leźć drogę. Zacisnęła powieki, starała się nie oddychać.

Bolały ją płuca, w skroniach waliło. Czuła, że pę­ka jej głowa. Pragnęła tylko łyka powietrza.

Heino był na dole, bezbronny w ogniu.

Jeszcze kilka kroków i znajdzie się na schodach.

Kilka kroków...

Gdzież są te schody? A może poszła w złym kie­runku? Ale wtedy dawno napotkałaby ścianę!

Ucisk w piersiach był ogromny. Czuła, jakby gardło miała napełnione czymś, co zaraz wybuchnie. W uszach szumiało...

Maja otworzyła usta, by powoli wciągnąć powie­trze. Nie dala rady. Kaszląc, wciągała hausty gęstego, gryzącego dymu. Czuła ból w płucach i mdłości.

Oparła się o ścianę. Zaczęła wołać Heino. Nie mo­gła się opanować.

Traciła przytomność.

Wewnętrzny głos uspokajał ją.

Słyszała jakby: „Idź, Maju! Ratuj się sama! Twój czas jeszcze nie nadszedł. Idź, ratuj się! Zapomnij o schodach i wracaj do okna! Okno, Maju, okno!”

Nie posłuchała tego głosu. Osunęła się na podłogę. Znalazła tam odrobinę czystszego powietrza. Czołga­ła się, starając się oddychać ustami.

- Heino! - krzyczała. - Heino! Idę do ciebie! Nie umieraj, Heino!

Nie dbała o to, że sama może potrzebować pomo­cy. Była w stanie myśleć tylko o nim.

Ale nie słyszała, żeby krzyczał. Może go już urato­wano.

Myśli przesuwały się powoli. Równie powoli, jak ona szła. Zaraz dotrze do schodów...

Ręce napotkały przestrzeń. Zachwiała się, ale nie zdołała się zatrzymać. Ręce wyciągnęły się ku balu­stradzie, ale jej nie dosięgły.

Ujrzała tylko ogień. Spadła w ocean ognia. Dym był tylko pianą na oceanie.

Krzyczała, spadając. Nie o pomoc. Na ustach mia­ła imię Heino.

Z okolicznych gospodarstw nadciągnęli ludzie, gdy dotarły wieści o pożarze u Aalto. Wybaczyli już Heino sprzedaż lasu. I tak sprawił, że uwierzyli, iż można urzeczywistnić swoje marzenia. Zrozumieli, że je­mu jako kalece trudno było zapewnić pracę całej osa­dzie. Może kiedyś któryś z nich zrobi to samo, co on.

Poszliby za nim w ogień. Dosłownie.

Ustawili łańcuch ludzi wiodący od rzeki. Napeł­niali wiadra i posyłali je pod górę. Niewiele to poma­gało.

Próbowali dostać się do wnętrza domu, dotrzeć do tych dwojga, którzy tam spali.

Do Heino i Mai.

Dwóm młodzieńcom udało się wejść przez okno do pokoju Heino. Głowy i ręce mieli owinięte mo­krymi szmatami. Dotarli do Heino i wyciągnęli go na dwór. Za późno, już nie żył.

Jeden z nich z płaczem powiedział, gdzie znalazł lampę.

Okna na piętrze nadal były zamknięte. Nawoływa­li Maję aż do zdarcia gardeł. Płakali.

- Dym ją pewnie dawno zadusił - powiedział ktoś. - Już za późno.

Ale nadal krzyczeli.

Ogień przeżerał ściany. Ostatnie szyby pękły z brzę­kiem.

Przykryli Heino końską derką, wzdragając się na widok zwęglonego ciała.

Dym przedostawał się przez dach.

- Ona na pewno nie żyje.

Większość tak myślała. Ale nikt nie chciał pierw­szy tego przyznać.

Wtedy to ktoś ze stojących najbliżej usłyszał ło­skot i następujący po nim krzyk. Imię Heino.

A więc żyła. Jak długo jeszcze? Cisza, która potem zapadła, źle wróżyła.

Patrzyli po sobie niepewnie. Dom wkrótce się za­wali. Może to nastąpić lada chwila. Dom przypomi­nał już stos drewna, gotów zamienić się w najwięk­sze ognisko w Tornedalen.

Niektórzy przypomnieli sobie noc katastrofy i Maję chodzącą pomiędzy umierającymi. Uśmierza­jącą ich ból, rozmawiającą, póki nie umarli. Myśleli: Dlaczego sama się nie ratowała?

Wtedy to niewysoki człowiek wyrwał się z tłumu. Zerwał szal z jakiejś kobiety i zanurzył w wiadrze wo­dy. Owinął nim głowę. Resztę wody wylał na siebie.

Nie wahał się. Nie zwracał uwagi na okrzyki, że nie wolno mu tam wejść, że się zabije.

- Masz przecież żonę i dzieci, Josef! Kto się nimi zajmie, jak i ty się tam spalisz?

Ale nikt go nie powstrzymał. Patrzyli tylko, jak przedziera się przez płomienie i znika w masie ognia i dymu.

Ręce splotły się, usta wymawiały słowa modlitwy.

Nikt nie odważył się za nim pójść, choć wielu te­go żałowało. Trzeba dużo odwagi, żeby się na to zdecydować w takim momencie. Nikt by nie przy­puszczał, że Josef Haapala będzie bohaterem - lub ofiarą.

Czekali.

Prawie mogli widzieć przez ściany. Dym bił taki, że ci stojący najbliżej musieli się wycofać. Żar był nie do wytrzymania.

Ludzie płakali. Nikt nie nazywał Josefa głupcem, choć wielu tak myślało.

Czy nie wystarczy, że dwoje już zginęło?

Dlaczego miał udowadniać, że jest odważnym mężczyzną, on, któremu zwykle na tym nie zależało?

Wystarczająco wiele było wdów. Sierot bez ojca. Wiele biedy w szarych domach.

Wtedy wyszedł, chwiejąc się na nogach. W drzwiach upadł, odrzucając od siebie ciężar.

Podbiegli i odciągnęli Maję. Inni pobiegli po Josefa. Nawet to wymagało odwagi. Ściany chwiały się, trudno było ocenić, w którym kierunku padną.

Ale zdążyli.

Ludzie odsunęli się z krzykiem. Byli bezpieczni, ale widok robił przerażające wrażenie.

Znów poszły w ruch wiadra z wodą. Nie mogli do­puścić, aby ogień się rozprzestrzenił. Ostatnio było sucho, trawa paliła się chętnie.

Josef pierwszy odzyskał świadomość. Dym go za­mroczył, ale już oddychał świeżym powietrzem.

- Udało mi się? - spytał. - Wydostałem ją? Żyje?

- Tak, udało ci się, Josef. Oddycha, ale jest popa­rzona...

Josef z trudem przełknął ślinę. Popatrzył na swo­je dłonie. Trochę oparzyły się od wierzchu, ale to nic. Ważne, że uratował Maję Aalto.

- Dlaczego, u diabła, to zrobiłeś? - spytał jeden z mężczyzn nie bez podziwu. - Nikt z nas się nie od­ważył, a ty przecież nigdy nie byłeś najodważniejszy!

- Nikt nigdy wcześniej nie zaufał mi tak, jak ona - odparł nieco zmieszany Josef. - Przyszedłem wtedy spytać, co z Heino. Zebrać o nasze miejsca pracy. A ona we mnie uwierzyła. Dała mi lepszą pracę, niż kiedykolwiek mógłbym przypuszczać. A teraz chodziło o jej życie. Jak mogłem zawieść ją w takiej chwili?

Nigdy jeszcze nie słyszeli Josefa mówiącego tak długo. Nigdy wcześniej nie wyrażał się tak dobrze o żadnej kobiecie. Zwykle mówił o swojej babie, i to rzadko w ciepłych słowach. Chciał wstać, ale nie dał rady.

- Spokojnie, Josef - powstrzymano go. - Dzisiaj je­steś bohaterem, człowieku, bohaterem!

Ktoś zajął się zwęglonymi szczątkami Heino. Prze­niesiono je na pledzie, przykryte prześcieradłem, do szopy. Zaczęto wybierać najlepsze drewno na sporzą­dzenie trumny dla tego, kogo tak cenili. Tego, któremu nie udało się w pełni urzeczywistnić marzeń, ale który próbował. Szanowali go za to, a nawet pokochali.

Inni nadal walczyli z ogniem.

Ktoś zaniósł Maję do najbliższego domu.

Zajęto się tam nią najlepiej jak umiano. Rozebrano, umyto, opatrzono oparzenia na stopach, przebrano w najlepszą koszulę gospodyni i położono do łóżka.

W chłopskim domu łóżko było jedno, tak jak i jed­na izba, pełniąca funkcję sypialni, salonu i kuchni. Łóżko, rozciągane w miarę potrzeby na szerokość, mogło mieścić pięć osób. Reszta domowników zado­walała się miejscem na podłodze.

- Miała tak piękne włosy! - westchnęła jedna z ko­biet, dotykając nadpalonych resztek włosów Mai. - Niech sama je obetnie...

Pozostałe kobiety, Liisa, Magdaleena i Tuula, po­kiwały głowami. Rozumiały dobrze, co dla kobiety oznaczała strata włosów.

- Ona straciła wszystko - powiedziała Tuula, pani domu. Nie wiedziała, co jeszcze może zrobić dla Mai. Z całego serca wołałaby gościć ją pod swoim dachem w innych okolicznościach. Ona straciła męża i dom. Wszystko. Pozostała ziemia i zwierzęta.

Ale najważniejsze było życie ludzkie. Nikt zresztą nie miał wątpliwości, że Maja i Heino kochali się na­prawdę.

Z uznaniem mówili o tej kobiecie, której udało się podnieść Heino z łóżka i sprawić, że stał się prawie taki sam, jak kiedyś.

Straciła wszystko.

Maja zaczęła kaszleć. Wracać z głębi niepamięci. Była pewna, że umrze. Wcale nie zamierzała bronić się przed tym, używając swojej mocy. Zresztą nie mo­gła chyba używać jej dla siebie.

Bolące płuca domagały się oczyszczenia. Kaszlała tak, że myślała, iż zwymiotuje krwią. Usiadła zgięta wpół, czując rozdzierający ból w piersiach.

Podtrzymały ją czyjeś ramiona. Otaczały ją przy­jazne głosy i łagodne dłonie.

A więc nie była w niebie. Ale w tym innym miej­scu nie spotkałaby jej taka łagodność.

- Heino? - wyszeptała, gdy ledwo odzyskała od­dech. Znów się rozkaszlała, ale odczuła pewną ulgę w płucach.

- Nie żyje - odparł kobiecy głos współczująco.

Łzy polały się z oczu Mai.

Otaczały ją trzy kobiety. Maja poznała je, to są­siadki, żony dzierżawców. Rozmawiała z nimi wcze­śniej, ale nigdy nie odwiedziła. Właściwie dlaczego? Czyżby czuła się lepsza?

Maja mrugała oczami, tarła je. Miała pęcherze na dłoniach, ale tylko na wierzchu.

- Trzymałaś ręce w kieszeniach - rzekła Magdaleena. - Skóra trudno się pali. To cię uratowało.

- Josef Haapala cię wyniósł - powiedziała Tuula. - Wbiegł wprost w płomienie. Byliśmy pewni, że zginie.

- Czy Heino tam został? - spytała Maja. - W domu?

Kobiety wymieniły spojrzenia. Widziały zwłoki.

- Wydostali go - rzekła Liisa. - Chłopy zbijają mu trumnę. Chyba nie powinnaś go oglądać...

Maja z trudem przełknęła ślinę. Te kobiety na pew­no widziały niejedno w swoim życiu, mimo to zbladły.

Spojrzała na swoje odkryte stopy. Były poparzone. Nie zdążyła włożyć butów.

Bez wahania odrzuciła przykrycie i usiadła, pod­trzymywana przez trzy pary chętnych do pomocy rąk. Czuła się mocno obolała. W końcu spadła z piętra.

Dotknęła dłońmi pęcherzy. Bolało, więc odrobinę je cofnęła. Popatrzyła na stopy, wysilając całą swoją wolę.

Przypomniała sobie pożar w domu. Wtedy, gdy jej dłonie uratowały Ailo.

Nic się nie działo. Nie czuła nic, nawet bólu, ale przecież była w szoku. Tylko ta wielka pustka... Prze­strzeń, w której unosiła się, nie mogąc nigdzie zna­leźć oparcia. Powinna spłynąć na samo dno, żeby znów się wznieść. To był tylko początek.

Poddała się z westchnieniem. Napotkała pytające spojrzenie trzech par oczu. Wiedziała, że ludzie o niej gadali.

- Ktoś nazwał cię czarownicą - niechcący wyrwa­ło się Magdaleenie, najmłodszej. Zaczerwieniła się. - Po wypadku - dodała. - Gdy robiłaś to, co... robiłaś. Ale wszyscy wiedzą, że czarownice nie płaczą - za­kończyła stanowczo.

- Może i jestem - odparła Maja ochryple. - Wielu tak o mnie myślało. Niejeden pewnie powiedział to głośno. Ale ja przecież ciągle płaczę...

- To bzdury - oświadczyła Tuula. - Wielu ludzi po­trafi leczyć. Gdyby wszyscy oni byli czarownicami i trollami, nie starczyłoby czasu na budowanie stosów!

- Na pewno jestem naznaczona - powiedziała Ma­ja cicho. - Naznaczona przez Roto.

Żadna z kobiet nie słyszała o Roto. Jednak nie wspomniały nikomu ani słowa o tej rozmowie.

Kobieca solidarność bywa silna.

Josef przyszedł później. Maja nadal zajmowała jedy­ne łóżko w domu. Chciała już wstać, ale Tuula stanow­czo się temu sprzeciwiła. Dzieci, zbite w gromadkę pod pledami w rogu izby, nie wydawały się pokrzywdzone. A mąż nadal pracował przy usuwaniu szkód.

Noc miała kolor czerwony. Powoli przechodziła w ranek. Ciemny jak popiół.

- Jak mogło dojść do pożaru? - spytała Josefa Ma­ja. - Nie rozumiem tego.

Mężczyzna oglądał swoje dłonie. Kobiety opatrzy­ły jego rany i przez to ręce wydawały się dwa razy większe i bardziej niezgrabne niż zwykle.

- Znaleźli lampę w nogach łóżka Heino.

- Dał radę odrzucić ją tak daleko - Maja potrzą­snęła głową. - Prawie mu się udało.

Kobiety usunęły się dyskretnie, jednak nasłuchiwa­ły. Im też pewne podejrzenia przeszły przez głowę.

- Może on nie chciał - rzekł Josef z ciężkim ser­cem. - Może znalazła się tam... specjalnie.

- Nie! - krzyknęła drżącym głosem. - Nie, nie, nie!

- Nie był sobą od czasu wizyty Runefelta - dodał Josef.

Maja wpatrzyła się w niego szeroko otwartymi oczami.

- Runefelt? Był tu Marcus Runefelt?

- Nie powiedział ci? Maja potrząsnęła głową.

- Sprzedał mu las, Maju. Runefeltowi. To było kil­ka dni po twoim odjeździe...

Maja zamknęła oczy. Przeżywała na nowo każdą minutę wieczoru.

Heino...

Czyżby to zaplanował?

Czy mógł to zaplanować?

Mówił, że jutro będą razem... Odesłał Marję do do­mu, a służba spała osobno. Tylko ją mógł ze sobą za­brać...

Dlaczego?

Odpowiedź mogła być tylko jedna. Ale to przecież niemożliwe. Heino nie mógł dowiedzieć się o Williamie.

Ale poza tym nie istniały żadne powody.

- Odzyskam ten las - obiecała bez namysłu. - Od­zyskam go bez względu na koszty! Ten las to wszyst­kie jego marzenia!

Zaczęła płakać. Zagryzła usta i spojrzała na Josefa. Spróbowała się uśmiechnąć.

- Nawet nie zdążyłam ci podziękować za uratowa­nie życia... Nigdy ci tego nie zapomnę, Josef! Nigdy.

Był zażenowany, gdy odchodził. Ale zadowolony, pomimo całego bólu. Maja nadal miała do niego za­ufanie.

Josef Haapala jako jedyny dał wyraz przypuszcze­niom wielu ludzi na temat przyczyny pożaru.

Woleli jednak nazywać go wypadkiem. Było to naj­lepsze, co mogli zrobić dla Heino.

13

Następnego dnia przybyła Marja z Karim. Ona za­niepokojona, on niechętny. Nie był zadowolony z nagle odkrytego pokrewieństwa. Uznał je, ponie­waż takie było pragnienie matki, ale nie czuł związ­ku krwi z Mają.

- Musisz zamieszkać u nas - oświadczyła Marja. Maja zgodziła się.

- Ale po pogrzebie. Do tej pory będę tutaj.

Wiedziała, że rodzina Tuuli potrzebowała miej­sca. Nie wiedziała, czy zdoła spłacić dług wdzięcz­ności za gościnę. Stopy zaczęły się goić. Dłonie tro­chę wolniej. Podeszwy stóp nie ucierpiały zbytnio. Udawało jej się chodzić, ale nie mogła założyć żad­nego obuwia.

- Czy Marcus Runefelt był tu długo? Marja potwierdziła.

- Byłaś z nimi cały czas? - Dlaczego? Rozmawiali przecież o interesach, ja się na tym nie znam.

- Miał coś ze sobą, gdy odjeżdżał? Marja nie widziała go wtedy. Maja myślała o pistoletach. Musiały się stopić w pożarze. Wyglądały pewnie teraz jak bryła metalu. Ich złoto pewnie też się stopiło... Zastanawiała się, czy je znajdzie.

- Czy zapłacił już Heino?

- Nie. Czekał na gotówkę ze Szwecji. A więc coś miała. Goryczą napełniało ją, że będzie żyła z tego lasu, którego za nic nie chciała sprzedawać.

- Chciałabym zobaczyć, co pozostało... Kari bez słowa zaniósł ją do powozu. Pojechali w stronę dymiących zgliszcz.

Maja zapłakała. Tylko kikuty sterczały tu i ówdzie. Mogła nadal dostrzec zarysy granic pokojów w ster­cie popiołów.

Siedziała w powozie, ubrana tylko w koszulę, i pła­kała. Kari ściągnął kurtkę. Poczuł wyrzuty sumienia, że był taki surowy. Nie mógł nic poradzić na to, że matka była tak sentymentalna. Maję odbierała jako ucieleśnienie marzeń o tej córce, którą straciła. O tej, o którą Kari był odrobinę zazdrosny. Mar ja zawsze mówiła o Raiji i Mattim, dzieciach, które ją opuści­ły. Czuł, że jest mniej wart od nich.

Ale to przecież nie była wina Mai.

- Jak udało ci się uciec przed wybuchem? - spyta­ła Maja. - Nie byłeś na statku?

- Ona nie powinna ci o tym mówić - rzucił Kari, okrywając kurtką jej ramiona. Przemknęło mu przez myśl, że jest jej wujem! Jakie to idiotyczne... - Byłem na statku - odparł. - Ale stałem przy samej burcie i po­dmuch wrzucił mnie do morza. W całym tym zamie­szaniu udało mi się dotrzeć na ląd. Ukradłem jakieś suszące się ubrania. Uciekłem, kierując się na zachód, nie tam, gdzie szukali. Miałem szczęście. Mówią, że wielu zginęło.

Maja kiwała głową.

Kari poczuł nagle, że ona już wcześniej o tym wie­działa.

- Gdy przestanie się dymić - powiedziała powoli - pomożesz mi szukać? Muszę coś tu znaleźć.

- Co?

- Heino miał trochę złota - odpowiedziała. - Do­staniesz swoją część, jeśli znajdziemy. No i skrzynkę z... pistoletami.

Kari zagapił się na nią.

- Pistolety ministra? - spytał po chwili, oszołomiony.

- Po prostu pistolety - odpowiedziała, patrząc mu wymownie w oczy.

- Jakim sposobem cię w to wciągnięto? - drążył chłopak, który był jej wujem. - Czy Heino też brał w tym udział?

Potrząsnęła głową.

- Nie, Heino nie. Tylko ja.

- Mama mówiła, że nie było cię tydzień...

- Mój brat ma poparzoną twarz - odparła. - Był tuż przy wybuchu. Ale żyje...

Nie mogła znaleźć lepszego powodu, by go do sie­bie przekonać. Postanowił przecież jej nie lubić. Te­raz czuł do niej szacunek.

- Musisz wracać - rzucił. - Nie pomyślałem, że nie jesteś odpowiednio ubrana.

Maja nie słuchała. Patrzyła na resztki domu. W du­szy przysięgała, że się nie podda. Marcus Runefelt nie wygra tej walki. Przekona się, że nie miał jeszcze ta­kiego przeciwnika jak ona.

Pogrzeb odbył się trzy dni później. Przyszli wszy­scy. Nikt nie pamiętał dłuższego orszaku pogrzebo­wego.

Maja szła o własnych siłach. Niewysoka, ubrana na czarno, stawiała niepewne kroki idąc pomiędzy Kari a Marją, gotowymi podtrzymać ją w każdej chwili.

Stała jednak jak posąg aż do chwili, gdy piękna trumna ze szczątkami Heino zniknęła w dole. Gdy już przykryli ją ziemią. Gdy uścisnęła dziesiątki rąk.

Oczy miała błyszczące, ale nie płakała. Mówili, że jest silna.

Stali jeszcze, gdy większość wróciła już do domów.

Kari wziął Maję na ręce i zaczął nieść w stronę wozu.

Wtedy ujrzeli czarny, zakryty powóz.

Gniew porwą! Maję.

- Czy on nie mógł trzymać się z dala przynajmniej od pogrzebu Heino? Przeklęty Runefelt!

Musieli przejść obok tego powozu, bo stał blisko. Maja ukryła twarz na kurtce Kariego. Nie chciała znosić więcej upokorzeń, nie w ten dzień.

Drzwi otworzyły się, gdy przechodzili obok, ktoś wyskoczył i po prostu wyjął Maję z ramion zasko­czonego chłopaka.

- William? - spytała zdumiona. Spojrzała w znajo­mą twarz. - Nie powinieneś tu przyjeżdżać.

Był poważny. Przykładnie ubrany na czarno.

- Przyjechałem od razu, gdy doszły mnie o tym wieści - wyjaśnił. - Nikt nie wiedział, czy ty żyjesz. Nigdy jeszcze tak się nie bałem.

Kari przenosił zdumione spojrzenie od niego do niej. Wiedział, że młody Runefelt był jednym z przy­wódców grupy, do której należał. Może więc to nic dziwnego, że Maja go znała. To tłumaczyłoby, czemu przechowywała pistolety.

Ale w jaki sposób poznała Williama Runefelta oso­biście? Co ich łączyło?

- Zabieram ją ze sobą - William Runefelt spojrzał na Kariego. Nie wiedział, kim jest ten młodzieniec, ale nie zamierzał dopuścić go do głosu. - Tu nic jej nie trzyma. Zabiorę ją tam, gdzie będzie u siebie.

- Zgadzasz się na to? - spytał Kari zdziwiony.

- Ailo też tam jest - odparła zmęczonym głosem. - Nic tu po mnie.

Maja i Kari zdołali przeszukać zgliszcza. Nadal ża­rzyło się na dnie. Nie znaleźli ani złota, ani pistole­tów. Nawet ich śladu.

- Prześlij nam jakąś wiadomość - poprosił Kari. W ten sposób chciał jej przekazać, że ją lubi.

Maja skinęła głową. Dała się wnieść do czarnego powozu.

- William ma może rację - powiedziała. - Tam je­stem w domu. Twój ojciec kupił las - zwróciła się do Williama, gdy powóz ruszył.

Mężczyzna pokiwał głową.

- Słyszałem o tym.

- Ale jeszcze nie zapłacił. Chcę to anulować.

- On nie pozbywa się tego, na czym położył już ręce - odparł William. Znał swego ojca.

- Byłeś w Tornio? Pokręcił głową.

- Ailo robi postępy. Nie uwierzysz, ale spędza czas, robiąc ozdoby ze stopionych monet. - Przez je­go twarz przeleciał cień uśmiechu. - Robi też ptaki.

Zapadła cisza. Powoli objął ją ramieniem i przytu­lił. Maja wreszcie zapłakała tak, jak nie mogła w cią­gu tych dni. Łzy jej płynęły, ale ból nadal tkwił w du­szy jak cierń. Nie mogła odsłaniać swego żalu przed oczami wszystkich. Ale William był kimś bliskim.

- On podpalił dom - powiedziała, gdy płacz prze­szedł w suche łkanie.

- To niemożliwe! Pokiwała głową, ocierając oczy rękawiczką.

- Nazywamy to nieszczęśliwym wypadkiem, ale wszyscy wiedzą, że to on zrobił. Wszyscy go nawet rozumieją. Sądzą, że rozumieją.

- Przecież mógł cię zabić!

- Chciał to zrobić - potwierdziła. - Chciał zabrać mnie ze sobą. On mnie kochał, William.

Potrząsnął głową. Nie mieściło mu się to w głowie. Czyżby ona widziała w tym miłosne wyznanie?

- Coś go musiało do tego skłonić - mówiła dalej. - To nie tylko to, co wszyscy myślą. Nie dlatego, że zo­stał kaleką i nie chciał tak żyć. Musiało być coś wię­cej. Nie sprzedałby przecież lasu bez powodu...

- Ojciec przyjechał całkiem nieoczekiwanie ze Sztokholmu - odezwał się William.

- Chcę porozmawiać z twoim ojcem - stwierdziła. - Nie odzyskam spokoju, dopóki z nim nie porozma­wiam.

William pocałował ją w czoło. Zsunął z głowy Mai czarną chustę i wpatrzył się oniemiały w jej krótkie włosy.

- Musiałam je ściąć - wytłumaczyła. - Połowa by­ła spalona. Tak jest łatwiej.

- Jesteś teraz wolna - powiedział William. - Bóg świadkiem, że nie chciałem, żeby to się stało w ten sposób, ale to prawda, Maju.

- Za wcześnie, by o tym mówić - odparła. - Teraz jadę z tobą, bo chcę uciec. U mojej rodziny czułabym się o wiele bardziej obco niż u ciebie. Ten chłopak był moim wujem. Był z wami. Nie poznałeś go?

William zrozumiał, dlaczego ta twarz wydawała mu się znajoma.

- Myślałem, że to jeszcze jeden z twoich wielbicie­li - powiedział. - Nigdy nie mówiłaś, że masz tu ro­dzinę.

- Nigdy nie pytałeś.

- Możesz zostać na Hailuoto jak długo chcesz, Ma­ju. Możesz być moim gościem, aż się tym zmęczysz. Możesz być moją królową...

- Albo odjechać? Pokiwał głową.

- To nie więzienie. Wiesz, na co mam nadzieję. Ale nie będę cię naciskał. Nie chcę, żebyś tylko dlatego do mnie przyszła.

- Nie będzie cię w Tornio?

- Sytuacja się zmieniła - powiedział William, ści­skając ją lekko. - Teraz będę się tobą opiekował. Chcę znów ujrzeć uśmiech na twojej twarzy.

- Przecież on jeszcze nie ostygł w ziemi!

- On nie żyje. Ty mogłaś zginąć razem z nim. Ale żyjesz. Nie miałaś jeszcze umrzeć. Czeka cię więcej w życiu, Maju!

Przypomniała sobie głos, który słyszała, gdy szu­kała schodów w czasie pożaru. Głos, który powie­dział, że jej czas jeszcze nie nadszedł...

William czekał, gotów wypełnić pięknem każdy dzień jej życia.

Maja nie wiedziała, czy to wystarczy.

William zatrzymał woźnicę w Tornio przed oj­cowskim pałacem. Pomógł wysiąść Mai.

- Mówiłaś, że chcesz z nim porozmawiać?

Maja pokiwała głową. Oczy miała zaczerwienione, lecz już bez śladów łez.

William wszedł z nią do środka. Nie czekali na służbę. Szedł przodem, otwierając właściwe drzwi.

Znaleźli go w jednym z salonów. Nie wydawał się zdziwiony ich widokiem.

- Maria Aalto - powiedział powoli. Skinął głową w jej stronę. Potem zwrócił się do syna: - Przynieś krzesło. Ty też jesteś tu gospodarzem. - Składam kondolencje - zwrócił się ponownie do Mai. - To był straszny wypadek. Heino Aalto był twardym orze­chem do zgryzienia, ale nie życzyłem mu śmierci.

Maja siedziała sztywno na małej sofie. William stał tuż za nią. Wiedziała o tym i dawało jej to siłę.

- Chcę odkupić las - rzekła. Marcus Runefelt popatrzył na Maję z uwagą.

- Spodziewałem się tego. Jesteś bardziej dumna niż twój mąż. On nigdy by nie sprzedał lasu, gdybyś wte­dy tam była. Ale ja nie sprzedam.

- W takim razie proszę o należność. I zdobędę ten las. Z powątpiewaniem pokręcił głową.

- Oczywiście dam zapłatę. Nikogo nie oszukuję. Skierował wzrok ku synowi.

- Długo cię osłaniałem. To w twojej sprawie przy­jechałem do Heino Aalto. Nie chciałem kupować la­su. Miałem odebrać twoje pistolety...

Maja zerknęła na Williama. Stał z niewzruszoną miną.

- Powinieneś się przyczaić, synu. Możliwe, że nie będę już mógł cię chronić. Pewnego dnia zostaniesz sam.

- Jestem twoim jedynym synem - odparł William. - Nigdy byś mnie nie wydał, nie zbrukał nazwiska.

- Wystarczy, że jeden z nas już to zrobił, prawda? - spytał szyderczo ojciec.

Obaj mieli twarde charaktery. Żaden z nich nie chciał się ugiąć.

- Wiedziałeś, że handlowałam z Williamem? - spy­tała nagle Maja.

Zaśmiał się.

- Handlowałaś? - powtórzył ironicznie.

- Powiedziałeś o tym Heino?

- Powiedziałem, że jego żona zdradza go z moim sy­nem - oznajmił Marcus Runefelt i wyszedł z pokoju.

Maja siedziała wpatrzona przed siebie. Nie mogła w to uwierzyć. Nie mogła uwierzyć, że to jednak było prawdą.

Co też Heino musiał o niej myśleć!

- To moja wina - powiedziała cicho. - Moja.

- Najbardziej ojca - odparł William, kucnąwszy przed nią. Ujął jej dłonie. - Nie powinien był tego mówić.

- Ale ja pierwsza zawiodłam Heino. William gładził Maję po głowie i policzkach.

- To ojciec chciał go upokorzyć, pokazać, że ma władzę. Ty nigdy nie chciałaś zranić Heino. Chroni­łaś go. Broniłaś się przed tym, co stało się pomiędzy nami. Ja do tego doprowadziłem. Ty kochałaś Heino. Ja to wiem. Kochałaś Heino i nie chciałaś go skrzyw­dzić. - Zamilkł na chwilę i dodał: - A może wszyscy się mylicie. Może to był wypadek.

- Chcę stąd odjechać - rzuciła Maja. - Zabierz mnie stąd, William. Zabierz na Hailuoto!

Podróż trwała cały wieczór aż do polowy nocy. Wiał zbyt słaby wiatr. William przewidział, że może być chłodno, i zabrał dla Mai pelerynę podbitą fu­trem.

Nie rozmawiali dużo ze sobą. Maja siedziała po­grążona w myślach. Wiedziała, że jej ucieczka wyni­ka z tchórzostwa, ale nie mogła inaczej.

Ciągle walczyła, sama. A Marcus Runefelt zdołał zniszczyć wszystko, co zbudowała w życiu. To bola­ło. I czyniło wyrzuty sumienia jeszcze cięższymi.

Heino nie żył.

Tylko to się liczyło.

Heino nie żył.

To, co może przyjść później, nie zmieni tego fak­tu. Cokolwiek zrobi, nie będzie miało dla niego zna­czenia. On odszedł.

Wszystko przepadło. Wszystko, co zbudowali ra­zem, pożarły płomienie. A las należał do Marcusa Runefelta.

A właśnie las Maja chciała zachować po Heino. To było dla niego najważniejsze. Temu poświęcił swoje uczucia.

Dotarli do domu, zanim wstała służba. Łódź przy­cumowała do pomostu przed domem. Nawet w ciem­ności poszło to dobrze.

- Masz zręcznych żeglarzy - stwierdziła Maja. Za­łoga to usłyszała i doceniła. Maja zaczęła zjednywać sobie przyjaciół.

Z okna biblioteki dochodziło słabe światło.

W jednym z foteli siedział mężczyzna w ciemno­czerwonym szlafroku. Nie czytał. Nie spał. Tylko sie­dział.

Maja podbiegła do niego, uklękła przed nim i wpa­trzyła się w niego.

- O Boże! - wykrzyknęła. Jej dłonie ściskały jego dłonie aż do bólu. Łzy trysnęły z jej oczu.

- Wyglądam okropnie, wiem - powiedział Ailo. Oczy wyrażały wzruszenie, ale nie twarz. Z jego twa­rzy nie można było odczytać niczego.

Skóra pokrywała ją cienką warstwą niczym podwójną pajęczyną. Twarz była płaska, pozbawiona nosa.

Kiedy Ailo mówił, starał się jak najmniej poruszać wargami. Świeża skóra łatwo pękała.

- Tak, wyglądasz okropnie - Maja z trudem prze­łknęła ślinę. Nie mogła oderwać od niego oczu. - Ale to ty, Ailo, także z tą twarzą. I ty żyjesz.

- Jesteś tak wspaniale szczera - odparł brat. - Bergfors i William mówią mi, że nie jest źle. Ale ja w lu­strze widzę potwora...

- Gdyby potwory miały być takie, jak ty, kochany Ailo, to chciałabym, żeby było ich jak najwięcej.

- Co się wydarzyło u ciebie?

Maja opowiedziała mu wszystko, nadal siedząc przed nim na podłodze. Niczego nie przemilczała.

- Heino sam to zdecydował - odezwał się po chwili Ailo. - To nie była twoja wina. On by nie wytrzymał te­go życia, Maju. Znałem go jako najbardziej tajemnicze­go i najbardziej wolnego mężczyznę w Norwegii. Przy tobie się uspokoił. Nigdy nie widziałem mężczyzny tak zakochanego. Ale w głębi duszy nadal pozostał sobą. He­ino nie byłby w stanie spędzić życia w fotelu, będąc za­leżnym od innych. Nawet, gdybyś tylko ty się nim opie­kowała. I cierpiał, że nie może już być dla ciebie męż­czyzną. Wiedział, że jesteś na tyle gorąca, że będzie ci tego brak. Wiedział, że to kiedyś nastąpi. - Policzki Ailo aż zesztywniały od tak długiej przemowy. - Zostaniesz tu? - spytał jeszcze.

- Nie wiem. Jakiś czas. Czuję się, jakbym uciekła. Ta wyspa nie jest częścią zwykłego świata. Gdy tu przy­jeżdżam, czuję się jak we śnie. To takie nierzeczywiste.

- William to porządny gość.

Ailo z trudem odwrócił głowę w stronę Williama, uśmiechając się lekko.

Maja wstała, zdejmując pelerynę.

- William może mówić sam za siebie, Ailo. On wie, co ja myślę.

- Chodzi mi tylko o towarzystwo - zażartował Ailo.

Powoli podniósł się z fotela. Ujął kule.

- No, to idę spać - rzucił. - Nikogo nie straszę, gdy siedzę długo w nocy - powiedział, wychodząc z pokoju.

- Zmęczona? - spytał William. Maja zastanowiła się. Poprzedniej nocy prawie nie spała, ale nie czuła zmęczenia. Odpoczęła w czasie że­glugi. Sen przyniósłby tylko sny, od których chciała uciec.

- Głodna?

- Nie jestem w stanie jeść.

- Został z ciebie ledwie cień, Maju. Rozsznurowała buty. Stopy bolały ją przez cały dzień, ale cierpiała w milczeniu. Ten ból był przynaj­mniej fizyczny. Tłumił to, co czuła w duszy.

Zdjęła pończochy.

William rozpiął kamizelkę i rozluźnił krawat.

- Niepokoi cię, że twój ojciec wie o tobie?

- Niepokoi? Może. Ale się nie boję. Ale jeśli on wie, może wiedzą i inni. - Zamilkł na chwilę. - Właściwie jestem niezależny od ojca. Dostawałem własne pie­niądze, odkąd skończyłem dwadzieścia jeden lat. Ta wyspa przejdzie na mnie. Jeszcze zostało coś w spad­ku po mamie, ojciec sprawuje nad tym pieczę tylko do czasu mojego ożenku. Widać boi się, że roztrwo­nię cały majątek... - uśmiechnął się krzywo. - Ale on jest zbyt dumny, aby mnie porzucić, Maju - Mario.

Stworzył jedną kobietę z jej dwóch imion. Taką, której ona sama jeszcze nie znała.

- Możesz odzyskać las - powiedział w zadumie. - Możesz wziąć za niego pieniądze, a potem go odzy­skać. Jeśli będziesz cierpliwa.

- Przecież i ty go słyszałeś - odparła Maja. - On nie sprzeda lasu. Na pewno nie mnie. Chce mieć wszystko, sam.

- No właśnie! - William gwałtownie przejechał dłonią po włosach. - Ojciec nigdy go nie sprzeda. Marzy o stworzeniu imperium z herbem Runefeltów. Miecze i kwiat, wiesz. Niech sobie marzy, ale ty i tak możesz go pokonać. - Zaczerpnął oddechu. - Oboje możemy odnieść zwycięstwo, Maju. To go nauczy, że nie może odgrywać roli Wszechmogące­go. Wyjdziesz za mnie!

- Aby się na nim zemścić?

- Otrzymam wtedy ostatnią część spadku. I ciebie za żonę. Więcej nie chcę od życia. Ty będziesz miała mnie i życie bez trosk. I las. Nasz syn to przejmie. Pomyśl, Maju, twoja krew. Ojciec tego nie przewi­dział. Nie wierzy, że ci zaproponuję małżeństwo. Są­dzi, że to jest równie niepoważne jak z poprzednimi kobietami.

- Ja straciłam dziecko - powiedziała Maja sztyw­no. - Urodziłam je martwe. Pochowałam dwóch mę­żów, a nadal jestem bezdzietna. Nie wiem, czy mogę mieć dzieci. Nie mogę ci niczego obiecać, tym bar­dziej syna.

- Mimo to chcę cię za żonę - odparł bez mrugnię­cia okiem. - Chcę się z tobą ożenić, Maju - Mario.

- Nie kocham cię.

- Jest nam dobrze razem - odparł. - A ja cię kocham. Nie rozumiesz, że to oświadczyny? Wyjdź za mnie, Maju. Dobrze?

Długo na niego patrzyła. Wiedziała, o co prosi. Wiedziała, jakie to będzie miało skutki.

Nie była już Mają z domku na cyplu. Już nie Ma­ją, córką Raiji. Nie była już żoną Heino. Była tylko Mają. Samotną Mają. Wystarczająco dużo miała tej samotności w życiu.

- Dobrze - odpowiedziała, paląc za sobą mosty. - Kiedy?

14

Była to lekkomyślna decyzja. Wyglądało przecież na to, że przeszła prosto z ramion jednego mężczy­zny w ramiona drugiego. Tak nie wypadało. Ziemia na grobie Heino nawet nie zdążyła obeschnąć... Ale Maja postanowiła nie żałować.

Małżeństwo bez miłości, ale pełne przyjaźni. I po raz pierwszy czuła, że ktoś będzie się nią opiekował.

Za Simona wyszła po to, żeby mieć ojca dla swe­go dziecka. Dobrze było zrzucić na kogoś odpowie­dzialność za to, do czego się przyłożył.

Heino był ucieczką. Przed Reijo. Nie przypuszcza­ła nawet, że go pokocha. A William?

William zapewni jej dostatnie życie. Będzie ją wiel­bił. I rozumiał.

Maja była zmęczona. Miała już dosyć walki. Mo­gła teraz spróbować, czy umie brać.

Nastał wieczór poprzedzający dzień, gdy miała po­wiedzieć „tak” kolejnemu mężczyźnie. Obiecać mi­łość i posłuszeństwo aż do śmierci.

Te słowa sprawiały, że dreszcz przebiegał jej po plecach.

Dwóch mężczyzn zabrała jej śmierć. Dwóch męż­czyzn obiecywało ją kochać.

Śmierć - Roto.

Drogi życia wiodły ją przez tak różne krajobrazy.

Pokonywała odległości, o których nigdy nie marzyła.

Maja, dziecko miłości, które nigdy nie nosiło na­zwiska ojca, a nosiło inne, pożyczone, miała teraz dodać sobie kolejne: Runefelt. Miała stać się częścią krajobrazu, który wydawał jej się o wiele bardziej niebezpieczny niż dotychczasowe: fińsko - szwedzkiej arystokracji.

Tylko dlatego, że William był uparty.

Nie dał jej zbyt wiele czasu, by mogła żałować swej decyzji.

Już następnego dnia ruszył do Oulu. Powiedział, że nic nie jest niemożliwe, o ile można za to zapłacić. A słudzy kościoła zwykle lubili mamonę. Poza tym William miał możnego ojca i dobre pochodzenie.

- Może nawet przyda mi się nasz herb? - zastana­wiał się z uśmiechem.

To było dwa dni temu.

Trzy dni po tym, jak Heino spoczął w ziemi, mia­ła zostać żoną innego. W świecie Williama nie nazy­wała się zresztą żoną, ale małżonką.

Zanim przybyła, kupił całą szafę ubrań i obuwia.

- Gdy się dobrze opisze damę, nie ma problemu - odpowiedział uśmiechnięty, widząc jej zdziwienie.

Tylko Ailo i służba Williama wiedzieli, co się święci.

William chciał zaprosić babkę i wuja Mai, ale sprzeciwiła się temu stanowczo.

Mar ja była starej daty. Kari był mężczyzną. Potę­piliby ją, mimo że jej mężem miał zostać sam przy­szły władca Tornedalen.

William też nie zaprosił nikogo ze swojej rodziny: ani ojca, ani sióstr.

- Nie chcę, żeby zepsuli mi najszczęśliwszy dzień mojego życia.

Nie mogła zasnąć. Na bosaka zeszła do biblioteki. Jeszcze nie próbowała przeczytać żadnej książki. Były po szwedzku i fińsku, a nie czytała dobrze w tych ję­zykach. No i po francusku i niemiecku, językach, któ­re brzmiały jak zabawna muzyka w ustach Williama.

Spotkała tam Ailo, jak zresztą oczekiwała. Obok niego na stoliku stała napełniona do połowy karafka z winem i pełny kieliszek.

- Masz tremę? - spytał. Przytaknęła i usiadła, podwijając nogi, na fotelu naprzeciwko brata. Powoli przyzwyczajała się do je­go wyglądu. Zdarzało się jednak, że przypominała so­bie jego dawną twarz, i wtedy czuła ból.

- Poza tym, że ma pieniądze, porządny z niego człowiek.

Maja pokiwała głową.

- Jesteśmy daleko od Norwegii - stwierdziła.

- Tęsknisz? W zamyśleniu ponownie pokiwała głową.

- Tak, chociaż gdy jechaliśmy razem z Heino wzdłuż rzeki Torne, pokochałam i ten kraj. Uzna­łam, że jest mój. Ze ci ludzie będą moimi rodakami. I tak się stało.

- Łatwo polubić nowe miejsca - rzucił Ailo. - Trud­niej rozstać się z ludźmi.

- Nadal możesz wrócić. To ja zamykam za sobą drzwi i przekręcam klucz. Wydaje mi się, że za każ­dymi słyszę kroki Reijo...

- Nie mogę wrócić, Maju. Nie z tym... - uniósł dłoń ku twarzy. - Tutaj wiedzą już, jak wyglądam, ale i tak służące wzdrygają się ze strachu, gdy się na mnie nie­spodziewanie natkną. Nie chciałbym ujrzeć tego sa­mego na twarzy Idy.

- Nie powinnam była cię tu ściągać - westchnęła Maja. - Ale czułam się tak samotna!

- Może to ma jednak jakiś sens - odparł gorzko Ailo. Nie miał żalu do Mai, to nie była jej wina. Więk­szość spraw, które zdarzyły się w jego życiu, była konsekwencją jego decyzji. - Tylko po co tak się mę­czyłem, żeby wydobyć to przeklęte złoto!

Chciał się zaśmiać, ale nadal nie mógł. Policzki zbyt go bolały.

- Wszystko, u diabła, na próżno!

- Przekleństwo złotego światła - przypomniała so­bie Maja. - Reijo zawsze przypominał Knutowi słowa Elle, używał ich jako ostatniego sposobu wyperswa­dowania mu chęci odszukania skarbu Karla. Raija po­dobno widziała złote światło, które źle wróżyło.

- Knutowi się udało - zastanawiał się Ailo. - My­ślałaś o tym, Maju? Knut zachował złoto! Nie po­szczęściło się Simonowi, Heino i mnie... Znalazł je przecież ojciec Knuta! Tylko Knut miał do niego pra­wo, nawet nazywał to spadkiem po ojcu.

Maja zadrżała. Nigdy na to w ten sposób nie pa­trzyła. Nie chciała uwierzyć, że tak mogło być.

Ailo miał na sobie czerwony szlafrok Williama, jak zwykle w czasie swych nocnych wędrówek. Złoty herb wyhaftowany był na kieszonce na piersi.

- Nieźle wyglądasz jak na Lapończyka z gór - za­żartowała Maja serdecznym tonem. - Ależ by się z ciebie śmiali w obozowisku, gdyby zobaczyli cię w tym ubraniu!

Dłonie Ailo pogładziły gładki materiał.

- Podoba mi się - stwierdził jakby zdziwiony swoim odkryciem. - Pewnego dnia może zapomnę, jak to jest siedzieć pod gołym niebem, patrzeć na pasące się spokojnie renifery, mieć mech jako materac, a za towarzy­sza nóż i kawałek kości. I psa, jeśli ma się szczęście.

Maja zamilkła, pochłonięta tą wizją. Oboje prze­żyli coś takiego i tęsknili za tym.

Oboje też wiedzieli, że do tego nie wrócą.

- Z drugiej strony - mówił dalej Ailo - dobrze jest siedzieć na piasku i patrzeć na zatokę. W tych nie kończących się lasach świerkowych coś jest. A gdy naprawdę zacznie wiać, szumią jak styczniowa bu­rza... Niebo jest to samo. William mówi, że bardziej na północy widują zorzę północną. Może, którejś zi­mowej nocy...

Spojrzał na Maję.

- Mam nadzieję, że Ida znajdzie sobie innego - po­wiedział cicho głosem pełnym bólu. - Jest za młoda, że­by być sama - dodał wyjaśniająco. - Zbyt ładna, żeby zgorzknieć. Zbyt kobieca, żeby nie mieć mężczyzny.

Obracał kieliszek w dłoni. Robił to tak wprawnie, jakby nie był tym, który urodził się w jurcie na let­nim obozowisku dwadzieścia dwa lata temu.

- Nie mogę jednak sobie wyobrazić, którego może wybrać. Widzę przed sobą ich twarze i nie widzę żad­nego wartego jej. Pewnie będzie to ten cholerny Emil...

Maja potrząsnęła głową, aż jej krótkie włosy za­tańczyły wokół twarzy.

- Ależ wy, mężczyźni, stwarzacie sobie problemy. Ida nigdy nie wybrałaby Emila, nawet gdyby pocho­wała cię sto razy! Może innego, ale nie Emila!

- Możesz jej to przesłać w myślach - powiedział z nadzieją w głosie. - Ze ja nie żyję, ale żeby nie wy­bierała Emila!

Powiedział to niby żartem, ale w jego słowach by­ła nuta powagi.

- Nie mogę. Nigdy nie czułam takiej więzi z Idą. Zbyt się różniłyśmy.

Ailo musiał przyznać jej rację. Pogrzebał w kiesze­niach. Wyłuskał coś i wręczył Mai.

- To dla ciebie - powiedział.

Wyciągnęła rękę. Poznała, co to jest, gdy zalśniło. Ptak wyrzeźbiony przez Ailo. Rzeźbiony kiedyś przez Mikkala. Ptak z rozpostartymi skrzydłami. Wolny albo uciekający.

Obcy ptak?

Reijo nazywał tak matkę. Mówił, że Raija wszędzie była obcym ptakiem.

Maja się tak nie czuła, choć pewnie niektórzy by tak ją nazwali.

- Mam nadzieję, że założysz to jutro - powiedział. - William pewnie znajdzie jakiś łańcuszek. Może nie po­winienem tego mówić, ale będzie pasował do pierścion­ka. William poprosił, żebym go zrobił.

- Poszło na to wiele monet - uśmiechnęła się wzru­szona Maja przez łzy. - Dziękuję, Ailo! Kochany je­steś. Zawsze będę go nosiła. Zawsze!

- Nie mów tak - zaprotestował zażenowany. - Po jutrzejszym dniu dostaniesz wiele biżuterii. Jej też powinnaś dać szansę.

- Tylko to zrobił mój brat - odparła. - Tylko to ma dla mnie wartość. To więcej niż tylko piękno, rozu­miesz?

- Oczywiście, że rozumiem. W końcu jesteśmy ro­dzeństwem.

- Czy sądzisz, że dobrze robię? - spytała nagle. Ailo potrząsnął głową i rozłożył ręce.

- Nie pytaj mnie o to. To twoje życie. Kto może ocenić, czy robi się dobrze, czy źle? Ocena przychodzi potem. Trzeba się odważyć iść dalej. Tylko to mo­gę ci odpowiedzieć.

Maja zerwała się i pocałowała go szybko w czoło. Zostawiła go siedzącego w fotelu. Noc należała do Ailo. Noc i samotność. Żył w cieniach i w ciemności, marząc o Norwegii, gdzie noce były jasne o tej po­rze roku. Tam nie mógłby się ukryć.

Altana wypełniona była kwiatami. Były wszędzie: w wazonach, splecione w wieńce i girlandy. Białe i czer­wone róże. Wszędzie unosił się zapach róż. Zapach lata.

Kucharka nawet nie chciała słyszeć, że to ma być skromna ceremonia. Nie można nie mieć wspomnień ze ślubu. Przynajmniej niech więc wspominają jedze­nie! Byłoby plamą na jej honorze, gdyby nie przygo­towała czegoś specjalnego na ślub panicza Runefelta. Jak już, to już!

Postawiła na swoim, jak zwykle zresztą. Służyła już matce Williama, teraz jemu. I kochała go jak syna.

Maja drżała w swej błękitnej jedwabnej sukience. Maja była nią zachwycona. Suknia szeleściła przy każdym jej ruchu. Pod spodem miała kilka halek, ha­ftowanych od talii do brzegu.

Pantofelki były obciągnięte błękitnym jedwabiem sukni. Maja nie musiała wchodzić boso w to małżeństwo. William znalazł także łańcuszek, na którym za­wiesiła ptaka wyrzeźbionego przez Ailo. Rozpoście­rał skrzydła na tle jej skóry i był tak dumny, wolny i silny, tak, jak ona sama chciała być. Miała nadzieję, że na zawsze taka pozostanie.

William podarował jej też inne klejnoty, ale Maja nie chciała nawet dotknąć jego pereł. One nie paso­wały do niej.

Statek, którym przypłynął ksiądz, już dawno przy­cumował. Maja słyszała głos duchownego dochodzą­cy z parteru. Czekała na Williama. Jeszcze miała czas się wycofać. Nadal mogła uciec od tego, co wydawa­ło się tak nierzeczywiste.

Palcami ściskała ptaszka. Już się nie bała. To była jej decyzja.

- Ależ jesteś piękna! Dobry Boże, Maju - Mario, je­steś piękna! - William okręcił ją tak mocno wokół sie­bie, że suknia zawirowała jak błękitne, pofalowane morze.

Chyba był jedynym człowiekiem, który ją tak mógł nazwać. Ją, która miała blizny na twarzy i na duszy...

- Ksiądz czeka - rzucił. - Wszyscy czekają. Objął ją ramionami w talii. Suknia była tam nieco luźniejsza, ponieważ Maja schudła.

- Ale niech czekają, Maju. Niech czekają, bo ja chcę pocałować moją przyszłą żonę!

Objął ją mocnymi ramionami, aż poczuła jego sprężyste ciało. Rozchylił ustami jej usta i pocałun­kiem przywrócił rumieńce na jej policzkach. Panna młoda powinna się rumienić.

Puścił ją i odsuwając na odległość ramienia, patrzył z nieukrywanym podziwem. Spojrzenie było pełne miłości i nawet uwielbienia. Trochę ją to przerażało, ale i podobało się.

- Powiedziałem to już pewnie tysiące razy, ale lu­bię to mówić: kocham cię, Maju - Mario!

Chciałaby móc powiedzieć to też jemu. Zasługiwał na to. Ale ona nie umiała kłamać. Dotychczas tego nie zrobiła i nie mogła zrobić tego jemu.

- Jest mi z tobą dobrze - powiedziała tylko.

Pocałował ją przelotnie w policzek.

- Gdy cię pocałuję następnym razem, będziesz pa­nią Runefelt. Na zawsze.

Maja miała nadzieję, że to się spełni. Przecież on sam kiedyś powiedział w żartach, że do trzech razy sztuka. Oby miał rację...

Sprowadził ją na dół po schodach, przeszli przez korytarz, wyszli na dwór. Dumny jak paw prowadził ją ku altanie. Tam czekał ksiądz. Nie protestował przeciwko udzielaniu ślubu w altanie. Jego wynagro­dzenie zresztą uciszało wszelkie protesty.

Czekała tam cała służba. I Ailo.

Maja wzdrygnęła się lekko na jego widok. Ubra­ny był niczym dworzanin króla, a na twarzy miał maskę.

- Lepiej się tak czuje, gdy jest wśród ludzi - wytłu­maczył jej William cicho.

Maja uznała jego rację. Cieszyła się, że Ailo w ogó­le jest tu z nią. Miał być świadkiem razem z kuchar­ką, która niemal płakała, przepełniona wzruszeniem z powodu wagi swej misji.

Maja uśmiechnęła się do brata przez mgłę łez, wchodząc do altany. Usłyszała, że świadkowie wcho­dzą za nimi. Na tle okna bez witraży stal ksiądz i cze­kał na nich z Biblią w rękach.

Wszystko stało się jak we śnie. Promienie słońca, wpadając przez kolorowe szybki, rzucały na wszyst­ko błyski tysiąca kolorów.

Zanim się zdążyła zorientować, zanim poczuła, jak to jest, stała się żoną innego mężczyzny.

Maria Runefelt.

Maja - Maria dla Williama.

Ailo podał coś Williamowi.

Były to dwa pierścionki.

Na palec jej lewej ręki William wsunął pierścionek ze złotym ptaszkiem.

- To dlatego, że jesteś wolnym ptakiem mego ser­ca - rzekł z uśmiechem.

Na palec prawej dłoni wsunął pierścień z herbem rodziny.

- Dlatego, że jesteś teraz jedną z Runefeltów. Pocałował ją ku zadowoleniu zebranych, którzy klaskali i gwizdali.

Mieli wątpliwości co do wybranki Williama, ale stracili je, widząc, jak bardzo jest w niej zakochany. W każdym razie było to małżeństwo z miłości. Maja nadeszła znikąd i zdobyła serce księcia Tornedalen. Jak w bajce.

Wychodzili właśnie z altany, gdy dojrzeli niespo­dziewanego gościa schodzącego ze schodów domu. Oczywiście nie znalazł nikogo w przystrojonym ko­rytarzu.

Maja stanęła jak wryta, ale ramię Williama popro­wadziło ją dalej. Reszta zebranych pozostała w peł­nej szacunku odległości od władczego Marcusa Runefelta.

Stanął w połowie schodów. William z Mają zatrzy­mali się na dole.

Starszy pan zlustrował ich zimnym spojrzeniem.

- O co tu chodzi? - spytał.

- Właśnie się ożeniłem - odpowiedział William.

- Z nią? Wdową po Heino Aalto? William potwierdził.

Wtedy ojciec wybuchnął:

- Jak mój syn może być aż tak głupi? Przecież ona robi to dla tego przeklętego lasu. Mogłeś zabawiać się z nią ile chciałeś, nawet nie spojrzałbym w waszym kierunku. Ona jest z tych, które bierze się do łóżka, a nie z którymi się żeni!

- Ja właśnie to uczyniłem - odpowiedział William, ściągając nieznacznie brwi. - Ona jest teraz moją mał­żonką, bądź więc łaskaw, ojcze, dobierać właściwe słowa. Nie chcę słyszeć nic obraźliwego. To ją wy­brałem, czy ci się to podoba, czy nie.

- Możesz być całkowicie pewien, że mi się to nie podoba!

Marcus Runefelt obrzucił Maję pogardliwym spoj­rzeniem.

- Przecież ona nawet nie jest ładna. Nie ma żadne­go uroku. Co ty w niej widzisz?

- Kocham ją - odpowiedział William, obejmując Maję. - Wybrałem na żonę. Ona będzie matką moich dzieci, a twoich wnuków...

- Boże broń! A może ona już jest w ciąży? Może dlatego tak ci się spieszyło? Jej mąż nawet nie ostygł w grobie. A może to ona sama podpaliła...

- I to ty mówisz! - Maja nie mogła już dłużej tyl­ko słuchać. - Heino nie żyje. Nie ma z tym nic wspól­nego. Zostaw go w spokoju!

- Dlaczego przyjechałeś? - spytał William. Marcus Runefelt rzucił na schody jedwabną sa­kiewkę.

- Zapłacić jej. Nie lubię być winny komuś pienią­dze. - Spojrzał na syna. - No i z twojego powodu. Szukają cię. Pytali mnie o ciebie. Wygląda na to, że jeden z twoich przyjaciół jest w więzieniu. Tak bar­dzo mu się tam nie podoba, że zaczął mówić...

- Kto to? - spytał pobladły William.

- Jeden z panów Osterlund - odparł ojciec. - Nie rozumiem, dlaczego ich wybraliście. Nie robiliście żadnej selekcji?

- Popełnialiśmy błędy - przyznał William. - Czy sytuacja jest poważna?

- Zagroziłeś mojemu stanowisku - odpowiedział. - Zmuszony jestem złożyć dymisję. Poradzili mi, że­bym raczej skoncentrował się na handlu. Że przynie­sie mi to większą chwałę niż czyny syna.

- Zrobisz tak?

- Oczywiście. Zawsze wiedziałeś, Williamie, że na­sze nazwisko jest dla mnie najważniejsze. - Długo pa­trzył na syna. - Dziś wieczorem odchodzi statek z Uleaborg. Francja ma dobre układy z naszym kró­lem, ale mamy jeszcze krewnych w Niemczech. Ta sprawa pójdzie w zapomnienie. Za parę lat będziesz mógł powrócić - w chwale.

Marcus Runefelt odszedł bez dalszych słów. William podniósł sakiewkę. Wziął Maję za rękę i poszli do biblioteki. Tylko Ailo podążył za nimi.

- To się nazywa zdradą stanu - powiedział William. Poczuł zimny uścisk na sercu. - Ojciec nie zrezygno­wałby zbyt łatwo ze stanowiska. Sprawa musi być po­ważna.

Maja nie mogła usiedzieć. Ujrzała odbijającą od brzegu łódź teścia.

Miała powody, by go nie lubić, ale przynajmniej wiedziała, że on kocha Williama. To była jego słabość.

- Steffen nie utrzyma tajemnicy. Że też akurat mu­sieli go wziąć! Wyśpiewa wszystko jak skowronek na wiosnę!

- Musisz jechać - stwierdziła Maja. Odwróciła się z szelestem sukni. - Tu chodzi o twoje życie, Willia­mie. Nie wiem, czy zdajesz sobie z tego sprawę. Ja dopiero co straciłam męża. Nie chcę zaraz stracić na­stępnego. Popłyniesz tym statkiem. Popłyniesz do Niemiec i pozostaniesz tam, póki nie będziesz mógł bezpiecznie powrócić. Szwedzki król zajmie się pew­nie wkrótce nową wojną i zapomni o tej sprawie.

- Pojedziesz ze mną! Maja potrząsnęła głową.

- Mnie nie oskarżą o zdradę stanu - odparła. - To ciebie szukają, może i Ailo. Wy musicie pojechać. Ja zostanę.

- Nie mogę cię opuścić!

- Przecież wszystko uporządkowałeś - tłumaczyła Maja. - Wzięliśmy ślub. Jestem twoją żoną. Dobrze mi na tej wyspie. Niemcy... to byłoby dla mnie zbyt trudne. Będę na ciebie tu czekała. Bezpieczna. Będę opiekować się tym miejscem, które przecież oboje kochamy.

Wiedział, że jej nie przekona, gdy powzięła decyzję.

- Ale przedtem uczcimy nasz ślub - stwierdziła sta­nowczo, biorąc go pod ramię. - Wszyscy tak się stara­li, żeby przygotować wesele. Powinniśmy to docenić.

William uśmiechnął się sztywno. Wiedział prze­cież, że ona jest inna niż wszystkie.

W swoją noc poślubną Maja była sama w domu. Sama ze służbą.

Jej nowo poślubiony małżonek odpłynął po połu­dniu, prosto w zachodzące słońce. On i Ailo ucieka­li przed czymś, co oznaczało więzienie, a w najgor­szym razie śmierć.

Byli w drodze do Niemiec.

William kochał się z nią rozpaczliwie przed odjaz­dem. Płakał na jej piersiach.

Poprosił, żeby nazwała syna po nim. Żeby nadała mu trzy imiona, z których jedno musiało być czysto fińskie.

Maja zaśmiała się. Powiedziała, że poczeka z dzieć­mi, aż on wróci.

Powiedział, że ją kocha. A ona znów nie mogła od­powiedzieć mu tym samym.

To też pewnie poczeka do jego powrotu.

W duszy Mai nadal tkwiło wiele zesztywniałych uczuć.

Była teraz Marią Runefelt. I czuła się przeraźliwie samotna.

15

Lato powoli mijało. Kwiaty w ogrodzie zwiędły, płatki róż opadły. Maja suszyła z nich bukiety, pra­gnąc zachować coś z lata na długą zimę. Ogród zmie­niał szatę. Drzewa założyły jesienne płaszcze. Płonę­ły kolorami ku coraz bardziej mroźnemu niebu, aż pozostały z nich nagie gałęzie.

William i Ailo dotarli do Niemiec, do Gottorp. Tam mieszkali krewni Williama. Stamtąd pochodził też zresztą następca tronu Szwecji.

Szwedzi po zawarciu pokoju z Rosją w Abo pod­dali się presji carycy Elżbiety i następcą tronu po Fry­deryku I uczynili księcia biskupa Adolfa Fryderyka z Lubeki. Pod panowanie carycy dostała się większa część Finlandii. Caryca uważała, że postąpiła mądrze. Biskup ów był opiekunem prawnym jej siostrzeńca, księcia Karola Piotra Ulryka, którego Elżbieta wi­działa jako następcę tronu w Rosji. Chciała wszyst­ko zachować w rodzinie.

Runefeltowie pozostawali w dobrych stosunkach z domem Holstein - Gottorp. William pisał w liście do Mai, że liczy na to, że będzie mógł powrócić do domu, gdy Adolf Fryderyk zostanie królem Szwecji. Nic nie wspominał o swoim marzeniu. O wolnej Finlandii.

Maja kupiła krosna. Pocięła na pasy starą pościel i prawie pokłóciła się z kucharką, gdy pośrodku ogro­du zaczęła ją farbować liśćmi brzozy i mchem. Żad­na z pań Runefelt przecież tak nie robiła!

Dni szybciej jej mijały, gdy spędzała je przy kro­snach. Pocięła sukienki po poprzednich przyjaciół­kach Williama. Cieszyła ją myśl, że ich właścicielki nigdy by ich już nie rozpoznały. Ale nie nazywała te­go zazdrością.

Tęskniła za Williamem i Ailo. Tylko oni jej pozo­stali. Nie miała żadnej wiadomości od Marji i Kariego. Dobrze wiedziała, że rozniosły się o niej plotki. O wdowie, która złapała złotego ptaka.

Maja wysłała pieniądze Tuuli, która opiekowała się nią po pożarze, Josefowi, który ją uratował, i chłopa­kom, którzy wynieśli ciało Heino.

Od nich też nie miała żadnych wieści.

Widywała tylko doktora Bergforsa. Odwiedzał ją regularnie. Poprosił, żeby mówiła do niego Clas.

Maja nie wiedziała, czy Marcus Runefelt wie o tych wizytach. Ale nie pytała lekarza, czy wspomi­na o nich swemu pracodawcy.

Nawiązali nić przyjaźni.

W środku jesieni poczuła, że ogarnia ją owa nie­zwykła moc.

Niespokojna poszła do altany. Było tam teraz zim­no, zwłaszcza gdy wiatry wiały prosto z Rosji.

Maja usiadła przy oknie. Patrzyła przed siebie niewidzącym wzrokiem. Wiedziała, że musi stawić czo­ło temu czemuś czy komuś, kto wkradał się w jej umysł i duszę.

Zniknęła dla siebie. Zniknęła dla świata. Weszła w inną rzeczywistość. Było tam tak ładnie. Widziała zielone łąki, niebieskie jeziora, których gładką powierzchnie poruszały tylko polujące ryby. Powietrze przepełnione było śpiewem ptaków. Napotykała uśmiechniętych, szczęśliwych ludzi.

Czyżby to był raj Ailo? Jego Saivo?

Szukała pomiędzy tymi ludźmi tego, kto jej szu­kał. Ale wszyscy kręcili głowami: nie, tu nikt nie szu­ka kobiety. Był za to jakiś obcy, który chyba umiał wiele, gdyż pomagały mu najlepsze zwierzęta z ich świata. Ale on nie szukał kobiety. Szukał mężczyzny ze swojego narodu.

Ailo.

Ktoś szukał Ailo!

Ktoś, komu udało się uzyskać pomoc najlepszych zwierząt ich świata? Kim był ten, komu użyczyły mo­cy renifer, ptak i ryba?

Boże, któż skłonił szamana do szukania Ailo? Ma­ja wycofała się. Nie umiała się przeciwstawić świę­tym zwierzętom Saivo.

Miała tylko swoją moc. Nic innego. I użyła jej, aby odciągnąć szukającego od Ailo. Wysnuła zasłonę nierzeczywistości nad drogami Ailo. Wzniosła przeszko­dy, jakie tylko mogła. Ailo nie chciał, żeby ktokol­wiek się o nim dowiedział.

Ale nie pomyślał, że ktoś użyje magii, aby go od­naleźć.

Maja sama musiała przeciwstawić się komuś, kto miał wiedzę.

To było coś innego niż zatrzymanie krwotoku czy zaleczenie rany.

Siedziała w oknie altany i walczyła o swego brata. Wiedziała, że prawdopodobnie czyni to wbrew woli Idy i może Reijo.

Chwilami słabła. Słyszała wtedy śmiech Roto, odgłos końskich kopyt. Nie umiała ukryć wszystkiego. O tym on się dowie. O roli Roto. Nie potrafiła też ukryć ognia...

Była słabsza.

Odnalazł ją parobek. Siedziała niczym umarła z czołem wspartym o krawędź okna. Szeroko otwar­te oczy wpatrywały się niewidzącym wzrokiem w ląd.

Przestraszony, wziął ją na ręce i zaniósł do domu. Był pewien, że pani nie żyje. Kula strachu rosła mu w gardle.

Kucharka zbadała jej puls.

- Żyje - stwierdziła szorstko, ale w duszy się bała. Polubiła tę żonę Williama. Może nie okazywała tego na co dzień, ale lubiła ją. - No i przydałby się tu ten zarozumiały lekarz. Gdy potrzeba, nigdy go nie ma.

Trzech mężczyzn zaofiarowało się, że popłyną po niego. W końcu chodziło o żonę pana.

Zaniesiono ją do jej pokoju. Kucharka rozebrała ją i dobrze otuliła kołdrą. Nie rozumiała, dlaczego pani miała tak zimną i wilgotną skórę. Zupełnie jakby by­ła nieżywa. Nie rozumiała jej powolnego pulsu. Był dziwny i przerażający. W ciągu swego życia widziała i przeżyła niejedno. Ale nigdy coś takiego. Nigdy.

Clas Bergfors przybył rano. W nocy była taka bu­rza, że łódź z Hailuoto z trudnością dotarła do Tornio. Nie mogli wrócić od razu. Musieli poczekać.

- Ona leży niczym nieżywa, doktorze - powiedzia­ła pobladła kucharka. - Nie rozumiem tego. Chyba doktor też nie, ale proszę ją ratować!

Tego dnia Bergfors zrobił dużo nowych notatek. Siedział u Mai długo. Wreszcie jej skóra odzyskała na­turalną barwę, a ciało zwykłą temperaturę. Wreszcie się obudziła.

- Co tu robisz? - spytała.

- Co pamiętasz? Jak się czujesz?

- Cała sztywna - odrzekła. Nagle podciągnęła koł­drę pod samą szyję. Zbladła. - Poszłam do altany - powiedziała powoli.

- Tam cię znaleziono.

- To była jakby daleka podróż, Clas. Jestem bar­dzo zmęczona. Jakbym walczyła. Dawno tego nie ro­biłam. Od czasów dzieciństwa, gdy rzucałam się z pięściami i pazurami na Elise. Ale tak właśnie się czuję... - Spojrzała na niego poważnie. - Znów ode­szłam, prawda?

Pokiwał głową.

- Na pól doby, Maju. Chciałbym wiedzieć, co przeżyłaś. Pamiętasz coś?

- Ktoś szukał Ailo...

- Tak, wołałaś jego imię. I coś jeszcze, nie wiem, czy dobrze zrozumiałem: roto?

- Roto jest lapońskim bogiem śmierci i choroby - wyjaśniła Maja zmęczonym głosem.

- Jesteś opętana przez demony?

- Nie wiem - westchnęła. - A co ty na to? Jesteś przecież lekarzem. Czy tak wyglądam?

Pokręcił głową.

- Zbadaj mnie! - poprosiła. - Może coś mi jest? Nie zniosę tego dłużej! To mnie zabije. Nie chcę tak żyć, Clas! Mogłabym się obejść bez tego dziedzictwa.

- Dziedzictwa? - spytał, chętny nowych szczegó­łów.

Maja nie chciała mu tłumaczyć.

- Po prostu mnie zbadaj!

Nie znalazł nic, co by mógł dodać do swoich no­tatek. Jednak z uwagą przetarł monokl.

- Powinnaś żyć teraz nieco spokojniej, Maju - po­wiedział, odchrząknąwszy.

- Ja żyję spokojnie. Całe moje życie jest jednym wiel­kim spokojem. Nie można żyć bardziej spokojnie...

- O ile się nie mylę, Mario - stwierdził uroczyście - oczekujesz dziecka.

- Niemożliwe - wyrwało się jej. - Ja nie mogę mieć dzieci.

- Wiesz to na pewno?

- No, nie... - przyznała. - Ale urodziłam martwe dziecko. Straciłam je.

- Tym bardziej powinnaś się teraz uspokoić. Je­stem niemal pewien, że jesteś w drugim, trzecim mie­siącu ciąży, Maju. William się na pewno ucieszy.

Maja wzdrygnęła się. Ona nie mogła odważyć się na radość.

Nie tak dawno przecież mówiła o sobie: matka martwych dzieci.

Jeżeli teraz nawet rosło w jej łonie małe dziecko, nie mogła mieć pewności, że przeżyje. Nie mogła w to wierzyć.

Nie sądziła, że kiedykolwiek usłyszy słowo: mamo.

Minęła zima. Nastała wiosna. Maja w żadnym li­ście do Williama nie wspomniała mu o ciąży.

Bała się nawet myśleć o tym ze zbytnią radością. Bała się, że jakieś moce pozazdroszczą jej tego za­mkniętego w niej szczęścia i odbiorą je. Nie odważy­ła się mówić o dziecku. Nie odważyła się powiedzieć nikomu, jak bardzo się na nie cieszy.

Nie mogła zdobyć się, by prowadzić inny tryb ży­cia niż dotychczas. Wszystko szło jak zwykle.

Była to łatwa ciąża, nic jej nie dokuczało. Późno zaczęła być widoczna. Maja nie była specjalnie gruba nawet pod koniec ciąży.

Martwiła się tylko kucharka.

- Nigdy nie widziałam dziwaczniejszej kobiety. Zachowuje się tak, jakby udawała, że nie jest w cią­ży! To nie może się dobrze skończyć. Tak jakby ona nie wiedziała, co się będzie działo!

I to kucharka posłała po Bergforsa. Obliczyła we­dług swoich wiadomości, kiedy powinno nastąpić rozwiązanie. Przysięgła sobie, że dziecko panicza Williama nie będzie odbierane tylko przez służbę!

Był ktoś, kto długo podróżował i pytał o nią w ca­łej Tornedalen. Znalazł grób Erkkiego Alatalo. Zna­lazł i grób Heino Aalto. Rozmawiał z ludźmi, którzy przekazali mu opowieść tak niezwykłą, że aż przy­pominała baśń.

Wysłali go do gospodarstwa, gdzie mieszkała Mar­ja Kivijarvi z synem Karim.

Zdziwił ich gość z Norwegii. Ledwo mu uwierzy­li, gdy przedstawił się jako zięć Marji. Szwagier Kariego. Reijo szukał Mai i Ailo.

Opowiedzieli mu tę samą historię.

Marja dodała tylko, że Ailo był u Mai w zeszłym roku.

Kari opowiedział o zakazanym marzeniu. O stat­ku załadowanym prochem.

- Ale ona powiedziała, że jej brat przeżył. Nadzieja obudziła się w Reijo. Może jednak jego podróż nie będzie nadaremna.

Podjął ją pod wpływem impulsu, gdy opowiedzia­no mu, że szaman napotkał opór jakiejś osoby chro­niącej Ailo.

Nikt inny nie miał mocy, która potrafiłaby prze­ciwstawić się szamanowi oprócz Mai.

Ruszył w stronę Zatoki Botnickiej.

Zewsząd dochodziły go słuchy o kobiecie, która przybyła z Norwegii i która potrafiła uśmierzać cier­pienia konających. Opiekowała się Heino, była naj­lepszą żoną. Dumnie wyprostowana, sprzeciwiła się najmożniejszemu panu Tornedalen. I o pożarze, któ­ry pochłonął Heino. I prawie ją. A w tydzień po po­grzebie Heino wyszła za mąż za syna tegoż władcy Tornedalen. Niedługo potem stracił on łaski króla. Mówili, że to przez nią...

Mar ja i Kari starali się nie zdradzać Reijo swoich są­dów. On jednak wyczuł, że nie pochwalali jej postępku.

On też jej nie rozumiał. Ale pojechał na południe. Do Tornio.

Ujrzał pałac pana Runefelta.

Wtedy rozumiał jeszcze mniej. Jego Maja - w ta­kim otoczeniu? Wyczuł, że nie mógł o nią tu pytać. Odprawiliby go.

Ale Kari mówił coś o wyspie na zachód od Oulu.

Reijo spytał o nią w porcie.

Był tam krępy mężczyzna, ubrany z pańska, ze szkłem w jednym oku. Usłyszał, jak Reijo rozmawia z marynarzem.

- Kim jesteś? - spytał. - Usłyszałem, że pytasz o Marię. Dlaczego jej szukasz?

- Jestem jej przybranym ojcem - odpowiedział Re­ijo. Ubrany był w swe najlepsze ubranie, ale czuł się biednie przy tym mężczyźnie. Ku swemu zdziwieniu ten przywołał go gestem dłoni.

- Masz szczęście. Właśnie tam płynę. Jestem jej le­karzem.

- Jest chora?

Mężczyzna wszedł na statek, Reijo za nim. Ze so­bą miał tylko worek.

- Ma rodzić. Reijo aż westchnął.

- Clas Bergfors - przedstawił się lekarz i wyciągnął dłoń do Reijo. Reijo uścisnął ją, mówiąc swoje nazwi­sko. Uczucie uniżoności gdzieś zniknęło, gdy już po­rozmawiał z medykiem.

- Nie przesłała ci żadnej wiadomości? - spytał Bergfors.

Reijo potrząsnął głową.

- Dopiero tutaj dowiedziałem się o Heino. O jej nowym zamążpójściu. Nie mogłem w to uwierzyć...

Bergfors uśmiechnął się.

- To taka kobieta. Zawsze zaskakuje. Jej mąż mu­siał opuścić kraj. Jest w niełasce króla Fryderyka Pierwszego.

Reijo przełknął ślinę. Nigdy nie spotkał nikogo stojącego blisko króla. A teraz jego Maja była w coś zamieszana.

- A co z jej bratem?

Lekarz nagle musiał wytrzeć monokl.

- Brat Mai też tam był, prawda? Rozmawiałem o tym z ludźmi. Co się z nim stało?

- O to musisz sam ją zapytać - odpowiedział Berg­fors ostrożnie.

Maja od dawna czuła skurcze. Odgoniła jednak służące, które na polecenie kucharki przyszły się do­wiedzieć, jak się czuje.

Cały dom odetchnął z ulgą, gdy Bergfors stanął w drzwiach.

- Kim on jest? - spytała natychmiast kucharka, gdy dostrzegła mężczyznę, który przyjechał wraz z leka­rzem. Od razu jej się spodobał. Miał może czterdzie­ści lat i miłe zmarszczki wokół oczu. Mówiła o sobie, że zna się na ludziach.

- Przybrany ojciec pani - odparł Bergfors. - Co u niej?

- Wyrzuciła nas za drzwi - odpowiedziała kuchar­ka szorstko, ale uśmiechnęła się do Reijo. Gdy przy­witał się z nią i przedstawił, zdobył sobie jej względy.

Może nie był w stylu Runefeltów, ale wyglądał na dobrego człowieka. Wybaczyła mu nawet to, że prze­wiesił kurtkę przez balustradę.

- Mężczyźni nie są na nic potrzebni rodzącej kobie­cie - zawołała za nimi, gdy Reijo poszedł za lekarzem.

- Ona jest moją córką - odparł Reijo. - A ja już wcześniej odbierałem dzieci. U nas wszyscy towarzy­szą rodzącej. Nie mamy tylu pokoi...

Gwałtownie wszedł w inną rzeczywistość. W do­mu, w ścianie sauny ukrył swoje złoto, ale nie kupił­by za nie nawet części tego dobrobytu.

To był stary majątek. Zbudowany w pocie czoła. Ale nie tych, którzy tu mieszkali.

Trochę go bolała świadomość, że Maja weszła w ta­kie życie. Na pewno było jej tu dobrze, ale mimo to był to cios w jego serce.

Maja uniosła się z posłania na widok otwierających się drzwi. Na ustach miała już przekleństwo, gdy na­gle oczy jej rozszerzyły się w zdumieniu. Patrzyła i pa­trzyła, i po raz pierwszy nie mogła nic powiedzieć.

Wtedy objęły ją ramiona Reijo. Wbiła twarz w je­go szyję i poczuła jego zapach, zapach domu...

- Wydawało mi się, że słyszę twój głos - wyszeptała - ale sądziłam, że wyobraźnia mnie zawodzi...

Pocałował ją w oba policzki. Puścił ją, spojrzał uważnie i potrząsnął głową.

- Nigdy nie sądziłem, że znajdziesz się w takim miejscu, dziecko...

Skrzywiła się.

- Ja też nie. Też nie. Ale los mnie tu przywiódł. Może jest w tym jakiś sens...

Zamilkła pod wpływem nowego skurczu.

- Czy mogę? - spytał Bergfors. - Wydaje mi się, że mały Runefelt chce się wydostać na ten świat.

Przez następne godziny Reijo był tylko obserwato­rem. Świadkiem cudu narodzin. Dawał Mai siłę, gdy tego potrzebowała. Pozostał z nią przez cały czas.

Poród był lekki. Nie bardziej bolesny niż mogła to znieść, mimo że klęła siarczyście. Gdy Bergfors za­protestował, mówiąc, że to nie wypada, by mały Ru­nefelt rodził się przy takim akompaniamencie, prze­szła na Japoński.

Reijo śmiał się z jej uporu. W tym całym obcym otoczeniu Maja nadal była tą Mają, jaką znał. Jego Mają.

Chłopiec zaczął krzyczeć po nabraniu pierwszego oddechu. Sinawy i pomarszczony, wywijał piąstkami i kopał, aż udało im się obmyć go i owinąć w kocyk. Położono go w ramionach matki.

Maja była oszołomiona.

Dopiero teraz mogła w to uwierzyć. Była spocona, obolała, ale niezwykle szczęśliwa.

Ostrożnie przesunęła palcem po pomarszczonej twarzy synka. Mała rączka schwyciła go mocno. Gar­dło Mai ścisnęło się, oczy wypełniły łzy.

Reijo usiadł na krawędzi łóżka i pogładził jasny puch na głowie dziecka.

- Jego ojciec pewnie jest blondynem - stwierdził z uśmiechem.

Maja pokiwała głową.

- To mały William - powiedziała wzruszona. Wi­działa rysy twarzy Williama w małej twarzyczce.

- W tym roku zostałem dziadkiem trojga wnucząt - oznajmił Reijo. Potrząsnął głową. - Chyba się sta­rzeję...

- Trojga? - zdziwiła się Maja, próbując przystawić małego do piersi.

- Ida urodziła dwoje w zeszłym miesiącu. Małą Ra­iję i małego Mikkala.

- Gdyby Ailo mógł to wiedzieć... - powiedziała Ra­ija cicho. Patrzyła na synka. Czuła, jak jego usta za­ciskają się na brodawce piersi i próbują ssać.

Jej szczęście było ogromne. Przepełniało ją całą.

- Ailo nie żyje - rzekła wreszcie. - Przyjechał tu. Został ciężko poparzony. Próbowali ukraść proch z królewskiego statku. Nie sądziliśmy, że przeżyje. Ale udało mu się. Jednak potem się pogorszyło. Czę­sto tak się zdarza. Ailo umarł tego lata, Reijo. Boli mnie to bardzo. Także z powodu Idy. Ale ona jest młoda. Zawsze jeszcze kogoś znajdzie.

- Dlaczego nic o tym nie wiedzieliśmy? - spytał Re­ijo. Nie chciał jej teraz naciskać, ale nie mógł nie wie­dzieć.

- On nie chciał, żebyście się dowiedzieli - odparła Maja. - Nie chciał.

Reijo uznał to.

- Nie będę cię teraz męczył, Maju - pogładził ją po policzku. - Jesteś piękną matką, moja mała. Zawsze wiedziałem, że nią kiedyś będziesz. A on jest świet­nym malcem.

Maja pokiwała głową.

- Masz dla niego imię? Uśmiechnęła się.

- Żebyś wiedział! Nawet trzy, może za mocne jak na tak małego mężczyznę. Będzie nazywał się Wil­liam Henrik Reijo..

Reijo aż zamrugał.

- Moje imię? Moje pośród tych wspaniałych?

- William chciał, żeby syn miał trzy imiona. Jego i jakieś fińskie. I jedno, które sama wybiorę. Nie mo­głam go przecież nazwać Heino, prawda? Ale może być Henrik.

I tak też mały się nazywał. William Henrik Reijo Runefelt. Kiedyś otrzyma tytuł barona.

Reijo pozostał cały tydzień. Dłużej nie mógł. Cie­szył się, że zobaczył Maję, że z nią porozmawiał. Uj­rzał, jak dobrze zrobiło jej macierzyństwo.

W wieczór poprzedzający wyjazd Reijo spytał cór­kę, czy jest szczęśliwa.

Jej twarz nagle zrobiła się pusta.

- Czy jesteś szczęśliwa ze swoim mężem?

- On jest moim przyjacielem - odpowiedziała. - To znaczy teraz dla mnie tyle, co wielkie uczucia. I daje mi takie poczucie bezpieczeństwa, jak nikt inny do­tąd.

Nie takiej odpowiedzi oczekiwał.

Ściągnęła pierścionek z wyrzeźbionym ptakiem.

- Daj go Idzie - powiedziała. - To Ailo go zrobił. Przyjął go. Nadal miał wiele pytań, na które nie dostał odpowiedzi. Ale nawet wolał, żeby tak było.

Dawało mu to nadal nadzieję. Reijo dobrze znał Ma­ję. Czuł, że skłamała.

Ale uznał jej tłumaczenie. Powtórzy je Idzie. Mo­że to miało sens.

- Przekaż Idzie, niech nie pozwoli, żeby to złama­ło jej życie. Ailo by tego nie chciał.

Reijo pokiwał głową.

- Ona musi być szczęśliwa. Ten pierścionek jest podarunkiem od Ailo - dla niej.

Reijo wyruszył do domu.

Maja napisała list do męża i brata. Prosiła męża o wybaczenie, że nie zdradziła wcześniej wiadomości o dziecku. Napisała też, że skłamała dla Ailo. Teraz wszystkie drzwi miał zamknięte.

I obaj zostali ojcami.

Zaczął się nowy czas.

EPILOG

W roku tysiąc siedemset pięćdziesiątym pierw­szym Adolf Fryderyk wstąpił na tron szwedzki.

Władza absolutna ustąpiła wraz z poprzednim kró­lem. Obecnie krajem rządziły cztery stany.

Adolf Fryderyk, wstępując na tron, musiał złożyć przysięgę, że będzie działał zgodnie z postanowienia­mi szlachty, duchowieństwa, mieszczan i chłopów.

Przez trzy lata William Samuli Hugo Runefelt i Ailo Mikkelsen przebywali w Niemczech. Teraz mogli wrócić do domu.


Podziel się
oceń
0
0

komentarze (0) | dodaj komentarz

XVII Przerwany lot

sobota, 04 sierpnia 2012 21:20

1

Ida zdążyła skończyć osiemnaście lat i na dobre za­częła dziewiętnasty, kiedy nadeszła jej kolej przepra­wy na drugi brzeg fiordu - do kościoła. Z tą samą broszką na piersi, którą przypięły do sukni Raija i Ma­ja, kiedy wychodziły za mąż.

Pastor rozpoznał rodzinną pamiątkę. Zastanowił się, ile razy przyjdzie mu ją jeszcze oglądać. Nurtowało go, dlaczego te kobiety noszą ją z taką dumą. Jaka historia wiąże się z tą lapońską ozdobą? Jednak nie spytał.

Ida, córka Reijo Kesaniemi, dostała swego Ailo Mikkelsena.

W przyrodzie zapanowała wiosna. Przynajmniej do pewnego stopnia. Słońce zaczęło przygrzewać, jed­nak śnieg nadal mocno się trzymał. Przy każdym od­dechu z ust wydobywała się mroźna para. Powietrze było zimne i rześkie. Ida pocieszała się, że to nic nie szkodzi - jej serce jest wystarczająco gorące.

Co prawda wymarzyła sobie ślub w lecie. By we wspomnieniach tego dnia pojawiał się cień rzucany przez liście drzew. By natura w pełni rozkwitła. Ida gotowa była nawet jeszcze poczekać. Wyznała Ailo, że chciałaby go poślubić według Japońskiego obyczaju, on jednak odparł, że oba obrządki zbytnio się od sie­bie nie różnią.

Dodał, że wolałby ją zabrać ze sobą do swej wspólnoty już jako żonę i że najlepiej byłoby wyruszyć, za­nim stopnieją śniegi.

Ida wiedziała, że Ailo stracił ostatnio w swej osadzie poważanie, gdyż wziął na siebie ojcostwo nie narodzone­go dziecka. Dziecka Knuta, które nie przyszło na świat, ponieważ matka, będąc w ciąży, popełniła samobójstwo.

Szacunek i autorytet miały dla Ailo ogromne znacze­nie, chociaż tego nie okazywał, i pragnął je odzyskać.

Rozwiały się zatem romantyczne marzenia Idy o srebr­nych klejnotach ślubnych, które Ailo odziedziczył po Mikkalu. Omal się nie popłakała ze wzruszenia, kiedy wy­obraziła sobie, jak cudownie by w nich wyglądała. Myśla­ła, że będzie pierwszą od wielu lat panną młodą - pierw­szą po babce Ailo - która włoży klejnoty w komplecie. W całości. Wszystkie. Ofiarowane jej, jak każe obyczaj, przez kochającego mężczyznę. Matka Ailo nigdy nie przyjęła tej ozdoby. Nie chciała, ponieważ brakowało broszki. Dużej broszki do noszenia na piersi, broszki, któ­rą Mikkal podarował Raiji. Złamał wszelkie tradycje, ale uczynił to z miłości. Teraz miłość na powrót miała połą­czyć wszystkie części rodzinnej pamiątki przekazywanej w spadku. Wszystko, co tragiczne, odeszło w przeszłość. Stało się historią, piękną i jednocześnie smutną, którą bę­dzie można opowiadać przyszłym pokoleniom.

Do Idy, córki Raiji, i Ailo, syna Mikkala, należało połączenie klejnotów ślubnych.

Lecz Ailo nalegał, by się pobrali wcześniej, zanim dziewczyna mogła choćby zobaczyć pozostałe części odziedziczonej pamiątki. Wzięli ślub w tutejszym ko­ściele po drugiej stronie fiordu. W ten sposób uroczy­stość została pozbawiona całej tej otoczki odmienno­ści i niezwykłości, o której marzyła Ida.

Nawet tato uważał, że tak będzie najlepiej. Wysyłając swą córkę z domu, Reijo chciał być pewien, że Ida znaj­dzie się w dobrych rękach. Że oddaje ją jako mężatkę.

Mężczyźni zawsze trzymają ze sobą.

Takie myśli kłębiły się w głowie Idy, świeżo upieczo­nej mężatki, w drodze przez fiord z kościoła do domu.

Płynęli tylko we czworo. Para młoda, Reijo i Knut. Anjo została w domu. Spodziewała się dziecka i cho­ciaż do rozwiązania zostało jeszcze kilka miesięcy, wcześnie zrobiła się ociężała i poruszała się z trudem. Zmuszała się do wykonywania domowych zajęć, ale bardzo dokuczał jej ból w krzyżu i biodrach. Knut nie pozwolił jej, by ryzykowała zdrowie, decydując się na przeprawę przez fiord w otwartej łodzi. Pogoda szyb­ko się zmieniała, a poza tym na wodzie było potwor­nie zimno. Nie pomagało nawet ciepłe okrycie.

Ida przekonała się o tym na własnej skórze. Na pięk­ną suknię ślubną naciągnęła swą najcieplejszą kurtkę ro­bioną na drutach. Na to narzuciła ocieplany płaszcz i jeszcze gruby wełniany koc. Lecz mimo to porządnie marzła. Wątpliwa to przyjemność, siedzieć tyle czasu bez ruchu - Karnes od Skibotn dzielił jednak kawałek drogi.

Wzięli niewielką łódź sześciowiosłową z trzema prze­działami. Świetną do manewrowania podczas tak krót­kiej wyprawy jak ta. Łatwą do wciągnięcia na ląd, nawet w kilka osób. Ma to swoje dobre strony, ponieważ nie zawsze można liczyć na większą grupę osób do pomo­cy. W 1748 roku okolica nadal była rzadko zaludniona.

Tego popołudnia znajdowali się sami w tej części morza, w każdym razie po swojej stronie fiordu. Jako jedyni wybrali się ze Skibotn do kościoła. Data ślubu została wyznaczona już dawno i musieli wypłynąć. Inni mieszkańcy wioski również powinni pokazać swe twarze w kościele, lecz ranek był trochę wietrzny, a wiatry bywają nieobliczalne. Lepiej w jakąś inną nie­dzielę wybrać się na nabożeństwo, by udowodnić pa­storowi, że nie jest się bezbożnikiem.

Reijo, Knut i nowożeńcy zbliżali się do domu. Gó­ry, wznoszące się ponad cyplem, stanowiły ciemniej­szy cień na tle nieba. Dzień był szary - teraz, po połu­dniu, wydawał się jeszcze bardziej ponury.

Ida odetchnęła z ulgą. Już blisko do domu. Zaraz za­cznie się wesele. Co prawda izba nie jest duża, ale dla przyjaciół zawsze znajdzie się miejsce. Będą śpiewać, tańczyć, jeść i pić.

Wszyscy, którzy zechcą przyjść, zostaną ugoszcze­ni. Reijo na niczym nie oszczędzał, kiedy ostatnie pi­sklę szykowało się do opuszczenia gniazda.

- Nieźle dmucha - zauważył Knut, przekrzykując wiatr.

Żagle wzdęły się. Trzeba było nie lada siły, żeby nad nimi zapanować. W tym względzie Reijo liczył na Knuta - wiedział, co robi. Sam zadbał o to, by odpo­wiednio dociążyć łódź, postarał się o balast. Własnymi rękami wybierał okrągłe kamienie: żaden z nich nie wa­żył mniej niż dwadzieścia funtów. Było w czym wy­bierać w pobliżu wiaty. To dobrze. W przeciwnym ra­zie Reijo sporo by się musiał natrudzić, żeby w krót­kim czasie znaleźć wystarczająco dużo kamieni o od­powiednim kształcie i ciężarze. Obchodzenie się z ni­mi w sytuacji, gdy trzeba odciążyć łódź, to nie lada sztuka. Ich kształt jest również niezmiernie ważny. Kiedy toniesz, kamienie powinny stoczyć się z pokła­du, a nie ciągnąć łódź na dno.

Reijo zdawał sobie sprawę, że jest już bardzo późno. W Karnes trochę za długo zwlekali z odbiciem od brzegu.

Ślub jednak zawsze jest okazją, by popatrzeć na młodą parę i służyć jej jakąś dobrą radą.

Zbyt szybko się ściemniło.

Nie tak prędko znajdą się pod osłoną gór. Wiało nie tylko mocno, ale też ze złej strony. Reijo wiedział, że Knut zdaje sobie z tego sprawę. Podejrzewał, że Ailo również. Ida powinna to zauważyć, ale co innego za­prząta pewnie jej myśli. Kochane dziecko!

Było tak zimno, że musieli zaryzykować i płynąć prosto do brzegu mimo szalejących przy tej pogodzie bardzo niebezpiecznych wiatrów. Podmuchy takich wiatrów potocznie nazywano uderzeniem kozła - wiatr jak gdyby rozpędzał się z góry, a potem uderzał nagle i niespodziewanie jak kozioł.

Mamy dość balastu, pocieszał się w duchu Reijo. So­lidne zamocowanie żagli, nie można się skarżyć. Łódź pewnie trzyma się na wodzie. Tak, kilka podmuchów powinna znieść.

W następnej sekundzie nie zdążył nawet pomyśleć.

- Cholerny szkwał! - rzucił doprowadzony do osta­teczności Knut, mocując się z olinowaniem.

Złapał ich silny wir powietrza i tańczył wokół ża­gla. Okolica była znana z takich wiatrów. Potrafiły one spienić morze niczym miskę wody.

Ida zdała sobie sprawę, że znaleźli się w niewesołym po­łożeniu. Reijo rzucił się w stronę Knuta. Ailo nie zdążył do nich dotrzeć. Wstał i jako pierwszy znalazł się za bur­tą, kiedy Reijo z Knutem przegrali walkę z huraganem.

Napór na płótno stał się zbyt silny i nagły wir po­wietrza okręcił je dookoła.

Łódź przechyliła się.

- Zrzuć ubranie, Ida! - dał się słyszeć czyjś głos. Jak przez sen. Wszystko działo się niczym we śnie.

Idę zarzuciło na burtę. Cudem uniknęła toczących się z łoskotem kamieni.

W nagłym zetknięciu z lodowatą wodą doznała szo­ku i omal nie straciła przytomności.

Znalazła się pod łodzią.

Utknęła w plątaninie lin i drewna. W wodzie wszystkie odgłosy brzmiały całkiem inaczej. Głucho, nierzeczywiście, jakby z oddali.

Ida zaczęła gorączkowo szukać wiązania płaszcza. Nie mogła rozluźnić supła przy szyi. Taśmy zostały ściągnięte zbyt mocno. Płaszcz pływał wokół niej. Oby tylko się o coś nie zaczepił! Był utkany z wełny z do­datkiem błyszczącej nitki - wydawał się taki ciężki...

Trzeba jakoś wydostać się na powierzchnię, pomy­ślała Ida. Nie wolno pozwolić wciągnąć się na dno.

Czyżby palcami dotknęła żagla?

Udało jej się wysunąć głowę z wody. Zdołała za­czerpnąć powietrza. Prawie nie czuła swego ciała.

A uważała się za zahartowaną i odporną, kiedy ta­rzała się po śniegu po wyjściu z sauny!

Czyżby jej życie miało okazać się tak krótkie?

Dobry Boże, to chyba jeszcze nie koniec?

Ida nie wiedziała, gdzie jest. Wokół panowała nie­przenikniona ciemność.

Wszędzie tyle...

Walczyła z ogarniającą ją paniką. Starała się zacho­wać jasny umysł, chociaż nie było to wcale proste. Szczękała zębami i drżała na całym ciele. Czuła, że co­raz bardziej się zanurza. Gorzej - że coś ją ciągnie na dno. Że to nie tylko jej własny ciężar. Czyjaś wola, sil­niejsza od niej.

Upiór morski?

Boże, nie wolno tak myśleć!

Jest powietrze, ale nie ma wiatru...

Zaczęła rozumieć.

Żadnych innych dźwięków, tylko plusk i szmer fal uderzających o drewno. Głębokie westchnienia wiatru ocierającego się o burtę.

Musiała wpaść pod przewróconą łódź. Odniosła wrażenie, że ubywa jej powietrza... Dobry Boże, czyż­by miała już umrzeć?

Ida za żadną cenę nie zamierzała się poddać. Jest ta­ka młoda. Przed nią całe życie. Nie chce się z nim poże­gnać w tej przepastnej czarnej głębi. Nie zamierza ulec żywiołowi, który szumi wokół jej uszu, który jakby odkrawał ją po kawałku, tak że nie czuła własnego ciała.

Dopiero co poślubiła Ailo!

Los nie może okazać się na tyle okrutny, żeby po­zbawiać ją życia w takim momencie!

Łapała ustami powietrze. Nie zdawała sobie sprawy, że płacze. Kurczowo uczepiła się czegoś, pewnie masz­tu. Nie miała wystarczająco dużo czucia w palcach, by poszukać żagla. Nie umiałaby zresztą odróżnić doty­kiem materiału od drewna.

Traciła siły.

W krótkich przebłyskach zaczęło do niej docierać, że to śmierć.

Nie może wiecznie tu tkwić.

Zamarznie.

Łódź coraz bardziej będzie się zanurzać. Przestrzeń, w której jeszcze jest trochę powietrza, wkrótce zniknie.

Żaglówka całkiem zatonie. Wtedy i ona zginie.

Dobry Boże, a co z Ailo? Z tatą? Z Knutem?

Czy będzie potrafiła żyć bez Ailo? Czy nie lepiej zo­stać tu, z tym potwornym bólem w płucach? Tylko mocno się trzymać i oddychać, dopóki zimno nie po­zbawi zmysłów i przeprowadzi przez granicę. Być mo­że Ailo już tam jest...

Nie!

Nie jestem tchórzem, pomyślała.

Uwolniła jedną rękę. Nie była w stanie wyprosto­wać palców, pozostały zgięte jak przed chwilą, kiedy zaciskały się na drewnianym maszcie.

Kilka razy wypuściła powietrze, nie nabierając świe­żego. Całkiem opróżniła płuca. Następnie zrobiła głę­boki wdech. Wypełniła płuca do granic, czując, jakby miało rozsadzić jej piersi.

Panicznie się bała, ale nie było innego wyboru.

Nie wiedziała, czy jeśli się zanurzy, ciężki płaszcz nie pociągnie jej głębiej.

Nie miała jednak czasu się nad tym zastanawiać.

Zamknęła oczy, kiedy zaczęła opadać na dno. Orien­towała się mniej więcej, dokąd zmierza. Jak głęboko powinna się zanurzyć, by następnie popłynąć ku po­wierzchni. Jednak nie zdołała porządnie odbić się od dna. Stopy były zgrabiałe, bezsilne, a spódnica i płaszcz krępowały ruchy.

Wypływając, uderzyła głową o burtę łodzi. Zachły­snęła się wodą.

Zanurzyła się na powrót, nie panując nad własnym ciałem. Przełykała i przełykała słoną wodę, odnosząc wrażenie, jakby trochę dostało się również do płuc.

Złudzenie.

Ale w piersiach potwornie bolało. W płucach bra­kowało już powietrza.

Czuła, jakby jej głowa miała się rozpaść na tysiące kawałków. W uszach szumiało.

Zacisnęła zęby, żeby nie oddychać. Postanowiła wal­czyć do ostatka.

Już nie myślała. Nad niczym się nie zastanawiała. Nic sobie nie wyobrażała. Przestała.

Pozostała w niej tylko nikła iskra życia.

Ida wiedziała, że nie wolno się poddawać. Wiedzia­ła, że woda jest jej wrogiem. Wiedziała, że morze ze­chce ją pochłonąć i że trzeba mu się przeciwstawić.

Nagle wokół zapanowały tylko chłód i ciemność.

Knut wdrapał się na łódź. Na szczęście w porę zauwa­żył, na co się zanosi - jego umysł pozostał równie chłod­ny jak morska woda. Kiedy zobaczył, że żaglówka się przewraca, wskoczył do morza. Następnie wszedł na nią z powrotem. Wbił nóż w kil, żeby się nie ześliznąć.

W ciemności nie mógł dostrzec pozostałych. Chwilę trwało, zanim zauważył Reijo. Odpływał od łodzi. Knut zawołał więc, żeby się nie oddalał, że on jest na wraku.

Reijo wiedział.

Knut zrozumiał to dopiero wtedy, kiedy zobaczył Ailo.

Ailo nie potrafił pływać, ale nie próbował nawet wy­dostać się z wody.

Jak oszalały, głosem ochrypłym z rozpaczy, wołał imię Idy.

Chłopak już parę razy się zanurzał, ale w jakiś nie­zrozumiały sposób wydostawał się na powierzchnię. Kiedy Reijo dotarł do niego, Ailo odepchnął jego wy­ciągniętą dłoń.

Walczyli. Bili się. Knut pomyślał, że poszaleli. Po­trzebowali przecież sił.

Nie powinni ich marnować.

Knut zacisnął zęby, widząc, jak Reijo uderzył Ailo. Wiedział, że to jedyne wyjście. Zdawał sobie sprawę, że niełatwo będzie Reijo podpłynąć z Ailo do wywró­conej łodzi. Na szczęście młody Lapończyk nie zali­czał się do szczególnie postawnych.

Sam Knut mógł jedynie biernie obserwować całe zdarze­nie, Reijo nie pozwoliłby mu ponownie skoczyć do wody.

W domu czekała Anjo. Anjo, która spodziewała się dziecka.

Zdawało się, jakby upłynęły całe dziesiątki lat, za­nim Reijo wrócił. Knut położył się na kilu. Starał się dobrze zaprzeć palcami stóp, z całej siły napiął mię­śnie nóg, kiedy pochylił się nad wodą, żeby wyciągnąć nieprzytomnego Ailo. Złapał go za kurtkę.

Miał spuchnięte palce, ale zacisnął je, na ile zdołał. Poczuł, jakby w ręce znowu napłynęło ciepło, paliło i rwało w palcach i pod paznokciami.

Z czoła spływał mu zimny pot. A może to tylko sło­na morska woda pryskała mu w twarz? Knut nie za­stanawiał się nad tym.

Ciągnął ze wszystkich sił. Omal nie upuścił Ailo, ale się nie poddawał. Wreszcie udało mu się wydostać szwagra na kil łodzi.

Przerzucił nieprzytomnego przez dno wywróconej żaglówki. Rozłożył mu ręce i nogi, tak że tamten przy­pominał teraz ogromnego pająka. Sam mocno wcisnął pięty w deski.

Zdołał pochwycić nóż tkwiący w kilu. Wyciągnął go i wbił bliżej, by mieć się czego przytrzymać.

Morze biło o burtę.

Wiatr przenikał przez ubranie.

Jak długo uda im się wytrzymać?

Łódź zakołysała się. Reijo usiłował się na nią wspiąć, ale musiał co chwila odpoczywać.

Ida, przemknęło Knutowi przez myśl. Czyżby stra­cili Idę?

Nagle żaglówka odzyskała równowagę. Knut zoba­czył, jak Reijo z powrotem zsuwa się do wody.

Chciał go powstrzymać, lecz nie wydał nawet jed­nego dźwięku. Zdołał jedynie otworzyć usta - wyglą­dał jak ryba łapiąca powietrze.

Tuż przy burcie coś się poruszyło.

Czy to maszt się urwał?

Przytrzymując się łodzi, Reijo wyciągał coś z wody.

Człowieka?

Idę?!

Knut przełykał ślinę i przecierał oczy. Nie wolno mu puścić Ailo. Znowu mógł tylko biernie się przyglą­dać, jak Reijo samotnie zmaga się w lodowatej wodzie. Dobry Boże, jest przecież ledwie żywy! Ile siły właści­wie drzemie w tym chłopie?

Reijo oparł ciało Idy o łódź. Dziewczyna przytrzy­mywała się rękoma. A więc żyje.

Knut poczuł ciepło na policzkach. Uświadomił so­bie, że płacze. Mocniej zacisnął palce na nożu.

Reijo starał się przekrzyczeć szum morza:

- Trzymaj ją, Knut! Pomóż! Pomóż ją wyciągnąć!

Nie miał pojęcia, jak tego dokonał: jedną dłonią z całej siły ściskał trzonek noża, ciałem podtrzymywał Ailo, wolną ręką złapał płaszcz Idy.

Reijo pchał, a Knut ciągnął siostrę ku sobie. Wreszcie opadła wyczerpana na Ailo, przywarła do niego ca­łym ciężarem, wbiła palce w ramię męża.

Knut nie przesuwał jej, leżąc w ten sposób, dłużej utrzymają ciepło.

Już miał wyciągnąć rękę do Reijo, lecz zobaczył, że tamten wcale nie zamierza wychodzić z wody. Osza­lał, czy co? Chce się utopić?

Już szykował się, by skoczyć na ratunek, lecz Reijo powstrzymał go gestem ręki.

Resztką sił zaczął przesuwać się wzdłuż burty. Ucze­pił się jej mocno i przekładając dłonie, okrążał łódź.

Knut w jednej chwili zrozumiał, co Reijo zamierza zrobić. Zobaczył, że dotarł do miejsca zamocowania want. Krawędź burty znajdowała się jednak pod wo­dą. Knut nie był pewien, czy sam by się na to zdobył, a był przecież dużo młodszy.

Reijo wyjął nóż z pochwy. Ścisnął go mocno w dło­ni i zanurkował.

Minęło sporo czasu, zanim, parskając wynurzył się z powrotem. Dopiero teraz mógł się wspiąć na wrak.

Knut ujrzał, jak maszt wypływa na powierzchnię.

Reijo zdołał przeciąć wanty. Dobrze wiedział, jakie to ważne: po obluzowaniu masztu łódź utrzymywała się na wodzie bardziej stabilnie.

Dało się to wyraźnie odczuć - żaglówka nie zacho­wywała się już na falach jak wierzgający dziki koń.

Reijo usiadł z tyłu. Drżąc, przysunął się bliżej Knu­ta. Muszą starać się utrzymać ciepło.

Szczękał zębami, nie był w stanie mówić.

Wywróconą łódź znosiło w stronę lądu, jednak o tej porze nie mogli się spodziewać, że napotkają tam coś innego niż skały.

- Nie widać nas z brzegu - wykrztusił w końcu Reijo.

Knut zdawał sobie z tego sprawę. Ciemność wyda­wała się jak czarna ściana. Z powodu gęstych chmur była jeszcze bardziej nieprzenikniona.

- W domu czekają na nas - odezwał się zmartwiony. Dostrzegał przebłyski migotliwego światła z cypla. Anjo została, żeby przygotować ciepły posiłek. Wkrótce zacznie się schodzić młodzież. Wieczorem miały się od­być tańce i poczęstunek. - Czekają na nas - powtórzył.

Reijo przytaknął. Zauważył, że znosi ich w bok od osady. W tych ciemnościach trudno ich będzie odna­leźć. W dodatku wiatr i morze tłumiły głosy.

Knut ścisnął w dłoni trzonek noża. Było mu zimno, ale nie aż tak bardzo jak Reijo. Dał z siebie o wiele mniej niż ojciec.

Ida leży tak cicho...

Przez mgnienie ujrzał przed sobą twarz Anjo.

Jednym szarpnięciem wyrwał nóż z dna łodzi.

Światełko na cyplu jeszcze nie zniknęło mu z oczu.

- Popłynę tam - rzucił stanowczo.

- Nie ma mowy! - zaprotestował Reijo. Chwycił syna za ramiona, chcąc go powstrzymać. Knut potrząsnął głową.

- Możemy zamarznąć tu na śmierć - tłumaczył. - Albo rozbijemy się o skały, co na jedno wychodzi. Je­żeli nadciągnie kolejny szkwał, zniesie nas jeszcze da­lej. Nie wiadomo, kiedy zaczną nas szukać. Poza tym martwię się o Idę.

- To za daleko - odparł Reijo zmęczony. - Nie dasz rady.

- Dopłynę - rzekł Knut i zsunął się do lodowatej wody. Nie tracił z oczu światełka na cyplu.

2

Anjo zaczęła się martwić. Nigdy wcześniej nie zwró­ciła uwagi na to, jak szybko zapada zmierzch. Przecież już wiosna, a mimo to zrobiło się ciemno, jakby ci ktoś nagle zarzucił worek na głowę.

Ale Reijo ma takie doświadczenie w żeglowaniu, więcej życia spędził chyba na morzu niż w domu. Knut także znał się na łodziach. Ailo wcześniej pływał tro­chę z nimi, choć tego nie lubił. Ida pewnie potrafiła wiosłować, zanim jeszcze nauczyła się chodzić.

Nie ma powodu do obaw.

A jednak Anjo się bała.

Ogarnął ją niepokój. Nie potrafiła go w żaden sposób opanować. Próbowała obliczyć, ile czasu mogło zająć przeprawienie się przez fiord. Wiatr wiał wystarczająco mocno, Knut i Reijo nie musieli zatem wiosłować. Ale przecież mogli wypłynąć z opóźnieniem.

Powinna była wybrać się z nimi.

Nie, to niedorzeczna myśl. Za nic w świecie nie chcia­łaby stracić dziecka, które nosi pod sercem. Ale przez mgnienie oka wydawało jej się, że byłoby lepiej wiedzieć, dlaczego para młoda jeszcze nie wróciła, niż miotać się w niepewności. Zaczęła rozumieć żony rybaków - nie miała pojęcia, jakim cudem to wytrzymują.

Lęku nie można tak po prostu od siebie odsunąć.

Musiała pilnować garnków, lecz mimo to wiele razy wybiegała na podwórze. Stała przed domem, drżąc z zimna, i wyobrażała sobie, jak muszą marznąć tam na łodzi. Usiłowała cokolwiek wypatrzeć, ale widziała jedynie ciemną, zamazaną plamę, a za nią jeszcze więk­szą ciemność. Drugi brzeg fiordu. Nie sposób było stwierdzić, gdzie się zaczyna lub kończy ląd. Wszyst­ko tonęło w mroku. Anjo nie potrafiła nawet rozróż­nić linii horyzontu, rozdzielającej niebo i morze.

Naprawdę jednak zaczęła się bać, kiedy pojawili się pierwsi goście: przyjaciółki Idy, Henriettę i Sofia, ra­zem z Sedolfem i Emilem.

- Jeszcze nie wrócili? - zdumiał się Sedolf, ciągle nie­przyzwoicie przystojny.

Anjo dostrzegła w nim pewne podobieństwo do Si­mona. Poczuła ukłucie w sercu. Podobał jej się Simon.

Sposób, w jaki Sedolf zapytał, podpowiedział Anjo, że istnieją powody do lęku. Ze nie dała się ponieść wy­obraźni. Że nie martwi się bez przyczyny i nie popa­da w histerię.

Potrząsnęła głową. Ręce nadal trzymała w fartuchu i wycierała wilgotne dłonie. Tyle czasu stała nad gorą­cymi garnkami. Spociła się. Spociła się też ze strachu.

Emil i Sedolf wymienili spojrzenia. Niepokój prze­szył ich na wskroś. Podeszli do okna. Musieli wyjrzeć. Anjo wiedziała, że zobaczyli tylko ciemność. Dokład­nie tak samo jak ona.

- Czy nie jest już strasznie późno? - zdziwiła się Henriettę.

W tej samej chwili otrzymała kuksańca w bok od swej bardziej rozważnej koleżanki. Jedno spojrzenie wystarczyło, by zamilkła. Ugryzła się w dolną wargę. Usiadła, równie bezradna jak Sofia.

Anjo odgadła, że wszyscy pomyśleli o tym samym. Zastanawiała się, czy ktoś się odważy odezwać.

- Jaką wzięli łódź? - spytał Emil. Anjo uważała, że jest coś dobrego w tym chłopcu.

Mężczyźnie, należałoby raczej powiedzieć, niemal ró­wieśniku Knuta. Smalił cholewki do Idy, jednak dał za wygraną, kiedy się okazało, że jej wybrankiem jest jed­nak Ailo. Musi mieć wielkie serce, skoro nie żywi nie­chęci do człowieka, który zabrał mu dziewczynę.

- Tę małą - odparła Anjo. Nie znała się zbytnio na łodziach.

- Sześciowiosłową? Glos Emila zabrzmiał ostro.

- Łatwo ją podprowadzić do brzegu - zauważył Sedolf. - Wiesz, byli lekko ubrani. A rano morze wyda­wało się spokojne.

- Czy tutaj też wiało? - pytał dalej Emil.

- Przeszła prawdziwa trąba powietrzna - odpowie­działa Anjo. Obserwowała pogodę, kiedy było jeszcze dość jasno. - Trwało to jakiś czas, zanim ucichła... - do­dała, bo pomyślała o tym samym co chłopak.

- Czy na brzegu została jakaś łódź? Anjo skinęła głową. Powinna poprosić Emila i Sedolfa, by zostali, ale tego nie chciała.

Powinna ich ostrzec, że to zbyt ryzykowne, ale nie zdo­była się, by powiedzieć coś, co mogłoby ich powstrzymać.

Sedolf i Emil wyszli bez słowa. Nawet dziewczęta nie próbowały prośbą lub groźbą odwieść ich od po - ' wziętego zamiaru.

Wszyscy się bali.

Kiedy za chłopcami zamknęły się drzwi, w izbie za­panowała cisza.

- Piekielna pogoda na taką wyprawę - rzucił Emil ze złością.

Zsunął czapkę nisko na czoło. Nie tylko jej cień sprawił, że twarz mu pociemniała.

Sedolf uśmiechnął się, choć sytuacja nie nastrajała do żartów. Wiatr zaświszczał im w uszach. Na morzu wia­ło jeszcze silniej, obaj o tym wiedzieli. Obaj urodzili się i wyrośli nad fiordem - znali go wystarczająco dobrze.

- Też byś wyruszył, mój drogi Emilu, gdybyś brał ślub z Idą. Wyruszyłbyś nawet, gdyby szalał zimny wi­cher z północnego zachodu.

- Nie ma sensu rozwijać żagli - uznał Emil, unika­jąc rozmowy na temat Idy. Ten najstarszy syn i dzie­dzic już od dłuższego czasu interesował się córką Re­ijo. Nie pamiętał nawet, od jak dawna zaczęła mu się podobać jej uśmiechnięta, szczera twarz. I ona cała. Jednak zaniechał starań o względy dziewczyny, kiedy wybrała innego. Głęboko ukrył swe uczucia.

Wyjęli wiosła. Zepchnęli na wodę niewielką łódź, którą Reijo zwykle wybierał się na krótkie przejażdż­ki po fiordzie.

Nic nie było widać. Ani słychać.

- Szkoda, że nie wziąłem od Anjo lampy - zauwa­żył poniewczasie Sedolf.

Wiosłowali spokojnie. Trzymali się dość blisko brze­gu w obawie przed zbyt silnymi porywami wiatru. Uni­kali miejsc, gdzie występowały silne prądy powietrzne.

- Reijo! - wołał Emil. - Reijo, jesteś tam?

- Jeśli poszli na dno, to raczej na środku fiordu - głośno myślał Sedolf.

Po raz pierwszy nazwał to słowami. Było zbyt ciem­no, by Emil mógł zobaczyć jego twarz. Jednak w głosie Sedolfa brzmiał smutek. To do niego całkiem nie­podobne.

- Reijo! - krzyknął znowu Emil. Sedolf odłożył na chwilę wiosła. Pozwolił, by prąd zniósł nieco łódź, by zboczyli z kursu, prowadzącego na cypel. Wyraźnie widzieli światło domu. Było jak gwiazda, według której mogli się kierować.

- Cholernie zimno - zauważył Sedolf. - Jak długo można wytrzymać w tak lodowatej wodzie?

- Może płyną na wraku. Sedolf westchnął cicho. Usiłował wyobrazić sobie Idę siedzącą okrakiem na wywróconej łodzi. Na samą myśl poczuł mrowienie w dole pleców; pewnie poka­załaby trochę ciała...

Odsunął od siebie tę wizję. Nie mógł się nią podzie­lić z Emilem.

- Widzisz coś? - spytał. Emil wychylał się przez dziób, próbując przeniknąć wzrokiem ciemność dalej niż na kilka łokci. Usłyszeć coś więcej, niż fale uderzające ze złością o burtę.

- Niewiele - odpowiedział Emil. Sedolf uczynił kilka ruchów wiosłami. Był silniej­szy, chociaż Emil też nie należał do słabeuszy.

Morze stawiało opór. Tego wieczoru nie chciało sta­nąć po ich stronie.

Nowy zamach. Wiatr chłostał chłopców po policz­kach. Nie będzie łatwo posuwać się naprzód.

- Nic tu nie wskóramy - odezwał się Emil. - Nie mogli aż tak bardzo zboczyć z kursu. Reijo jest zbyt wytrawnym żeglarzem.

Sedolf wzruszył ramionami. Nie miał nic przeciw­ko temu, żeby wiatr zniósł łódź nieco bliżej lądu. Wystarczyło tylko trochę pomagać wiosłami, by nie roz­bili się o czarną, śliską skałę.

Emil w równych odstępach czasu wołał imię Reijo. Odpowiadała mu cisza. W każdym razie z ciemności nie dochodził żaden dźwięk, który mógł przypominać ludzki głos.

Nagle jedno z wioseł stało się bardzo ciężkie.

Upiór morski! przemknęło przez głowę Sedolfowi, przez ułamek sekundy. Ożyły opowieści o duchach z dzieciństwa.

Coś jednak naprawdę ciągnęło wiosło w dół. Sedolf chciał je wyrwać, ale to coś w wodzie mu na to nie po­zwoliło.

Chłopak przełknął ślinę, usłyszał skrobanie o bur­tę. Jakiś jęk. Człowiek!

Emil wstał. Sedolf również miał taki zamiar, ale mu się nie udało. Zauważył, że łódź przechyliła się w le­wo, więc odruchowo cofnął się w przeciwną stronę. Emil wychylił się przez burtę i już po chwili wycią­gnął kogoś z wody. Tamten dyszał, wypluwał wodę. Szczękał zębami z zimna i dygotał na całym ciele.

Teraz również Sedolf go rozpoznał. To przecież Knut!

Emil zdjął kurtkę i otulił nią przemoczonego.

Na szczęście dla Anjo żyje, przebiegło mu przez myśl.

- Wiosłuj, Sedolf! - zarządził. - Musimy jak najszyb­ciej wysadzić go na ląd!

- Ale pozostali... - wyszeptał ochryple Knut. Głos odmówił mu posłuszeństwa. - Zapomnijcie o mnie! Dam sobie radę. Zabierzcie pozostałych. Ratujcie ich!

Emil objął Knuta. Podtrzymywał go, a jednocześnie ogrzewał.

- I tak nie starczy w łodzi miejsca dla tylu osób. Najpierw odwieziemy ciebie. Czy z Reijo i młodymi wszyst­ko w porządku?

- Płyną na wywróconej łodzi. - Knut z trudem łapał powietrze i kasłał. Przy mówieniu bolało go gardło. - Nie wiem, co z Idą. Długo przebywała w wodzie. Ailo pływał... Był chyba w szoku. Nie chciał, byśmy go ra­towali. Za wszelką cenę chciał odnaleźć Idę. Jeżeli łódź się utrzyma, Reijo powinien dać sobie radę.

Sedolf wiosłował z całych sił, szumiało mu w uszach. Dobiegały go tylko urywki słów Knuta. Sły­szał przeważnie własny oddech, pulsowanie w skro­niach i wiatr.

- Gdzie oni są? - dopytywał się Emil. Nie powinni znajdować się zbyt daleko, skoro Knutowi udało się dopłynąć prawie do brzegu.

- W głębi fiordu - odparł Knut. - Znosi ich na skały...

- Daleko stąd?

- Chyba tak. Bardzo długo płynąłem - wykrztusił. - Wysadźcie mnie tylko na brzeg i od. razu ruszajcie. Sam dojdę do domu.

Ani Emil, ani Sedolf nie mieli sumienia wyrzucić skraj­nie wyczerpanego Knuta na skały i zostawić własnemu losowi. Lecz w jego słowach było wiele racji. Poza tym znowu wzmagał się wiatr. Ledwie zauważalnie, jedynie wyczuwało się to w powietrzu. Tak nieznacznie, że dało się to poznać chyba niezwykle wrażliwym węchem. A je­żeli wrak zniesie na skały i wtedy zerwie się sztorm...

Dno łodzi otarło się o kamienie przy brzegu. Emil wyskoczył pierwszy. Porządnie zmarzły mu nogi, za­nim wyszedł na suchy grunt.

Jeszcze nie czas na morskie kąpiele, chociaż już pra­wie kwiecień. Chłopak wyciągnął łódź, starając się nie myśleć o tym, że Knut przepłynął taki kawał w tej lo­dowatej wodzie. Bóg jeden wie, jak długo to trwało. Rozsądek podpowiada, że chyba niezbyt długo. Nikt by tego nie wytrzymał. Skonałby z zimna i wyczerpania. Emil pomógł Knutowi wysiąść z łodzi. Ten zatoczył się jak pijany.

- Poradzisz sobie? - spytał Emil, wpatrując się we wzgórze przed domem. Nie wydawało się strome. Mo­że nieco śliskie na ścieżce. Dla Knuta mogło okazać się nie do przebycia.

- Podczołgam się - szepnął Knut. Podał Emilowi kurtkę. - Dziękuję za pożyczkę - dodał. - Płyńcie po nich! Płyńcie po Idę!

Emil patrzył za nim. Zobaczył, jak stawia pierwsze kroki.

- Ruszamy? - usłyszał głos Sedolfa, zanim Knut zdołał dotrzeć do wzniesienia.

Emil poderwał się. Zepchnął łódź na fale i po chwi­li sam do niej wskoczył. Zmarzł tak bardzo, że nie mógł zapiąć kurtki.

Skierowali się w głąb fiordu.

Rozbitkowie kołysali się na falach. Ailo doszedł do siebie wkrótce po tym, jak Knut wyskoczył za burtę. Nie mógł się jednak ruszyć - leżał rozpłaszczony na wraku z rozpostartymi rękami, przygnieciony cięża­rem Idy. Reijo ubezpieczał oboje z tyłu.

Ailo miał przynajmniej świadomość, że Ida żyje. Jej usta znajdowały się nad jego karkiem. Wyraźnie czuł na nagiej skórze oddech dziewczyny. Słaby i zwolnio­ny. Reijo osiągnął stan, w którym przestał marznąć. Przeraził się. W ciemności dostrzegał światła domu.

To nie w tamtą stronę dryfowali. Niechybnie rozbiją się o stromą skałę. Wiatry bywają tu nieobliczalne. Gdyby był sam, może dałby sobie radę. Tuż przed ska­łami zaryzykowałby i skoczył w morze.

Ale Ida leżała nieprzytomna. Ailo nie potrafił pły­wać. Reijo zaczął oswajać się z myślą, że niebawem zgi­nie, wpatrzony w światła własnego domu. Mrugającą gwiazdę - ostatni punkt zaczepienia w życiu.

- Szkoda, że niebo nie jest gwiaździste - syknął Emil przez zaciśnięte zęby.

- Wtedy nie byłoby sztormu - odrzekł Sedolf z przekąsem.

Emil wpatrywał się w ciemność. Nic nie widział. Pa­nicznie się bał, że coś przeoczy. Ze przepłyną obok, nie zauważywszy rozbitków. Wołał ich po imieniu. Wszystkich po kolei. Serce mu się krajało za każdym razem, kiedy wykrzykiwał w mroku imię Idy.

Należała do innego. Zdawał sobie z tego sprawę. Bardziej niż kiedykolwiek należała do innego, jednak z radością oddałby za nią życie. Nadal zajmowała w je­go sercu ważne miejsce. Nigdy już nie spotka nikogo takiego jak ona. Wyszła za mąż, lecz on będzie ją ko­chał, dopóki będzie żył.

- Reijo! - krzyczał. - Reijo! Ida! Ailo! Morze rzucało nimi z fali na falę. Sedolf wiosłował z całych sił. W pewnym momencie usłyszał trzask pę­kającego materiału. Matka nie będzie zadowolona, ła­tając jego najlepszą koszulę.

Do diabła z najlepszą koszulą! Tu chodzi o ludzkie życie!

Być może nie postąpili najrozsądniej, wyruszając tak jak stali, w odświętnych ubraniach, ale gdzieś tam w mroku troje ludzi dryfowało na wraku łodzi, a w wodzie czekała ich pewna śmierć.

- Myślisz, że mogli już dotrzeć do brzegu? Emil się bał. Nie wiedzieli, jak długą drogę przebył Knut. Nie wiedzieli, do czego był zdolny. Uchodził co prawda za silnego, ale morze zwykle bywało silniejsze. Nie powie­dzieli tego na głos, ale zarówno Emil, jak i Sedolf od­nosili wrażenie, że prawdopodobnie uratowali Knutowi życie. Nie byłby chyba w stanie dopłynąć do lądu.

- Spójrz na ten cień... - Emil wskazał przed siebie. Sedolf odwrócił głowę, nie przestając wiosłować.

Bolały go ramiona i plecy, dłonie jakby zesztywniały na wiosłach. Nie widział żadnego cienia. Wszystko zdawało się jednakowo czarne, ale oślepiał go pot spły­wający z czoła. Mimo wiatru zimnego niczym w grud­niu Sedolf spocił się jak mysz.

- Skręć trochę na prawo - zarządził Emil. Jego głos drżał.

- Teraz dobrze? - Tak. Z dziobu długo nie dochodził żaden dźwięk. Nagle Sedolf usłyszał rozdzierający krzyk Emila:

- Nie poddawaj się! Reijo! Jesteśmy tu! Z lewej burty! Tym razem usłyszeli w odpowiedzi nie tylko plusk wody, wycie wiatru i huk spienionych fal. To napraw­dę głos. Głos człowieka dochodzący z ciemności.

- Ahoj! Pospieszcie się! Co z Knutem?

- Uratowany. Emil krzyczał, złożywszy przy ustach dłonie w trąbkę.

Jego głos brzmiał obco, ale za to docierał do rozbitków.

- Trzymajcie się! Głosy w mroku wydały się Reijo jakby z innego świata. Jak z baśni. Dopiero po chwili zorientował się, że to ratunek. Odpowiedział na wołanie, lecz niezupeł­nie był pewien, że naprawdę je słyszał.

W tym samym momencie zerwał się wiatr.

Reijo nie mógł uwierzyć własnym oczom, kiedy łódź zbliżyła się na tyle blisko, że ją rozpoznał. Dwie pobla­dłe twarze mogły należeć do kogokolwiek. Wiedział, że je zna, lecz nie potrafił połączyć ich z imionami.

Całkiem niedaleko widział też wznoszącą się groź­nie skałę. Nadal nie mogli się czuć bezpiecznie.

- Wszystko w porządku? - krzyczał Emil.

- Wszyscy troje żyjemy - odpowiedział Reijo. Sam słyszał, jak ochryple zabrzmiał jego głos.

- Rzucimy wam linę. Dasz radę ją złapać? I zamo­cować?

Reijo przytaknął. Nie był jednak pewien, czy zoba­czy linę, a tym bardziej czy uda mu się ją schwycić. Dłonie w rękawicach miał tak spuchnięte i zdrętwiałe, że chwilami wątpił, iż jeszcze tam są.

Emil rzucił Reijo linę. Trzy pierwsze próby się nie powiodły. Morze ciskało wrakiem niczym łupiną orze­cha. Niewielka łódź również nie trzymała się na tyle stabilnie, żeby Emil mógł odpowiednio wycelować. Nie było łatwo ani dobrze rzucić, ani też złapać liny.

Za czwartym razem Reijo z trudem pochwycił jej koniec czubkami palców. Musiał potężnie się wychy­lić, musiał puścić nóż, którego się trzymał. Z całej si­ły zaparł się kolanami i w tej chwili zdał sobie sprawę, że nadal ma ciało. Ledwie zdołał tak rozłożyć własny ciężar, żeby opaść na łódź.

- Postaraj się ją jakoś zamocować - zawołał Emil. - Morze jest piekielnie zimne. Dobrze by było, gdyby uda­ło się wam przedostać do nas bez wchodzenia do wody.

Zamocować linę...

Reijo rozumiał znaczenie tych słów. Rozpoznał głos. Należał do odtrąconego zalotnika Idy.

Sprytny pomysł, choć wydawało się, że chłopak bar­dziej jest przypisany ziemi niż morzu.

I dość ryzykowny. Przy tak silnym zmiennym wie­trze łatwo mogą się od siebie oddalić - niezależnie od starań wiosłującego. Ratując jedną osobę przy użyciu liny, mogą w najgorszym wypadku stracić dwie.

Jednak powinni wykorzystać tę szansę. Związać ze sobą obie łodzie. Pozwolić, by mniejsza znalazła się możliwie jak najbliżej. Na ile blisko, o tym zadecydu­ją wiatry i morze.

Trzeba trzymać nóż w pogotowiu, na wypadek gdy­by wrak zaczął tonąć.

Ale na wywróconej łodzi nie było niczego, do czego można by przymocować linę. Emil wiedział o tym. Choć był tylko synem chłopa, wiedział, jak zbudowana jest ża­glówka. Zdawał sobie sprawę, czego żąda od Reijo.

Reijo wyciągnął z kilu swój nóż i schował go do po­chwy.

Bał się.

- Zdołasz wstać, Ailo? - spytał. - Spróbuję na chwi­lę unieść Idę.

Mocno przywarł udami do dna wraku. Czuł, że zro­bią mu się od tego sińce. Oby tylko przeżył, by móc je podziwiać!

Zacisnął ręce wokół talii Idy. Podniósł ją tak, że usia­dła, ciężko opierając się o niego. Poczuł ulgę, kiedy zauważył, że dziewczyna oddycha. Wcześniej nie miał od­wagi spytać o to Ailo. Panicznie się bał odpowiedzi. Wtedy pozostałoby mu niewiele powodów, by walczyć. Ailo zebrał siły. Całe ciało miał obolałe, udało mu się jednak usiąść.

- Odwróć się - rzekł Reijo. - Postaraj się ją utrzy­mać. Ja muszę wejść do wody.

Ailo nie pytał, po co. Usłuchał ślepo. Ze wszystkich stron otaczało ich spienione morze. Wyobrażał sobie, że grzbiety fal to chciwe palce nieboszczyka, które usi­łują go wciągnąć do siebie w głębinę. Jego i Idę.

Jako syn płaskowyżu nigdy nie ufał morzu. Ostat­nie wydarzenia nie pomogą mu bynajmniej zmienić zdania. Strach ściskał jego żołądek w supeł. Z najwięk­szą ostrożnością Ailo przełożył nogę nad kilem. Wy­dawało mu się, że nigdy przedtem nie zdobył się na większą odwagę. Rękoma wczepił się z całej siły w de­ski łodzi. Wbił paznokcie w drewno.

Następnie odwrócił się. Czuł, że jedna ręka traci opar­cie. Serce mu na chwilę zamarło. Nadpływająca spienio­na fala jakby śmiała się do niego, gotowa go połknąć.

W panice przywarł całym ciałem do kila. Odzyskał równowagę. Chciwie łapał ustami powietrze. Z trudem zdobył się na to, by podnieść głowę. Ujrzał bezwładne ciało Idy oparte o ojca, który wydawał się silny jak ska­la. Nieustraszony. Ailo nigdy nie podejrzewał, że czło­wiek może być tak opanowany, jak Reijo w tej chwili.

Ostrożnie przesunął się do przodu. W stronę Reijo i Idy. Swojej żony.

- Dasz radę wyjąć nóż? - spytał Reijo. Ailo sporo się namęczył, zanim udało mu się wydo­być nóż z pochwy. Serce biło mu znacznie spokojniej, kiedy dla bezpieczeństwa wbił ostrze w dno łodzi. Miał się teraz czego trzymać. Reijo powoli opuścił Idę w jego stronę, a Ailo przyciągnął ją mocno do siebie. Kolanami przywarł do łodzi. Jedną ręką ściskał kur­czowo trzonek noża, drugą trzymał Idę. Jeżeli przyj­dzie im tu zginąć, to przynajmniej zginą razem.

Reijo upewnił się, że młodzi są w miarę bezpieczni. Musiał po prostu zaufać Ailo. Złożyć życie Idy w je­go ręce. Przekonał się, że Ailo kocha ją co najmniej równie mocno jak on sam - przecież to ją najpierw chciał ratować.

Z liną owiniętą wokół dłoni Reijo ponownie wsko­czył do morza.

Nie zdążył wyschnąć ani też jeszcze się nie ogrzał po poprzedniej kąpieli. Fale przez cały czas obficie wszystkich zlewały, nie pozwalając ani na chwilę o so­bie zapomnieć. Jednak mimo to zetknięcie z lodowa­tą wodą okazało się prawdziwym szokiem.

Reijo nie zdołał utrzymać się na powierzchni. Nie przewidział tego. Zmarnował sporo sił, walcząc i prze­bijając się przez fale, które bawiły się nim jak piłką.

Wreszcie dotarł do wraku i odnalazł burtę. Przypo­mniał sobie, że siedział pośrodku łodzi, zwrócony twa­rzą ku dziobowi. Musiał ściągnąć pod wodą jedną ze sfilcowanych rękawic, żeby po omacku odszukać wła­ściwe miejsce.

Nie było to wcale proste. Pomógł sobie zębami, ale przynajmniej obyło się bez rozcinania rękawicy nożem.

Odnalazł dłonią jakiś otwór. Musiał trzymać się z całych sił, żeby fale nie rzucały nim o burtę, starać się opanować drżenie rąk, chociaż szczękał zębami, aż dzwoniło w uszach. Musiał odwinąć z ręki koniec liny, a następnie kilka razy przeciągnąć ją przez otwór. Potem wykonał mocne węzły.

Kiedy uporał się z tym zadaniem, czuł się bardziej martwy niż żywy. Nałykał się wody. Kręciło mu się w głowie. Zmarzł tak bardzo, że myślał, iż to już ko­niec. Wydawało mu się, że chłód to ogień, i to bardziej niszczący niż pożar.

Zacisnął ręce wokół liny, starał się jej za wszelką ce­nę utrzymać.

- Lina przywiązana! - oznajmił. Nie był pewien, czy go usłyszeli, ale brakło mu sił, żeby zawołać jeszcze raz. Tylko mocno się trzymał.

Całą wieczność później poczuł uderzenie drugiej ło­dzi. Porządne uderzenie w ramię i biodro, lecz nie pamię­tał, kiedy ostatnio cokolwiek było mu równie obojętne.

Jakiś człowiek wychylił się przez burtę, chwycił go pod ręce i wciągnął do środka. Reijo chciał pomóc, podpierając się stopami, ale nie był w stanie. Leżąc na dnie łodzi, usłyszał czyjś głos:

- Możesz już puścić linę, Reijo. Potrzebował jednak pomocy, by uwolnić od niej palce. Emil i Sedolf zajęli się pozostałymi rozbitkami.

Przezornie zabrali dwie liny. Teraz znajdowali się tak blisko, że Ailo bez trudu złapał koniec drugiej z nich. Pośpiesznie przewiązał Idę w pasie. Nie dopuszczał do siebie strachu, kiedy podtrzymywał dziewczynę, by nie wpadła do wody. Trafiła prosto w objęcia Emila. Został sam na wraku. Skała już od dawna znajdowa­ła się niebezpiecznie blisko. Teraz jej czarny zarys prze­słaniał całe pole widzenia. Emil zaczął w pośpiechu roz­wiązywać węzeł, ale Ailo nie pozwolił mu skończyć. Błyskawicznie wyrwał nóż z dna łodzi, boleśnie skaleczył się przy tym w nogę. Nie oglądając się na nic, od­ważył się na skok. Wpadając do wody, złapał linę łą­czącą obie łodzie. W jednej chwili fale okazały się o wiele bardziej zaciekłe, niż wydawało się to z góry.

Sedolf krzyknął coś, czego Ailo nie dosłyszał, jedy­nie się domyślał. Strach brzmiący w głosie Sedolfa za­głuszył słowa.

Ailo zdecydowanym ruchem przeciął linę. Zdążył pochwycić jeden z jej końców.

W